Wałkowanie Ameryki

Książki o Stanach staram się czytać nie tylko ze względu na swój kierunek studiów, ale też nabytą całkiem niedawno zajawkę na czytanie o podróżach wszelakich. Tym samym - pozostając już w temacie Ameryki - mogliście swego czasu na blogu przeczytać recenzję tworu "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny". Dziś natomiast tytuł zdecydowanie bardziej ogólny, autorstwa na dodatek Marka Wałkuskiego, znanego korespondenta Polskiego Radia. Czy jego "Wałkowanie Ameryki" przypadło mi do gustu bardziej niż trochę krytykowany przeze mnie "Poradnik niepraktyczny"?

Warto przede wszystkim zaznaczyć, że tytuł ten jest ogólniejszy nie tylko w swym tytule, ale i swej zawartości. Wałkuski porusza tutaj mnóstwo różnych tematów związanych ze Stanami, obalając mity, ale i tworząc w jakiś sposób nowe. Zasadniczo "Wałkowanie Ameryki" to połączenie dwóch składowych: własnych doświadczeń autora oraz informacji, które zaczerpnął on z innych źródeł.

Te pierwsze są oczywiście zdecydowanie ciekawsze od drugich. Szczególnie dlatego, że Wałkuski mieszka w Washington D.C., które przecież o wiele rzadziej jest wymieniane wśród celów turystycznych od takiego Nowego Jorku chociażby. Poza tym, autor przytacza także sporo swych historii z amerykańskiej prowincji, gdzie atmosfera panuje kompletnie inna od tej w metropolii. Jest też trochę interesujących wzmianek o synu Wałkuskiego, w związku z opowieściami o systemie edukacyjnym w Stanach.

Informacje z innych źródeł są już natomiast - przynajmniej według mnie - mniej ciekawym tematem. Nie ma tu wcale przesadnie dużo liczebnych statystyk, ale i przytaczanie danych słownych może w pewnym momencie już po prostu człowieka zanudzić. Tym bardziej, jeśli są już mu one znane ze studiów, jak miało to miejsce w moim przypadku. Mimo to, trzeba zaznaczyć, że Wałkuskiemu udało się także wyciągnąć trochę mniej znanych ciekawostek, które na pewno warto są odnotowania.

Całość zresztą czyta się całkiem szybko i - co najważniejsze - przyjemnie. Kolejne podrozdziały są krótkie oraz napisane zwięźle, dzięki czemu można otworzyć książkę w dowolnej chwili, po czym wrócić do niej po kilku godzinach, nie tracąc zupełnie wątku. To dobre podejście i właśnie na takie tytuły staram się co jakiś czas trafiać, by odpocząć choć na chwilę od dłuższych powieści, które wymagają jak najwięcej uwagi.

"Wałkowanie Ameryki" jest więc skrótowo zbiorem ciekawostek na temat życia w Ameryce oraz tamtejszej kultury. To miłe wprowadzenie dla tych, którzy o Stanach poza podstawowymi rzeczami wałkowanymi w wiadomościach nie wiedzą nic, a chciałyby choć trochę zagłębić się w temat. Dla tych bardziej zajadłych fanów USA, nowości będzie tu mniej, ale wciąż pozostają dopowiedzenia w postaci historii z życia samego autora. Można przeczytać.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #72 - Jawor

Tym razem gościem "Raperzy czytają" jest pochodzący z Trójmiasta Jawor. Zaczynał on jako freestylowiec, by wreszcie dołączyć do tego nagrywanie studyjne od około roku 2007. Obecnie pracuje nad swoim pierwszym pełnoprawnym krążkiem długogrającym. "New World Order" ma pojawić się jeszcze w tym roku i zawierać podkłady takich producentów jak Efen czy Cyga. Pierwszym singlem zapowiadającym materiał jest wypuszczony raptem kilka dni temu "Eccedentesiast".

Co natomiast Jawor ma do powiedzenia na temat książek oraz czytelnictwa w polskim rapie i społeczeństwie w ogóle?

"Podstawowy budulec"

Żyjemy w erze idiotów. Żyjemy w świecie, w którym otacza nas medialny bełkot, populistyczny chłam i rewelacyjnie rozwinięta sztuka komercjalizacji przekazu. Te z pozoru banalne stwierdzenia, zadziwiająco dobrze opisują nasze obecne społeczeństwo, w tym także środowisko rapowe. Mamy boom na trap czy ogólnie rap, w którym treść jest spychana gdzieś na dalszy plan. Popularność zyskują raperzy pokroju Alcomindz czy SB Mafia. Tu pojawia się pytanie: Z czego to wynika?

Moim zdaniem, popartym doświadczeniem i wieloma rozmowami z ludźmi na temat interpretacji wielu rapowych kawałków, wynika to przede wszystkim ze słabo rozwiniętej umiejętności przyswajania treści. Tak więc w tym momencie wkraczają książki. Książka, artykuł, felieton, recenzja, wszystkie te formy wypowiedzi czytane przez nas budują i rozwijają nas. Książki tworzą nasz charakter, naszą obsobowość. Uczą nas opinii, światopoglądów, ukazują nam przeróżne skrajności i historie. Zazwyczaj w dość wyrafinowanej i kunsztownej formie literackiej. Czytanie bogaci nasz słownik i rozwija naszą umiejętność przyswajania i interpretacji treści oraz sensu/przekazu. 

Słuchacz oczytany, to słuchacz świadomy, a w dzisiejszym świecie niestety to książka została "zepchnięta na dalszy plan". Obok słuchacza, ten problem równomiernie tyczy się raperów. Raper oczytany, to raper bogaty w treści, w poglądy, w umiejętność poprawnego przekazu ich i prowadzenia ciekawej narracji. Dlatego uważam, iż przywrócenie książki jako czegoś modnego i popularnego jest kluczowe nie tylko dla rozwoju i podniesienia jakości polskiej sceny, ale również społeczeństwa. 

My jako raperzy, osoby, które chcąc nie chcąc mają spory wpływ na młodych ludzi, powinniśmy szczególnie zwracać uwagę na to, jakie nawyki, upodobania i opinie sprzedajemy młodzieży.

Podsumowując, mam nadzieję, że w przyszłości książka powróci w łaski jaki podstawowy budulec ludzkiej mentalności i charakteru. Osobiście jako osoba lekko popadająca w nietzscheanizm polecam wam książki takich autorów jak:
Fiodor Dostojewski 
Chuck Palahniuk 
Charles Bukowski 
Oscar Wilde 
James Frey

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Jackass: Bezwstydny dziadek

Nie żebym był jakimś ogromnym fanem Jackassów, ale ich wyczyny lubię sobie od czasu do czasu obejrzeć. Tym samym z dość niemrawą minę przyjąłem wiadomość, że ich najnowsza długometrażówka nie zawita do polskich kin. Po kilku miesiącach doczekaliśmy się jednak skromnej rekompensaty pod postacią rodzimego wydania DVD. A jako że ostatnio kinowe nowości mnie do siebie nie przekonują, postanowiłem sprawdzić, czy "Bezwstydny dziadek" potrafi rzeczywiście rozbawić.


Najświeższa kinówka od Jackassów jest dość ciekawym podejściem do klasycznej formuły wyczynów szalonych chłopaków. Łączy one bowiem słynny typ hardkorowych często gagów z fabularną opowieścią. Ta zaś dotyczy tytułowego dziadka (w tej roli postarzany Johnny Knoxville) i jego wnuka, którzy wyruszają w podróż, by odwieźć tego ostatniego do jego rodowitego ojca.

W fikcyjną opowiastkę zostają tym samym wkręceni także przypadkowi Amerykanie. Stają się oni ofiarami twórców filmu, którzy postanowili nagrać swoje dzieło w naprawdę różnorodnych lokacjach - od zwykłych, przydrożnych knajpek, przez klub z męskim striptizem, na zwyczajnej ulicy kończąc. Dwójka bohaterów niejednokrotnie zaś intencjonalnie prowokuje losowych przechodniów, efektownie wkręcając ich w swoją historyjkę.

Podstawowym napędem dla całej opowiastki jest oczywiście wspomniana w polskim tytule "bezwstydność" dziadka. Dostajemy tu dokładnie taki humor, jakiego można po tej produkcji oczekiwać - nabijanie się z tematów seksualnych, latanie ze sztucznym penisem wśród tłumu ludzi czy samo podrywanie przez Knoxville'a każdej napotkanej na drodze kobiety. Niezależnie, czy jest ona młoda i autentycznie atrakcyjna, czy też stanowi typowy przykład otyłej od hamburgerów Amerykanki.

I choć wczutka Johnny'ego w cały ten klimat nie dziwi, tak dla mnie osobiście sporym zaskoczeniem był dzieciak grający wnuczka, niejaki Jackson Nicoli. Chłopak w naprawdę pięknym stylu wkręca przechodniów, zachowując kamienną twarz we wszystkich scenach. Nie sądzę, by wiele dzieciaków w jego wieku potrafiło tak dobrze zagrać tego typu rolę. Za to dla Jacksona leci ogromny props!

Sam film zresztą zasługuje również na moją sporą pochwałę. Wielokrotnie zaśmiewałem się na głos podczas jego oglądania i nie nudziłem się ani przez chwilę. Całość okazuje się zdecydowanie zabawniejsza od komedii, które do polskich kin trafiły bez problemu, takich jak ostatni "Sąsiedzi" czy "Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie". Jeśli lubicie klimat Jackassów czy zwyczajnie dobre komedie, dla których nie ma tematów tabu, jest to zdecydowanie tytuł dla Was. Polecam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Zwierzęta jak kij w tyłku

By ktoś aby czasem nie posądził mnie pochopnie, na samym początku dzisiejszego postu chciałbym zaznaczyć, że naprawdę lubię zwierzęta. Deklaracja tego typu może się wydawać obecnie dziwna, ale spokojnie - po przeczytaniu dalszej części dzisiejszego postu będziecie rozumieli, dlaczego pragnę wykorzystać tego rodzaju zabezpieczenie. Bo istotnie zwierzęta są stworzeniami zwykle przyjemnymi, sympatycznymi i bardzo często przyznaję, że chciałbym w Krakowie mieć kota lub jeża. Nie jest mi jednak to dane, toteż żalom swym związanym z tym temat również czasem pozwalam wypłynąć.

