Romantyczne piosnki na lato

Już wkrótce po pierwszym kontakcie z indie rockiem zacząłem głosić tezę, iż jest to gatunek tak ustandaryzowany, że większość kawałków brzmi bardzo podobnie. W szczególności pod względem muzycznym, choć i tekstowo różnorodności przesadnej tu nie uświadczymy. Po dobrych kilku latach zdania swojego wciąż nie zmieniłem. Nie wpływa to jednak na fakt, iż jest to gatunek zdecydowanie przyjemnie wpadający w ucho.

Jest coś fajnego w puszczeniu sobie latem jakiejkolwiek, często losowej płyty indie rockowego bandu. Słońce i trzydzieści stopni na zewnątrz, wygodny leżak, zimne piwko i stuprocentowo naładowany laptop. Można tak godzinami przeglądać nerdowsko internet, tupiąc nogą do kolejnych kawałków. Rytm podłapać łatwo, a następujące po sobie utwory rzeczywiście brzmią wystarczająco podobnie, by nic nie wytrąciło przesadnie naszej uwagi. 

Miałem kilka indie rockowych kawałków podczas ubiegłego lata, które katować mogłem codziennie. Weźmy na przykład takie energetyczne "My Number" Foalsów. Często puszczałem sobie ten kawałek przez jakąś znalezioną w sieci playlistę, a gdy się on skończył, pozwalałem i reszcie piosenek swobodnie się odtwarzać. Znawcy doszukaliby się tam tracków również indie popowych albo indie folkowych. Mi to jednak przesadnej różnicy nie robi, bo z łatwością potrafię wrzucić wszystkie gatunki z "indie" na początku nazwy do jednego worka, nazywając go zbiorowo właśnie indie rockiem. Zjedzcie mnie za to, pseudohipsterzy - proszę bardzo.

A teraz, po zbyt długiej i zbyt chłodnej zimie, znów nadchodzą słoneczne dni. Do gorączki z lipca czy sierpnia jeszcze daleko, ale ten przyjemny letni klimat zdecydowanie w powietrzu da się już wyczuć. To natomiast sprzyja ponownemu pojawieniu się na moich playlistach kawałków indie rockowych. Każdy więc tego typu utwór, który jakimś cudownym przypadkiem trafi do mego ucha, skrupulatnie notuję.

I tak właśnie dotarłem do zespołu, o którym chciałbym dziś Wam krótko opowiedzieć. Czterech irlandzkich chłopaków tworzy formację, którą nazwali Kodaline (uprzedzam co poniektórych - nie chodzi o kodeinę). Indie rock wprost z Wysp Brytyjskich - czy mogłem natrafić na coś lepszego podczas tych jakże ciepłych świąt wielkanocnych? Nie sądzę!

A chłopaki zjawili się w moich głośnikach zdecydowanie przypadkowo. W trakcie oglądania filmu, podczas którego zdecydowanie nie spodziewałem się takich rytmów, nagle zahuczał jeden z utworów dublińskiej kapeli - "All I Want". To taki typ piosenek, które ja nazywam "indie balladami". Wiecie, przez cały utwór jest sobie gitarka, delikatna perkusja i ciche podśpiewywanie chłopaka płaczącego za dziewoją. W środku utworu natomiast zazwyczaj jest na chwilę kilka mocniejszych riffów i wykrzykiwanie kilku losowych słów z całego tekstu albo chóralne "ooo, ooo, ooo". Brzmi głupio, ale - jak zawsze - cholernie wpada w ucho.

Po zakończeniu seansu wstukałem więc sobie nazwę tego przyjaznego singla do spotifajowej wyszukiwarki i go rychło odpaliłem. Zrobiłem repeat jeszcze ze dwa razy, po czym wsiąknąłem w świat internetu. Chwilę później zorientowałem się, że przeleciało już kilka kolejnych kawałków z płyty Kodaline, a ja tego nawet nie zauważyłem. W tym właśnie tkwi piękno jednolitości muzyki indie.

Do końca mojego nocnego posiedzenia przy komputerze przeleciał mi cały longplay dublińskiego zespołu, a także kilka krótkich epek. Wciąż, gdy nie wiem co puścić w czasie przeskakiwania po kolejnych stronach, odpalam pierwszy lepszy kawałek Kodaline i pozwalam przelecieć całej playliście. Przyjemna to bowiem muzyka dla każdego - nie tylko koneserów indie, potrafiących odróżnić głos dwóch losowych wokalistów z różnych niszowych zespołów tego gatunku. Polecam więc Kodaline i sam wracam rześko do ich słuchania. Czuję, że w szczególności "All I Want" będzie latem wiele razy grało z mych głośników.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Matura to bzdura?

Już za chwileczkę, już za momencik - dzień, przed którym tysiące nastolatków chcą uciec w nieznane. Dzień, który prowadzi do psychicznego roztargnienia, wielu litrów wypitej kawy i ogromu paczek wypalonych papierosów. Tak Drodzy Maturzyści, zbliża się rozpoczęcie etapu, który w dużej mierze ustawi Wasze życie na konkretne tory. Jesteście gotowi na - jak dotąd - najtrudniejszy egzamin w Waszej historii?

Jeśli tak - szczere gratulacje. Jeśli natomiast jesteś jedną z tych osób, która stresuje się z każdą kolejną godziną coraz mocniej - szczerze Ci współczuję. Nastawienie do egzaminów maturalnych nie bierze się bowiem z poziomu Twej wiedzy, a siły psychicznej i podejścia do całego tego ambarasu. Spokojnie - to, iż ktoś z Twoich kumpli ostatnio ciągle wyskakuje gdzieś na piwo, wcale nie musi znaczyć, że umie on już cały potrzebny materiał. On może zwyczajnie mieć maturę w dupie.

Czy to dobre podejście? Nie mi oceniać. Chciałbym natomiast powiedzieć Ci kilka słów na temat tego, co w ogóle o maturze sądzę. Jedni mówią bowiem, że jest to egzamin dojrzałości, inni z kolei wieszczą, iż "matura to bzdura". I szczerze mówiąc - osobiście nie zgadzam się do końca z żadnym z tych dwóch skrajnych poglądów. 

Zacznijmy od sprawy - trochę paradoksalnie - milszej. Czyli matur na poziomie rozszerzonym. To one są najważniejszym aspektem, który zadecyduje o Twojej przyszłości. Jeśli w ogóle do nich podchodzisz, na pewno masz zamiar iść na studia. Samo podjęcie się tego wyzwania nie oznacza jednak, że od razu możesz być stuprocentowo pewny dostania się na wybrany kierunek. Niestety.

Część matur rozszerzonych spełnia swoje zadanie: to kwestia zwyczajnego wykucia. Historia, WOS, geografia czy języki obce - z obserwacji wiem, że te egzaminy po prostu sprawdzają Twój autentyczny wkład w dotychczasową naukę z tych przedmiotów. Jeśli jakimś cudem jesteś jednym z tych jednego procenta uczniów, którzy uczyli się regularnie, z lekcji na lekcję, prawdopodobnie jesteś w przypadku tych testów ustawiony. "Prawdopodobnie", bo nigdy nie wiadomo, jak ostatecznie potoczą się losy egzaminu.

Bo powiedzieć trzeba to wprost - matura w każdym roku jest nierówna tej z lat poprzednich. Uczniowie się czasem licytują: "rok temu matma była prosta, to teraz pewnie nam dadzą trudną". A to akurat zwyczajnie kwestia przypadku, bo nikt wciąż nie wpadł na pomysł, jak zrobić matury na równym poziomie na przestrzeni kilku lat. Ja wciąż czekam na jakieś rozwiązanie, w końcu "impossible is nothing".

Teraz słowa trochę gorzkie, specjalnie dla tych, którzy podejmują się zdecydowanie najbardziej hardkorowych przedmiotów na maturze. Tak, drogie koleżanki i koledzy z bio-chemu - do Was mówię. Przed Wami nie stoi bowiem wyzwanie, a coś przed czym powinniście modlić się codziennie o szczęście. Ja bowiem wciąż jestem zdania, że zdanie matury z biologii czy chemii to w dużej mierze kwestia przypadku.

Jasne, są tacy, co zyskują w jakiś sposób przeogromne wyniki i lądują potem na medycynie. Osobiście jednak znam więcej tych, którzy w boju polegli. Część z nich zwyczajnie nie nauczyła się wystarczająco, jasne. Co jednak mam powiedzieć o tych ludziach, którzy zakuwali przez dobre trzy lata, opanowując perfekcyjnie wszystkie związki chemiczne czy inne reakcje, a z matury uzyskali wynik w okolicach 50-60%? Gdzie tu sprawiedliwość? Na maturze takie coś nie istnieje.

A na koniec refleksja chyba jeszcze bardziej gorzka. Daleki jestem od stwierdzeń, że wynik maturalny cokolwiek znaczy o człowieku. Nie dzielę ludzi na gorszych i lepszych biorąc pod uwagę kilkuprocentowe różnice w egzaminie z jakiegoś przedmiotu. Ale jest jedna rzecz, o której trzeba pamiętać: nie możesz nie zdać matur podstawowych.

Z całym szacunkiem, ale jeśli nie udaje Ci się zebrać głupich trzydziestu procent z przedmiotów, których uczysz się od pierwszej podstawówki - jesteś idiotą. Tu nie ma żadnych wymówek. Jakim cudem zdałeś aż do ostatniej klasy szkolnej, skoro nie potrafisz zrobić kilku podstawowych działań matematycznych i napisać głupiej rozprawki? Nie wspominam już nawet o języku obcym. Wciąż jestem zdania, że przy dobrych wiatrach egzamin pisemny z języka angielskiego jest w stanie zdać nawet osoba, która tego języka nie zna. Tak - on jest aż tak prosty.

Po tych licznych pozytywnych słowach, pamiętajcie o jeszcze jednym: sesja jest jeszcze trudniejsza niż matura! Serio! :)

A jeśli wciąż zakuwacie dniami i nocami, przypominam o popularnej notce, z którą warto się zapoznać: "5 błędów popełnianych podczas nauki".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

17 komentarze:

Zagubieni w Tokio

Zaczynam być już chyba prawdziwym psychofanem książek Marcina Bruczkowskiego. Wystarczyło mi pojedyncze przeczytanie "Bezsenności w Tokio", by po kolejne pozycje od tegoż autora sięgać bez jakichkolwiek wątpliwości. Gdy zauważyłem na wyprzedaży papierową edycję "Radia Yokohama", przytuliłem ją do siebie nim zdążył to zrobić ktokolwiek inny. Gdy natomiast pojawiła się w ubiegłym roku najnowsza pozycja Bruczkowskiego, "Powrót niedoskonały", zgarnąłem ją w dzień premiery. Ostatnio natomiast w moje łapska trafiła kolejna pozycja autorstwa tego fanatyka Japonii - "Zagubieni w Tokio".

Nie wiedziałem do końca, czego mam się spodziewać po tej pozycji. Tytuł przywodził mi na myśl coś w rodzaju romansu, choć wiedziałem po opisie (i podejściu Bruczkowskiego do literatury), że - na szczęście - nie będę musiał walczyć z japońskimi miłostkami na każdej stronie. Fabuła tej powieści jest natomiast o wiele bardziej nietypowa od reszty tworów tegoż autora. Pomimo tego, że i one zbyt typowe nie były.

Śledzimy losy Polaka Michała, pracującego w małym wydawnictwie muzycznym w Tokio. Niby więc japońskim, ale prowadzonym przez cudzoziemca i w dużej mierze z cudzoziemców się składającego. Dni upływają mu tam dość standardowo, do czasu gdy zauważa on zbyt długą, w jego opinii, nieobecność swego współpracownika i przyjaciela zarazem - Jamesa Yoshino. Gdy Michał nie otrzymuje wystarczającej odpowiedzi od szefa, postanawia sam zadbać o sprowadzenie kumpla z powrotem.

Tym samym wplątuje się on w nietypową podróż nie tylko po samym Tokio, ale i innych regionach Japonii. By znaleźć przyjaciela, odwiedza on miejsca całkiem zwyczajne, jak choćby posterunek policji, po takie, których na początku książki Czytelnik zupełnie się nie spodziewa. W międzyczasie przewijają się tu również i inne, typowe dla literatury Bruczkowskiego motywy. Jest więc romans z piękną kobietą, zastanowienie się na polskością w Japonii czy wreszcie zapijanie i obżeranie się w tokijskich knajpach.

I choć fabuła dość mocno skupia uwagę Czytelnika na sobie, tak wciąż pozostaje tu miejsce na to, co fani książek Bruczkowskiego uwielbiają - klimat Kraju Kwitnącej Wiśni. Tutaj jest on gdzieś bardziej obok niż chociażby w "Bezsenności w Tokio", ale wciąż mocno utwierdza się w myślach. Jeśli połączyć to z klasycznym motywem dla polskiego pisarza, czyli luźnym i przystępnym stylem pisarskim, a do tego charakterystycznym humorem, otrzymujemy produkt świecący wręcz idealnym blaskiem.

Czy taki otrzymujemy w istocie? Cóż, nie jest to może twór perfekcyjny, aczkolwiek uważam go zdecydowanie za bardzo dobrą książkę. W moim aktualnym rankingu książek Bruczkowskiego plasuje się ona na drugim miejscu, tuż za niepokonaną "Bezsennością". "Zagubieni w Tokio" to świetna, pełna humoru opowieść z taką ilością niespodziewanych zwrotów akcji, że trudno Czytelnikowi odwrócić choćby na ułamek sekundy wzrok od kartek. Zdecydowanie polecam.

3 komentarze:

Raperzy czytają #65 - Michał eR


Kolejnym goście "Raperzy czytają" jest młody zawodnik z Rybnika - Michał eR. Na swoim koncie ma on między innymi niuskulowy mixtape "Ja tu tylko przelotem", wypuszczony w ubiegłym roku. Obecnie zaś Michał pracuje nad swoim kolejnym projektem - "'92 Tapes". Ma on pojawić się gdzieś w przeciągu najbliższego miesiąca i zawierać kawałki nagrane między innymi pod instrumentale SpaceGhostPurrpa czy Erica Dingusa.

Co natomiast Michał lubi w wolnej chwili czytać?

Pierwszy raz do komputera usiadłem mając jakoś ze dwa lata. Zdanie to wnosi do tego, o czym napiszę tyle, że można mnie określić, jako typowego dzieciaka XXI wieku (choć urodziłem się w 92, taki ze mnie hipster). Byłoby to całkowicie nieistotne, gdyby nie fakt, że komputer równa się tekst i nie ma zmiłuj. Będąc kilkulatkiem zdarzało mi się także bawić edytorem tekstu, a chcąc zagrać w cokolwiek się wtedy grało, trzeba było klepać w DOSie komendy „z palca” (ktoś to w ogóle pamięta?), więc w ten oto sposób słowo pisane wjechało w moje życie z buta. Warto w tym miejscu wspomnieć także o miesięczniku o grach "CD-Action", który pierwszy raz na oczy zobaczyłem jakoś w 1996, a kupuję regularnie gdzieś od 2002.

Jeśli chodzi o literaturę w formie bardziej książkowej, to przełom nastąpił niedługo później, a jego katalizatorem były "Gwiezdne Wojny" na VHS. Tata puszczając mi te filmy nie mógł się spodziewać siły ich oddziaływania na moje życie (wówczas wciąż kilkuletnie). Lawina runęła w postaci gier, zabawek, tazosów, ogólnie rzecz biorąc wszystkiego, co miało na sobie logo Star Wars. Wyczaiłem też na domowej biblioteczce książki z tej serii i uskuteczniłem klasyczną akcję "poczytaj mi tato", a także sam zachęcony bogactwem świata pisanego mając 5-6 lat podjąłem pierwsze próby składania liter.

W ten sposób stałem się fanboyem "Star Wars", połykam od razu i w całości każdy strzępek informacji związanych z tym uniwersum, a że największą ich dawkę zawierają książki, stąd prosty rachunek. Właściwie każdy tekst, który przeczytałem mam w formie fizycznej, cegieł zebrałem (kupiłem, albo podkradłem z półki mojego taty) już na tyle dużo, że mogę postawić sobie zamek, a czeka na mnie jeszcze przynajmniej drugie tyle (w tym książki „późniejsze”, które już mam, a których nie mogę przeczytać, bo jeszcze nie posiadam „wcześniejszych”). Jeśli miałbym coś polecić osobom, które tylko widziały filmy (absolutny niezbędnik), to będą to Trylogia Bane'a pióra Drew Karpyshyna (1000 lat przed "Nową nadzieją", czasy wojny między Jedi, a Sithami), napisana przez Karen Traviss seria "Komandosi republiki" (która po prostu zajebiście oddaje istotę życia żołnierzy-klonów, niestety zabrakło jej zakończenia i nie będzie kontynuowana) oraz trylogia Hana Solo (największy kocur wśród przemytników i chyba moja ulubiona postać z tego uniwersum).

W ogóle moim "najgłówniejszym" gatunkiem jest szeroko pojęta fantastyka i o ile z "kosmicznej" literatury "Gwiezdne Wojny" wygrywają ze wszystkim (na drugim miejscu Orson Scott Card i jego trylogia Endera, potem już długo nic), o tyle "magicznych" klimatów zgłębiłem bez porównania więcej. Bardzo polecam twórczość Robin Hobb, a w szczególności trylogię Skrytobójcy i pochodne (także trylogie, "Kupcy i ich żywostatki" oraz "Złotoskóry") - świat wykreowany przez autorkę jest absolutnie niepowtarzalny, z utęsknieniem czekam na chwilę, kiedy zapomnę całkowicie o czym były te książki, żeby móc przeczytać je jeszcze raz. Podobną niepowtarzalnością i świetną kreacją postaci cechuje się cykl "Niecni dżentelmeni" Scotta Lyncha, który jednak niestety krótko mówiąc opierdala się z pisaniem. Nie sposób też zapomnieć o polskich autorach – "Achaja" Andrzeja Ziemiańskiego to absolutny top polskiej fantastyki (przynajmniej dla mnie).

Jeśli chodzi o bardziej "przyziemną" literaturę to zdarzyło mi się przeczytać któryś z horrorów Deana Koontza, ale tego typu treści nie wciągają mnie za bardzo. Z dziwniejszych rzeczy zdarzyło mi się czytać rozprawy filozoficzno-socjologiczne, badania psychologiczne, a nawet jakiś podręcznik dla terapeutów (ciężka faza sprowadziła mnie na tę drogę i ciężką przeprawą było to ogarnąć, ale dałem radę). Przeczytałem nawet większość szkolnych lektur, chociaż "Potop" mnie pokonał, sory Heniu.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Michał podesłał też zdjęcie swojej gwiezdnowojennej biblioteczki, której szczerze zazdroszczę i dzielę się tym widokiem również z Wami :)

1 komentarze:

Nebraska

No i udało się! Po raz pierwszy dałem radę obejrzeć wszystkie filmy nominowane do tegorocznej głównej nagrody oscarowej. Choć od gali rozdania statuetek trochę już czasu minęło, ja i tak jestem z siebie dumny. Serię seansów zakończyłem chyba najbardziej niszową, jak i również najbardziej intrygującą mnie produkcją tegorocznych Oscarów. Przed Wami tym samym recenzja "Nebraski".


Woody Grant (Bruce Dern) jest starym człowiekiem, któremu choroba powoli zaczyna dawać się we znaki. Mniej efektywnie reaguje na świat wokół niego, traci jasność umysłu. Sporo w tym zasług może mieć jego wieloletni alkoholizm, uprawiany od czasów nastoletnich. Pewnego dnia Woody zaczyna wierzyć, że wygrał milion dolarów. By je odebrać, ma rzekomo udać się do tytułowego stanu Nebraska. W podróż zabiera go jeden z dwójki synów, David (Will Forte).

Ostatecznie więc otrzymujemy pewnego rodzaj filmu drogi, ale zdecydowanie wyróżniający się na tle innych produkcji z tego gatunku. Najciekawszym aspektem jest zdecydowanie trafienie przez Woody'ego do swego rodzinnego miasta, gdzie spotyka się ponownie ze starymi znajomymi i rodziną. Część z nich zachowała sympatię dla starego Granta, część natomiast wita go z pewnym dystansem. Co z tego wyniknie? To zdecydowanie jeden z ciekawszych elementów "Nebraski".

Jest także intrygująca konfrontacja z synem podczas całej podróży. Młody Grant stara się odbudować relację ze swoim ojcem między innymi poprzez sam fakt zabrania go w podróż. Ponownie daleko temu jednak do typowości podobnych schematów z innych produkcji. Jak bowiem nawiązać kontakt z małomównym facetem, który dodatkowo przebiega właśnie psychiczną degradację? 

Rola Woody'ego została natomiast świetnie przedstawiona przez jego odtwórcę. Bruce Dern gra tak naturalnie, że aż trudno uwierzyć w to, iż nie jest on taki w rzeczywistości, a cały film jest tak naprawdę jedynie dokumentem o nim. Nie dziwi więc nominowanie go do Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską, podobnie jak zaskoczeniem nie jest wyróżnienie dla June Squib, odgrywającą żonę Granta, w tym przypadku za kobiecą rolę drugoplanową. Dwójka ta jest zdecydowanie najjaśniejszą stroną tej produkcji w kwestii aktorstwa. Jak to się mawia - starzy ludzie, a mogą.

Nie wspomniałem jeszcze jednak o najciekawszym aspekcie "Nebraski". Całość została bowiem przedstawiona jedynie w czarno-białych barwach. Pomimo tego, że mamy do czynienia z filmem współczesnym, jest to naprawdę genialny pomysł, dodający ogromu klimatu zaprezentowanym tu miejscówkom, jak i samemu "feelingowi" całości. Dramat z elementami prześmiewczymi - tak określiłbym bowiem to, czym film Alexandra Payne'a jest.

Czy mam jakieś zastrzeżenia do "Nebraski"? Nie. Nie uważam tej produkcji za najlepszy film oscarowy, aczkolwiek jest to zdecydowanie twór wart uwagi każdego fana kina. Charakterystyczny klimat, czerń i biel, ciekawa historia oraz świetny duet aktorski Dern-Squib - tak można krótko podsumować recenzowany dziś przeze mnie twór. No i jeszcze jedno - fantastyczny soundtrack! Zdecydowanie polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej. Sprawdź również moje recenzje innych filmów nominowanych do tegorocznych Oscarów: "Kapitana Philipsa""Dallas Buyers Club""Tajemnicy Filomeny""Inside Llewyn Davis""Her""12 Years a Slave""American Hustle""Grawitacji" oraz "Wilka z Wall Street".

2 komentarze:

Rób komuś zakupy i zgarniaj za to pieniądze

Czy opcja z tytułu tego postu nie brzmi nad wyraz zachęcająco? Wracasz właśnie z uczelni i nie jesteś aż tak zmęczony, by chcieć jedynie rzucić się na łóżku i przespać cały wieczór. Po drodze masz za to zamiar wstąpić do najbliższego marketu, by kupić parę rzeczy do domu. Więc właściwie czemu by nie pomóc i komuś innemu w potrzebie? Oczywiście nie za darmo.

Wchodzisz więc szybko na konkretną stronę internetową przy pomocy smartfonu i wyszukujesz ofertę, która najbardziej Ci odpowiada. Dajmy na to, że mieszkasz na krakowskich Bronowicach, a ktoś stamtąd potrzebuje właśnie koniecznie paru rzeczy do zjedzenia, bo jego samego w domu trzyma choroba. Za fatygę ma zamiar podrzucić jeszcze dyszkę. Niby niewiele, ale jest to tak łatwy zarobek, że szkoda i te dziesięć złotych przepuścić. Wchodzisz w to?

Jeśli tak, to ma dla Ciebie świetną wiadomość - ktoś już autentycznie wpadł na pomysł stworzenia strony z takimi "ofertami pracy". Wooloo.pl (czytaj: "w ulu pe el") to mega intrygujący projekt czwórki ambitnych facetów. Polega mniej więcej na tym, co opisałem wyżej. Czyli ktoś wystawia w sieci ogłoszenie na temat łatwego i szybkiego zarobku, a Ty możesz dowolnie przebierać w ofertach i wybierać te, które Cie najbardziej zainteresują. Zakupy? Sprzątanie? Zajęcie miejsca w kolejce przed nocną premierą kolejnego "Diablo"? Do wyboru, do koloru. A jak już trochę pieniędzy zbierzesz, to i Ty możesz poprosić kogoś o przysługę za złote monety ze swego portfela.

O Wooloo dowiedziałem się zupełnie przypadkowo. Twórcy serwisu postanowili zebrać finanse na jego start za pomocą strony Ideowi.pl. Jest to świeży, polski odpowiednik kultowego Kickstartera, czyli serwisu polegającego na zbieraniu funduszy na konkretne cele. Za Wielką Wodą sfinansowano już w ten sposób liczne gry, książki, płyty muzyczne czy nawet i bardziej obfite technologicznie twory, jak choćby drukarki 3D do domowego użytku. Podobnie chce spróbować Wooloo.

Czy i im się uda zebrać chciane przez nich trzydzieści tysięcy? Raczej wątpię. I mówię to z wielkim smutkiem, bo projekt wydaje mi się fantastyczny. Nie sądzę jednak, by w ciągu pozostałych piętnastu dni nagle pojawiło się wystarczająco dużo ludzi, by zmniejszyć różnicę między kwotą wymaganą, a dotychczas zebranymi raptem prawie pięciuset złotymi. O projekcie jest jak na razie zbyt cicho, a i platforma crowdfundingowa wybrana przez twórców nie grzeszy popularnością. Jeśli jednak chcecie wesprzeć Wooloo i zgarnąć przy tym ciekawe bonusy - klikajcie TUTAJ.

A ja tymczasem mimo wszystko wierzę, że uda się mimo tego wystartować z serwisem pełną parą. Z tego co widzę, ostatnio poszukiwani byli testerzy serwisu z Warszawy. Jeśli tylko Wooloo pojawi się z betą przeznaczoną dla Krakowa, ja na pewno chętnie wezmę w niej udział. Niekoniecznie dla wielkich pieniędzy, ale zwyczajnie by przekonać się, czy projekt ten rzeczywiście jest tak fajny, jak mi się wydaje. No i może wreszcie znalazłbym kogoś, kto za symboliczną opłatą skłonny byłby posprzątać mi mieszkanie.

Trzymam kciuki, Pszczelarze!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Mob City - idealny serial na weekend

Przez zakończenie "How I Met Your Mother" i kolejnego już sezonu "The Walking Dead", miałem ostatnio sporą zajawkę na rozpoczynanie nowych seriali. Postawiłem jednak sprawę jasno: zajmę się tylko tymi, które mają na koncie do tej pory raptem jeden sezon, składający się na dodatek z małej ilości odcinków. O jednym z tego typu show już Wam na blogu opisałem - "True Detective" naprawdę mi się spodobało. Czas więc na kolejną relację z mojego nadrabiania seriali. Dziś na blogu o tworze iście idealnym na weekend, "Mob City". 


Jak już się zapewne domyślacie, jest to jedna z tych produkcji, których tytuł mówi praktycznie wszystko. Istotnie więc "Mob City" traktuje o działalności mafii w mieście. Konkretniej, Los Angeles. To klasyczna opowieść o walce policji z przestępcami na terenie wielkiej metropolii. Nie martwcie się jednak - "klasyczna" nie znaczy tu wcale "zła".

Bo "Mob City" to naprawdę przyjemnie zrobiony serial, który spełnił wszystkie oczekiwania, jakie w nim pokładałem. Nie jest niczym nadzwyczaj wybitnym, ale zdecydowanie potrafi wkręcić. Wybierając go, liczyłem zwyczajnie na przyjemne spędzenie kilku godzin, gdy nie mam pomysłu na zrobienie niczego innego. I to właśnie dostałem.

Jeśli jakikolwiek twór kultury wywołuje u mnie chęć do zapoznania się z podobnymi produkcjami, uznaję go za wystarczająco dobry, by polecić go innym. A takie właśnie odczucia miałem po obejrzeniu "Mob City". Klimat noir wręcz wylewa się z tych policyjno-mafiijnych walk, więc po skończonym sezonie ma się ochotę na jeszcze więcej, nawet tych znanych nam wcześniej materiałów. Znów pojawiła się więc u mnie chęć do ponownego przeczytania "Ojca Chrzestnego", zakupienia jego filmowych ekranizacji w wersji Blu-ray oraz zagrania jeszcze raz w nietypową produkcję "L.A. Noire".

Dobre wrażenie potęguje zresztą również dobry dobór aktorów. Fanom mainstreamowych seriali na pewno najbardziej przypadnie zaś do gustu pojawienie się tu dwóch konkretnych twarzy. Po pierwsze, w roli głównego bohatera, twardego policjanta, dostajemy Jona Bernthala, znanego z roli Shane'a z "The Walking Dead". Inną, trochę mniej ważną postać, odgrywa zaś Robert Knepper, czyli kultowy T-Bag z "Prison Break". Obydwoje dostali naprawdę pasujące do nich role. No i mamy też Alexę Davalos, której co prawda wcześniej nie znałem, aczkolwiek zwyczajnie... jest ona ładna :)

Ale, ale! Wyjaśnijmy może wreszcie, w czym tkwi ta weekendowa idealność "Mob City". Otóż serial ten składa się teoretycznie z sześciu, a tak naprawdę trzech półtoragodzinnych odcinków. Jeśli więc planujecie się w któryś z najbliższych weekendów rozchorować (czego Wam jednak zdecydowanie nie życzę!) lub po prostu odpocząć od imprezowania, możecie sobie na przykład codziennie dawkować po jednym epku tego serialu. Według mnie to naprawdę świetna opcja.

"Mob City" nie zapamiętam na pewno jako jednego z moich seriali życia, acz przyznać ponownie muszę, że spędziłem przy nim kilka miłych chwil. I zdecydowanie szkoda, że oglądalność tegoż tworu była zbyt niska, by został on przedłużony na kolejny sezon. Możemy go więc traktować jako kilkugodzinny film, który został przystosowany do dawkowania go sobie na trzy części. Polecam, w szczególności jeśli lubicie klimaty mafijne i noir.

0 komentarze:

Solidarność jajników

Wiele jest kobiecych cech, których faceci za cholerę zrozumieć nie potrafią. Ba, są nawet i takie elementy damskiego charakteru, że i nawet część niewiast nie potrafi ich do końca ogarnąć. Dziś będzie właśnie o jednej z takich cech. Próbuję ją zrozumieć praktycznie od pierwszego mojego kontaktu z internetem, lecz do ostatecznego rozwiązania wciąż dojść nie potrafię.

Zaczyna się to tak: wchodzisz na Facebooku (najczęściej), Instagramie (coraz częściej) czy innej Fotce (zamierzchłe czasy prehistoryczne) na zdjęcie jakiejś dziewoi. Powiedzmy, że przykuło Twą uwagę jej piękno i - jeśli jesteś facetem - na jej widok w głowie huczy Ci już "aniele jak wino uderzasz do głowy". Aż się chce wykrzyczeć coś w rodzaju: "10/10", "props" czy "łoooo jak Red". Ktoś już Cię jednak wyprzedził.

Fotografia została bowiem hurtowo skomentowana kilka sekund po dodaniu przez tonę przyjaciółek czy nawet i dalszych znajomych obserwowanego przez nas cudu wszechświata. "Ślicznie kochana :*", "piękna jak zawsze <3" i inne tego typu charakterystyczne pierdoły. Niby to takie śmieszne i gimbusiarskie, prawda? Ale spokojnie - dajmy już ludziom docenić głośno tę piękność, którą odnaleźliśmy w zagłębiach internetów.

Prawda ostateczna okazuje się jednak zupełnie mordercza - tak naprawdę nie zawsze chodzi tu o piękno naszej delikwentki. Część dziewczyn wypisuje tego typu komentarze raczej z sympatii czy wręcz cudownej przyjaźni łączącej je z widocznym na ekranie komputera aniołem. Ba, nieraz nawet spotykałem się z sytuacją, że dziewczyny wrzucały takie teksty z powodu... cóż, właściwie to do dziś powodu tego zrozumieć nie mogę. Bo jeśli osoba komentująca nienawidzi w świecie realnym osoby na zdjęciu, to odpada argument o sympatii. Więc co - to po prostu taka tradycja jak chodzenie ze święconką na Wielkanoc?

Ale to jeszcze nawet nie jest najbardziej niezrozumiała dla mnie rzecz. Znacznie dziwniejsze jest coś zupełnie innego. Mianowicie: propsowanie dziewczyn rażąco brzydkich. Osóbka taka może mieć trędowatą twarz, być wielka jak wieloryb albo zawsze szczerzyć do zdjęć krzywe i poczerniałe zęby - whatever. Bo mimo tego i tak znajdzie się grupa dziewczyn, które napiszą jej, iż jest "piękna", "cudowna" itepe, itede.

Jak to tak - z litości? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Prędzej wydaje mi się, że chodzi o wspomnianą już prawdziwą, rasową sympatię i przyjaźń. Coś, czego mi faceci nigdy na tak abstrakcyjnym poziomie nie osiągniemy. Nawet jak nasz kumpel jest jakimś totalnym obszczymurem wyciągniętym z kanałów, nikt nie wciśnie mu kitu, że jest przeseksownym kolesiem z wybiegów nowej kolekcji Tommy'ego Hilfigera. Ale z drugiej strony nikt mu tych kanałów wypominać też nie zamierza. Chyba, że w żartach.

Wychodzi więc na to, że jednak te moje wieloletnie badania nad całą kwestią do czegoś dotarły. Kobiety piszą te dziwaczne komentarze brzydkim osobnikom swej płci zwyczajnie z sympatii. Sympatii over 9000. Bo dla mnie wciąż jednak abstrakcją jest wciskanie drugiej osobie kitu w żywe (no dobra - wirtualne) oczy. Gdy bowiem niewiasta taka zaczyna wierzyć, że jest piękna i każdy koleś ma na nią ochotę, to u wielu facetów pojawia się wówczas standardowy dylemat: śmiać się czy płakać? Ja - jak zwykle - dokonuję obu tych czynów.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

Mamy po 16 lat, chcę mieć z Tobą dzieci

Część z Was zapewne pamięta jeszcze tekst, który był podobnie zatytułowany do tego. "18 lat - świetny wiek na zaręczyny" swego czasu był całkiem popularny i zdecydowanie przekroczył średnią liczbę odsłon postów na blogu. Spokojnie więc, nie mam zamiaru dziś ponawiać tego samego tematu. I choć może te dwa posty coś w istocie ze sobą łączyć, tak w dużej mierze sporo one się od siebie różnią.

Oglądałem ostatnio film. Nie podam Wam jego tytułu, ale możecie być spokojni, że jego recenzja pojawi się w ciągu najbliższych tygodni na blogu. Był to twór nadzwyczaj nie tylko poruszający, ale i pouczający. Dający wiele do myślenia, choć jego tematyka jest na pozór błaha. Część przemyśleń z nim związanych odniosłem do swego życia, wyciągnąłem też jednak jeden ważny aspekt filmu, który nadaje się wprost idealnie na blogowy post.

Scena wygląda tak: rozmawia ze sobą nastoletnia dziewczyna i nastoletni chłopak. Czeka ich ostateczna decyzja na temat swojego młodzieńczego związku. Żyło im się właściwie całkiem miło, dopóki nie popsuł wszystkiego pewien kompletnie idiotyczny incydent. Teraz więc stają do konfrontacji, której stawką jest ich wspólne egzystowanie na tym świecie.

Tworzyli zgrabną parkę. Razem imprezowali, pieprzyli się pod nieobecność rodziców i mizdrzyli, gdzie tylko to możliwe. No wiecie - taki standardowy związek nastolatków. Podczas rozmowy wychodzi jednak na wierzch zasadnicza różnica między nimi. On wciąż jest zwolennikiem życia chwilą, balangami i olewaniem szkoły. Ona natomiast czuje do tego już pewien dystans. Kończy rozmowę bardzo prostym, acz mocnym akcentem:

Chcę więcej niż tylko chwil. Chcę przyszłości.

Mógłbym tu trochę rozwinąć swą opinię na temat tego całego życia "YOLO" i tak dalej. Nie chcę Wam jednak tym przesadnie głowy zawracać w tym poście - może zrobię to kiedy indziej. Dziś natomiast powiem tyle: łapanie chwil nie zawsze bywa tak fajne, jak się może to wydawać. Bo czasem istotnie o przyszłości i konsekwencjach trzeba pomyśleć. Ale czy aby na pewno w takim przypadku?

Co myśli zdecydowana większość nastolatek (a i pewnie nastolatków) w czasie swej słodkiej młodości gimnazjalno-licealnej? Że fajnie byłoby mieć kogoś kochającego obok siebie. Kogoś, kto by przytulił, pocałował w czoło i dał się prowadzić za rączkę przez kilka godzin dziennie. W nastoletnim świecie to często przepis idealny. I w jakimś stopniu nie ma się co temu dziwić, bo przyznajmy - coś w tym jednak fajnego jest. Może i to chodzenie przez kilka godzin za rękę to przesada, ale sam fakt posiadania kogoś kochającego? Na samą myśl o tym wielu dorosłych powiedziałoby: "shut up and take my money!".

W pewnym momencie takiego nastoletniego związku pojawia się jednak problem. Niektórzy bakcyla łapią od razu, inni dopiero po jakimś czasie. Zapadają w jedno ze swoich pierwszych zakochań po uszy i najchętniej chcą w nim pozostać już na zawsze. 

Kotku, mamy dopiero po 16 lat, ale chcę z Tobą spędzić resztę swojego życia, mieć gromadkę dzieci i psa. Już nawet mam plan jak nazwiemy naszą pierwszą córkę i gdzie będziemy mieszkać! Bo ja po prostu WIEM, że to się nam uda!

Potem parka już spokojnie razem entuzjastycznie opracowuje sobie całe życie. A co jest dalej? Dalej przychodzi rozczarowanie, smutek, płacz. Bo ostatecznie nie wypaliło. Dwa miesiące temu słodziaki miały już rozplanowany układ pokoi w swoim pierwszym prawdziwym domu, a tu nagle coś "trzasnęło". Czasem to jedna osoba będzie czuła prawdziwy żal, czasem obu się to zdarzy. Z takich walk zawsze ktoś wyjdzie z ringu poobijany.

Zastanawiałem się, czy powinienem w tym miejscu zwrócić się do tych jeszcze młodszych ode mnie Czytelników z prośbą, by zwrócili uwagę na takie niepotrzebne planowanie przyszłości, niepotrzebne robienie sobie nadziei. Ale to wcale nie jest tak dobry pomysł. Może lepiej warto spróbować. Prawdopodobnie skończy się to kopem w dupę i przeżyciem jednego z pierwszych prawdziwych zawodów życiowych. Nie martwże się jednak - to bardzo dobrze! Często to dopiero wtedy niektórzy orientują się magicznie, że cały świat wokół nich miał rację. 

A jeśli Ty, Starszy Czytelniku, zastanawiasz się teraz: "po cóż on to wszystko napisał?", przychodzę z odsieczą! Wróć na chwilę do swojego nastoletniego żywota i spójrz, czy aby i Ty na pewno nie miałeś kiedyś podobnej sytuacji. Jeśli okaże się, że istotnie coś tego rodzaju spotkało Cię kiedyś, a teraz jedynie wyśmiewasz takie problemy gimnazjalistów, składam Ci szczere gratulacje. Bo może i jesteś w jakimś stopniu hipokrytą, ale przynajmniej uczysz się na błędach. Twoje zdrowie.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

Jony Ive. Geniusz, który zaprojektował najsłynniejsze produkty Apple.

Gdy dowiedziałem się, że w Polsce ma zostać wydana biografia Jony'ego Ive'a, od razu ustawiłem ją na samej górze swojej książkowej listy zakupów. Domyślałem się oczywiście, iż nie będzie to zapewne tak obfita i intrygująca historia, jak w przypadku pozycji o Stevie Jobsie, jednak wciąż mówimy przecież o - według wielu osób - obecnie "najcenniejszej osobie w Apple". Czy więc droga Jony'ego do sławy jest materiałem dobrym na tego typu pozycję? Sprawdziłem to już teraz, raptem paręnaście dni po polskiej premierze książki.

Co warto zaznaczyć na samym początku, w przeciwieństwie do kultowej już pozycji Waltera Isaacsona o Jobsie, tym razem do czynienia mamy z biografią nieoficjalną. Autor książki, Leander Kahney, miał okazję poznać oczywiście Jona Ive'a, aczkolwiek nie przeprowadził z nim na potrzeby swojego projektu żadnego wywiadu. Na szczęście zrobił on wszystko, by mimo tego uszczerbku uzyskać jak najwięcej materiału.

Wraz z kilkoma współpracownikami przepytał tym samym naprawdę sporo osób z otoczenia Ive'a. Część to znajomi projektanta, współpracownicy sprzed jego przenosin do Kalifornii czy też byli oraz obecni pracownicy Apple. Poza tym Kahney dokonał naprawdę ogromnego researchu, co udowodniają liczne przypisy - po kilkadziesiąt na każdy rozdział książki. Zamieszczone w nich linki czy odniesienia do innych książek są prawdziwą skarbnicą wiedzy dla tego, kto dowiedzieć się chce jeszcze więcej.

Czytało mi się tę pozycję naprawdę świetnie, co jednocześnie może w przypadku recenzowania produktu sprawić niemałe kłopoty. Gdy bowiem do czynienia mam z książką zwyczajnie średnią czy dobrą, udziela mi się klimat tej jakości i nie mam ochoty doszukiwać się przesadnych minusów. W przypadku dzieł naprawdę wciągających, często natomiast łatwiej jest mi dostrzec rysy, które psują trochę idealistyczny obraz całości.

I w tym przypadku rzuca się w szczególności jedna konkretna rzecz: to nie jest tak bardzo książka o Jonym, jak pozycja Isaacsona o Stevie. Początkowo oczywiście jest to typowa biografia, ukazująca dalsze losy kariery Ive'a już od samego dzieciństwa. Gdy jednak trafiamy do Apple, autor zaczyna dostarczać więcej informacji na temat projektów firmy, a mniej na temat samego projektanta. Z jednej strony, dzięki temu dostajemy naprawdę przyjemne i interesujące kompendium na temat designu produktów giganta z Cupertino, z drugiej natomiast, szkoda, że główny bohater książki musi się w tych momenatch w jakiś sposób usunąć cień. 

Warto też zauważyć, że przecież życiu Jony'ego mimo wszystko daleko do szalonej historii Steve'a. Tu główny bohater nie rzuca studiów, nie wyjeżdża na drugi koniec świata, nie pości jedząc tylko owoce, ani nie dawkuje sobie codziennie LSD. Ive wydaje się po przeczytaniu tej książki człowiekiem zdecydowanie "normalniejszym", przyjaźniejszym i bardziej otwartym społecznie od Jobsa. Łatwiej go pewnie przez to ludziom polubić, ale takie "zwyczajne" życie na pewno nie jest dobrym mięsem dla biografa.

Na koniec jeszcze jedna kwestia, która rzuciła mi się w oczy. Przez całą książkę zastanawiałem się: "czemu, do cholery, nikt nie wrzucił do książki o projektancie żadnych zdjęć jego tworów?!". Ostatecznie okazało się, że fotografie zostały wrzucone, ale dopiero na koniec biografii. Jest to jakieś udobruchanie wkurzonego Czytelnika, acz wciąż uważam, że lepszym posunięciem byłoby zwyczajnie umiejscowienie zdjęć produktów tam, gdzie twory te są wspominane w tekście.

Pomimo tego, że przez prawie pół tej recenzji pastwiłem się trochę nad ubytkami książki Kahneya, muszę to napisać jeszcze raz - książkę tę naprawdę cholernie dobrze mi się czytało. Autor bardzo dobrze prowadzi narrację, a i same informacje na temat wszelkich znanych projektów Ive'a stanowią niemałą gratkę. Przynajmniej dla fanów Apple, bo nie jestem pewien, czy książka ta dostarczyłaby tyle radości zupełnie niedzielnym czytelnikom, co biografia Jobsa. Jestem jednak pewien, że jeśli macie już za sobą książkę Isaacsona, również i po twór Kahneya możecie sięgnąć ze spokojną głową. Na pewno i Wam on się spodoba.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #64 - Wiciu

Tydzień temu, przy okazji odcinka z Ładzikiem, wspominałem, iż raper tamten należy obecnie do grupy NPS (NierównoPodSufitem). Dzisiejszym gościem czytelniczej akcji jest natomiast inny członek tejże ekipy - Wiciu! To zawodnik nagrywający już od paru dobrych lat, co ostatnio zostało docenione przez serwis Popkiller, który przyjął go do swych Młodych Wilków. Po licznych bitwach freestylowych i kilku dłuższych materiałach, Wiciu pracuje aktualnie nad wspólnym projektem z Karwanem i niuskulowym producentem SecreRankiem. Zapowiada się to na naprawdę ciekawy materiał.

Co natomiast dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Witam, moi Drodzy! 

Molem książkowym nigdy nie byłem, nie jestem, ani pewnie nigdy nie będę, chociaż kij tam wie - może na starość mi odbije i zacznę nadrabiać zaległości. Dość długo opierałem się, ażeby napisać te parę zdań na temat mojego obycia z książkami, bo prawdę mówiąc nie mam za dużo do powiedzenia w tej kwestii, nigdy nie miałem zbyt dużej zajawki na książki, nie wiedzieć czemu. Rodzice mi nie zaszczepili? Obrzydziła mi je szkoła poprzez nakaz czytania sterty niepotrzebnych lektur (i tak żadnej nie przeczytałem!  Poza "Świętoszkiem" i "Szkicami węglem" czy coś takiego, bo były super cienkie :))? A może jestem po prostu głupi i nie czuję tego klimatu? Nie wiem, nie wnikam. 

Do rzeczy: w wieku lat 19 odkryłem, że książki to nie tylko zło i przykry obowiązek, i zacząłem powolutku nadrabiać zaległości - a może nie tyle nadrabiać, co po prostu czytać z przyjemnością. Nie popiszę się tutaj znajomością wyszukanych autorów tudzież tytułów, które zna 5 osób na krzyż, z czego 4 to rodzina autora. Z mojego własnego doświadczenia polecić mogę (pewnie 3/4 raperów przede mną poleciło to samo co ja, nie wiem - nomen omen nie czytałem ich wypocin) trzy książki Stasia Grzesiuka: "Boso", "5 lat kacetu" i "Na marginesie życia". Choć ta trzecia to już trochę flaki z olejem. Świetnie opisane lata przedwojenne, sama wojna i czasy po niej przez gościa, który dziś pewnie wydawałby w PROSTO i miał trzyliterowy skrót po ksywce.

Trzymając się starowarszawskiego klimatu polecić chciałbym również Małola... Łysiaka (żart, hehe) i jego "Dobrego", a także podzielić się zdaniem na temat Tyrmanda, który według mnie jest strasznym nudziarzem (zaczynałem zabawę ze "Złym" i "Dziennikiem 1954", i obie wywaliłem w kąt w okolicach połowy lektury) - ostro przehajpowany gostek jak dla mnie.

Co jeszcze? Na pewno klasyka w postaci Orwella ("1984", "Folwark"). Teraz czytam coś podobnego, czyli "Nowy wspaniały świat" Huxleya. Jestem w mniej więcej połowie i, jak to mówi dzisiejsza młodzież, POLECANKO. Lubię także Wojtka Cejrowskiego. W jeden wieczór łyknąłem "Gringo wśród dzikich plemion" oraz jego biografię. Fajnie napisane, miło się czyta, z humorkiem (pozdro Tiger & Kobra) i bez owijania w bawełnę - to lubię. 

Jak chcecie się wzruszyć, polecam biografię Franka McCourta, "Popiół i Żar". Powiem krótko - nie ryczałem tak od czasów "Króla Lwa" i "La Bamby". Jak już wasze poliki spłyną potokiem słonych łez, dla poprawienia nastroju polecić mógłbym "Zapiski oficera Armii Czerwonej" napisane przez Sergiusza Piaseckiego i biografię Szamotulskiego - jaja jak berety, śmiechu co niemiara, boki zrywać, itd. 

Przeczytałem jeszcze kilkanaście innych pozycji, ale albo to kaszana niewarta zdania, albo książki na tyle "ciekawe", że już ich nawet nie pamiętam. Tyle chyba! Pozdrówki dla wszystkich, dużo czytajcie smyki, bo czytanie rozwija mózg i poprawia słownictwo, i ogólnie człowiek staje się lepszy!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Blue Highway

"Blue Highway" zainteresowałem się zasadniczo z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to typowy film indie, a ja produkcje niezależne w niektórych aspektach zdecydowanie wolę bardziej od tytułów mainstreamowych. Drugim powodem mego zainteresowania był zaś... krótki czas trwania całości. Uwielbiam wręcz produkcje o niezbyt pokaźnej długości, a godzina i dziesięć minut to jeszcze bardziej nietypowa opcja niż ubóstwiane przeze mnie półtorej godziny. Czy jednak poza tymi dwoma aspektami recenzowany dziś film daje radę?


"Blue Highway" to opowieść o dwójce przyjaciół: Kerry (Kerry Bishé) i Dillonie (Dillon Porter). Wyruszają oni z Alabamy samochodem, ich celem zaś jest Teksas. Pomimo jednak posiadania konkretnie ustalonej linii mety, podróżują swobodnie, zatrzymując się nieraz w miejscach, które wydają im się intrygujące. W ich zaciekawieniu duża rolę pełnią natomiast popularne filmy amerykańskie.

Szukają oni bowiem po drodze miejsc, w których kręcono lubiane przez nich produkcje. Według internetowych opisów miał to być jeden z ważniejszych aspektów całości. Ostatecznie okazuje się jednak, że nie do końca tak jest. Bohaterowie odwiedzają bowiem gdzieś w okolicy 5-10 tego typu lokalizacji. "Blue Highway" jest opowieścią raczej o samym podróżowaniu naszej dwójki, nie zaś ich konkretnemu celowi.

Czyżby więc typowy "film drogi"? Jak najbardziej. Wszystkie podstawowe elementy tego typu produkcji dostajemy tu na wyciągnięcie ręki. Jest więc rozwój zażyłości między bohaterami, wątpliwości, konflikty, przypadkowe problemy serwowane przez podróż. Wśród tego wszystkiego wspomniany wcześniej aspekt odwiedzania miejsc związanych z różnymi kinowymi hitami jest natomiast zwyczajnie smaczkiem, dodatkiem do dania głównego.

Gdzieniegdzie "Blue Highway" zajawiane jest również jako komedia. To jednak kolejny błąd. Jasne, kilka żartów się tutaj przez cały film przewija, na części z nich nawet i zaśmiać się można, mimo to zdecydowanie górą są tu motywy obyczajowe, podróżnicze, nazwijcie to jak chcecie. Podobnie więc jak w przypadku motywów filmowych, to tylko kolejny dodatek to ostatecznego dania.

Dania - podsumowując - zwyczajnie poprawnego. Nie jest to najpyszniejszy amerykański stek z tradycyjnej przydrożnej teksańskiej restauracji, o której wiedzą tylko nieliczni koneserzy. Nie są to też gołąbki zrobione przez mamę w domowym zaciszu. Obejrzenie "Blue Highway" jest jak pójście do jakiejś przypadkowej knajpki, w której najemy się bez obrzydzenia, ale zachwytów nad jakimikolwiek elementami dania nie uświadczymy. No, chyba że mówimy o samej oprawie, w której skład wchodzą wygląd potrawy (czyt. zdjęcia), muzyka płynąca z głośników lokalu (dokładnie to samo) i całkiem przyjemny nastrój w knajpce (patrz: klimat). 

Nic z tego nie zmieni jednak samego smaku potrawy. Ten natomiast jest - jak już wspomniałem - zwyczajnie poprawny. Żałować więc czasu na "Blue Highway" nie będziecie, acz na pewno macie gdzieś tam spisanych kilka innych filmów, które obejrzeć warto w większym stopniu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Świecisz jak miliony monet

Słyszysz gdzieś przestrzeni ksywkę "Mrozu" - o czym myślisz w tej chwili? Oboje dobrze wiemy, że pierwsze, co przychodzi Ci do głowy, to kawałek "Miliony monet". "O rany, to ten kiepski grajek" myślisz w duchu, jednocześnie już sobie podśpiewując "świecisz jak miliony monet". Chcesz zacząć zająć się czymś innym, ale mózg już Ci śpiewająco podpowiedział "spłoniesz nim odpalę lont".

"Miliony monet" to był taki rasowy hicior polskiego mainstreamu. Jedni jarali się nim jak najbardziej na serio, inni strasznie hejtowali, a i tak znali refren na pamięć. Na imprezach po kilku głębszych śpiewały go obie grupy - trudno nawet powiedzieć, czy ta druga po tylu kieliszkach wciąż robiła to tylko dla beki. "Ja mam ten idealny plan, Ty masz ten idealny stan".

Mrozu był stricte mainstreamową gwiazdą - taką jaką uwielbiają Polacy. Spokojnie można by postawić go obok Dody, Ewy Farny, Dawida Kwiatkowskiego i kogo tam jeszcze kojarzycie ze światka polskich piosenkarzy. Jest jednak w tym miejscu to magiczne "ALE". Jak się bowiem okazuje, Mrozu wciąż istnieje. I - uwaga, uwaga - nagrywa teraz naprawdę niezłą muzykę!

Dla niektórych szok zapewne to jest ogromny, ale istotnie sprawa ma się właśnie tak. Mrozu już nie jest tym śmieszkiem śpiewającym o milionach monet, femme fatale i idealnych planach podczas idealnych stanów. Teraz czas na tezę jeszcze bardziej kontrowersyjną: ten koleś to teraz trochę taki polski Timberlake. Oni obaj zaczęli robić kawałki mainstreamowe, w których skład wchodzą elementy zdecydowanie mniej popowe. 

Może część z Was zastanawia się, co w ogóle zmotywowało mnie do napisania takiego postu. Dziś swą premierę miał bowiem teledysk do najnowszego singla z ostatniego krążka Mroza. Na link do "Nic do stracenia" kliknąłem właściwie przypadkowo, licząc na to, że będzie to kawałek, który wyłączę po kilku pierwszych sekundach. Okazało się jednak, iż jest to cholernie pozytywny track, zdecydowanie robiący mi dzień!

Przypomniało mi się przy okazji, że wcześniej, jeszcze w ubiegłym roku, miałem okazję sprawdzić inny kawałek z najnowszej płyty Mroza. "Jak nie my to kto" z gościnnym udziałem Tomsona również wówczas spodobało mi się i wkręciło na jakiś czas. Byłem jednak przekonany, że jest to jednorazowy "wybryk" i nie ma co liczyć na więcej tego typu materiału. A tu proszę - okazuje się, że kolejny singiel jest właściwie jeszcze lepszy! Aż chyba w ciągu najbliższych dni sprawdzę cały krążek "Rollercoaster", bo zapowiada się on na naprawdę spory kawałek przyjemnej muzyki na lato.

Naprawdę fajnie, że facet, który kiedyś tworzył muzykę pokroju "Milionów monet" teraz idzie w tak przyjemną dla ucha słuchaczy wszelakich stronę. Bo choć jest to wciąż raczej muzyka mainstreamowa, tak nie rani ona uszu bardziej ambitnych fanów muzyki, jak kolejne popisy innych polskich gwiazdek piosenki. No chyba, że jesteście prawilniakami w dresach, zatwardziałymi metalami albo gimnazjalistami, którzy pragną podkreślić swoją wyjątkowość słuchając wyłącznie zespołów grających niezrozumiały, rzekomo "ambitny" bełkot. Wtedy zrozumiem, że przesłuchanie nawet i współczesnego Mroza może być dla Was prawdziwym piekłem. Inni natomiast będą sobie podśpiewywali radośnie nowe tracki tegoż artysty, a po pijaku wciąż wykrzykiwali "Miliony monet".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: fanpage Mroza

2 komentarze:

Fotograficzna incepcja

Powiedzmy to sobie szczerze - Google Glass, owiane już legendą okulary, nie będą stuprocentowo tym, czego oczekuje większość fanów technologii. Musimy liczyć się z tym, że część opcji będzie niedopracowana, część natomiast zwyczajnie nie będzie działała w normalnych warunkach tak, jak na filmikach promocyjnych. Chciałbym by było inaczej, ale niestety tak bywa praktycznie zawsze w przypadku technologii wszelakich. 

Mimo tego, chciałbym mieć Google Glass. Jako fan nowinek technologicznych, tego typu gadżety przygarnąłbym chętnie nawet ze wszelkimi ich niedoróbkami. Prawdopodobna cena jednak zdecydowanie odstrasza. A szkoda, bo jest jedna funkcja w Google Glass, którą w swym życiu przywitałbym z nieukrywanym entuzjazmem.

Idziesz sobie w słoneczny dzień środkiem krakowskiego Rynku Głównego. Jest pięknie, słońce grzeje niemiłosiernie i czujesz wreszcie przyjście wiosny. Czują to też inni mieszkańcy Krakowa oraz - przede wszystkim - turyści. Oni w szczególności chcą wykorzystać swój krótki pobyt w Polsce w pełni możliwości, piękną pogodę witają więc możliwe, że z największa radością. 

I postanawiają swą ekscytację konkretnie udokumentować. Wyciągają więc telefony lub wielkie aparaty i strzelają sobie fotki. Jedni stawiają na samojebki, inni proszą współtowarzyszy o uwiecznienie ich pobytu w Krakowie. Co jest zaś w tym najpiękniejszego dla osoby postronnej? Komizm całej sytuacji, składający się na spięcie fotografa i próby pozowania drugiego człeka.

Zawsze jarałem się wszelkimi materiałami making-of. Lubię patrzeć na zdjęcia z planów filmowych, sesji zdjęciowych czy innych tego typu momentów. Ukazują one zupełnie inną perspektywę na to, co odbiorcy dostają już po wszelakiej obróbce. Mimo tego, nic nie przebije making-ofów prawdziwego życia.

Raz szedłem po krakowskich Plantach, przechodząc obok wielkiego cokołu, na który mało kto normalnie zwraca uwagę. Sam właściwie nie miałem większego pojęcia o jego istnieniu do właśnie tego momentu, choć przechodziłem obok tego miejsca już setki razy. Oto bowiem obok "pomnika" staje dwóch młodych chłopaków w okularach. Wiecie, takie typowe nerdy. I jeden powoli nagrywa świat wokół tegoż cokołu, drugi natomiast przez dobrą minutę próbuje sobie strzelić selfie ze strasznie poważną miną. Oddaliłem się jak najszybciej, by nie zaśmiać się im w twarz.

Fotografowanie zawsze wygląda w jakiś sposób zabawnie. Przynajmniej dla mnie. Widzę osoby na imprezie robiące sobie selfie - porusza mi się kącik ust w ironiczny uśmiech. Dziewczyny w klubie robiące sobie słit focie - staram się powstrzymać chichot. Gimnazjalistki robiące wielką lustrzanką zdjęcie hamburgerowi - nie wiem jak się zachować. I co z tego, że sam w podobnych sytuacjach byłem wiele razy. Z mojej perspektywy wtedy to tak śmiesznie nie wyglądało.

I ja zawsze miałem ochotę te wszystkie zabawne sytuacje uwiecznić. Trafić akurat na ten moment, by zdążyć wyciągnąć telefon, włączyć aplikację aparatu i zrobić zdjęcie. Zdjęcie osoby robiącej zdjęcie. Taka fotograficzna incepcja. Zawsze wyobrażam sobie to jako mega śmieszne. Czasem jednak się mi nie udaje, a czasem po prostu wydaje mi się to strasznie krępujące. Co zrobić?

Wyjściem wybornym byłoby właśnie Google Glass. Masz na sobie te magiczne okulary i znów idziesz środkiem krakowskiego Rynku. Widzisz przezabawnych Azjatów robiących zdjęcia. Co robisz? Mówisz "Glass, take a photo". Gotowe. Zero wyciągania telefonu, zero grzebania po kieszeniach, zero stresu, że może się nie zdążyć.

Tyle krótkich acz efektownych momentów będzie można dzięki Glass uwiecznić. Nagłe wypadki, śmieszne zdarzenia. No i ludzi, robiących sobie zdjęcia. Gdy takie okulary wejdą do użytku codziennego, ilość contentu w internecie powinna naprawdę mocno wzrosnąć. Pozostaje nam więc czekać na przystępniejsze ceny. A wtedy już nasi znajomi nie będą nam musieli wierzyć na słowo, że spotkało nas coś niesamowitego.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Soundtrack to my run #3

Co prawda kilka ostatnich dni w Polsce było zdecydowanie chłodnych, ale mimo to wciąż należy pamiętać o tym, że oficjalnie wiosna jest już ciągle z nami. Z nadzieją wypatruję więc w internetowych serwisach pogodowych kolejnych dni pełnych słońca i wysokich temperatur. Będzie to bardzo przydatne nie tylko dla mojego samopoczucia, ale i biegania. Jakkolwiek bowiem nawet śnieg przed przebiegnięciem paru kilometrów mnie nie powstrzyma, tak wciąż jogging w cieple jest wygodniejszy niż w mrozie.

Wiosna to także świetny znak dla tych, którzy jakimiś przesadnie zawziętymi biegaczami nie są, ale w słońcu od czasu do czasu tyłek ruszą. Wychodzi więc na to, że kwiecień to idealny moment na wrzucenie trzeciego odcinka sportowo-muzycznej serii "Soundtrack to my run". Ponownie więc dostarczam Wam 50+ różnorodnych kawałków, podzielonych na dwie kategorie: RAP i NIE-RAP. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, niekoniecznie jako utwory stricte do biegania, ale i chociażby wyciskania na siłowni. Klimatycznie większość kawałków utrzymanych jest natomiast właśnie w dość wiosenno-letnim tonie. Na najbliższe miesiące więc jak znalazł.

Poprzednie odcinki serii znajdziecie z kolei TUTAJ oraz TUTAJ. Enjoy & get inspired!

RAP
Ace Hood - "Bugatti"
Dinal - "Bułki z szynką" (ale tak naprawdę całe "W strefie jarania i w strefie rymowania")
Dinal - "Lawsang"
Diset - "Więcej świateł"
Dizzee Rascal - "Bonkers"
Eminem - "Love Game"
Eripe & Quebonafide - "Prowo" (+ „Valhalla”)
Hary - "’90"
Hopsin - "Sag My Pants"
Isaiah Rashad - "Shot You Down"
Kanye West - "The New Workout Plan"
KęKę - "Znakomicie"
Kontrafakt - "JBMNT" (+ "Stokujeme vonku")
Mac Miller - "Donald Trump"
Machinę Gun Kelly - "Wild Boy"
Mike WiLL Made It - "23"
Nas & Damian Marley - "As We Enter"
Quebonafide - "Hype"
Raider Klan - "In This Thang"
Rasmentalism - "Dobra muzyka" (a tak naprawdę to przy prawie całej ostatniej płycie się naprawdę fajnie biega)
Schoolboy Q - "Collard Greens" (+ chociażby "Gangsta", "Los Awesome" czy "Man of the Year")
TrooM x Lanek - "Tees (Bad Boy Bass)"
Tyler, The Creator - "She"
VNM - "Ale kiedy" (+ kilka innych tracków z nowej płyty, np. "Zawada 2k13" czy "Znów dobrze")
Yung Lean - "Kyoto"

NIE-RAP 
Afro Kolektyw - "Czasem pada śnieg w styczniu" (z ich ostatniej, rockowej płyty, również chociażby "Nasza doskonałość")
Bella Huxley - "I Love It (I Crashed My Car)"
Beyonce - "Flawless"
Billy Talent - "Red Flag"
Bloc Party - "Helicopter"
Blur - "Song 2"
Brenda Walsh - "Porn Site"
Brodka - "Varsovie (Bueno Bros. remix)"
Cashmere Cat - "Wedding Bell"
Crystal Fighters - "Love Natural"
David Guetta - "Memories"
Disclosure - "Latch" (+ "When A Fire Starts To Burn")
Freedom Fry - "Summer in the City"
Geographer - "Verona"
Jamal - "DEFTO" (z ostatniej płyty również chociażby "Plastikowe kwiaty" czy "Peron")
Krzysztof Krawczyk - "Parostatek" (serio!)
LCD Soundsystem - "Daft Punk Is Playing At My House"
Lily Allen - "Take What You Take"
Maximo Park - "Our Velocity"
Mazarin - "For Energy Infinite" 
Muchy - "Galanteria" (+ "Brudny śnieg", oba kawałki z płyty "Terroromans")
Neon Indian - "Polish Girl"
Pharrel Williams - "Happy" (+ "Gush")
Tenacious D - "Kielbasa" (chociaż kurczę, ja słucham całej płyty i podczas biegania zwyczajnie śmieję się w najlepszych momentach. Kto już słuchał, ten wie dlaczego.)
WEKEED - "Wild Child"

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Jak prawidłowo wiązać buty?

W internecie są tony filmików o naprawdę różnorodnej tematyce. Jedne rozśmieszają na chwilę, inne rozbawiają tak mocno, że od razu wysyłamy je znajomym, a inne z humorem wspólnego mają mniej. Te ostatnie raczej uczą, motywują czy też zawierają w sobie po prostu jakąś ciekawostkę. A jednym ze zbiorów tego typu filmików jest popularny wśród internautów serwis TED.

TED to seria konferencji naukowych, na której stronie znaleźć można wszelakie wykładane tam prezentacje. Część z nich jest raptem parominutowych, część natomiast potrafi przykuć uwagę na dobrych kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt minut. Jedno jest pewne - dosłownie KAŻDY znajdzie tam coś dla siebie. Nawet jeśli się tego zupełnie nie spodziewa.

I ja ostatnio trafiłem tam na filmik zdecydowanie niesamowity. Możliwe, że go znacie, bo ma już na koncie prawie cztery miliony wyświetleń i napisy w języku polskim. Ale jeśli jednak go nie kojarzycie, to najwyższa pora to zmienić. Bo może się okazać, że całe dotychczasowe życie przetrwaliście w kłamstwie, ponieważ w dzieciństwie źle nauczono Was... wiązania butów.

Mówię serio. Terry Moore w wieku pięćdziesięciu lat dowiedział się, że przez całe życie źle wiązał sznurówki. W klasycznym sposobie istnieje powiem mały haczyk, który wystarczy delikatnie skorygować, by poprawić siłę węzła. W odpowiednim momencie wystarczy zwyczajnie wykonać jedną z czynności w odwrotną niż zwykle stronę. Opisać słowami tego nie potrafię - obejrzyjcie więc zwyczajnie wspomniany filmik TUTAJ.

Już po? Świetnie. Krąży Wam jednak pewnie wciąż w głowie pytanie: "czy to naprawdę działa?". Od paru dni testuję ten "nowatorski" sposób wiązania butów i wyniki wydają mi się naprawdę ciekawe. Jak dotąd raz rozwiązały mi się sznurówki podczas normalnego chodzenia, co jest w sumie całkiem niezłym wynikiem, choć moim zdaniem niczym nadzwyczajnym. Ciekawiej jest natomiast w kwestii biegania. Podczas niego bowiem właściwie zawsze spotykam się w pewnym momencie z rozwiązanym butem. W czasie pierwszej próby z nowym wiązaniem, przez dziewięć kilometrów biegu, ani razu sznurówki się nie rozwiązały. Owacje na stojąco, Drodzy Państwo.

Chyba dawno nie spotkałem się z tak małą rzeczą, zmieniającą życie w tak diametralny sposób. Codziennie człowiek dowiaduje się czegoś nowego, ale żeby chodziło o wiązanie sznurówek? Co będzie następne - niecodzienna technika smarowania chleba masłem? Wygodniejsza technika podcierania tyłka? Internecie - show me what you got!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Trzynastu. Premierzy wolnej Polski

W nauce historii w polskich szkołach jest jeden zasadniczy problem: nigdy właściwie nie dociera się do czasów współczesnej Polski. Choć jakieś tematy z tego zakresu w podręcznikach istnieją, tak nauka czy to w gimnazjum, czy w to w liceum, kończy się nawet już na drugiej wojnie światowej. Kiedyś myślałem, że tak sytuacja wygląda tylko u mnie, ale po rozmowach z innymi ludźmi doszedłem do wniosku, iż nie jestem jedynym "poszkodowanym". 

Według niektórych teoretycznie wiedzę o współczesnej Polsce powinniśmy więc wyciągać z lekcji Wiedzy o Społeczeństwie. To też jednak nie jest takie proste, bo te zajęcia skupiają się na tylu różnorodnych kwestiach, że wyciągnąć z nich cokolwiek sensownego jest bardzo trudno. No bo jak tu działać, skoro wspomnienie o nowoczesnej Polsce zasypywane jest gromem socjologicznych tematów o grupach społecznych i innych pierdołach. 

A od uczniów mimo tego wymaga się bycia obeznanym we współczesnej polityce. Chociaż szkoła do tego nie przygotowuje i jedyne co mówi, to: "idź sobie obejrzyj wiadomości w telewizji codziennie". Tylko jaki jest sens oglądania tych programów, skoro nie ma się podstawowego tła historycznego do zrozumienia tego, co tam się dzieje? Jeśli jednak macie ambicje i chęć dowiedzenia się czegoś, co szkoła powinna Was nauczyć już dawno temu - jest wyjście.

Trafiłem bowiem ostatnio (standardowo - dzięki promocji e-bookowej) na ciekawą pozycję, zatytułowaną "Trzynastu. Premierzy wolnej Polski". Jest to jedna z tych książek, których tytuł mówi wszystko. Zawiera ona wywiady jednego autora z trzynastoma (a tak naprawdę dwunastoma, ale o tym za chwilę) dotychczasowymi szefami rządu III Rzeczypospolitej. Wszystkie najważniejsze informacje zebrane w jednym, naprawdę krótkim tworze.

Bo wszystkie wywiady są raczej standardowej długości, ale zawierają multum konkretów na temat pracy politycznej każdego z przepytanych przez autora ludzi. Do każdego z byłych premierów Jerzy Sadecki podchodzi neutralnie, próbując wypytać i o rzeczy standardowe, i o te, o których dana osoba niekoniecznie chciałaby rozmawiać. Czytelnikowi zaś naprawdę łatwo jest połapać się w kolejno opisywanych zdarzeniach, tym bardziej przez pryzmat wszystkich spisanych tu rozmów.

Książka ta niestety nie należy do stricte najnowszych. Pochodzi ona z początków premierowania Donalda Tuska, z którym, swoją drogą, w ogóle wywiadu nie ma. Jest natomiast Jarosław Kaczyński jeszcze sprzed Smoleńska, mówiący inteligentnie i bez spiskowych teorii w co drugim zdaniu. Może kiedyś doczekamy się zaktualizowanej wersji tej książki, chociażby o sam wywiad z Tuskiem. Sam chętnie po tę nową wersję bym sięgnął.

Podsumowując więc: "Trzynastu. Premierzy wolnej Polski" to takie całkiem krótkie kompendium wiedzy na temat współczesnej Polski, opowiedziane przez ludzi historię tę kształtujących. Gdyby to ode mnie zależało, chętnie podrzuciłbym to jako lekturę dodatkową dla uczniów liceów. Na żadnych zajęciach nie dowiedzą się bowiem oni tylu ważnych informacji w tak krótkim czasie. Polecam.

0 komentarze:

Raperzy czytają #63 - Ładzik

Przed Wami kolejny odcinek sztandarowej niedzielnej serii. Tym razem gościem cyklu "Raperzy czytają" jest Ładzik, zawodnik obecny na scenie już od kilku lat. Na swoim koncie ma on już parę solowych projektów, jak choćby wydany w roku 2013 krążek "Koniec to początek". Obecnie Ładzik jest natomiast zaangażowany w nagrywanie z grupą NPS (NierównoPodSufitem), w której skład wchodzą także Wiciu oraz Grudo. W lutym bieżącego roku wypuścili oni singiel "ENPEES", który możecie przesłuchać TUTAJ

Co natomiast dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Czytanie książek nie jest na pewno czynnością, na której można mnie często przyłapać. Dzieje się tak głównie ze względu na brak czasu, a może raczej na zapełnianie wolnego czasu baletami, spotkaniami czy innymi formami rozrywki. Zdarzy się jednak, że jakaś pozycja wpadnie mi do ręki i jak już przelecę te kilkanaście pierwszych stron, to szybko się nie oderwę. Poza lekturami, z którymi raczej walczyłem lub łykałem je poprzez streszczenia, znajdą się książki, które wspominam bardzo dobrze i które sprawiły mi ogromną przyjemność, gdy je czytałem. 

Najbardziej podchodzą mi wszelakiego rodzaju kryminały. Gorąco polecam książki Jeffreya Archera, chociażby "Co do grosza", czy "Złodziejski honor". Jeśli ktoś nie sprawdzał klasyka to Franz Kafka – "Proces". Często zaglądam w twórczość Harlana Cobena, Roberta Ludluma, czy klasycznie do chyba jednej z najbardziej znanych autorek, Agaty Christie. Dzieła polskich autorów czytam rzadko, raczej preferuję zagraniczne tytuły, choć ostatnio na plus Pan Wojciech Cejrowski, którego to książki przeczytałem. 

Prawda jest taka, że dużo więcej czasu przeznaczam na oglądanie filmów, niż czytanie książek, ale mocno zachwalam sprawdzenie obydwu form, jeśli jest taka możliwość (chociażby "Zielona Mila"). Wszystkie klasyki polskie i zagraniczne mam zaliczone, więc nie będę przeciągał i sypał tytułami, które każdy choć trochę obeznany w temacie książek zna. 

Pozdrawiam!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

3 komentarze:

Grand Budapest Hotel

Czy można filmowo zacząć lepiej weekend niż oglądając komedię? Szczerze w to wątpię. Zabawne produkcje zdecydowanie są moimi ulubionymi, szczególnie jeśli humor w nich łączy się ze strasznie pokręconą rzeczywistością. Gdy żarty są natomiast w czarnych barwach, moje marzenia stają się stuprocentowo spełnione. Czy "Grand Budapest Hotel", jedna z ostatnich premier kinowych, ma w sobie wszystkie wspomniane elementy?


Nim odpowiem na to pytanie, czas na krótkie streszczenie fabuły. Najnowszy film Wesa Andersona to historia nierozłącznej dwójki: konsjerża słynnego, tytułowego hotel, pana Gustave'a H. (Ralph Fiennes) oraz młodego chłopaka, który zatrudnił się u niego na boya (Tony Revolori). Para ta zostaje wplątana w prawdopodobnie najbardziej szaloną historię w historii Grand Budapest Hotel. Jest miasto o nazwie Żubrówka, tamtejsze więzienie, ogromny spadek oraz zabójca na zlecenie. Czyż nie brzmi to jak zestaw idealny?

Na samym początku filmu niestety nie. Przez mniej więcej pierwszą połowę seansu całość wypada bowiem bardzo dziwnie. Z jednej strony panuje tu niby świetny klimat, domagający się aż tony żartów na minutę. Tymczasem początkowo humoru zbyt dużo nie ma, przez co uderza coś w rodzaju niewykorzystanego potencjału. Ale spokojnie - później jest lepiej.

Nagle bowiem żarty istotnie zaczynają pojawiać się non stop, powodując początkowo uśmiech, potem chichot, a na końcu gromki śmiech. I jest tu wszystko czego potrzeba do szczęścia - humor sytuacyjny, humor w dialogach i wreszcie (mój ulubiony) humor czarny. Wszystko to zaś łączy się ze wspomnianym już fantastycznym klimatem, do tego typu komedii pasującym fenomenalnie. A jest to zdecydowanie klimat, którego nie znajdziecie nigdzie indziej.

Cała fabuła bowiem, choć wydaje się w jakiś sposób prawdopodobna, została podana tak abstrakcyjnie, że sam ten fakt jest przerażająco śmieszy. Poza tym wszystkie sceny zostały zaplanowane od początku do końca i nagrano je z największą pieczołowitością. Sama scenografia i charakteryzacja nie raz potrafi przywołać na twarz szeroki uśmiech. Dodatkowo nie sposób wspomnieć o wielu intrygujących zagraniach reżyserskich,  jak choćby wprowadzeniu kilku różnych formatów obrazu, zmieniających się w konkretnych momentach.

Jest też oczywiście naprawdę świetna gra aktorska. Ukazuje się ona w szczególności w przypadku dwójki głównych bohaterów. Nazwisko Ralpha Fiennesa oczywiście mówi samo za siebie, dlatego największym zaskoczeniem jest tu zdecydowanie młody Tony Revolori. Idealnie wpasował się on w klimat produkcji i własną postać. To kolejny przykład na to, że zagranie pewnego rodzaju głupka również jest sztuką wielką.

Cieszę się, że obejrzałem "Grand Budapest Hotel", choć szkoda mi trochę tej pierwszej połowy. Gdyby nie ona, otrzymalibyśmy twór wręcz perfekcyjny, a tak jest gdzieś pomiędzy "dobrze" a "bardzo dobrze". Jeśli lubicie abstrakcyjny humor i naprawdę nietypowe, lecz fantastyczne zdjęcia - sprawdźcie nowy twór Andersona w wolnej chwili. Niekoniecznie jest to must-watch, jednak obejrzeć warto.

Wyraz twarzy pana po lewej mówi wszystko o tym filmie.

0 komentarze:

Jestem kosmitą

Mam na osiedlu taki jeden mały sklepik, do którego chodzić uwielbiam. Pomimo tego, że robię to rzadko, zawsze gdy czegoś potrzebuję z niego, od razu uśmiecham się w duchu. Radości mej winna jest starsza pani, będąca sprzedawczynią w tym miejscu. Cóż jest w niej takiego fantastycznego? Bardzo pozytywne podejścia do klienta.

Gdy tylko się wchodzi do tego małego sklepiku z samego progu widać uśmiechniętą kobietkę, wykrzykującą do człowieka radosne "dzień dobry!". Gdy prosi się po tym o jakieś warzywo czy owoc, zawsze sama każe wybrać produkty, zazwyczaj przy okazji doradzając, które jej zdaniem będą najsmaczniejsze. Przy okazji zawsze zagada o jakieś błahostki pokroju pogody czy zdrowia. To również robi w tak pozytywny sposób, że trudno nie odpowiedzieć jej z równie wielkim uśmiechem na ustach.

Ja zawsze uwielbiam "przejmować" energię od takich ludzi i wsiąkać w te tworzoną przez nich, fantastyczną atmosferę. Nie każdy jednak to potrafi, nie każdy też ma ku temu zawsze możliwości. I mi ostatnio zdarzyło się zetknąć z takim kontrastem między pozytywnym podejściem pani sprzedawczyni, a nie wczuwającą się w klimat klientką. Poczułem się dziwnie.

Oto bowiem, gdy stanąłem w samym progu sklepiku, spotkałem nie tylko radosny wzrok właścicielki, ale i zdecydowanie mniej pozytywne spojrzenie. O wiele starsza ode mnie, około pięćdziesięcioletnia kobieta spoglądała na mnie z ukosa. Czułem się, jakbym właśnie przerwał jej spowiedź w kościele albo chciał się przed nią wepchnąć w kolejkę w banku. Łypała na mnie wzrokiem mówiącym: "co Ty tu robisz?!".

Poczułem się jak obcy. Jak ktoś próbujący wtargnąć do czyjejś rzeczywistości, uschematyzowanej i dopiętej na ostatni guzik. Regularny cykl dnia tej kobiety zakładał zapewne pojawienie się jej w tym oto właśnie sklepie. W skład takiego wypadu wchodziła krótka rozmowa ze sprzedawczynią i ewentualne spotkanie z innymi znanymi z osiedla twarzami - swoistymi koleżankami do plotkowania. Tymczasem pojawiam się ja - młody chłopak, którego klientka nie kojarzy, przez co staję się dla niej obcy. Myślę, że nie byłoby dużej różnicy, gdyby zamiast mnie wszedł wówczas do sklepu Marsjanin.

Próbuję zrozumieć tę kobietę, ale nie do końca mi to wychodzi. Bo jasne, ja również czasem nie lubię, gdy ktoś pojawia się nagle podczas moich zaplanowanych z góry sytuacji. Pewnie Wy też tak macie. Wyobraźcie sobie na przykład, że idziecie na stricte prywatną randkę z dziewczyną czy chłopakiem do knajpki, a tam siedzi już kumpel, który zbiera Was razem z drugą połówką do stolika na wspólne gadanie i popijanie. Odmówić trudno, wyplątać się z tej sytuacji również. I cały romantyzm wieczoru szlag trafił.

Kobieta z opowieści przygarnęła do swojego prywatnego kręgu zupełnie niepasującą do niego sytuację. Jak można wymagać "intymności" w sklepie, nawet osiedlowym? Na wsiach jest podobnie - tam również niechętnie wita się czasem przejezdnych obcych. I do takich ludzi chyba jednak trzeba się zwyczajnie przystosować, bo zmienić tego raczej już nie damy rady. A kto wie - może i z wiekiem część z nas stanie się równie tradycyjną i pragnąca pełni prywatności "starszyzną plemienną"?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze: