Uniwersum Metro 2033: Dziedzictwo przodków

"Uniwersum Metro 2033" to seria powieści opartych na wizji świata z całkiem popularnej książki Dmitrija Głuchowskiego. W Rosji pojawiło się tych tytułów już naprawdę sporo, w Polsce natomiast otrzymujemy zazwyczaj dwa tłumaczenia na rok. Swego czasu byłem z nimi na bieżąco, ostatnio jednak pozostałem dość mocno w tyle. Postanowiłem wrócić do serii przy okazji najnowszej z wydanych u nas powieści - "Dziedzictwa przodków".

Fabuła tej odsłony została umiejscowiona w terenie dość nietypowym jak dotąd dla "Uniwersum". Konkretniej, Obwodzie Kaliningradzkim. Gdy świat ogarnęła wojna nuklearna, nielicznym ludziom z tamtych okolic udało ukryć się w tajemniczych podziemnych pomieszczeniach. Dwa duże obozy żyją tam oddalone od siebie, lecz utrzymując jednocześnie dość neutralne stosunki. "Spokojne" życie mieszkańców Obwodu zostaje jednak załamane przez nadejście nowej, niespodziewanej grupy.

Co zdecydowanie rzuca się w oczy w przypadku "Dziedzictwa przodków", to fakt, że całość tak naprawdę w ogóle nie dzieje się w jakimkolwiek metrze. Coś w jego rodzaju pojawia się tu od czasu do czasu, jednak nie jest to wielki obiekt rodem z Moskwy, zamieszkiwany przez naprawdę sporą ilość ocalałych. Wciąż sporo rzeczy dzieje się tu jednak pod ziemią i wciąż czuć klimat post-nuklearnej powierzchni planety, zdominowanej teraz przez stwory od człowieka zdecydowanie groźniejsze. Choć nie ma ich tu tak sporo, jak w kilku innych książkach związanych z "Metro 2033", wciąż pojawiają się tu one jako zagrożenie dla ludzi.

Ciekawe jest także swoiste dwutorowe poprowadzenie fabuły. Tak naprawdę całość rozgrywa się bowiem na dwóch frontach, w jakichś sposób się ze sobą łączących, jednak będących jednocześnie materiałami na dwie oddzielne powieści. Mamy więc najpierw motyw walk między sporymi grupami ludzi. Łączą one ze sobą klasyczne podejście do tego typu ukazania starć, z koniecznością wrzucenia tu całej otoczki post-apokaliptycznej, co dodaje przyjemnej ilości smaczków. 

Wciąż jednak jest to motyw bardziej przypadający do gustu fanom wojennych batalii niż typowego fana serii "Metro". Dla tych szukających bardziej "swojskich" wrażeń też jednak coś pozostało. Mała grupka ludzi zostaje bowiem wybrana do odkrycia tajemnicy podziemi Obwodu Kaliningradzkiego. Tutaj więc dostajemy to co najlepsze w "Uniwersum": mrok, przygnębienie, niepewność i emocjonalne zachwiania. A wszystko to spowodowane znalezieniem się na zupełnie nieznanych bohaterom terytoriach.

"Dziedzictwo przodków" jest naprawdę ciekawym kąskiem dla fanów powieści związanych z książką Głuchowskiego. To trochę inne spojrzenie na post-apokaliptyczny świat niż to, co dostawaliśmy w "Uniwersum" do tej pory. Niedzielnym Czytelnikom, niezwiązanym do tej pory z serią, również powinien się ten tytuł spodobać, jednak mimo to zachęcam do rozpoczęcia swej przygody z nią od początku - czyli oryginalnego "Metro 2033". Jeśli Wam się spodoba ten tytuł, na pewno sięgnięcie również po kolejne, w tym właśnie "Dziedzictwo przodków".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #61 - Rose

Słoneczna niedziela to zdecydowanie dobra pora na kolejny odcinek serii "Raperzy czytają". Tym razem na blogu goszczę Rose'a, pochodzącego z Białegostoku. Nagrywa on do dobrych paru lat, dzięki czemu ma na koncie nie tylko sporo luźnych kawałków, ale i dłuższych materiałów. Jego ostatni większy wyczyn to krążek "Konkret Gastro", wypuszczony w ubiegłym roku. Obecnie natomiast Rose pracuje nad kolejnym materiałem, tworzonym wspólnie z innym raperem, Maxem. Projekt ten zwiastuje singiel "Oldschool". Rose współtworzył także skład beatmakerów NVRC-O-HOLICS oraz rapowy duet Raport. Obecnie jest członkiem COMEOUT label oraz Weed Staff.

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Zacznę od tego, iż ostatnio poważnie zaniedbuję książki, co spowodowane jest natłokiem zajęć, uczelnią, nagrywkami, melanżami... Dobra, wróć – po prostu stałem się ostatnimi czasy bardziej leniwy w tej kwestii. Swoje jednak w życiu przeczytałem, i robię to nadal, jednak z mniejszą częstotliwością niż wcześniej.

Obecnie moim ulubionym autorem jest Chuck Palahniuk, chyba najbardziej kojarzony z utworem o tytule "Fight Club" (po Polsku "Podziemny krąg"), który odbił się swego czasu szerokim echem, dzięki przeniesieniu na wielki ekran. Jest to książka kultowa, po zapoznaniu się z nią wiedziałem, że chcę więcej i więcej. I tak oto rozpoczęło się moje psychofaństwo. Nie będę wam pisał dokładnie o czym opowiada, każdy z was może sobie równie dobrze wpisać tytuł w Google i wyjdzie na to samo. Powiem za to dlaczego owa pozycja zachęciła mnie do gruntownego sprawdzania całej bibliografii tegoż człowieka. Widać gołym okiem, że autor nie przebiera w słowach. Język jest ostry, narracja niecodzienna, ironia oraz sarkazm wszechobecny, bohaterowie dziwaczni, a fabuła wykręcona. I w ten oto sposób można opisać wszystkie jego powieści, z którymi do tej pory miałem styczność. Tematyka jest niebanalna, np. w „Pigmeju” mamy małego murzynka pochodzącego z afrykańskiego kraju o skrajnie socjalistycznym ustroju, który dostał się do USA dzięki wymianie uczniów, jednak tak naprawdę jest tajnym agentem, który wraz z rzeszą rówieśników został dokładnie wyszkolony na maszynę do zabijania, a znajduje się w Stanach Zjednoczonych tylko po to, by zrealizować plan ich unicestwienia. „Potępieni” opowiada o trzynastolatce, która trafiła do piekła, ponieważ... umarła wskutek przedawkowania marihuany. Polecam także „Niewidzialne potwory”, gdzie poruszany jest m.in. niecodzienny temat transseksualności, a także „Opętani”, co w moim odczuciu jest absurdalną satyrą, wyśmiewającą wszelkiego rodzaju reality-shows. Brak logiki, perwersja, czarny humor, zwroty akcji, które powodują że przez pewien czas nie wiesz o co tu w ogóle chodzi – gwarantuję, że u Palahniuka tego nie zabraknie. Nie polecam jednak żadnego z jego tworów osobom, które są spięte, odbierają wszystko dosłownie, istnieją dla nich tematy tabu czy też brak im dystansu do wszystkiego. Dosłownie wszystkiego, bo nigdy nie wiesz co on tym razem dziwacznego wymyśli.

Abstrahując od CP, wśród moich ulubionych tytułów znajduje się oczywiście „Ojciec chrzestny” M. Puzo, w moim odczuciu najlepsza powieść gangsterska (kryminalna?) wszech czasów, poza tym „Rok 1984” G.Orwella, jak również „Buszujący w zbożu” autorstwa J.D. Sulingera (pierwsza pozycja, którą sam z siebie się zainteresowałem i postanowiłem przeczytać). Mam słabość do grubych książek (+/- 1000 stron), ponieważ strasznie lubię się wgłębiać w fabułę, więc mogę z czystym sumieniem polecić bardzo wciągające „Święte gry”, wywodzące się spod pióra hinduskiego pisarza V. Chandra. Akcja toczy się na ulicach Bombaju, dotyka różnorodnej tematyki, głównie kryminalnej, jednak autor świetnie przeplata różnorakie wątki. Świetny klimat, nigdy się z czymś podobnym nie zetknąłem.

Wiadomo, czyta się też jakieś artykuły w internecie czy gazetach, ale to nie to samo co ponadprzeciętna książka, więc jeśli w jakimś stopniu zainteresowały cię wspomniane przeze mnie osobiste klasyki – nie zastanawiaj się, do dzieła!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Kapitan Phillips

Gdy "Kapitan Phillips" pojawiał się w kinach, przeszedłem obok niego zupełnie obojętnie. Pomimo wielu dobrych ocen i występowania w nim Toma Hanksa, nie miałem żadnej wewnętrznej potrzeby jego obejrzenia. Moje nastawienie do tejże produkcji zmieniła nominacja do Oscara, bowiem powiedziałem sobie, że obejrzę wszystkie tytuły walczące w tym roku o główną statuetkę. Do spełnienia tego zadania zostało mi jeszcze sprawdzenie dwóch pozycji: "Nebraski" i właśnie "Kapitana Phillipsa". Na pierwszy ogień poszedł ten drugi tytuł.


Głównym bohaterem filmu jest tytułowy kapitan statków transportowych, Richard Phillips (Tom Hanks). Dostaje on kolejne zadanie pokierowania frachtowcem, z trasą przechodzącą tym razem w okolicach Somalii. Phillips już od początku wyczuwa zagrożenie, dobrze wiedząc o piratach stacjonujących w tamtejszych okolicach. Jego przeczucia sprawdzają się - statek zaczyna być śledzony przez bandytów chcących go przejąć.