Ale, ale - wracając do meritum dzisiejszego postu! Będzie dziś trochę o zwierzętach ze schroniska. A może bardziej o ich przesadnych fankach (bo fanach płci męskiej zdecydowanie rzadziej). Bo choć zwierzęta trafiające do schronisk nie są zwykle niczemu winne i mimo mej małej empatii potrafię zasmucić się na ich widok, tak część ich obrończyń robi im przerażająco zły PR.

Ja zdecydowanie szanuję i propsuję wszelakie akcje mające na celu znalezienie nowych domów dla bezdomnych zwierząt. Jeszcze bardziej kłaniam się w pas przed osobami, które na apel odpowiadają i biorą porzucone stworzenia do swoich domostw, roztaczając nad nimi opiekę. Uścisnę chętnie rękę każdemu, kto tak zrobił. Ale proszę Was, drodzy obrońcy zwierząt - nie wtykajcie ludziom tych biednych zwierząt jak jakiegoś kija w tyłek.

Na timelinie wyświetla mi się post - ktoś kupił kota. Raduję się razem z nim, bo zwierzak piękny, rasowy, mógłby zagrać pewnie nawet i w filmie! Pozytywne komentarze się sypią, lajki również. Jak to jednak zawsze bywa - nie mogło zabraknąć również i kilku malkontentów. Ci zaś pochodzą - jak zawsze w tych przypadkach - z ekipy obrońców bezdomnych zwierząt.

I gdy tylko pojawił się pierwszy komentarz w rodzaju "A DLACZEGO KUPIŁEŚ, A NIE ZAADOPTOWAŁEŚ?!", poszła za nim cała lawina kolejnych tego typu pierdół. Bo nie - człowiek nie może sobie pójść do hodowli, mając chrapkę na rasowego, pięknego sierściucha. Zamiast tego KONIECZNIE musi swe marzenia przepuścić płazem i skocznym krokiem (acz z podkulonym ogonem) podbiec do najbliższego schroniska.

Tego typu sytuacji spotkałem kilka w swoim życiu, ale ostatnio trafiłem na tak totalny absurd, że ze śmiechu spadłem z łóżka i zacząłem tarzać się po podłodze. Na stronie jakiegoś sklepu pojawiło się zdjęcie dumnej pary, która zakupiła tamże dwie porcelanowe figurki kotów. Ot, chęć zapewne upiększenia swego domostwa o tego typu pierdółki. Ludzie zachcianki mają różne.

Zaglądam w komentarze, nie spodziewając się jeszcze, jakiego szoku doznam podczas ich czytania. Aż pozwolę sobie zacytować wprost, bo nie czuję się na siłach w oddaniu absurdalności tego wpisu: "chyba lepiej wziąć za darmo żywe ze schroniska ;)". Ja umarłem, jak to przeczytałem i wstałem dopiero po trzech dniach.

Jak będę chciał kiedyś sobie kupić figurkę lwa, to najpierw sprawdzę, czy gdzieś w Afryce nie ma jakiegoś biednego kociaka, który nie ma domku. Tak samo zrobię z żyrafą i aligatorem. A potem wszyscy będziemy wielką, szczęśliwą rodzinką.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

By post ten ostatecznie wydawał się milszy niż jest w rzeczywistości, wrzucam zdjęcie słodkiej pandy.
Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Jak zostać krakowskim dżentelmenem?


Wciąż słyszy się wiele biadolenia o tym, jak to faceci w Polsce źle wyglądają w porównaniu do swoich rówieśników z Zachodu. A to bardzo duża przesada, bo od kilku lat panuje prawdziwie duży trend na chęć prezentowania się dobrze przez facetów w nadwiślańskim kraju. Ubieramy dobre ciuchy, wybieramy tylko te naprawdę fajne trendy oraz dbamy o siebie także poza sferą ubraniową. Ostatnio na przykład pojawia się powoli zajawka nadzwyczaj ciekawa - moda na fryzury stylizowane w rasowych barber shopach.

Czymże są te ostatnie? Odpowiedź znają prawdopodobnie wszyscy faceci, którzy mieli jakikolwiek kontakt z kulturą amerykańską. Barber shopy to zwyczajnie swoiści "męscy fryzjerzy" (acz wielu z pracujących tam barberów pojęcia "fryzjer" nie lubi). Przybytki te Polacy mogli do tej pory znać z amerykańskich filmów czy gier ("San Andreas"!). Ostatnio jednak trend ten trafił i do naszego kraju, przez co zaczynają się również i u nas pojawiać tego rodzaju miejsca.

Co niezwykle fajne dla mnie - jeden z pierwszych polskich barber shopów pojawił się w Krakowie! Butter CUT to miejsce, które w pełni oficjalnie ruszyło niecały miesiąc temu, bo drugiego czerwca. Już jednak od tamtego czasu, Delma, czyli tamtejszy barber, ma ręce pełne roboty i terminy zajęte na dwa tygodnie do przodu. Miałem więc tym samym ogromne szczęście, że dzięki kumplowi (dzięki jeszcze raz, Robert!) udało mi się wbić na strzyżenie jeszcze przed swoim krótkim wyjazdem z Krakowa.

Nie ukrywam jednak, iż przed pójściem tam, trochę nerwy mną szarpały. Pożegnanie ze swoją typową fryzurą, którą miałem na głowie od jakichś trzech lat, napawało mnie trochę smutkiem. Jak to jednak staropolskie przysłowie rzecze: "raz kozie śmierć". Wbiłem więc do krakowskiego barbera, rzekłem parę słów i oddałem swą fryzurę z wyrazem twarzy "a rób se z tym co chcesz". I jak wyszło?

Delma powiedział, że dobrze widzi, iż gdy wychodzi od niego którykolwiek klient, to przegląda się on w pobliskich witrynach sklepów i szybach samochodów, uśmiechając się od ucha do ucha. Z barber shopu wychodzisz zmieniony jak z "Domu nie do poznania" i radosny jak nigdy w historii swoich pobytów u fryzjera. Patrząc w lustro masz ochotę zmienić orientację i się sobie oświadczyć. A wszystkie spotkane po drodze niewiasty oglądają się za Tobą aż nie znikniesz im z oczu.

Wniosek jest jeden: jeśli mieszkasz w Krakowie i chcesz wyglądać jak prawdziwy dżentelmen - musisz zawitać na ulicę Szlak, gdzie znajduje się Butter CUT. Pod numerem 11, poza świetnym barberem, znajdziesz miejsce z wyjątkowym klimatem, świetną, ostrą muzyką płynącą z głośników oraz licznymi specyfikami do włosów, które możesz dodatkowo zakupić. Cenowo jest naprawdę bardzo spoko - trzydzieści złociszy (od lipca podskakuje do czterdziestu). Jest to oczywiście więcej niż kosztuje usługa osiedlowej fryzjerki, Pani Jadzi, ale mniej od wielu innych wielkomiejskich przybytków.

Jeśli nie jesteście przekonani samym moim hurraoptymistycznym opisem, zajrzyjcie koniecznie na "maślany" Facebook oraz Instagram, gdzie znajdziecie sporo fotek obstrzyżonych przez Delmę facetów. Poniżej zaś fotka mojej głowy tuż po stylizacyjnej operacji.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

SuperMajk

I tried to tell all my friends when I was a kid that I had powers and nobody wanted to believe me.

Tymi właśnie słowami zaczyna swój kawałek "Immortal" Kid Cudi. To jeden z singli do, moim zdaniem, mocno niedocenionej i przesadnie krytykowanej płyty "Indicud", wydanej w ubiegłym roku. Cytat ten ma w odniesieniu do reszty tekstu kawałka znaczenie bardziej metaforyczne, ja jednak dziś chciałbym go użyć zdecydowanie bardziej dosłownie.

Nie, nie mówiłem kumplom w dzieciństwie, że mam supermoce. No chyba, że wspólnie postanawialiśmy bawić się w jakichś szalonych Power Rangersów i inne modne wówczas przygody ratujących ludzkość osobników. Wtedy mieliśmy między sobą wspólną umowę i razem wyobrażaliśmy sobie wybuchy, potwory i lasery. I pewnie w każdym z nas kiełkowała gdzieś pewna myśl - że takimi superbohaterami chcielibyśmy być naprawdę.

Te dziecięce marzenia były naprawdę świetne. Można było po obejrzeniu kolejnego odcinka "Dragon Balla" wyciągnąć przed siebie ręce i biegać po domu, udając, że się lata. Potem z kumplami zamieniać się w trenerów Pokemonów i jednocześnie stawać się jednymi z tych słynnych wówczas stworów. Być Pikachu i razić przeciwnika prądem wydobywającym się z własnego ciała. I choć dobrze wiedzieliśmy, że nic takiego nie dzieje się naprawdę, nasza niepisana umowa braterska zakładała, iż to wszystko jest jednak w pełni realne. Oczywiście - tylko dla nas.

Uwielbiałem oglądać przygody bohaterów o niewystępujących w prawdziwym świecie zdolnościach, czytać o nich, słuchać opowieści. I - co może najważniejsze - wczuwać się w to oraz chcieć być tacy jak oni. Móc też latać, być nieśmiertelnym, razić ludzi laserami z oczu, poruszać się po mieście przy użyciu kleistej pajęczyny. A wszystko to, by ratować ludzkość i być dzięki temu znanym, acz jednocześnie tajnym, bo zamaskowanym superbohaterem.

Czasem więc zwyczajnie leżałem na łóżku i wyobrażałem sobie przeróżne sytuacje. Że walczę w powietrzu z jaszczuropodobnym stworem, pokonując go przy użyciu kultowego Kamehameha. Że bronię Ziemi przed nadlatującym z kosmosu meteorytem, niszcząc go na tryliardy małych kawałków. No i - a jakżeby inaczej - że ratuję piękną kobietę w opałach. Prawdziwy macho już od dzieciństwa.

Sedno tych rozmyślań jest jednak jeszcze inne - ja bowiem wciąż uwielbiam to robić! Wciąż czasem odlatuję gdzieś myślami i zaczynam wyobrażać sobie jako superbohatera. Czasem przychodzi mi to mimowolnie, a czasem - gdy jestem zbyt zabiegany - ratują mnie sny, dostarczając pożywki pod postacią scen, w których ratuję ludzkość. 

Znaleźliby się pewni jacyś wielce dojrzali, którzy uznaliby to za głupotę i symbol niedojrzałości. Tego pierwszego określenia bym się wyparł, drugie natomiast podtrzymałbym, acz ze zdecydowaną dumą i uśmiechem na twarzy. Wielokrotnie podkreślałem bowiem w swym życiu, że podstawą radości jest posiadanie w sobie czegoś z dziecka. Ja wciąż mam takiej zawartości w swoim mózgu mnóstwo, co zawsze oznajmiam bez jakiegokolwiek zawahania. 

Ja zresztą wręcz pewien jestem, iż nie tylko mi do głowy przychodzą czasem myśli o szalonych eskapadach w bitwy przeciwko złym kosmitom. Powiem więcej - jestem pewien, że i wśród moich Czytelników ktoś taki się znajduje. Może się tego nawet i wstydzi i kryje to w sobie. Ponawiam więc - nie ma czego! Lepiej jest bowiem myśleć o nierealnych, acz fantastycznych i radosnych przygodach niż ciągle katować się Weltschmerzem. 

To rzekłem ja, wciąż rozmarzony wieczny dzieciak, pozostający w swych marzeniach prawdziwym superbohaterem rodem z najlepszych komiksów.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Ludzie bez zajawki

Zastanawiam się czasem, jak będzie wyglądała moja pamięć do ludzi za kilkanaście czy nawet i kilkadziesiąt lat. Już teraz trudno mi wymienić wszystkie osoby, z którymi chodziłem np. do podstawówki, o takim przedszkolu już nie wspominając. Z bardziej randomowymi osobami, zapoznanymi nie w szkołach, a poza nimi, jest jeszcze gorzej. Co więc stanie się za wiele lat?

Chyba powoli zaczynam to wiedzieć. Zaczynam to rozumieć po tym, że czasem w pamięć zapadają mi ludzie, z którymi miałem do czynienia raptem przez chwilę. Inni natomiast, ci, z którymi miałem okazję uczestniczyć wspólnie w paru rozmowach, powoli zaczynają być spychani na jakieś odległe rejony mej pamięci. Dlaczego tak jest?

Bo zapadają mi w pamięć ludzie pełni zajawki. Nieważne do czego konkretnie. Chodzi o sam fakt posiadania ustalonej rzeczy, której osoby takie oddają się w pełni. O których przypominasz sobie po latach i automatycznie pojawiają ci się oni w głowie wspólnie ze swoją zajawką. Gdy reszta jest łącznym, szarym tłumem, oni wyróżniają się na tyle mocno, że są dla Ciebie pojedynczymi osobami, a nie częścią reszty.

Z myślą o tym poście zacząłem sobie przypominać różnych starych znajomych - tych bliższych mi, jak i o wiele dalszych. Skojarzyłem jedną znajomą, obok której od razu pojawił mi się taniec. Pamiętam, że w pewnym okresie była ona strasznie zajawiona tym tematem i w jakiś sposób przez to się wyróżniała. Nie wiem, jak jest teraz, ale ja zapamiętałem ją właśnie w ten sposób.

Kojarzę sporo ludzi z branży gier wideo, z racji tego, że przez długi pisywałem w tej sferze mediów. Części z tych osób w ogóle nie poznałem osobiście, bo nasz kontakt trwał jedynie przez maile, redakcyjne fora czy komunikatory. Ale część z nich zapamiętałem bardziej niż ludzi, których widziałem w życiu nie raz i nie dwa. Dlaczego? Bo miałem styczność z ich totalną zajawką, jaką niewątpliwie były właśnie gry.

Ja z kolei pewnie zostanę w równie sposób zapamiętany przez nich. Bo istotnie w moim życiu miałem spory etap, gdzie ogromną rolę stanowiła moja zajawka do gier. Ciorałem w nie całe dnie, a czasem i całe noce. I pewnie wielu osobom właśnie z tego powodu wówczas się kojarzyłem. Ale - niczym na łazarskim rejonie - nie zawsze było tak kolorowo.

Miałem czas w życiu, w którym - patrząc obecnie - nie widzę siebie jako zajawkowicza. Straciłem swój poprzedni wyznacznik, fanatyzm growy i zacząłem być "normalnym człowiekiem". Może i śmieszkiem oraz bardziej szaloną duszą towarzystwa, ale brakowało mi wówczas konkretnego hobby. Dzień za dniem mijało mi wszystko gdzieś obok.

Ogarnąłem się w sposób łatwy - założyłem bloga. To zaś odpaliło prawdziwą bombę. Blog jest bowiem nie tylko moim miejscem do zbierania i pokazywania swoich wszystkich zajawek, od czytania książek, oglądania filmów, grania, słuchania muzyki po bardziej lifestylowe rzeczy, ale też sam w sobie stał się zajawką. Możliwe nawet, że i największą ze wszystkich.

Za każdym razem, jak o tym myślę, zaczynam się w duchu śmiać, ale istotnie zaczęło być tak, że ludzie zaczynają mnie postrzegać często jako blogera. Ci bliżsi znajomi, ci dalsi, ale też - co chyba najbardziej mnie jarające - zupełnie obcy mi do tej pory ludzi, którzy w jakiś sposób mnie skojarzyli. Za każdym razem mnie to dziwi, ale jednocześnie cholernie cieszy.

Bo pewnie, mógłbym być po prostu Mikołajem - człowiekiem takim jak inni. W podobny sposób po prostu żyjącym, ale niewyróżniającym się czymś konkretnym. Naprawdę, znam sporo osób, które są lub były mi w jakiś sposób bliskie, ale nie potrafiłbym ich przypadkowemu człekowi określić bardzo zwięźle ich wyróżnika. Bo w dużej mierze go nie mają. Nie mają naprawdę konkretnych zajawek, którymi mogą się pokazać w świecie. Określenia takie jak "miły", "przyjacielski" i cała reszta, to zwyczajnie kamuflaż dla jednego faktu - mamy przed sobą osobę fajną, ale zupełnie bez zajawki.

Dlatego warto pomyśleć, jak sprawa wygląda u Ciebie. Czy naprawdę masz się czym wyróżnić wśród tłumu innych ludzi? Czy wiesz, że ludzie potrafią Cię opisać inaczej niż przez puste "miły", "koleżeński", "spoko ziomek"? Wszyscy fotografowie, tancerze, sportowcy, fanatycy growi/książkowi/muzyczni/filmowi, blogerzy i inni tego typu ludzie właśnie uśmiechają się do siebie z pewnego rodzaju dumą.

Reszta zaś siedzi, wpatrując się w ekran i zastanawia się, cóż też jest ich wyznacznikiem. Możecie sobie odpuścić - nie macie naprawdę konkretnej zajawki. Ale wciąż możecie ku niej dążyć. Praca domowa na dziś: zastanów się, co uwielbiasz robić najbardziej i zacznij to robić nałogowo. Jakkolwiek banalnie to brzmi, przyniesie masę radości i spełnienia. I myślę, że potwierdzę to nie tylko ja.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Unsplash.com

6 komentarze:

Sońka

Z nieukrywaną radością przyjąłem do wiadomości fakt, że Ignacy Karpowicz wypuścił właśnie na rynek swoją kolejną książkę. Po jego "Ościach", "Balladynach i romansach" oraz "Niehalo", każdą jego powieść przyjąłbym z otwartymi ramionami. "Sońka" przyciągała mą uwagę jednak także tym, że zapowiadała się na projekt zupełnie odmienny od pozostałych tworów polskiego pisarza. I rzeczywiście takim ostatecznie się okazała.

Niejaki Igor, reżyser teatralny, gubi się na rozległych wiejskich terenach Polski. Trafia do okolicy, zamieszkanej tylko przez jedną kobietę - tytułową Sońkę. Nietypowa starsza pani przyjmuje gościa z otwartymi ramionami i jednocześnie postanawia zdradzić mu historię swego życia. Ta z kolei sięga aż po czasy drugiej wojny światowej i obfituje w wydarzenia, które Czytelnika szczerze wstrząsają.

Bo muszę to przyznać - cała "Sońka", w szczególności zaś jeden konkretny moment, poruszyły mnie dogłębnie. Ja raczej nie jestem człowiekiem, który swoje emocje wywołane produktem kultury wykazuje na prawo i lewo. Potrafię czytać o śmierci, płaczu i żalu, jednocześnie przegryzając sobie pizzę i popijając piwko. Tu w pewnym momencie jednak tego nie potrafiłem. Zastygłem na chwilę w bezruchu i patrzyłem wybałuszonymi oczami na leżącą przede mną książkę.

Karpowicz wplata tutaj w kilku miejscach swój charakterystyczny luz, dowcip i nowoczesność, mimo to jednak, "Sońka" jest ewidentnie o wiele poważniejszym tytułem od jego reszty książek. Czuć tu ten charakterystyczny klimat polskiego pisarza, ale nie pokazuje on tu takiego charakteru, jak w "Ościach" czy "Balladynach". Tym razem mamy do czynienia z powieścią bardziej dojrzałą i skupioną na mniej humorystycznym, a bardziej dosadnym podejściu do życia.

Zdarzało się wręcz czasem, że myślałem o "Sońce" jako o swego rodzaju powieści poetyckiej. I choć brzmieć może to dla części osób trochę odstraszająco, tak myśleć należy raczej o pozytywnej stronie tego określenia. Mi kojarzy się ta książką trochę z wyjątkowym "Tato, gdzie jedziemy?" i może nieprzypadkowo położyłem te dwa tytuły na półce obok siebie.

"Sońkę" raczej trudno porównywać z innymi książkami Karpowicza na zasadzie "gorsza/lepsza", bo jest to tytuł najbardziej wyróżniający się z nich wszystkich. To takie spotkanie pisarza z bardziej poważną tematyką, ukazującą go Czytelnikom w zdecydowanie innym świetle. Przeczytać zdecydowanie warto i podejść może do tej powieści każdy, tym bardziej, że całość jest naprawdę krótka, więc jej ukończeni nie zajmuje dużo czasu. Polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

6 komentarze:

Raperzy czytają #71 - EMAS

Tym razem w akcji gościmy rapera z Przemyśla, EMASa. Działa on na rodzimej scenie od dobrych paru lat, do tej pory wypuszczając między innymi w roku 2011 swój debiutancki dłuższy materiał, zatytułowany "Drugi obieg". Współpracował chociażby z takimi raperami jak LaikIke1, Jeżozwierz, Karwan czy duetem producenckim No Name Full Of Fame. Obecnie pracuje nad kolejnym krążkiem, którego premiera planowana jest jeszcze na ten rok.

Co zaś EMAS ma do powiedzenia na temat literatury?

Przez okres swojej edukacji w szkole podstawowej do liceum raczej nie interesowałem się literaturą i nie potrafię dziś jednoznacznie stwierdzić, z czego to wynikało - czy była to wina nauczycieli, którzy nie potrafili mnie jakoś zachęcić do tego, czy po prostu zwyczajnie mojego lenistwa, a może jedno i drugie. Zmieniło się to jednak znacznie w okresie dojrzewania i na studiach, gdy zacząłem szukać odpowiedzi na pewne pytania i wydaje mi się, że literatura to najlepsze ich źródło. Szczególnie też pomogło mi to rozwinąć (i właściwie nadal pomaga rozwijać) mój warsztat pisarski, jeśli chodzi o rap. Od dłuższego czasu odwiedzanie księgarń, szukanie książek i ich kupowanie, sprawia mi wielką przyjemność.

Jeżeli chodzi o pozycje, które szczególnie cenię, to przede wszystkim polecam nieśmiertelną dla mnie trylogię Stanisława Grzesiuka "Boso, ale w ostrogach", "Pięć lat kacetu" i "Na marginesie życia". Bardzo podziwiam tego człowieka za jego zaradność i muszę przyznać, że w jakimś tam sensie książki pana Stanisława mnie ukształtowały i dały dużo życiowych dewiz, przez co na niektóre sprawy patrzę dziś całkowicie inaczej. Podobne wrażenie i szacunek wywołuje u mnie Marek Edelman - polecam jego biografię pt. "Życie. Po prostu". Pozostając przy biografii, nie mogę ominąć "Desperado" Tomasza Stańko, naprawdę super lektura, szczególnie dla ludzi, którzy działają na polu muzycznym. Fajnie skonfrontować sobie pewne aspekty muzyczne i nie tylko, działając w całkiem innym gatunku.

Idąc dalej i zmieniając trochę gatunek, jeśli lubicie film Konrada Niewolskiego "Symetria", to polecam zbiór opowiadań więziennych Andrzeja Stasiuka pt. "Mury Hebronu" - gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Ostatnio przez przypadek trafiłem gdzieś na książkę Iana Wilsona "Życie po śmierci". Zaciekawił mnie tytuł, chociaż do tej pory śmieszyły mnie trochę takie sprawy, ale ta książka zdrowo i rzeczowo podchodzi do tego, co dzieję się z nami, gdy kończymy życie na Ziemi, a przede wszystkim skłania do myślenia. Myślę, że spodoba się każdemu, bez względu na poglądy religijne czy filozoficzne.

Niektóre książki potrafią naprawdę poruszyć, czego przykładem jest reportaż Barbary Demick pt. "Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej".

Z serii trochę psychologicznych książek, przeczytałem ostatnio z zaciekawieniem reportaż Anat Berko "Droga do raju. Świat wewnętrzny zamachowców samobójców", która przeprowadziła rozmowy z zamachowcami samobójcami, którym nie udało się wykonać swoich zadań. Bardzo ciekawe. Poza tym, ostatnio ze względu na temat pracy magisterskiej, sięgnąłem po kilka pozycji historycznych i polecam m.in. "Obłęd '44" Piotra Zychowicza, traktujący obszernie o Powstaniu Warszawskim. Z trochę innej beczki, kupiłem ostatnio super album pt. "Ballada o okaleczonym mieście" pokazujący w fotografiach z krótkimi opisami Warszawę kiedyś i dziś. Z rzeczy, że tak powiem, jakby bardziej rozrywkowych, lubię Charlesa Bukowskiego. Mam na półce kilka jego książek, ale najbardziej lubię jego biografię "W ramionach szalonego życia". Kupiłem też dawno temu książkę Huntera S. Thompsona, którą przeczytałem jednym tchem i często do niej wracam, pt. "Lęk i odraza w Las Vegas", na podstawie której nakręcono film "Las Vegas Parano".

Jest tego o wiele, wiele więcej. Myślę, że jest to temat na dłuższą rozmowę, ale liczę, że któreś z wymienionych pozycji przypadną Wam do gustu i miło spędzicie czas przy ich czytaniu.

Na koniec chciałbym przytoczyć słowa Grzegorza Gaudena, dyrektora Instytutu Książki: „Albo Polacy będą czytać książki, albo do końca świata będziemy krajem, w którym będzie się montować meble i lodówki”. Pozdrawiam.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Mordercza opona

Uwagę przyciągają dwa rodzaje filmów: te, które zapowiadają się na naprawdę świetne tytuły oraz te, które walą po oczach swoją absurdalnością czy kontrowersyjnością. "Mordercza opona" z samej swej nazwy odpowiada tej drugiej kategorii. Długo się zastanawiałem, czy sięgnięcie po ten dziwaczny tytuł będzie aby na pewno dobrym pomysłem. Przemogłem się jednak ostatecznie i tym samym przybywam do Was z recenzją tej absurdalnej produkcji.


Polski tytuł zdradza właściwie całą fabułę tegoż tworu. Owszem - śledzimy w nim losy opony, która zabija ludzi. Pewnego dnia postać ta zwyczajnie otrzepuje się z kurzu i rusza w podróż pełną czekających tylko na jej nadejście ofiar. Jednocześnie jednak fabułę nakręca również drugi, bardzo ważny w całości motyw.

Historię opony śledzą bowiem widzowie, którzy specjalnie za to zapłacili. Przyjechali na wielkie pustkowie, dostali do rąk lornetki i nakaz obserwacji morderczej opony, w trailerze nazwanej swojsko i ludzko, Robertem. Również ta grupka okaże się ostatecznie istotnym elementem całego filmu. To, dlaczego tak będzie, warto jednak sprawdzić samemu.

Bo ja się właściwie bawiłem przy tym... całkiem dobrze. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest wielki hit kinowy, trzymający w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Ale też zwyczajnie nie jest to szmira, jakiej można by się spodziewać z wielu powodów. "Mordercza opona" trwa niecałe półtorej godziny i czas ten wykorzystuje całkiem rozsądnie. Akcja toczy się cały czas, widz ma więc zapewnioną rozrywkę na jakimś tam poziomie.

Ale trudno jednoznacznie powiedzieć, czym gatunkowo jest "Mordercza opona". To nie jest ani film klasy Z, pokroju "Rekinoośmiornicy" czy innego "Megaszczęki kontra megamacki" (wciąż sobie mówię, że kiedyś obejrzę to po jakichś mocnych środkach), ani też nie jest to pełnoprawna komedia. Jasne, w jakiś sposób jest to zabawny twór, ale raczej zadziwiający swą absurdalnością niż rozbawiający do łez z powodu żartów.

Co jednak jest najbardziej popieprzone - ten film zdaje się mieć jakiś autentyczny, metaforyczny przekaz. Na początku "Morderczej opony" pojawia się zdanie: "film, który zobaczycie, jest hołdem złożonym bezsensowności". I rzeczywiście w jakimś stopniu może tak być, ale - totalnie paradoksalnie - sama produkcja bezsensowna nie jest. Jakkolwiek idiotycznie to brzmi: film o oponie zabijającej ludzi ma przekaz.

Nie mówię, że "Mordercza opona" jest filmem, który musicie zobaczyć, bo tak ewidentnie nie jest. Ale nie mogę też ukrywać, iż seans ten jest doświadczeniem ciekawym i chyba całkiem wartym przeżycia. Ja tego absurdu może nie pokochałem, ale poczułem do niego pewnego rodzaju sympatię. I przyciągnął mnie on wystarczająco mocno, bym zechciał dalej brnąć w twórczość autora tejże produkcji, pana Quentina Dupieux.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Polski domek z kart

Nie cichną echa afery taśmowej, która zajmuje cały polski świat polityczny już właściwie od tygodnia. Słyszał zresztą o niej w jakiś sposób właściwie każdy, nawet te osoby chcące ponad wszystko od takich tematów trzymać się na jak największą odległość. Ja sam w jakiś sposób staram się za tym wszystkim nadążyć, choć zdecydowanie nie mam parcia na czytanie kolejnych informacji na temat tego przykrego incydentu.

Dziś jednak nie będzie wcale stricte politycznie. Nie mam ochoty być jakimkolwiek "mentorem" w tego typu sprawach czy w ogóle w jakiś większy sposób się w nie angażować. Zauważyłem jednak pewną ciekawą rzecz, która ujawniła się w związku z całą aferą taśmową. Związana jest ona na dodatek z czymś o wiele przyjemniejszym od samej afery, bo uwielbianym na całym świecie serialem "House of Cards".

Źródło: Wrzuta.pl
Zdarzyło mi się bowiem uczestniczyć w kilku czy może nawet kilkunastu rozmowach na temat wspomnianych kłopotów polskiego rządu. Moich rozmówców z myślą o tym poście podzieliłem na dwie grupy: tych, którzy "House of Cards" oglądali oraz tych, którzy z tymże hitem serialowym styczności większej nie mieli. Zadziwiające jest jednak, jak sporo różni się podejście obu tych typów ludzi.

Jeśli nie znacie "House of Cards", to najważniejszym, co musicie teraz wiedzieć, jest fakt, że serial ten skupia się przede wszystkim na intrygach politycznych. Często zadziwiających, szokujących i drastycznych, ale jednocześnie trudno tej przebiegłości w jakiś sposób nie docenić. I choć rodzimej aferze taśmowej raczej daleko do wagi wielu spraw z serialowej historii o amerykańskiej władzy, tak w jakiś sposób podobieństwa można dostrzec.

Przeczytałem w kilku miejscach, że afera taśmowa nazywana jest gdzieniegdzie prześmiewczo właśnie "polskim House of Cards". Ja bym jednak to określenie "prześmiewczo" z tekstu usunął, bo nie do końca oddaje ono rzeczywistość. Paradoksalnie bowiem, kontakt z przygodami Franka Underwooda może wprowadzić sporo zmian w myśleniu człowieka.

Rozmawiając na temat polskiej afery z fanami "House of Cards" niejednokrotnie spotkałem się z opinią, że ich to wszystko zupełnie nie dziwi. Gdy w społeczeństwie bardzo popularne jest stwierdzenie: "jak tak mogło być?! na krzyż z nimi!", tak moi rozmówcy na przekór odpowiadali: "przecież to normalne". Dlaczego? Bo całkiem podobne sytuacje (a nawet gorsze) widzieli w lubianym przez siebie serialu.

Czy to dobrze, że fikcyjna rzeczywistość tak wpływa na postrzeganie prawdziwego świata? Standardowo - są plusy, jak i minusy takiego stanu rzeczy. Do tych pierwszych na pewno zalicza się dystans i rzeczywiste przygotowanie na różnorodne sytuacje, jakich wielu innych może się nie spodziewać. Choć twórcy serialu wielokrotnie podkreślali, że zdecydowanie nie należy brać ich produkcji jako odzwierciedlenia rzeczywistych rządów w USA, tak mimo wszystko widz po seansie jest gotowy na ewentualne pojawienie się takich akcji w prawdziwym życiu.

"House of Cards" (czy inne tego typu produkcje) uczą również tego, iż politycy (oraz jacykolwiek inni ludzie będący "ponad" zwykłym społeczeństwem) są w istocie normalnymi człekami. Gdy czytałem kilkukrotnie o ludziach bulwersujących się wulgarnym słownictwem w rozmowach będących podstawami afery taśmowej, sam parskałem śmiechem. Nie sądziłem, że dorosły człowiek potrafi wierzyć w to, iż istnieją osoby, które z daleka od kamer i publicznej uwagi nie rzucają od czasu do czasu "kurwami" czy jakimikolwiek innymi tego typu określeniami.

Nie można też jednak dawać się w pełni "otumanić" przez fikcyjne historie. Lekceważenie całej sytuacji na zasadzie "przecież to już było w serialu" jest idiotyzmem. W różnorodnych produkcjach filmowych zdarzają się zabójstwa na tle politycznym. Czy gdybyśmy o takiej sytuacji dowiedzieli się nagle z wieczornego serwisu informacyjnego, także znaleźliby się ludzie mający to gdzieś, bo podobne rzeczy widzieli wypływające z fikcyjnych historii? Szczerze mam nadzieję, że nie.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Kwejk.pl

2 komentarze:

Knajping: Hex

Dziś "Knajping" inny niż zwykle, nie traktujący bowiem o przybytku stricte dla żarłoków. Zamiast tego przybliżyć pragnę Wam miejsce całkiem nietypowe, będące jednym z najciekawszych projektów ostatnich miesięcy w Krakowie. Kto wie zresztą, czy nawet i nie najciekawszym. Przed Wami Hex - raj dla fanów... gier planszowych!

Tak, zgadza się - znajdująca się właściwie tuż obok Hali Targowej knajpka to przybytek pełen planszówek. Nie jest to jednak miejsce wyłącznie dla jednej konkretnej grupy zajawkowiczów. Znajdą tu coś bowiem dla siebie zarówno "zwyczajni śmiertelnicy", pragnący spędzić godzinkę czy dwie przy kuflu piwa i partyjce kultowych "Scrabbli", jak i niesamowici zawodnicy, spędzający czas do rana nad jedną partią planszowej wersji "World of Warcraft", "Gears of War" czy chociażby "Neuroshimy Hex".

I już tutaj pojawia się jeden z najważniejszych plusów recenzowanej knajpki - naprawdę spory wybór gier. Na samym początku trudno cokolwiek konkretnego wybrać, bo uśmiecha się do człeka koło kilkudziesięciu pudeł, zawierających przeróżne pozycje. Nowe tytuły pojawiają się zresztą bardzo często, więc ludzie regularnie odwiedzający Hexa na pewno nie będą mieli kiedy się znudzić.

Poza tym, istotnym atutem jest również aspekt, na który ja zawsze zwracam sporą uwagę - porządny wybór piw. Tutaj twórcy Hexa podeszli podobnie jak w przypadku samych gier, przygotowując ofertę naprawdę różnorodną. Jest więc uwielbiana przez miliony Polaków Perła, jest Ciechan, są faworyzowane przeze mnie browary Pinta, są i jeszcze mniejsze, stricte regionalne trunki. A gdyby zachciało się komuś coś przekąsić w czasie kolejnych godzin przesiedzianych nad planszówkami, zakupić może sobie chociażby klasyczną, prostą, lecz naprawdę przyjemną w smaku zapiekankę.

Co mi przeszkadza w Heksie? Tu pojawia się mały kłopot, bo... zupełnie nic! Byłem tam dopiero kilka razy, ale przybytek ten wydaje mi się obecnie naprawdę knajpką wręcz idealną! Są ekstra planszówki, dobre piwa, przyjemny wystrój, pozytywni ludzie (nie spotkacie tam żadnych dresów czy innych tego typu stworów), a co za tym idzie - zwyczajnie naprawdę świetny klimat.

I tylko jedną tu muszę podnieść kwestię. Konkretniej - kwestię muzyki. Ta w Heksie nie przygrywa bowiem w ogóle. Mi to kompletnie nie przeszkadza, a wręcz spokój taki mnie ogromnie raduje, acz wśród moich znajomych pojawiło się kilka głosów, że jednak tenże brak jest dość przygnębiający. Myślę więc, iż można by pomyśleć nad wprowadzeniem jakichś relaksacyjnych dźwięków, najlepiej pod postacią instrumentalnego jazzu. Uniwersalnego, bo przyjemnego dla każdego ucha.

Jeśli więc mieszkacie w Krakowie lub chociaż wpadniecie tu na chwilę w wakacje - koniecznie zajrzyjcie do Heksa. Tylko pamiętajcie, by wcześniej (najlepiej nawet dzień lub dwa!) zarezerwować sobie stolik za pomocą intuicyjnego, internetowego systemu. Bo Hex uwielbia się już od pierwszego wejścia do środka i każdy chce tam później wracać jak najczęściej. Co za tym idzie - wieczorami dosłownie wszystkie miejsca są pozajmowane. 

Szczerze polecam i liczę, że będzie mi dane tam zaglądać najczęściej jak to tylko możliwe. 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: zdjęcie podkradzione z fanpage'a Heksa

4 komentarze:

etnies Scout - kolejny but na lato

Jestem szczerze zaskoczony jak ogromną wręcz popularnością (a przynajmniej na standardy tego bloga) cieszy się moja recenzja butów Nike Roshe Run. Google przynoszą dzięki temu tekstowi codziennie naprawdę sporą liczbę Czytelników, a części z nich podoba się tu tak bardzo, że zostają na dłużej. Naprawdę mnie to cieszy, tym bardziej, że jestem wielkim fanem wszelkiego rodzaju sneakersów i chętnie pisałbym o nich jak najwięcej.

Tym samym postanowiłem wreszcie zabrać się do tekstu, który napisać już miałem dobrych parę miesięcy temu. Wówczas bowiem nabyłem kolejną ciekawą parę butów, etnies Scout, które zainteresowały mnie już od mego pierwszego kontaktu z wideo promującym ten model. Was również przed dalszą częścią dzisiejszego tekstu zachęcam do zapoznania się z tym bardzo fajnie zrobionym materiałem.



Scouty w środowisku fanów sneakersów w dużej mierze uznawane są zwyczajnie za podróbkę Roshe Runów. Choć podobieństwa między tymi dwoma modelami rzeczywiście są, tak uważam, iż takie określenie jest zdecydowanie zbyt drastyczne. Jednak dopiero po założeniu Scoutów można naprawdę dostrzec, jak sporo różni twór etnies od słynnych już i w mainstreamowym obiegu Roshy.

Już teraz chciałbym wygłosić dość mocną tezę, która wielu może zadziwić - recenzowany dziś but jest wygodniejszy od tworu Nike. Oczywiście nie jest to różnica, jak pomiędzy górskimi traperami a przeznaczonymi do biegania Free Runami, ale mimo wszystko różnicę tę czuć. Skąd ona się w ogóle bierze?

Sedno tkwi przede wszystkim w podeszwie. W etniesach jest ona zwyczajnie mniejsza, nie ma tu tak wysokiego tyłu, jaki dostajemy w każdych Roshe Runach. Z jednej strony amortyzacja jest więc mniejsza, z drugiej jednak całości jest według mnie całkiem blisko do tzw. butów barefootowych, czyli zakładających osiągnięcie poziomu chodu jak najbliższego spacerowaniu na boso.

Podeszwa w Scoutach jest tym samym bardziej elastyczna od tej znanej z Roshy. Dodatkowo but jest zwyczajnie lżejszy niż model Nike, a waga góry oraz dołu całości jest bardziej wyważona i zbliżona do siebie. To również sprawia, że chodzenie w Scoutach jest naprawdę bardzo, ale to bardzo wygodnym doświadczeniem, które wręcz cieszy samo w sobie.

Inaczej zbudowana jest także siateczka góry buta. Ta w Roshe Runach charakteryzuje się przede wszystkim swą lekkością i luzem, w Scoutach jest ona natomiast bardziej utwardzona i utrzymująca cały czas ten sam kształt. To jednak związane jest z tym, że model od etnies jest odrobinę cieplejszy i mniej przewiewny od tworu Nike. Różnica ta nie jest duża, ale odczuwalna.

Scouty są także trochę tańsze od Roshy, przynajmniej jeśli mówimy o obecnej cenie sugerowanej. Hype na model Nike zrobił swoje i aktualnie większość tychże butów kosztuje początkowo spokojnie ponad trzysta złotych. Scouty natomiast swobodnie dostać można za około dwieście pięćdziesiąt peelenów, co wydaje mi się całkiem rozsądną ceną za tę naprawdę przyjemną parkę.

Wstrzymam się jednak od wydawania wyroku, czy lepszym wyborem są Scouty czy też Roshe Runy. Chociażby dlatego, że mimo wszystko model Nike ma moim zdaniem zdecydowanie lepszy design i prezentuje się po prostu lepiej oraz oryginalniej. Za etniesami przemawia natomiast trochę większa wygoda i uniwersalność.

Istotny jest jednak moim zdaniem sam fakt odnotowania istnienia czegoś takiego jak Scouty. To bowiem istotny krok etnies, marki bądź co bądź kojarzonej raczej stricte ze światem deskorolkowym, ku przejściu do światka trochę bardziej mainstreamowego. Scouty już teraz zdobyły sobie sporą popularność w Polsce, więc myślę, iż można uznać ten ruch za udany. Ja sam mam dobre wspomnienia z jedną parą etniesów, którą posiadałem dobrych parę lat temu, toteż kibicuję tej marce w dalszym "podboju" sneakergry.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

1 komentarze:

Jaką wybierasz starość?

Mieszkam w Krakowie na naprawdę bardzo fajnym osiedlu, bo takim - mam wrażenie - typowo polskim. Mało tu studentów, a większość zamieszkałych tutaj osób zdaje się być starszymi ludźmi. Mi taki klimat bardzo odpowiada, przede wszystkim dlatego, że zapewnia spokój i wręcz pewnego rodzaju odcięcie od wielkomiejskiego zgiełku. Co również ważne - potrafi dostarczyć wielu inspiracji, między innymi tych blogowych.

Zaczęło się lato, co jest przyjemnym okresem chyba dla każdego. To również nadzwyczaj miły czas dla starszych ludzi, którzy mogą wreszcie swobodnie wyjść z ciasnego bloku, usiąść sobie wygodnie na ławeczce pod drzewem i porozmawiać ze sobie podobnymi człekami. Babcie i dziadkowie mają czas na swoje ukochane ploteczki, narzekanie i wspominanie starych dziejów.

To często wyśmiewane jest przez młodszą wiekiem część społeczeństwa, co w dużej mierze nie dziwi, bo wielokrotnie ma to jakieś sensowne podłoże. Ostatnio jednak w jakiś sposób zauroczyło mnie to podejście starszych Polaków. Siedemdziesięcioletni ludzie, mający tak naprawdę wszystko gdzieś i żyjący dowolnie wybieranym przez siebie rytmem. Czyż nie brzmi to w sumie całkiem spoko?

Według mnie - brzmi. Ale hej - to właśnie tylko "całkiem spoko". To nie brzmi "mega hiper super", "świetnie" czy wręcz "idealnie". Czemu więc pozostawać na pragnieniach najniższego poziomu i zadowalać się czymś "całkiem spoko". Jeśli moglibyście wybrać sobie za partnera do końca życia kogoś "całkiem spoko" albo "świetnego", to na co byście postawili? Tak samo jest przecież ze starością.

Możesz wybrać sobie siedzenie na ławeczce i gadanie z podobnymi do Ciebie albo też postawić na opalanie się na plaży na Seszelach. Tak, tak, nie pomyliłem się: możesz to sobie WYBRAĆ. Bo to tylko od Ciebie zależy, jakie życie będziesz miał. Pewnie, jedni będą mieli bardziej pod górkę, inni natomiast dostaną drogę wyłożoną diamentami już na starcie. Shit happens, takie jest życie. Ale to nie znaczy, że ci pierwsi nie mogą sami sobie tej pięknej drogi wybudować, a ci drudzy zaniedbać ją tak, iż zamieni się w rynsztok.

Rząd podniósł wiek emerytalny i Ty na to strasznie narzekasz? To prawdopodobnie znaczy, że Twoje ambicje kończą się właśnie na poziomie siedzenia na ławeczce w wieku siedemdziesięciu lat. Bo każdy, kto mierzy wyżej, może mieć głęboko gdzieś emerytalne problemy. Co one go bowiem obchodzą, skoro jego celem jest plaża na Seszelach oraz własny dom na Florydzie?

Jeśli pragniesz zwyczajnie żyć z dnia na dzień, przepracować całe życie tylko z nadzieją, że dożyjesz emerytury i wtedy sobie odpoczniesz - proszę bardzo. Ale ja jednak wolę zawalczyć o coś więcej, niezależnie od tego, ile to mojej dodatkowej pracy będzie wymagało. Nie mam ochoty być tylko szarym człowieczkiem w tłumie takich samych ludzi, skoro dobrze wiem, że mogę więcej. Chcę by inni poznając moje życie mówili "wow". Być nie tylko samemu totalnie zadowolonym ze swego życia, ale i dawać tym inspirację innym. To jest dopiero COŚ.

To co wybierasz - ławeczkę czy Seszele?

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Przeciw wszystkim wrogom

Swoją pierwszą książkę Toma Clancy'ego przeczytałem właściwie całkiem niedawno, bo w ubiegłym roku - wtedy jednak słynny pisarz jeszcze żył. Dziś już niestety tego wielkiego autora z nami nie ma, pozostały na szczęście jego książki. Tym razem postanowiłem spróbować swych sił z "Przeciw wszystkim wrogom", kolejnym tytułem nienapisanym przez Clancy'ego samotnie, bo we współpracy z niejakim Peterem Telepem. Czy warto po niego sięgnąć?

Książka opowiada historię Maxwella Moore'a, byłego komandosa oddziału Navy SEALs. Po przejściu szeregu misji jako członek słynnych Fok, żołnierz ten rozpoczyna współpracę z CIA. Czeka tu na niego seria różnorodnych zadań, których początek zaobserwujemy w Islamabadzie, stolicy Pakistanu. Historia ta nie zakończy się jednak w Środkowym Wschodzie, ale powędruje aż do Meksyku i samych Stanów Zjednoczonych.

Dostajemy tu bowiem motyw całkiem nietypowy - współpracę terrorystów muzułmańskich z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. Połączenie to jest, można rzec, egzotyczne i wprowadza wiele ciekawych kwestii do fabuły książki. Nie ma tu więc jedynie zagłębienia się w tajemnice hierarchii fundamentalistycznych organizacji wschodnich, ale i zagadki największych bossów narkotykowych Meksyku.

To natomiast prowadzi do dużej różnorodności prezentowanych tu zdarzeń. W kolejnych rozdziałach tej naprawdę sporej powieści (w wersji papierowej ma ona ponad 600 stron!) poznajemy bowiem historię wręcz ogromu postaci. Zderzamy się z przeszłością samego Maxwella Moore'a czy przygodami syna bossa narkotykowego oraz jego dziewczyny, a część historii skupionych jest nawet i na zupełnie pobocznych postaciach. Dzięki temu oraz faktowi, że wszystkie te opowieści są równie ciekawe, trudno tu o znudzenie, pomimo długości książki.

Mi się tę powieść czytało naprawdę przyjemnie, dostarczyła mi ona bowiem tego, czego od niej oczekiwałem. Jest sporo dobrze rozpisanej akcji, ale także i momentów, w których przekonać się możemy o prawdziwych twarzach najważniejszych bohaterów. Łatwo część z nich polubić, a nawet w jakiś sposób zacząć im współczuć. Zwroty akcji są satysfakcjonujące, a końcówka powinna zaskoczyć sporą część Czytelników.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak szczerze polecić Wam ten tytuł. Choć "Wyścig z czasem" podobał mi się trochę bardziej, tak mimo wszystko nie mogę zaprzeczyć, że i z czytania "Przeciw wszystkim wrogom" wyciągnąłem sporo przyjemności. Ten tytuł to dla mnie kolejny powód, by dalej brnąć w twórczość Clancy'ego i - niestety - jeszcze bardziej żałować jego śmierci. Polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #70 - Majlowski

No i wreszcie dotarliśmy - przed Wami okrągły, siedemdziesiąty odcinek "Raperzy czytają"! Kogo tym razem gościmy w akcji? Zawodnika wprost z Radomia - Majlowskiego. Pracuje on obecnie nad 8-trackowym wydawnictwem, tworzonym wspólnie z producentem Peperem i zatytułowanym "Pryzmat EP". Pojawić się ono ma jeszcze w bieżącym miesiącu we współpracy z Onest Promo. Poza tym, na youtube'owym Majlowskiego znajdziecie także kilkanaście jego spontanów. Wystarczy kliknąć TUTAJ.

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Różnie to bywało u mnie z tymi książkami i moje nastawienie do nich zmieniało się na przestrzeni lat. Bardzo lubiłem czytać w szkole podstawowej, na początku zachęcała mnie mama, później sam sięgałem po różne pozycje, nawet niepodyktowane mi przez wymogi szkolne. W gimnazjum jakoś to zaginęło. Do książek czułem uraz, nie potrafiłem się skupić i wyciszyć na wystarczającą ilość czasu, żeby je "przekatować", trochę narwanym dzieciakiem byłem ogólnie. Lektur szkolnych unikałem jak ognia, a w zasadzie jedyna powieść jaka mnie zaciekawiła na przestrzeni trzech lat, to "Siódme wtajemniczenie" Niziurskiego... no i może wymieniany już przez kilku raperów w tym cyklu pinglarz z blizną na czole (klasyk).

W liceum trochę zaczęło się to zmieniać, szczególnie w tej późnej, przedmaturalnej fazie. Mimo tego dalej nie przepadałem za lekturami szkolnymi podyktowanymi mi przez nauczycielkę. Zacząłem natomiast sięgać po trochę fantastyki. Kupno książki nie było wytyczone jednak jakimś specjalnym zamiarem czy zamiłowaniem do autora. Naprzeciwko szkoły muzycznej, do której niegdyś uczęszczałem, znajdował się stary antykwariat i to przeważnie tam wybierałem się "na łowy"... o ile w ogóle. Wybór był raczej przypadkowy, brałem to, co spodobało mi się z opis, lub to,  co polecił mi któryś ze znajomych. Tu wyborami godnymi polecenia będą m.in. Tolkien (znowu klasyk), Miroslav Žamboch i jego "Na ostrzu noża", czy "Szatański Interes" Pacyńskiego.

Teraz, będąc na studiach, od książek niestety (czy stety?) opędzić się nie mogę. Dosłownie wpychane w głowę są mi publikacje o historii, za którą niestety nie przepadam - może jeszcze się do niej przekonam. Jest też i druga strona medalu. Nauka na kierunku humanistycznym umożliwiła mi uczęszczanie na taki przedmiot jak "socjologia ogólna". I tu właśnie, szczyl ze znikomym doświadczeniem w przyswajaniu wiedzy, dowiaduje się masy rzeczy o społeczeństwie, jednostce i ich zachowaniach. Zawsze strasznie lubiłem "analizować" ludzi, więc niedługo trzeba było czekać, żeby ten temat mnie wciągnął. Z powodu tego przedmiotu sięgnąłem po "Gry więzienne" Marka Kamińskiego, a potem już z własnych pobudek do literatury Orwella. Wiem, że prawdopodobnie polecę tu banałem, ale "Rok 1984" i "Folwark zwierzęcy"... absolutnie godne polecenia. Dla trochę młodszych ode mnie lub lubiących lżejszą literaturę, może "Świat Zofii" Josteina Gaardera, do którego to ostatnio wróciłem przez zainteresowania filozoficzne i dosyć przyjemnie mi się go czyta.

Nie mam jeszcze konkretnych planów na to, co przerobię w najbliższym czasie, ale jeśli miałbym się decydować na jakiś konkretny gatunek, to prawdopodobnie będą to kryminały. Do tej pory jedynym moim starciem z tego typu publikacjami było czytanie bardzo starego i znanego magazynu "Detektyw", który nabywam za jedną blaszkę na dworcu śródmiejskim w Warszawie, kiedy wpadam na jakiś weekend do domu... i przeczytanie "Kodu Leonarda da Vinci", a nie zaprzeczam, że całkiem mnie to zainteresowało.

Czytanie nie zabiera zbyt dużej ilości mojego czasu, ani nie postrzegam czytania jako hobby. To jest jedna z tych czynności, która raczej powinna być naturalna niż przymuszona. To oczywiste, że lepiej rozmawia się z oczytanym człowiekiem, a także łatwiej Ci jest ubrać własne myśli w słowa dzięki przyswojonym książkom. Wydaje mi się, że kluczem do "zachęcenia" samego siebie do czytania jest odnalezienie takich pozycji, które tematycznie będą odpowiadały naszym codziennym zainteresowaniom. No, to chyba by było na tyle. Hajfajf!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Na skraju jutra

"Na skraju jutra" zajarany byłem totalnie już od swojego pierwszego zetknięcia z trailerem tejże produkcji. Przygotowałem się na ewentualność, że film ten ostatecznie może się okazać średniakiem. Miał jednak zapewnione już na wstępie dwie bardzo istotne rzeczy: ciekawy pomysł fabularny i Toma Cruise'a. Te dwa elementy sprzedały mi film całkowicie. Z uśmiechem na twarzy ruszyłem więc w ubiegły weekend na seans do krakowskiego IMAX-a.


W czym tkwi ten ciekawy pomysł fabularny? Zacznijmy od początku. Ziemia zostaje zaatakowana przez kosmitów - to brzmi dość standardowo, prawda? Kosmici ci chcą rozwalić doszczętnie ludzkość - hmm, to chyba też gdzieś mieliśmy. Powiem nawet więcej: ludzkość ciągle przegrywa. Zgadza się, ten motyw również jest znany. Dalej jest już jednak mniej typowo.

Niejaki Cage (Tom Cruise) zostaje wysłany do walki na froncie. Raptem parę minut po twardym lądowaniu umiera. Przed swoją śmiercią uzyskuje jednak z zabitego przez siebie stwora tajemniczą moc. Po chwili budzi się tam, gdzie kilkanaście godzin wcześniej rozpoczęła się jego żołnierska przygoda. Od tej pory tak właśnie kończy się każda kolejna śmierć Cage'a. Jego ciało cofa się w czasie, ale nie pamięć. Jest świadomy wszystkich wydarzeń i każdej swojej śmierci. Dzięki temu ma szansę uratować ludzkość, wraz z pomocą symbolu żołnierskiej propagandy - Rity (Emily Blunt).

Brzmi ciekawie? Mam więc dobrą wiadomość - jest jeszcze lepiej. Twórcy bowiem nie poprzestali tylko na ogarnięciu ciekawego konceptu, ale też koncept ten bardzo dobrze wykorzystali. Film trzyma w napięciu: czasem bawi, czasem zwyczajnie zmusza widza do trzymania kciuków za poczynania bohaterów. Przez cały seans miałem oczy wpatrzone w ekran i pochłaniałem dostarczany mi content z nieukrywaną przyjemnością.

Film nie trwa nawet dwóch godzin, ale osobiście miałem wrażenie, że było tego o wiele więcej. Gdy po wyjściu z sali spojrzałem na zegarek, byłem zadziwiony, jak wczesna godzina jest. Ale mimo tego nie byłem w żaden sposób zawiedziony, bo twórcy naprawdę świetnie poradzili sobie z wykorzystaniem dostarczonego im czasu. Gdy film się już na dobre rozkręci (dajcie mu tak z kwadrans, maksymalnie dwadzieścia minut), wciąga bez reszty.

Czy muszę wspominać o tym, że aktorstwo stoi tu na wysokim, takim stricte hollywoodzkim poziomie? Słynny scjentolog - jak zawsze - radzi sobie na ekranie świetnie, podobnie zresztą jak jego filmowa towarzyszka, Emily Blunt. Również i postaci poboczne nie wkurzają, bo zagrane są jak najbardziej dobrze. To przyjemna odmiana po zalatującym trochę drewnem aktorstwie z "Godzilli".

"Na skraju jutra" jest naprawdę bardzo dobrym filmem sci-fi, obok którego fani tego gatunku nie mogą wręcz przejść obojętnie. Warto iść do kina, bo tytuł ten idealnie nadaje się do oglądania na wielkim ekranie. I choć nie czułem podczas seansu przesadnego wykorzystania 3D, a i trochę więcej czystej walki bym z chęcią przygarnął, tak są to jakieś tam drobne uszczerbki, na które nie ma co przesadnie zwracać uwagi.

Zdecydowanie polecam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Dlaczego wolę e-booki?

Choć e-czytelnictwo z każdym kolejnym miesiącem się rozwija (także w Polsce), to wciąż zwolenników czytników jest mniej niż fanów "prawdziwych", papierowych wydań. Co jednak mnie wciąż strasznie dziwi - ci drudzy bardzo często potrafią więc wyszydzić tych pierwszych. Dlaczego tak jest? Szczerze tego nie rozumiem.

Prawdziwy mol książkowy powinien się cieszyć z każdej osoby czytającej literaturę - nieważne, czy robi to ona korzystając z grubych tomów, czytnika, tabletu czy nawet i komputera. Tym bardziej, że wielu ludzi preferujących na obecną chwilę papierowe wydania, niekoniecznie nie myśli w ogóle o przenosinach na e-booki. Czasem taki człek jest zwyczajnie niezdecydowany, czy czytnik warto nabyć. Dziś więc chciałbym zaprezentować Wam pięć argumentów, które sprawiają, że e-booki zdecydowanie są mi bliższe od wersji papierowych.

Łatwiejsze czytanie w tramwaju/busie

To jest właściwie chyba najważniejszy obecnie dla mnie argument. Aktualnie bowiem zdecydowanie najczęściej książki czytam w komunikacji miejskiej. Kilka razy próbowałem z własnej woli taszczyć ze sobą papierowe wydania, ale podczas stania przez kilkanaście czy kilkadziesiąt minut niewygodę powoduje nawet najcieńsza powiastka. Mój Kindle jest natomiast drobny, poręczny i możliwy do całkowitej obsługi za pomocą jednej ręki. Więcej mi do egzystencji tramwajowej nie potrzeba.

Brak psucia książek

Zawsze bardzo dbałem o papierowe książki. Po ich przeczytaniu przeze mnie, często nie było widać praktycznie żadnego śladu użytkowania. Czasem jednak zdarzało się, że przez nieplanowany, przypadkowy ruch, zaginała mi się np. jedna stronica. Jakkolwiek głupio to brzmi - strasznie mnie to wkurzało i psuło moje "poczucie estetyki". Z czytnikiem problemów takich zwyczajnie nie mam.

Książki są tańsze

Zaraz się tu pewnie zleci ktoś, kto powie, że przecież najpierw trzeba kupić czytnik, a on przesadnie tani też raczej nie jest. Pewnie, ale po kilkunastu czy kilkudziesięciu promocjach, gdzie e-booki można wyrwać za mniej niż dychę, zwróci się to w mgnieniu oka. Jeśli ktoś pochłania książki w takim tempie jak ja (minimum jedna na tydzień), czytnik okazuje się ostatecznie prawdziwą ulgą dla portfela.

Wszystko w jednym, małym urządzeniu

Bodaj najdłuższą książką, jaką przeczytałem do tej pory w całym swym życiu, jest "I rozpętało się piekło" Maxa Hastingsa. Miałem ją w formie e-booka (tak nawiązując jeszcze do argumentu o cenie - w tym przypadku zaoszczędziłem dobre ponad pięćdziesiąt złotych!), a całość w edycji papierowej miała około tysiąc stron. Na Kindle'u mam również chociażby "To" Kinga czy książki Clancy'ego, które także do najcieńszych nie należą. I wszystko to znajduje się w jednym urządzeniu. Tym samym, podczas dłuższej podróży, nie muszę taszczyć ze sobą kilku papierowych tomów, w razie gdybym zdążył któryś z nich skończyć np. w połowie drogi. Nie - mi wystarczy jeden, drobny Kindle. 

Kupowanie instant

Jestem totalnym zwolennikiem cyfrowej dystrybucji. Uwielbiam to, że mogę sobie wejść na stronę księgarni sprzedającej e-booki, kupić ją i po paru sekundach móc już ją czytać. Nie muszę wychodzić z domu ani czekać na kuriera, który przyjdzie z książką najwcześniej następnego dnia. Lenistwo? Niekoniecznie. To raczej oszczędność czasu i wygoda.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Knajping: lovekrove



Do krakowskiego lovekrove miałem ochotę wybrać się już w ubiegłym roku. O uszy obiły mi się bowiem liczne polecenia fanów tego lokalu i pozytywne recenzje w sieci. Nigdy mi jednak nie było po drodze do miejscówki, gdzie knajpka ta była usytuowana. Bo choć wciąż było to niby centrum Krakowa, to niestety nie same okolice Rynku Głównego. Ostatnio jednak lovekrove przeniosło się już praktycznie w sam środek miasta (konkretniej - na ulicę świętego Tomasza), więc spróbowania wreszcie tamtejszych pyszności nie mogłem odkładać na później.

Co rzuca się od razu w oczy, to zdecydowanie bardzo przyjazny klimat nowego lokalu. Szczególnie świetnie pomyślana jest swoista "loża" z pufami, wielkimi fotelami i sofami, która znajduje się na piętrze, oddzielona praktycznie od całej reszty lokalu. Podczas obu moich dotychczasowych wizyt w lovekrove, za każdym razem udało się mi i znajomym dostać właśnie do tej konkretnej miejscówki.

Choć raczej chciałbym tego uniknąć, tak mimo wszystko będę musiał odnieść się tu do prawdopodobnie największego rywala recenzowanej dziś knajpki w Krakowie - Moa. Najpierw rzecz bardzo pozytywna dla lovekrove: tłumów jest tu zdecydowanie mniej. Czas obu moich wizyt przypadał na tzw. "porę obiadową", która w Moa zwykle zapowiada większość miejsc zajętych. Tutaj natomiast za każdym razem poza nami były w knajpce jakieś dwie czy trzy inne osoby. Dlaczego tak mało? Nie wiem. Ale zdecydowanie reszta ma czego żałować.

Do lovekrove przybyłem w konkretnym celu - zjeść niezłego burgera. I (na całe szczęście) w obu przypadkach moje małe marzenie się spełniło. Zarówno Napoleon (wyróżniający się pysznym sosem żurawinowym), jak i George (zawierający guacamole) są intensywne w smaku i mają w sobie satysfakcjonującą porcję mięcha. Oba mi smakowały, choć ten pierwszy zdecydowanie wysuwa się u mnie na prowadzenie.

Jedno jednak w przypadku burgerów należy poprawić. Są one bowiem podawane dość "luźno", tzn. nie są one ściśnięte tak, by można je było swobodnie zjeść trzymając w łapskach. Niby podawane są sztućce, ale - do cholery! - BURGERÓW NIE JE SIĘ WIDELCEM I NOŻEM. Starałem się więc ściskać kanapki samemu, ale w obu przypadkach ostatecznie wyszedłem z tej apetycznej walki z upapranymi dłońmi. Ani to fajne, ani estetyczne.

Jak jest z cenami? Dość standardowo - czyli nie przesadnie tanio, ale i nie horrendalnie drogo. Oba burgery, które kupowałem, kosztowały po dwadzieścia pięć złotych. Najeść się najadłem, więc tutaj trudno mieć cokolwiek do zarzucenia. Na pewno jednak nie jest to cenowo knajpka, w której przeciętny Kowalski objadać się może codziennie.

Moje ostateczne wrażenia są jednak bardzo pozytywne. Moa stawiam wciąż wyżej, w szczególności za lepiej podawane i jednak smaczniejsze burgery, które na dodatek dostać można w odrobinę niższych cenach. Lovekrove też ma jednak swoje plusy, jak chociażby bardzo przytulną miejscówkę, miłą obsługę oraz kompletny brak tłoku. To ostatnie może się wkrótce zmienić, dlatego lepiej skoczyć tam szybciej niż później.

Jeśli więc mieszkacie w Krakowie - koniecznie zajrzyjcie do lovekrove. Jeśli natomiast jesteście chwilowymi przyjezdnymi - ustawcie sobie w swej gastronomicznej mapie turystycznej tę knajpkę. Jednak gdybyście mieli czas tylko na jedną burgerownię, wybierzcie raczej Moa. Lovekrove przesadnie nic do zarzucenia nie mam, ale ta druga knajpka ma zwyczajnie mimo wszystko lepsze jedzenie.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Fotka podkradziona z fanpage'a lovekrove. Burger na zdjęciu ma najzabawniejszą nazwę ze wszystkich - Nicolas Serkozy.

0 komentarze:

Zły dzień? Idź pobiegać!

Ostatnio miałem dość wkurzającą sytuację. Obudziłem się z samego rana i - jak zwykle - by szybko się pobudzić zacząłem sprawdzać wszystko co możliwe na telefonie. Esemesy, które dotarły w nocy, Snapchata, Instagram, powiadomienia na Fejsie, maile. Klikam tak i klikam, aż wreszcie telefon mi zwyczajnie padł. Szybko podłączyłem go do ładowania i skoczyłem się przygotować do biegania.

Gdy byłem już gotowy do wyjścia, postanowiłem sprawdzić, czy z telefonem wszystko gra. Moim oczom pojawiła się klawiatura nakazująca mi wpisanie swojego PIN-u. Pierwsza próba - nieudana. Druga - tak samo. Postanowiłem zaryzykować licząc na "do trzech razy sztuka". Niestety - znów pudło. Musiałem wpisać PUK, którego przy sobie nie miałem. Tym samym potrzebowałem zadzwonić do rodzinnego domu, by ktoś mi ten kod podyktował. Problem był jeden - ze swojego telefonu skorzystać nie mogłem. Wkurzyłem się. Poszedłem więc biegać.

Dobrze wiedziałem, że gdy zrobię te dziesięć kilometrów, wkurzenie ze mnie wyparuje. Wrócę i będę miał to właściwie głęboko gdzieś, dzięki czemu do sprawy podejdę na luzie i bez robienia z niej wielkiego problemu. I oczywiście to zadziałało. Miałem godzinę na dokładne przemyślenie wszystkich możliwości, dzięki czemu ostatecznie bez problemu odzyskałem kontrolę nad swoim telefonem. Mała podpowiedź na przyszłość, gdyby kogoś też taki problem złapał - ze Skype'a można dzwonić też na komórki i stacjonarne.

Główny hint na dziś brzmi jednak inaczej i jest zdecydowanie bardziej ogólny. Zawarłem go już w tytule, by trafiał jak najmocniej się to tylko da. Masz zły dzień? To rusz tyłek i wyjdź pobiegać! Niesamowitym jest, jak wiele trosk w czasie biegania odchodzi w niepamięć. Złamane serce? Kłótnia z kimś bliskim? Niezdany egzamin? Wskocz w sportowe buty i zrób tyle kilometrów, na ile Cię stać. Nawet jeśli ostatecznie nie będziesz miał po powrocie całej sprawy totalnie głęboko gdzieś, to na pewno podejdziesz do niej rozsądniej i bardziej na luzie.

Słyszałem kilka razy, że podczas biegania ludzie zupełnie nie myślą o jakichkolwiek sprawach życiowych i poddają się wyłącznie wysiłkowi. Ja to nie do końca tak odczuwam. Zdecydowanie wolę myśleć nad czymś podczas biegu. Znaleźć jakiś problem, z którym mogę się uporać. Wtedy mam wrażenie, że radzę sobie z nim nie siłą psychiczną, a fizyczną. Problem zdaje się wypływać ze mnie razem z potem. Jakkolwiek ohydnie to może brzmieć.

Dlatego ja nawet wolę mieć jakiś kłopot do rozwiązania podczas biegu. Wtedy profit jest podwójny: nie dość, że uporam się z samym problemem, to na dodatek mam się czym zająć w ciągu tej godziny, przez co nudzi mi się zdecydowanie mniej. Wychodzi więc na to, iż im ciężej człowiek ma w życiu, tym bieganie przychodzi mu łatwiej. Serio - sprawdzone osobiście.

Powtórzę więc jeszcze raz: jeśli masz jakiś życiowy dylemat lub zwyczajnie zły dzień - idź pobiegać. Tyle, ile dasz radę. Prawdopodobnie uda Ci się zresztą pokonać większy dystans niż w "normalnych warunkach". A na dodatek pozbędziesz się albo chociaż zminimalizujesz swój problem. Czyż nie brzmi to prześwietnie?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze: