Gdybym miał być superbohaterem, byłbym Hulkiem

Do takiego właśnie wniosku ostatnio doszedłem. Nie, że chciałbym być Hulkiem ot tak, z własnej woli. Są superbohaterowie, którymi chciałbym być zdecydowanie bardziej niż wielkim, zielonym stworem. I niekoniecznie zresztą pragnę zostać Batmanem, bo - choć jest to mój ulubiony heros - nie widzi mi się zbytnio mieć złamany kręgosłup przez Bane'a. 

Zwyczajnie krąży wokół mnie ostatnio wrażenie, że mam coś w sobie z Hulka. Zielony stwór jest alter ego Roberta Bruce'a Bannera - młodego naukowca, inteligentnego faceta, raczej stroniącego od agresji. Do bycia obiecującym fizykiem mi co prawda daleko, ale uznajmy, że metaforycznie jestem do niego trochę podobny. Chudy, spokojny, milutki. 

Kiedy Banner zmienia się w Hulka? Kiedy go coś naprawdę zdenerwuje. Gdy tłumienie gniewu przestaje działać i występuje potrzeba wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, wyżycia się na czymś. Banner może zaciskać pięści z całej siły, nie chcąc mimo wszystko spowodować niczego złego. Ale bestia w nim ma już dość i bierze sprawy w swoje ręce.

I ja właśnie miewam czasem takie momenty, że gdybym przez przypadek został napromieniowany, tak jak Robert Bruce Banner, to zdarzałoby mi się zmieniać w wielką zieloną bestię. Rzuciłbym budką telefoniczną, przebił się przez najbliższą ścianę, siał zniszczenie wśród tych, którzy mimo wszystko chcieliby mi stanąć na drodze. Wyrzucić z siebie całe zdenerwowanie paroma agresywnymi czynami.

Sytuacje mojego zdenerwowania zdarzają się rzadko. Zwykle jestem spokojny i każdą przeszkodę na mojej drodze zbywam prychnięciem. Czasem jednak, gdy coś naprawdę mocno daje mi się we znaki, nagrania moich zachowań pewnie nadawałyby się do wykorzystania w jakimś psychodelicznym horrorze. Zaciskam pięści i zęby z całej siły, napinam wszystkie mięśnie, z ust wydobywa mi się warkot, a oczy wychodzą z orbit.

Zabrzmi głupio? Ale działa podobnie jak wyżycie się. Gdybym był Bannerem, w takich momentach prawdopodobnie naprawdę zamieniałbym się Hulka. Z tym, że moja przemiana kończy się jakoś w połowie. Bo nie robię się kilkukrotnie większy, a moja skóra nie zmienia koloru na zielony. I może to i dobrze, bo nie potrzebuję obicia kilka oprychów, by wyrzucić z siebie złe myśli. Wystarczy mi chwila totalnej ciszy i bój z własnymi myślami.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. No dobra, "wielki, brzydki, zielony stwór" bardziej do mnie pasuje :D

      Usuń