Co rzuca się w oczy już w dosłownie pierwszych minutach filmu, to naprawdę świetnie zrobione zdjęcia. Część z nich zwyczajnie cieszy oko, część natomiast wprost zachwyca swoim wykonaniem. Wszystkie ujęcia są dokładnie przemyślane i dobrane z niesamowitą pieczołowitością. Klimatu dodaje również fakt, że praktycznie wszystko zostało tu nakręcone z ręki i zdecydowanie pasuje to do morskiej scenerii.

Trzeba to jednak zaznaczyć mocno - to Tom Hanks podwyższa wartość tego filmu o kilka poziomów. Siwiejąca gwiazda (ten facet ma już 57 lat!) pokazała w "Kapitanie Phillipsie" prawdziwą sztukę aktorską, jaką chętnie chciałaby opanować większość filmowych grajków. Emocje wprost wypływają hektolitrami z postaci głównego bohatera i Akademia powinna się wstydzić, że nie uhonorowała Hanksa chociażby nominacją do Oscara.

Najciekawszy jest jednak fakt, że film ten ostatecznie nie okazuje się tak prosty w przekazie, jak mogłyby sugerować jego wszelkie zajawki. To nie typowa opowiastka o Amerykanach gnębionych przez terrorystów z Trzeciego Świata. Również postacią somalijskich piratów można w sporej mierze współczuć. Ich rozmowy z Phillipsem, ukazujące prawdziwość życia w Afryce potrafią przyprawić o dreszcze.

Jestem zawiedziony. Zawiedziony tym, że nie zainteresowałem się "Kapitanem", gdy puszczano go w polskich kinach. Nie jest to może najlepszy tegoroczny film Oscarowy, ale z łatwością przebija kilka innych nominacji. Warto by było obejrzeć go tylko dla samej postaci Hanksa, ale na szczęście jest tu o wiele więcej dobrego contentu. Szczerze polecam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej. Sprawdź również moje recenzje innych filmów nominowanych do tegorocznych Oscarów: "Dallas Buyers Club""Tajemnicy Filomeny""Inside Llewyn Davis""Her""12 Years a Slave""American Hustle""Grawitacji" oraz "Wilka z Wall Street".

0 komentarze:

True Detective - mistrzostwo czy przehajpowany średniak?

"True Detective" to jeden z najnowszych seriali na rynku, który całkiem niedawno zarówno rozpoczął, jak i skończył swój pierwszy sezon. Zebrał on naprawdę wiele pozytywnych opinii w sieci, przez wielu będąc wynoszonym wręcz na piedestał show wszelakich. Początkowo najważniejszym aspektem, dla którego sam chciałem rozpocząć swą przygodę z "Detektywem" była mała ilość odcinków, a więc brak konieczności długiego nadrabiania zaległości. Ostatecznie jednak przekonał mnie inny argument: miał to być rzekomo serial podobny do kultowego "Twin Peaks". Czy rzeczywiście tak jest?

Odpowiem Wam już na samym początku: nie. Porównanie "True Detective" do słynnego dzieła Lyncha jest mocno chybione, łączy te produkcje bowiem raptem parę elementów. Chociażby motywy okultystyczne, zabójstwo jako główny motor napędowy czy bardzo wyrazista postać głównego bohatera, policjanta. I to nie jest nawet tak, że seriale te są w tych właśnie elementach wyjątkowo do siebie podobne.

Oto bowiem w "Twin Peaks" wszystko jest naprawdę szalone, surrealistyczne i metaforyczne. Tutaj natomiast wszystko można wyjaśnić w jakiś sposób i nie zostajesz wrzucony w wir niemożliwych sytuacji i motywów. Poza tym - u Lyncha główne zabójstwo było jedno, tu zaś szybko okazuje się, że do czynienia mamy z kilkoma sprawami. Bohaterzy-policjanci też się od siebie różnią. W "Twin Peaks" mieliśmy zabawnego, ale i niesamowicie przenikliwego agenta FBI, Dale'a Coopera, w "True Detective" dostajemy z kolei porcję dwóch ważnych postaci, będących jednak bardziej "zwykłymi" stróżami prawa.


Rust Cohle (Matthew McConaughey) oraz Martin Hart (Woody Harrelson) zostają sobie przydzieleni jako partnerzy. Ten pierwszy jest cichy, chłodny i bezkompromisowy, ten drugi natomiast posiada żonę i gromadkę dzieci, a do tego nazwać go można zdecydowanie bardziej towarzyskim. Nasza dwójka dostaje też od razu sprawę do rozwikłania: do wielkiego drzewa na polu, gdzieś na terenie Luizjany, zostaje przyczepiona martwa dziewczyna z wielkim porożem na głowie. To zdecydowanie nie jest zwyczajne zabójstwo.

Przez spory czas serial toczy się w dwóch przedziałach czasowych. Raz dostajemy paczkę scen z roku 1995, gdy miała miejsce wspomniana sprawa, by po chwili otrzymać naprawdę nieźle zmontowane sceny przesłuchań z czasów współczesnych. Wtedy bowiem akta zostają odkopane przez dwóch czarnoskórych policjantów, którzy w poszukiwaniu prawdy przepytują bohaterów sprzed parunastu lat, czyli Rusta i Harta. Dodaje to naprawdę sporo smaku, którego brakłoby, gdyby fabuła prowadzona była standardowo - z użyciem jednej jednego przedziału czasowego.

Wait, there's more! Kolejna naprawdę fajna sprawa to świetne wgłębienie się w myślenie głównych bohaterów. Ten serial to nie jedynie samo rozwiązywanie sprawy kryminalnej, ale również spojrzenie na przeszłość i obecne problemy trapiące Rusta i Harta. To jest naprawdę COŚ obserwować konfliktowe życie tego drugiego oraz przyglądać się prawdziwemu skurwysyństwu tego pierwszego. Rzadko zdarzają się w serialach tak świetnie nakreślone postaci (ze zdecydowanym naciskiem na Cohle'a). Weźmy takie "The Walking Dead" chociażby. Fajny serial, naprawdę go lubię, ale w przypadku postaci daleko mu do tej genialnej dwójki z "True Detective".

Nie wyszłoby to jednak tak dobrze, gdyby nie aktorzy. Woody Harrelson naprawdę świetnie pasuje do swojej roli łysego policjanta, takiego typowego stróża prawa, który najchętniej wracałby do domu i od razu zasiadał do oglądania meczu. Koniecznie z piwem w ręku. Ale to McConaughey zdecydowanie robi tu największą robotę. Damn, ależ ten facet świetnie gra! Gdybym spotkał go na ulicy, prawdopodobnie pomyślałbym, że on wręcz musi zachowywać się tak, jak jego serialowa postać. Wczucie w bohatera poziom over 9000. Pamiętajcie przy okazji, iż McConaughey zgarnął Oscara za rolę w "Dallas Buyers Club". A gdyby rozdawano oddzielne Oscary dla seriali, również i tam na pewno by wygrał.

Czy to jest serial perfekcyjny? Nie. Po pierwszym odcinku, a może nawet i po kolejnych dwóch czy trzech, możecie nie zrozumieć hajpu, jaki wokół niego się pojawił. I ja też muszę szczerze przyznać, już po obejrzeniu całego sezonu, że trochę przesadzone są te peany na jego cześć. To dobry serial, ba, wręcz bardzo dobry. Mimo to zdarzały się tu sceny, które nudziły, część z historii trwała nieproporcjonalnie krótko do innych. Jedne odcinki działy się wolniej, drugie szybciej. Brakuje mi tu pewnego ustandaryzowania w tym właśnie aspekcie.

Ale nie będę zaprzeczał - pod sam koniec byłem naprawdę zajarany chęcią oglądania kolejnych odcinków. I rzeczywiście, jak powiedział McConaughey w jednym z wywiadów: "True Detective" ogląda się jak bardzo długi film, nie serial. Nie czuję, żebym zmarnował te osiem godzin, bo bawiłem się naprawdę przednio. Na kolejny sezam zdecydowanie czekam, pomimo faktu, że ma w nim zostać zaprezentowana zupełnie inna historia. Co najgorsze - bez Rusta i Harta. Będzie mi Was brakować, chłopaki.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Najlepszy kawałek Kanye Westa

Można nie lubić Kanye Westa, można nie słuchać jego kawałków, można wręcz nimi gardzić. Nie wolno jednak zaprzeczyć, że Yeezy jest istotnym elementem nie tylko współczesnego show-biznesu, ale i samego rapu. Kanye nie należy oczywiście do prekursorów tego gatunku, ale w wyraźny sposób pomógł w jego zrewolucjonizowaniu. Bo po kilku stricte klasycznych krążkach, przygotował on takie, których stworzenia nikt wcześniej by się nie podjął.

Ja natomiast dziś Wam opowiem nie o całej karierze Westa, a wyłącznie jednym jego kawałku. Kawałku, którego chyba nikt poza mną nie wymieni jako pierwszego w odpowiedzi na pytanie: "jakie są najlepsze tracki od Kanye?". To nie jest bowiem utwór, który osiągnął jakąkolwiek niesamowitą popularność. Przynajmniej jak na warunki Yeezy'ego.

Nie znajdziecie go też na żadnej solowej płycie tego rapera. Nie ma go ani na starszych wydawnictwach, ani na tych najnowszych. Ba, moim zdaniem nie pasuje on wręcz do żadnego z albumów Westa. Klimatycznie trochę zbyt inaczej został on zrobiony od "The College Dropout", "Late Registration" czy "Graduation". Nie pasuje także do śpiewanej "808s & Heartbreak" ani tym bardziej do szalonego "Yeezusa". W przypadku "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" nie zgadzałby się on natomiast z konceptem płyty.

Utwór ten pojawił się w całkiem niespodziewanym miejscu - na soundtracku do filmu. Dość "niezwykłego" filmu, warto dodać. Mowa bowiem o "The Man With The Iron Fists", czyli produkcji w reżyserii słynnego RZA z Wu-Tang Clanu. Po znajomości (jak można przypuszczać) Kanye nagrał specjalny kawałek właśnie na potrzeby tegoż tytułu. Nie potraktował tego jednak po macoszemu, wyszedł mu bowiem - moim zdaniem - najlepszy track w historii.

Czy mam jakieś konkretne techniczne argumenty, którymi mógłbym podeprzeć swoją tezę? Nie. W tym przypadku oceniam bowiem jedynie emocjami, zawsze pojawiającymi się u mnie w ilościach hurtowych podczas słuchania tego kawałka. Jest to moje zdecydowane top 1 w kategorii utworów do zrelaksowania się.

To track, który rozchmurzyłby mi najsmutniejszy dzień. W ten najlepszy wprowadziłby natomiast jeszcze większą porcję radości, choćby zdawało się to niemożliwe. Podczas zimy, pomimo śniegu i zimna, słuchając tego kawałka zawsze czułem się jak na najpiękniejszej plaży świata. Tam też przenosiłem się jadąc pociągiem w czasie upalnego lata.

Jest to również jednocześnie jeden z najlepszych kawałków miłosnych, jakie znam. I ponownie - nie chodzi tu o żadne techniczne aspekty tekstu. Nie liczcie na wygórowane metafory, nie liczcie też na modne w rapowych kawałkach nazywanie w każdej linijce swojej kobiety "suką". Tu ponownie uderza natomiast klimat i prostota tekstu, uderzająca z niespodziewaną siłą. I gdy ta cała wielowersowa litania Kanye się kończy, w głowie ciągle pozostają dwie ostatnie linijki:

Lets make a move on these herds, go somewhere private
I’m talking just me and you and a plane and a pilot

Ale to wygląda zwyczajnie i prosto, prawda? A ja, gdy słyszę te słowa, zawsze mam ciary.

Masz dziewczynę albo chłopaka? W takim razie pewnie wyobrazisz sobie Was razem w taki sposób, jak opisuje to Kanye. Jesteś stuprocentowym singlem od dłuższego czasu? Chociaż na chwilę przeniesiesz się do świata związku idealnego. Właśnie rozstałeś/aś się z kimś i słuchasz tylko depresyjnych kawałków? Po odpaleniu tego przypomnisz sobie jedynie te dobre wspomnienia z eks i zapomnisz na chwilę o smutku.

Jeśli Tobie też się ten kawałek tak bardzo spodoba, zapewne po wielu odsłuchach pomyślisz to, co napisał jeden z komentatorów na YouTube: "I'm having this played at my wedding! It's a life goal". Gdy to przeczytałem, zrozumiałem, że właśnie muszę komuś podebrać jedno z życiowych marzeń. I dlatego właśnie moja przyszła żona również musi uwielbiać ten kawałek.

Rozpisałem się trochę, a przecież sednem tego tekstu miał być raptem jeden kawałek. Dlatego teraz po prostu załóżcie słuchawki, kliknijcie TUTAJ, zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w muzykę. Jeśli Wam również się ten utwór spodoba - dajcie znać. Będzie mi niezmiernie miło, że ktoś dobrze wykorzystał moje muzyczne polecenie :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Głosy w mojej głowie

Przychodzę ostatnio na wykład, siadam gdzieś pod koniec sali i wyczekuję na przyjście nowego wykładowcy. Nowego, bo drugi semestr wprowadza kilka świeżych profesorskich twarzy, zastępując nimi ludzi już przez studentów lubianych. Takie życie. Czekam jednak z nadzieję, że może nie będzie tak źle, że może będzie to jedna z tych naprawdę pozytywnych osób.

Wniosek po zajęciach? Niestety trudno mi określić nastawienie wspomnianej osoby do naszej braci studenckiej. Trochę wstyd się przyznać, ale to w szczególności dlatego, że zwyczajnie jej nie słuchałem. I nawet nie ważny jest tu fakt nudności i banalności contentu serwowanego przez nią w ilościach hurtowych. Problem był zgoła inny - dostarczono nam profesorską twarz ze strasznie wkurwiającym głosem.

Ja natomiast słuchać ludzi wydających jakiekolwiek wkurzające odgłosy zwyczajnie nie potrafię. Skrzeczenie? Nie słucham. Mlaskanie? Nie słucham. Idiotyczna maniera? Nie słucham. Przykładów jest mnóstwo, trudno natomiast w jakiś sensowny sposób opisać mowę, jakiej używają ci wkurzający ludzie. Na szczęście wcale nie ma ich na świecie tak wiele.

Większość ludzi mówi dość zwyczajnie i ze słuchaniem ich nie mam żadnego problemu. Poznałem jednak w swym życiu kilka osób, których mowy po prostu nie znosiłem. Gdy słyszałem ich wkurzający głos, kotłował mi on w głowie sto razy mocniej niż jakikolwiek inny. Często był on tak charakterystyczny i nasilający się, że nie potrafiłem tak zwyczajnie odwrócić od niego uwagi. 

Tak, wiem, iż w sporej liczbie przypadków nie jest to tak naprawdę wina danej osoby. Czasem one same nie zdają sobie sprawy ze swego wkurzającego głosu, a czasem też nie potrafią go w sensowny sposób zmienić. Dlatego szczerze im współczuję. Sam zresztą niejednokrotnie chciałem z takimi ludźmi zamienić kilka słów, ale szybko się poddawałem. Nawet jeśli ktoś taki mówi ciekawie, jego głos zbytnio mnie wkurza, bym potrafił skupić się w pełni na rozmowie.

Jasne, są też ludzie, którzy celowo tworzą sobie rzekomo super-świetny, a tak naprawdę cholernie irytujący głos. Wiecie, te wszystkie blachary, wielkie damy i ludzie z manierą geja. Tych najchętniej wrzuciłbym do dźwiękowego piekła, gdzie byliby katowani dwadzieścia cztery godziny na dobę przez innych ludzi posiadających wkurzające głosy. Tych nieświadomych biedaków natomiast obdarzyłbym cudownym uleczeniem strun głosowych. Facetom podrzuciłbym głos Morgana Freemana, a dziewczynom Scarlett Johansson. Wszyscy byliby zadowoleni, prawda?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Gratisography.com

2 komentarze:

10 mniej typowych oznak nadejścia wiosny

"Wiosna przyszła!" - typowe słowa, jakie pojawiały się na ustach Polaków w ubiegłym tygodniu. Przyznać trzeba, mieliśmy ku takiemu okrzykowi mnóstwo powodów. Jakie na przykład? Te do bólu standardowe: świeciło słońce, można było śmigać po dworze na krótki rękaw, ptaszki ćwierkały. Jednym słowem: żyć, nie umierać.

A jest przecież wiele innych, mniej typowych oznak nadejścia wiosny. Niektóre z nich wciąż są pozytywne, to trzeba przyznać, wiele z nich jest jednak zdecydowanie negatywnych. I tak podczas dosłownie jednego piętnastominutowego przejazdu autobusem, do głowy wpadło mi aż dziesięć różnych symptomów przyjścia wiosny. I choć obecnie jest już trochę zimniej niż w ubiegłym tygodniu, to z nadzieją na powrót ciepłych dni, podrzucam Wam tę swoją magiczną listę. 

Ludzie przywdziewają nowe buty

Zacznijmy tak spokojnie, całkiem pozytywnie. Jeśli nie jesteś snikergłową, posiadającym co najmniej jedną parę butów na każdy dzień tygodnia, prawdopodobnie zaczynasz swoje przygotowania do ciepłych dni od kupienia tak zwanych "butów na wiosnę/lato". I początkowo trzymasz je w pudełku, co kilka godzin je podziwiasz i ze smutkiem obserwujesz deszcz padający za oknem. Ale gdy wreszcie nadejdzie pierwszy prawdziwie suchy i słoneczny dzień, przywdziewasz swoją nową parę Air Maxów, Roshe'ów czy innych New Balance'ów i ruszasz w miasto. Od Twoich butów tymczasem bije energia pełna nowości, blasku i czystości. To pierwsze i zarazem ostatnie chwile, gdy na ludzi z choćby delikatnie brudnymi butami możesz patrzeć z pogardą. Za kilka dni to zaś inni będą tak patrzeć na Ciebie, sorry.

Źródło: Flickr.com
Przy drogach pojawiają się dziwki

W Krakowie tego nie odczuwam, ale był to jeden z symboli mojego ubiegłorocznego początku sezonu rowerowego. Jeździłem wówczas z kumplem po różnych wioskach w okolicy mojej miejscowości. I była tam taka jedna bardziej ruchliwa droga, przy której początek wiosny celebrowały równie ruchliwe panie lekkich obyczajów. Z gracją godną słonia ustawiały się w seksownej (w ich mniemaniu) pozycji i zalotnie spoglądały na nadjeżdżające samochody. Kilka razy nawet pomachali do nas. My zaś w odpowiedzi odmachaliśmy - a co, prawdziwym gentlemanem warto być zawsze, nawet dla dziwek.

Budzą Cię prace miejskie

Nie ma to jak obudzić się w środku marca i za oknem ujrzeć cudowne światło słoneczne. Coś Ci jednak nie do końca w tym wszystkim pasuje. Patrzysz na zegarek - jest siódma. Zdecydowanie za wcześnie jak na pobudkę po nocnym melanżu. I orientujesz się, że to tak naprawdę nie przyjemne Słońce Cię obudziło. Formę budzika spełnili tym razem panowie, którzy właśnie obok Twojego bloku wycinają drzewa. Zamykasz okno, ale to przesadnie nic nie daje. Sen więc trafił szlag, a Tobie pozostaje egzystencjalne filozofowanie nad faktem, że współcześnie wiosna nie zaczyna się od pojawienia się liści, a usunięcia drzew, na których te liście mogłyby się w ogóle pojawić. Fuck logic.

Policja i straż miejska rozdają więcej mandatów

Przez całą zimę nasi wspaniali stróże prawa musieli zajmować się wyłącznie sprawami zabójstw, gwałtów i bezdomnych śpiących w Sukiennicach. Wiosna jednak ma za zadanie ucieszyć wszystkich, w tym więc i policjantów oraz straż miejską. Ciepło, bezchmurnie - oto świetna sceneria na wypad z piwkiem w plener. I wszystko kręci się dobrze, do czasu, gdy za plecami nie usłyszysz "a co to za napoje wyskokowe się tutaj konsumuje?". Tym samym całą wiosnę szlag trafia, bo zamiast butelki z piwem w ręku dzierżysz mandat i idziesz przez tłum uśmiechniętych ludzi, by zapłacić za swoje przewinienie na poczcie.

Źródło: Flickr.com
Internet zalewa nowa fala szafiarek

Łączy się to trochę z punktem pierwszym. Oto bowiem szalone nastolatki dostają od rodziców przysłowiowe "Air Maxy do 250 złotych" i postanawiają zaszpanować nimi nie tylko wśród swoich znajomych, ale również i w internecie. Facebook? To też za mało. Czas więc na krok milowy - założenie bloga modowego! Pierwszy ficik? Koniecznie nowe buty, połączone z całą stylizacją wziętą z jednej sieciówki. Teraz jesteś naprawdę "faszyn" i możesz kreować modę w internetowym światku. A kto wie, może za kilka miesięcy ktoś się do Ciebie odezwie z propozycją sprzedania się za jedną koszulkę, której produkcja kosztuje firmę piętnaście złotych? Brzmi zachęcająco!

Kończą się Twoje ulubione seriale

Podobno są jakieś wyjątki, ale w moim przypadku wiosna to zawsze symbol zakończenia kolejnych sezonów oglądanych przeze mnie seriali. Za tydzień czeka mnie finał "The Walking Dead", wkrótce kończy się ostatnia już seria "How I Met Your Mother?", a do tego zostało raptem parę ostatnich odcinków do pożegnania się na kolejne kilka miesięcy z "New Girl". Ale można to też widzieć w lepszej perspektywie: kończą się seriale, a dzięki temu masz czas, by obejrzeć te, których jeszcze nie widziałeś! Ja już teraz zacząłem nadrabiać zaległości i czuję, że w tym roku uda mi się obejrzeć naprawdę sporo nowych pozycji.

W Krakowie pojawiają się Szkoci

Japończycy w Krakowie są zawsze, im nie straszna żadna pogoda, bo i tak po tutejszym rynku spacerują już o szóstej rano. Erasmusów poznajesz po idiotycznych okrzykach i chwianiu się we wszystkie strony. Wiosna to zaś początek bójek Anglików oraz - co jest oznaką bardziej pozytywną - pojawienia się Szkotów w swoich legendarnych kiltach. Wybaczcie mi, ale ja wciąż uważam, że jest coś naprawdę zabawnego w pięćdziesięciolatkach idących sobie na piwko w spódnicach. Uśmiech pojawia się dzięki temu na twarzy nawet w najsmutniejszy dzień.

Źródło: Flickr.com
Nagle każdy jest biegaczem

Była to któraś z tych ciepłych niedziel - ta przedostatnia bodajże. By wypełnić swój zwyczaj, od razu po przebudzeniu wskoczyłem tego dnia w ciuchy do biegania i wybrałem się w kilkukilometrową trasę. Mój cel: pobliski park. Tam zaś wyjątkowo prawdziwe tłumy dzieci, rodziców, ludzi na rolkach oraz... biegaczy. Biegaczy, których nigdy do tej pory w Krakowie nie widziałem w tak tłumnych ilościach. Gdzie byli oni wcześniej? Cóż, zapewne odpuścili sobie bieganie zimą i postanowili przerwać swój sezon na czas chłodnych dni. Sezonowcy niczym sporo kibiców piłkarskich, prawda?

W środkach transportu robi się duszno

Jeszcze nie wiesz, że zaczęła się prawdziwa wiosna, więc wychodzisz na dwór w lekkiej kurtce. Już po kilku krokach w promieniach słońca domyślasz się, iż nie był to najlepszy wybór. Wkraczasz do zatłoczonego autobusu i po pierwszym przystanku ostatecznie decydujesz się jakoś wyplątać ze swojej kurtki. Brawo. Pod koniec trasy czujesz natomiast, że zacząłeś się nawet trochę pocić, ale stwierdza, że bluzy już jednak nie będziesz ściągał. Wychodzisz wreszcie na zewnątrz i delektujesz się każdym chłodniejszym podmuchem wiatru. Orientujesz się, że już za dwa/trzy miesiące w Twoim ukochanym autobusie zacznie śmierdzieć ludzkim potem. Yummy.

Pojawiają się wkurzające owady

Ostatnio podczas biegania chwilę leciała za mną... osa. Parę razy ukatrupiłem już w mieszkaniu małe muszki. Na Facebooku ktoś wspominał o pierwszych komarach. Tak, moi Drodzy, powoli rozpoczyna się nalot wkurzających owadów, które uprzykrzać Wam będą każdy dzień lata. Czujecie już te noce pod namiotami, w których wypsikacie cały zapas płynów na komary? Jesteście gotowi na wychodzenie z lasu z kleszczem w nodze? Niestety - nic nie może być stuprocentowo piękne, gdy w powietrzu unosi się chmara wkurzających owadów. Wiosna wita ich równie przyjaźnie co ludzi.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Mapa i terytorium

Nazwisko Michela Houellebecqa kojarzyć mogą w jakiś sposób słuchacze polskiego rapu - szczególni ci lubiący utwory Tego Typa Mesa. To właśnie jemu zdarzało się bowiem nawiązywać do literatury Francuza, czy to w kawałkach ("Dorosłe dzieci we mgle"), czy też w swych felietonach. Również i uczestnikom serii "Raperzy czytają" zdarzało się wspominać o tym pisarzu, co miało miejsce chociażby w przypadku Junesa. Teraz to zaś ja postanowiłem wziąć za Houellebecqa, zaczynając przygodę z nim od jednej z jego nowszych książek: "Mapa i terytorium".

Tytuł ten opowiada historię nietypowego artysty, Jeda Martina, który swą karierę rozpoczyna serią zdjęć map Michelin. Jako swój kolejny wielki krok planuje on wystawę składającą się już nie z fotografii, a jego własnych prac malarskich, ukazujących wiele ważnych dla świata postaci. Tekst promujący jego wernisaż ma zaś przygotować sam Michel Houellebecq. Artyści spotykają się więc kilkukrotnie, coraz lepiej się rozumiejąc i zacieśniając między sobą coś w rodzaju nici przyjaźni.

"Mapa i terytorium" to przede wszystkim twór nad wyraz wciągający. Każda drobna sceny, każdy mniejszy wątek i każdy dialog powodują takie emocje, że Czytelnikowi naprawdę trudno oderwać się od papierowych stronic. Nie ma tu miejsca na znużenie, jest za to spory efekt "jeszcze jednego rozdziału". Książka nie jest przesadnie długa, co powoduje na samym jej końcu myśl: "ej, chcę jeszcze więcej!".

I to pomimo klimatu, który panuje na kartach tworu Hoeullebecqa. Dominują tu bowiem zdecydowanie momenty depresyjne, pełne wątpliwości co do wartości życia i sensu istnienia na świecie. Szczególnie przejawia się to w rozmowach Martina z pisarzem, dziejących się w przytłaczającym domu tego drugiego, który nie należy do najlepiej utrzymanych. Nawet gdy bohater spotyka w swym życiu jakiegoś rodzaje chwile triumfu, zawsze znajduje w nich moment na przerwę pełną wątpliwości.

Ma ta książka swój naprawdę mocny charakter, którego trudno odmówić. Postaci są wyraziste, fabuła nieźle poprowadzona, a do tego naprawdę różnorodna klimatycznie. Są momenty pełne "uproszczonego" filozofowania, są też sceny wyciągnięte rodem z kryminałów. Wers Mesa "I wszyscy stajemy się bohaterami Houellebecqa" z kawałka "Dorosłe dzieci we mgle" zdecydowanie rozjaśnia swe znaczenie po przeczytaniu tej książki.

Stwierdzić mogę jedno: "Mapa i terytorium" na pewno nie będzie ostatnią moją pozycją od francuskiego autora. Podoba mi się jego styl, jak również klimat zawarty w jego twórczości. Ruszam dalej, w poszukiwaniu kolejnych jego książek. Spodziewajcie się ich recenzji na blogu, a tymczasem zdecydowanie polecam Wam tytuł dziś recenzowany. Naprawdę warto go sprawdzić, bez względu na literackie upodobania.

1 komentarze:

Raperzy czytają #60 - Neile

Kolejny okrągły, tym razem sześćdziesiąty już odcinek serii "Raperzy czytają". W nim zaś zawodnik z Koszalina, Neile. Nagrywa on już od kilku lat, wypuszczając między innymi album "Blues od dnia narodzin" w ramach akcji MaxFloLab. Obecnie raper jest natomiast związany z SB Mafiją i dość regularnie wypuszcza nowe kawałki w serii "Kick" (swoisty odpowiednik "Ciachów" Tomba). Wystąpił gościnnie między innymi u Quebonafide w kawałku "Kostka Rubika".

Co zaś Neile ma do powiedzenia na temat książek?

Cześć. Pomijając baśnie, które towarzyszyły mi w dzieciństwie i lektury z czasów szkolnych, których raczej starałem się unikać, przez długi czas czytanie nie należało do moich ulubionych zajęć. Nie było to spowodowane ignorancją czy niechęcią do poszerzania horyzontów, jednak do pewnego okresu moje priorytety wyglądały nieco inaczej. Jakieś książki oczywiście pojawiały się na moim celowniku, ale niezbyt często. Pamiętam "Dobrego złodzieja przewodnik po Paryżu" Chrisa Ewana, "Kod Leonarda Da Vinci" Dana Browna i jakieś rzeczy od Bukowskiego.

Sam z siebie sięgnąłem po książki dopiero, kiedy poszedłem na studia. Chciałem poszerzyć nieco wiedzę na tematy związane z ezoteryką i ogólnym rozwojem duchowym. Zacząłem zagłębiać się w tematykę karmy, kabały, medytacji, świadomego snu czy podróży astralnych. W pewnym momencie poszedłem w to aż za bardzom zaniedbując inne płaszczyzny życia. Z rozwoju duchowego przeniosłem swoją uwagę na rozwój osobisty. Duży wpływ miało na mnie "Możesz uzdrowić swoje życie" Louise L. Hay. Myślę, że można w tej książce znaleźć praktycznie wszystko, co trzeba wiedzieć o życiu i jak nim pokierować, by było jak najlepsze. Przejawiały mi się też jakieś tytuły od Osho, Dalajlamy i większość rzeczy od Paulo Coelho. Część jego tytułów czytałem po kilka razy. Zdarzało mi się czytać kilkakrotnie (i dalej zdarza) "Potęgę podświadomości" Josepha Murphy'ego, "Myśl i bogać się" Napoleona Hilla czy "Sekret" Rhondy Byrne.

Z ostatnio czytanych rzeczy to "Prawo odwagi" Roberta Greene'a i 50 Centa, "Manifest rewolucji wewnętrznej" od Barefoot Doctor, "Pieniądze i prawo przyciągania" Esther i Jerry Hicks oraz kilka innych rzeczy. Książki, które będę czytał w najbliższym czasie to "Wykorzystaj potęgę podświadomości w pracy" Josepha Murphy'ego, "Odwaga nadziei" Baracka Obamy i "Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus" Johna Graya, przez którą mam nadzieję kiedyś przebrnę. Z książkami mam tak, że albo czytam dużo, albo praktycznie wcale. Ostatnio mniej czytam z braku czasu. Nie wymieniłem tutaj wielu książek. Tak czy inaczej musiałem sobie poprzypominać tytuły, bo nie mam do nich pamięci. Pozdrawiam!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

300: Początek imperium

Dlaczego czekałem na "300: Początek imperium"? Bo "jedynka" była w sumie przyjemnym w odbiorze tytułem, zdecydowanie wyróżniającym się na tle innych, strasznie schematycznych filmów akcji. "Dwójka" zapowiadała się zaś po prostu na odświeżoną wersję tego samego. I choć wielu internautów pójście do kina mi odradzało, postanowiłem zaryzykować i sprawdzić, czy negatywne komentarze w sieci mają choćby zalążek prawdy.


Z nowymi "300" fabularnie sprawa ma się trochę dziwnie. Całość dzieje się bowiem zarówno przed, w trakcie, jak i po bitwie pod Termopilami, zaprezentowanej w pierwszej części filmu. Dlaczego tak? Bowiem akcja została umiejscowiona nie w Sparcie, a okolicach Aten, których wojska muszą odpierać zmasowane ataki wielkich statków morskich Kserksesa. Na czele helleńskiej obrony stoi zaś Temistokles (Sullivan Stapleton), pełen odwagi, męskości i żądzy krwi.

A jednym z największych atutów tego filmu jest właśnie fakt, że sporą jego część postanowiono umieścić na morzu. To całkiem nietypowa rzecz w kinematografii, nawet i w filmach akcji. Choć znów jesteśmy na terenie Grecji, sceneria naprawdę różni się od tej zaprezentowanej w pierwszych "300". Ba, zdaje się ona być naprawdę sporym powiewem świeżości dla tego typu kina w ogóle.

Pamiętajcie też przed seansem o jednej ważnej, ale to bardzo ważnej rzeczy. Ten film naprawdę NIE JEST i NIE MIAŁ BYĆ realistyczny. Gdy czytam komentarze internetowych znawców, którzy wytykają "300" "nieprawdopodobieństwo" i "fantazje autora" to po prostu łapie się za głowę. Czy Ci ludzie nie widzieli pierwszej części filmu? Liczyli na dokument rodem z Discovery? Postawmy sprawę jasno (będzie teraz mikrospoiler, więc ci najbardziej wrażliwi mogą przeskoczyć od razu do następnego akapitu) - to produkcja, w której płonący koń biegnie po topiących się statkach, przeskakując w czasie swej wyprawy przez dobre kilka okrętów, a nie zostaje nawet zraniony. Deal with it.

Jest więc to, czego ja oczekiwałem od tego filmu najbardziej: efektowna rozwałka. Co chwilę jest jakaś bitwa, co chwilę leje się krew, co chwilę latają kończyny. Tu nikt nie próbuje udawać: "o rany, musimy ludziom pokazać, że to jakiś film z przekazem podprogowym, a to wszystko to jedna wielka metafora". Nie, tu po prostu pomyślano: "w tej scenie oni muszą się napierdalać i w tej kolejnej też". Pamiętacie taki film "Pacific Rim"? Tam według mnie było za mało walk, choć produkcja ta miała potencjał na bycie jedną wielką rozwałką na najwyższym poziomie. Tutaj natomiast jest batalii zatrzęsienie i jedyny sposób, w jaki mogę to skomentować, to napisać, że po prostu cholernie cieszyła mi się z tego powodu morda.

I tylko do jednej rzeczy muszę się przyczepić. Strasznie dużo tu patosu. Naprawdę, ilość powagi, bojowych okrzyków, umięśnionych kolesi stojących na tle zachodzącego słońca i wielkich mów wymawianych do garstki wytrwałych ludzi przyprawiała mnie o ból głowy oraz śmiech zarazem. Leonidas to jednak był taki prawdziwy skurczybyk, który mówił: "idziemy urwać parę łbów". Temistokles też jest spoko, ale zbyt często włącza mu się opcja "jestem wielkim wodzem, muszę być poważny, spięty i nie opowiedzieć przez cały film choćby jednego głupiego żarciku". 

Werdykt? "300: Początek imperium" to fajny film. Obejrzenie go nie sprawi, że poczujecie nagłe oświecenie, nie popłaczecie się na nim, ani nie wyjdziecie z seansu z zamyśloną twarzą. Będzie to natomiast dla Was niezły relaks przez trochę ponad półtorej godziny. Można by było nazwać tę produkcję "filmem na odmóżdżenie", ale aż smutno mi ją wrzucać do worka, gdzie wiele innych osób umieszcza polskie komedie romantyczne i idiotyczne crapy z pijącymi nastolatkami w roli głównej. Niech więc zostanie po prostu: "niezły film akcji".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #7

Od ostatniego odcinka "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki" minęło już naprawdę sporo czasu, bowiem epizod szósty pojawił się na blogu w połowie listopada ubiegłego roku. Długo przymierzałem się z przygotowaniem "siódemki", jednak równie wiele razy pomysł ten odkładałem na później. Teraz jednak postanowiłem wreszcie swój koncept zrealizować. Tym bardziej, że już wkrótce maturzyści dostaną w łapska swój najtrudniejszy do tej pory egzamin i tego typu post na pewno im się przyda.

Przed zapoznaniem się z najnowszym odcinkiem tej blogowej serii, warto przypomnieć sobie również jej starsze epizody: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty oraz szósty. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, sprawdźcie także post utrzymany w trochę podobnej tematyce - "5 błędów popełnianych podczas nauki".

A teraz niech zabrzmi muzyka!

Tycho - "Dive"

Tycho, a właściwie Scott Hansen, jest amerykańskim producentem muzycznym, tworzącym muzykę ambientową. "Dive" jest jego trzecim albumem, w ostatnich dniach pojawił się natomiast czwarty, zatytułowany "Awake", którego nie miałem jeszcze okazji sprawdzić. Oba te krążki zostały wydane nakładem znanego w świecie elektroniki labelu Ghostly International. Scott jest również fotografem oraz designerem, w tym przypadku występującym pod pseudonimem ISO50. Płytę można przesłuchać chociażby na Spotify.

Przykładowe utwory:


Takahiro Kido - "Fleursy Music"

Takahiro Kido jest Japończykiem, tworzącym całkiem nietypową, acz przyjemną dla ucha muzykę. Jego album "Fleursy Music" zawiera przepiękne kompozycje, stworzone z pomocą gry na żywych instrumentach, takich jak chociażby pianino czy skrzypce. Takahiro tworzył utwory między innymi dla Google, Louis Vuitton czy Armaniego oraz przygotował muzykę do kilku filmów czy eventów. Płytę "Fleursy Music" możecie przesłuchać np. na SoundCloudzie czy Spotify.

Przykładowe utwory:


Carbon Based Lifeforms - "Interloper"

Kolejna porcja ambientu, tym razem jednak nie ze Stanów, a kraju Polsce bliższego - Szwecji. Carbon Based Lifeform składa się z dwójki muzyków, Johannesa Hedberga oraz Daniela Segerstada, współpracujących ze sobą formalnie od roku 1996. "Interloper" jest trzecim ich albumem nagranym pod tym szyldem, składającym się z dziesięciu, całkiem długich kawałków.. Po nim stworzyli oni między innymi soundtrack to filmu "Refuge", który na ekrany amerykańskich kin zawitał w ubiegłym roku. "Interloper" możecie natomiast sprawdzić choćby na Spotify.

Przykładowe utwory:


disordered - "01 ep"

Dzisiejszy post do tej pory dominowali zagraniczni artyści, czas więc rzucić tu również trochę polskiej twórczości. Pierwszy niech będzie Disordered, producent pochodzący z Kalisza, a obecnie mieszkający w Poznaniu. "01 ep" to naprawdę dziwny, eksperymentalny twór, który raczej trudno zakwalifikować do jakiegoś prostego gatunku. Bardzo krótki, bo zawierający raptem trzy utwory, materiał można pobrać za darmo z oficjalnego Bandcampa muzyka. A potem non stop zapętlać go podczas czytania czy nauki. W obu przypadkach sprawdza się naprawdę znakomicie!


oly. - "afterlife"

Płyta "afterlife" oly. to, moim zdaniem, najciekawsza pozycja w tym rankingu. Utwory z niej zawierają bowiem wokal, który zazwyczaj jedynie przeszkadza w czytaniu czy nauce. Tutaj jest jednak inaczej, bo śpiew w tychże kawałkach po prostu uspokaja i pomaga się wygodnie zrelaksować. Krążek ten zawiera raptem cztery piosenki, ale możecie je wszystkie za darmo ściągnąć z Last.fm. W tym roku ma się natomiast pojawić już pełnoprawny longplay oly., na który czekam z nieukrywaną niecierpliwością.

Przykładowe utwory:


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Titanfall - nowa jakość FPS-ów

Jakoś mało piszę tu na blogu o grach "wprost". Zazwyczaj wirtualna rozrywka służy mi po prostu do nakreślenia jakiegoś konkretnego elementu z nią związanego. Dość rzadko (w stosunku do tego, ile gram) zdarza mi się natomiast przygotowywać jakiekolwiek recenzje czy playtesty. Dlaczego? W szczególności dlatego, że niezbyt wiele gier wywołuje u mnie takie emocje, bym chciał o nich od razu pisać. Czasem jednak dawka radochy jest tak duża, iż czułbym się źle, nie dzieląc się nią z Wami.

Dziś trwa mój trzeci dzień zagrywania się w jeden z najnowszych hitów growych - "Titanfall". Tytułem tym nie interesowałem się przesadnie w okolicach jej zapowiedzi, a na złożenie pre-orderu zdecydowałem się ostatecznie w okolicach lutego. Co mnie przekonało? Sam nie wiem. Nie miałem okazji testować bety, nie czytałem żadnych zapowiedzi, nie obejrzałem zbyt wielu gameplayów. Czułem natomiast, że będzie to gra naprawdę dobra i postanowiłem zakup zaryzykować.


I przyznać muszę - moje przewidywania się spełniły. "Titanfall" jest - jak na razie - najciekawszym tytułem, który miałem okazję ograć na next-genowej konsoli. A pamiętajcie, że mówi to osoba, która preferuje raczej tryb singleplayer niż multi. Produkcja studia Respawn opcji dla jednego gracza natomiast nie ma w ogóle.

Fun przynosi szczególnie to, czego wszyscy się spodziewali: starcia z udziałem zarówno zwykłych żołnierzy, jak i ogromnych mechów. U tych pierwszych świetne są elementy parkour, które wreszcie coraz częściej są do gier wdrażane. Dla tej "lekkości" rozgrywki w ich przypadku, genialną przeciwwagą są z kolei właśnie te ciężkie, blaszane mechy - szczególnie, gdy taki robot obija się z drugim metalowymi pięściami po mordach.

Jeszcze lepszą rzeczą, obok której przejść obojętnie nie można, jest naprawdę dobry balans rozgrywki. To nie jest tak, że zwykły żołnierz jest od razu skończony w walce z mechem. Jasne, ten drugi może go łatwo zgnieść na kwaśne jabłko, ale wystarczy trochę sprytu, szybkiego myślenia i umiejętności efektywnego ukrywania się, by to zwykły piechur zniszczył metalowego potwora. Tutaj nigdy nie wiesz, jaki będzie ostateczny wynik walki żołnierza z mechem.

Świetny balans przejawia się również w czymś innym - tu naprawdę każdy gracz ma szansę spędzić wiele przyjemnych chwil. To nie jest trudny shooter. Każdy, nawet najbardziej niedzielny zawodnik, ma możliwość zdobycia paru punktów, jednocześnie umierając tak mało razy, by śmierć nie była elementem przesadnie wkurzającym. Chyba jeszcze nigdy nie widziałem aż tak przyjaznego użytkownikowi sieciowego shootera, jak właśnie "Titanfall". To trochę takie: "(very) easy to learn, hard to master". 

Podoba mi się ten powiew świeżości, który wprowadził "Titanfall" do sieciowych shooterów. Jasne, wiele z jego elementów gdzieś już kiedyś było i nie są one jakoś przesadnie innowacyjne. Studio Respawn połączyło je jednak tak intuicyjnie, że wielu będzie przypisywało im produkt naprawdę nowatorski. Znajdą się też zresztą na pewno tacy, którzy dokonanie twórców "Titanfalla" spróbują skopiować. Zobaczymy tylko, czy ktoś zrobi to naprawdę dobrze, czy też doczekamy się jedynie ksero-crapów, niczym tych bazujących na kultowej już mechanice z "Gears of War".

Na koniec - pamiętajcie, by nie traktować tego tekstu jako pełnoprawnej recenzji. To po prostu krótki spis moich odczuć, spowodowanych zachwytem nad "Titanfallem". A jeśli chcecie pooglądać czasem jak gram, zaglądajcie regularnie na mój Twitch. Wczoraj po raz pierwszy streamowałem za pomocą tego serwisu moją rozgrywkę (zapis tego wydarzenia TUTAJ) i na pewno jeszcze nie raz to powtórzę.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Te stare babsztyle

Jeśli już mówi się o kontaktach młodzieży z osobami starszymi, to zazwyczaj cała dyskusja zamyka się na negatywach. Młodzi nie mówią "dzień dobry", młodzi nie ustępują miejsc w autobusach, młodzi nie pomagają w przechodzeniu przez jezdnię. My jesteśmy Ci najgorsi, to na nas rzucane są najobrzydliwsze obelgi starszych pań z laseczkami u boku. A mało kto potrafi obiektywnie spojrzeć na całą sprawę i powiedzieć: "hej, ale to wcale nie jest takie jednostronne!". Dobrze, że macie mnie.

Bo ostatnio coraz bardziej zwracam uwagę na zachowanie niektórych starszych ludzi i coraz bardziej mnie ono dręczy. Co ciekawe - wszystkie niemiłe sytuacje związane były z różnymi babciami, problematycznych dziadków spotkać bowiem ciężej. Może to być związane z jakimiś uwarunkowaniami płciowymi, może też to wynikać po prostu z faktu, że panów w podeszłym wieku jest zwyczajnie mniej. Ciekawe to zagadnienie i jeśli ktoś się nim zajmie na poważnie - chętnie poczytam wyniki.

Od siebie natomiast podrzucę kilka sytuacji, które ostatnimi czasy wprawiły mnie w niemałe zaskoczenie, ale i zdenerwowanie. 

Bramka numer jeden: jechałem w ubiegłym tygodniu do kina tramwajem. Standardowo stoję gdzieś w środku, trzymając się jedną ręką za uchwyt, w drugiej natomiast dzierżąc Kindle'a. Nagle tramwaj zatrzymuje się na przystanku, a ja, widząc, że wiele osób będzie chciało teraz wyjść, jak tylko najlepiej potrafię, przylegam do ściany i staram się przepuścić wychodzących ludzi. Większość spokojnie mnie mija i nie robi żadnego problemu. Tylko jedna starsza pani agresywnym tonem woła do mnie: "musisz tutaj stać?!". I choć w myślach kotłowała mi odpowiedź: "a co mam, kurwa, zrobić?!", to po prostu się nie odezwałem.

Bramka numer dwa: tym razem to historia zasłyszana od kumpla. Opowiedział mi on, jak pewnego razu, jadąc tramwajem, postanowił ustąpić starszej pani miejsca. Wstał więc, pokazał jej wolne miejsce i zachęcił do jego zajęcia. Ona natomiast, zamiast grzecznie podziękować, spojrzała na niego z ukosa i zaczęła warczeć: "czy ja wyglądam na starą?!". W jego sytuacji chyba po prostu strzeliłbym facepalm. 

Bramka numer trzy: to natomiast nie będzie pojedyncze zdarzenie, a sytuacja, z którą spotykam się naprawdę bardzo często. Co robię, gdy widzę, że nadjechał właśnie mój tramwaj czy autobus? Podchodzę do boku drzwi i staję tak, by przepuścić wychodzących z niego ludzi. Co natomiast robi sporo starszych babć? Staje tuż przed drzwiami, tarasując innym wyjście. Czasem nawet pchają się do środka, zanim wszyscy opuszczą pojazd. Młodzież tak robiącej jeszcze nie zauważyłem. My po prostu wiemy, iż narazilibyśmy się w ten sposób na opieprzenie ze strony wychodzących z tramwaju babć.

Nie mówię, że wszystkie starsze panie są złe. Naprawdę, nie lubię w taki sposób uogólniać ludzi. Jest przecież również wiele kulturalnych babć, którym nie mam nic do zarzucenia. Tak samo jednak jest z młodymi - część z nich jest chamami, część natomiast świecącym przykładem dla innych. Więc serio: niech społeczeństwo przestanie gadać, że to tylko młodzież jest zła i niekulturalna. Jak widać na powyższych przykładach, nieprzyjemne osobniki istnieją też w grupie starszych.

A dlaczego się o tym nie mówi? Bo jeśli już my "obramiamy tyłki" takim starszym babciom, robimy to w swoim własnym gronie. Mamy w sobie wystarczająco kultury, by - w przeciwieństwie do nich - nie wytykać każdego błędu twarzą w twarz. Z warknięciem i śliną na ustach.

fot. Aneta Urban

15 komentarze:

Warsaw Sneaker Market - święto polskich butoholików?

Zdaje się, że właśnie na takie "święto polskich butoholików" tegoroczny Warsaw Sneaker Market był przez niektórych fanów kreowany. Nie ma się co temu dziwić, bo choć szał na buty sportowe w naszym kraju zaczął się już na dobre, tak wciąż jest to raczej segment "rozwijający się" niż "rozwinięty". Czy WSM jednak spełnił pokładane w nim nadzieje? Sprawdziłem to osobiście, wybierając się w sobotę do Warszawy.

Całość miała miejsce w całkiem popularnym zakątku stolicy - 1500m2 do wynajęcia. Pierwsze wrażenia? To zależy od momentu, w którym dana osoba przyszła. Nam ze znajomymi udało się całkiem nieźle, bo zjawiając się około dwadzieścia minut przed otwarciem bramek, zagwarantowaliśmy sobie dość krótkie czekanie w kolejce. Byliśmy w pierwszej czterdziestce, dostaliśmy więc gift - sznurówki. Prezent raczej wyśmiewany wśród zwiedzających, aczkolwiek, jak mówi znane przysłowie: "lepszy rydz niż nic". 

Inni mieli trochę gorzej, bo kolejka ciągnęła się na naprawdę całkiem pokaźną długość. Praktycznie za każdym razem, gdy wychodziłem na chwilę z 1500m2, ciągle widziałem kilka osób wciąż czekających na wejście. Nie można raczej jednak tego zrzucać na organizatorów, a po prostu jest się z czego cieszyć - event odwiedziło około 2500 osób. Przyciągnął ich na pewno dodatkowy atut całości - można się było dostać na WSM za darmo.

fot. Piotr Ciężkowski
Jak z samą zawartością 1500m2 w tenże dzień? Jeśli planowałeś porządne zakupy - raczej nie był to event dla Ciebie. Owszem, trochę stanowisk było: niektóre należały do sklepów, inne do prywatnych wystawców. Większość butów na nich była jednak dość standardowa i raczej trudno było wskazać więcej niż kilka naprawdę interesujących "okazów", będących w zasięgu ręki większości zwiedzających. Oczywiście, można było podskoczyć do stoiska Harpagana i tam wybrać limitowane edycje za kilka tysięcy. 

Swoją drogą, wiąże się z tym ciekawa historia. Sam przy tym nie byłem, aczkolwiek słyszałem relacje naocznych świadków. Ponoć ktoś, oglądając jakiś naprawdę wręcz legendarny but, postanowił powiedzieć wprost: "ile chcesz za niego?". Odpowiedź brzmiała: "siedem i pół". Kupujący potargował się do równej "siódemki", wyciągnął portfel, a z niego siedemset złotych. Tłum zaczął się śmiać. Sprzedającemu chodziło bowiem nie o "siedem i pół" stówki, a "siedem i pół" tysiąca.

Poza stoiskami stricte butowymi, znalazło się też trochę stanowisk z ciuchami. Była Koka ze sporym asortymentem, był też ciekawy Apartment 8. To w ogóle takie moje małe odkrycie WSM-u, które naprawdę mnie zainteresowało. Sam ostatecznie nic z ciuchów nie kupiłem, ale do kilku rzeczy mocno się przymierzałem, myślę więc, że warto i Wam polecić ten intrygujący sklep. W sieci znajdziecie go TUTAJ.

fot. Piotr Ciężkowski
Pochwalić natomiast należy dodatkowe atrakcje sneakerowe, czyli stoiska firm obuwniczych. Butów na nich kupić się nie dało, ale można było popatrzeć na egzemplarze, które pojawią się na półkach sklepowych w przeciągu najbliższych miesięcy. Byli ludzie z Asicsa, Pumy czy Etnies. Szczególnie to ostatnie stoisko mnie zainteresowało, bo prezentowano tam nadchodzące wersje nowego modelu firmy - Scout. Mam już jedną parę, z której jestem naprawdę cholernie zadowolony i na pewno podrzucę wkrótce jej recenzję na blog, podobnie jak miało to miejsce z Nike Roshe Run.

Całkiem nieźle było też w innych kwestiach, np. gastronomicznych. W środku 1500m2 można było sobie wszamać jakieś dziwaczne, mocno hipsterskie jedzenie od KFTNgastro (ale było naprawdę smaczne!), naleśniki od Mr. Pancake czy napić się drinków lub Yerbaty. Przed obiektem stał natomiast mobilny pojazd Bobby Burger, sprzedający - jak sama nazwa wskazuje - hamburgery. Ponoć też były one niezłe.

Czy więc WSM należy zaliczyć na plus? Owszem. Ja jestem szczególnie zadowolony, bo wyszedłem z całości ze swoją pierwszą parą Asicsów. Nie nazwałbym tego jednak "świętem polskich butoholików". Na razie pozostańmy przy tym, że to po prostu fajny event, który ma szansę rozwinąć się w coś jeszcze lepszego. Wystarczy, by kolejna edycja była "bigger, better & more badass". Tylko trzeba to zrobić z naprawdę porządnym przytupem.

PS. Zdjęcia zamieszczone w poście zostały zrobione przez Piotra Ciężkowskiego. Jego facebookowy fanpage znajdziecie TUTAJ.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

fot. Piotr Ciężkowski

0 komentarze:

Niehalo

Coraz bardziej zaczynam wkręcać się w prozę Ignacego Karpowicza. Zarówno "Ości", jak i "Balladyny i romanse" tak mi się spodobały, że począłem iść jeszcze dalej w tym kierunku. Tym razem w ręce wpadła mi debiutancka powieść tego autora, jeszcze z roku 2006. Czy po sprawdzeniu jego najnowszych tworów warto było się cofać te kilka lat wstecz?

"Niehalo" to opowieść o niejakim Maćku, młodym chłopaku zamieszkującym Białystok. Jego dość normalne, standardowe życie to jedynie wstęp do historii zawartej w książce. Szybko bowiem zostajemy wplątani w wir wydarzeń, które zdecydowanie do typowych zaliczyć nie można. Z cokołów wstają pomniki, z domów wychodzą moherowe berety, a do tego dochodzą jeszcze młodzieżowe bojówki. Maćka czeka naprawdę ciężki dzień.

Jak to zwykle w przypadku książek Karpowicza, trudno tak naprawdę powiedzieć wprost, o czym ta pozycja jest. Oczywiście, fabuła istnieje, zawiera ona jednak tyle niesamowitych i nieprawdopodobnych zdarzeń, że Czytelnikowi istotnie może ona zawrócić w głowie. Od samego początku wprost widać, że coś z historią tu zawartą jest "niehalo". A do nas należy zadanie odczytania jej sensu.

Jest więc ponownie to ciekawe, Karpowiczowskie spojrzenie na Polskę. Posypane oczywiście koniecznie dozą charakterystycznego humoru i ironii.  W "Niehalo" nie ma jednak jeszcze tak wiele tych tematów, które pisarz poruszył w swych kolejnych powieściach. Pomimo tego więc, że Karpowicz już tutaj śmieje się na przykład z fanek ojca Rydzyka, tak nie ma tu miejsca na dyskusję o homoseksualizmie czy transwestytach. 

"Niehalo" jest zdecydowanie krótsza pozycją od "Ości" czy "Balladyn i romansów", autor dobrze jednak wykorzystał ustaloną długość. Świetnie spisuje się ona w przypadku tutejszej fabuły, w której nie ma czasu na przerwy, a całość to tak naprawdę spis kilku(nastu) godzin wyciętych z życia Maćka. Jest tym samym szybko, krótko, ale i całkiem wciągająco. Jeśli Czytelnik weźmie się w garść, "Niehalo" staje się książką na dwa/trzy dłuższe wieczory.

Debiut Karpowicza nie jest moim zdaniem tak dobry, jak jego najnowsze pozycje, aczkolwiek zdecydowanie warto go sprawdzić. Jeśli Wam również podobały się inne książki tego autora, możecie bez problemu sięgnąć po "Niehalo", będąc spokojnym, że nie zrazicie się po tym tytule do Ignacego. Mimo to, zacząć przygodę z jego prozą warto chyba jednak od czegoś nowszego. "Ości" albo "Balladyny i romanse" będą zdecydowanie dobrym wyborem. Potem możecie spokojnie sięgnąć i po "Niehalo".

2 komentarze:

Raperzy czytają #59 - Bonez

Dzisiejszym gościem serii "Raperzy czytają" jest Bonez, pochodzący z Łodzi. Do tej pory najbardziej znany był on najbardziej chyba ze swoich występów freestyle'owych, czemu trudno się dziwić, bo ma on na swoim koncie mnóstwo zwycięstw w bitwach wolnostylowych. Nagrywał w składzie Projekcja, który później przekształcił się w Rap-Te(a)m. Został finalistą pierwszej edycji programu "ŻYWYRAP!" oraz ubiegłorocznym Młodym Wilkiem Popkillera.

Co zaś Bonez ma do powiedzenia na temat książek?




Mniej więcej tak samo się czuję, gdy ktoś mnie pyta o czytanie. Ciężko mi pisać o czymś, co robię sporadycznie, mimo że chciałbym częściej. Niestety brak czasu, melanże, nagrywki, praca i uczelnia skutecznie sprawiają, że przeczytanie przeze mnie książki od początku do końca jest kwestią raczej rzadką. Mimo to czytam dużo, ale raczej są to gazety, tygodniki czy artykuły w internecie.


Jeżeli już czytam książkę to muszę wiedzieć, że na pewno będzie mi się podobać. Wkurwiłbym się, gdybym przeczytał pół książki i zdał sobie sprawę, że jest chujowa… Dlatego jak już sięgam po książkę, muszę mieć pewność, że temat w niej podjęty jest ciekawy… A co może być najciekawsze dla kogoś kto jest fanatykiem muzyki wszelakiej? Wszelkiego rodzaju biografie… A co może być jeszcze ciekawsze dla kogoś, kto jest jednocześnie turbo/psycho/megafanem Queen? Wszelkiego rodzaju biografie dotyczące Queen jak i samego Freddiego Mercury'ego oczywiście… Ostatnio na święta dostałem od mojej wspaniałej kobiety książkę Petera Hince’a "QUEEN: Nieznana historia: i jest to jedna z najciekawszych pozycji poświęconych temu zespołowi (a przeczytałem sporo, więc wiem co piszę). Główną zaletą tej książki jest to, że autor był bliskim współpracownikiem zespołu, szefem nagłośnieniowców, a do tego osobistym pomocnikiem Freddiego Mercury'ego oraz basisty Johna Deacona, więc ćpał z nimi koks i chodził na dupy (no może z Mercurym nie :P). Mimo to raczej obiektywnie opisuje życie zespołu na trasie, bez jakiś zbędnych, naciąganych historii. Jako że widziałem chyba wszystkie dostępne w necie czy na wideo koncerty Queen, fajnie jest poczytać sobie o tym jak to wyglądało z pozycji bekstejdżu, czyli miejsca z którego ja teraz mam przyjemność patrzeć na scenę podczas koncertów…


Poza biografiami są też inne książki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Są to "Nowy Wspaniały Świat" Aldonusa Huxleya, "Rok 1984" Georga Orwella i przede wszystkim "Folwark Zwierzęcy" tego samego autora. "Folwark" przeczytałem jako pierwszy i zrobiłem to za jednym zamachem. Nie mogłem się oderwać od tej książki. „Rok 1984” zdecydowanie lepszy niż „NWŚ”, jednak obie wizje przedstawionych tam światów są przerażające… Zdecydowanie polecam wszystkie trzy…

Tak - zdecydowanie czytam za mało, ale póki co KSIĄŻKA < MELANŻ. Ale kiedyś się ogarnę i nadrobię zaległości w lekturach. Pozdro!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

1 komentarze:

Dallas Buyers Club

W przypadku "Dallas Buyers Club" moje stanowisko przed seansem było jasne i klarowne - praktycznie nic o tej produkcji nie wiedziałem. Nie sprawdzałem trailera, nie czytałem skrótów fabularnych, przed oczami śmignęło mi raptem parę klatek z całości. Mimo to obejrzeć film ten chciałem z powodu jego licznych nominacji do Oscara i paru nagród, które udało mu się zgarnąć. Czy było warto?


Ron Woodroof (Matthew McConaughey) jest elektrykiem, korzystającym z życia przez ćpanie, picie i pieprzenie kogo popadnie. Nie należy do ludzi bogatych, ale na najważniejsze dla niego przyjemności mu starcza. Pewnego dnia dowiaduje się jednak, że został zarażony wirusem HIV. Postanawia nielegalnie zdobyć dla siebie rzekome lekarstwo na chorobę, a potem rozwinąć to w biznes dostarczający pomocne tabletki do innych chorych.

"Dallas Buyers Club" wywołuje falę naprawdę ambiwalentnych emocji. Z jednej strony sporo tu czarnego humoru sytuacyjnego, który dla mnie był prawdziwym festiwalem funu. Druga strona medalu jest jednak diametralnie inna. Film ten bowiem ogromnie przetłacza, przeraża i zadziwia widza. Wylewają się z niego litrami przygnębienie, brutalność (nie fizyczna, lecz bardziej "duchowa", "psychiczna") czy tzw. "prawdziwość".

Nie będę już więc dalej ukrywał, że produkcja ta zrobiła na mnie naprawdę spore wrażenie. Nie mogłem się powstrzymać, by na napisach końcowych w duchu nie powiedzieć po prostu "wow". Wspomniane już emocje, połączone z naprawdę interesującą fabułą oraz teksańskim klimatem, wciągnęły mnie maksymalnie w świat Rona Woodroofa. Dosłownie nie mogłem odwrócić wzroku od ekranu podczas seansu.

Duża rolę w świetności tej produkcji stanowią same postaci. Ich świetna kreacja i wyrazistość są elementem, bez którego ten film byłby sporo gorszy. Charakteru dodają im zresztą aktorzy, którzy spisali się na medal, czy może raczej powinienem napisać: Oscara. I istotnie, słynną statuetkę zdobyła dwójka występujących tu mężczyzn: McConaughey za rolę główną oraz Jared Leto za genialne odegranie transseksualisty. I choć ten pierwszy zagrał naprawdę świetnie, tak chyba jeszcze większe brawa należą się temu drugiemu. Leto nie tylko bowiem podjął się trudnej roli, ale i wykonał swoją pracę tak, że naprawdę wielu aktorów mogłoby mu zazdrościć.

"Witaj w klubie" to zdecydowanie kolejny z moich tegorocznych faworytów oscarowych. Zdecydowanie plasuje się u mnie w trójce najlepszych produkcji nominowanych do głównej nagrody, tuż obok "Her" oraz "Wilka z Wall Street". Polska premiera miała miejsce dopiero wczoraj, więc serio - nie zastanawiajcie się, tylko pędźcie do kina. Kino najwyższej klasy ze świetnymi rolami i wybitnymi aktorami w roli głównej. Polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej. Sprawdź również moje recenzje innych filmów nominowanych do tegorocznych Oscarów: "Tajemnicy Filomeny""Inside Llewyn Davis""Her""12 Years a Slave""American Hustle""Grawitacji" oraz "Wilka z Wall Street".

0 komentarze:

Pić albo nie pić - oto jest pytanie

W ostatnim czasie (zdaje się, że trwa to od raptem kilku czy kilkunastu dni) postacią pojawiającą się w coraz większej ilości dyskusji, jest niejaki Marek Jakubiak. Kimże on jest? Właścicielem piwnej marki Ciechan - browaru przez wielu docenianego i lubianego. Co ciekawe, niekoniecznie pojawia się to nazwisko w związku z wyjątkowym smakiem tegoż trunku.

Okazało się bowiem, iż pan Jakubiak jest osobą wspierającą organizacje skrajnie prawicowe. Przypisuje mu się między innymi sponsorowanie portalu Kresy.pl oraz niechęć do Ukraińców. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na Krymie, nie dziwi mnie fakt, że taka informacja zainteresowała część mediów. Dziwi mnie natomiast spojrzenie niektórych na całą tę sprawę.

Jak się bowiem okazuje, części osób tak przeszkadzają polityczne poglądy właściciela marki, że z picia Ciechana chcą zrezygnować. Fakt, iż jeszcze jakiś czas temu ze smakiem wypijali kolejną butelkę tego trunku, nie robi im przesadnej różnicy. Nie liczy się smak czy jakość, gdy do gry wchodzi polityka. Wcale nie dotyczy jednak to tylko strony przeciwników skrajnej prawicy.

"Pijąc piwo marki Ciechan, przyprawiasz lewaków o ból dupy" - to ponoć autentyczny wpis z jednego z fanpage'y narodowców. Gdy to zobaczyłem, od razu się zaśmiałem. To tak samo jak z tymi wszystkimi memami z Korwinem-Mikke - możesz tego człowieka nie popierać, ale "szach mat lewaku" i tak potrafi rozbawić. Serio, znam sporo osób, których rzeczywiście prędzej nazwie się "lewakami" niż "prawakami", a i tak ich to śmieszy.

I okej, takie rzeczy w sferze żartów są zabawne. Niektórzy jednak przerzucają to również i w bardziej poważne regiony. Ciechan nagle stał się w internetowych komentarzach symbolem "Prawdziwego Polaka". Pijąc go, w jakiś sposób rzekomo musisz się identyfikować z prawicą. Tak bowiem ktoś w sieci powiedział i teraz wymaga od Ciebie zaakceptowania tej reguły. A jak coś nie pasuje, to od Ciechana wara i "pij sobie Heinekena, który wspiera organizacje progejowskie". Och, to takie dorosłe.

Ja siebie w tej odgórnie przydzielonej mi barykadzie umieścić się jakoś nie do końca potrafię. Oto bowiem ruch narodowy do mnie nie przemawia i raczej nie identyfikuję się z jego poglądami. Z drugiej natomiast strony, Ciechan jest jednym z moich ostatnich piwnych odkryć, które naprawdę doceniam. Ale wychodzi na to, że i tak nie mogę go pić, bo w oczach niektórych jestem "lewakiem", inni zaś będą mnie od razu widzieć jako fana skrajnej prawicy. 

Całe szczęście, że takie dylematy mam głęboko gdzieś. Nie kręcą mnie jakieś dziecinne przepychanki rzekomo dorosłych ludzi, którzy postanawiają zawsze łączyć dobry produkt z polityką czy czymkolwiek wokół niej. To tak samo, jakby nie chcieć Mercedesa, bo stworzyli go Niemcy, będący przecież naszymi zaborcami sprzed lat. Albo wyrzucić wszystkie Najki z szafy, bo na pewno gdzieś na świecie w podobnym modelu chodzi teraz jakiś homoseksualista. Damn, to naprawdę brzmi cholernie głupio!

Dlatego ja teraz spokojnie podejdę sobie do lodówki, wyciągnę chłodnego Ciechana Miodowego i będę go popijał przy jakiejś dobrej książce. Mając gdzieś politykę i doceniając pana Marka Jakubiaka za wypuszczanie tak dobrego piwa. Szkoda, że dla innych to takie trudne.

Źródło: Flickr.com

2 komentarze: