Halloweenowy przewodnik kulturalny


Z moich obserwacji wynika, że epidemia jesienno-zimowych choróbsk zaatakowała już polskie społeczeństwo z całą swą siłą. A dziś przecież Halloween - w Stanach świętowane od dawna, w Polsce powoli nabierające znaczenia dnia, w którym można zrobić fajną imprezę. Co więc mają zrobić chorzy, zmuszeni do zostania w domu? Albo choćby i ci, którzy imprezować przesadnej ochoty nie mają, ale chcą się wkręcić w ten wyjątkowy nastrój?

Dla wszystkich tych, przygotowałem na dziś sporą dawkę kultury w wersji halloweenowej. Co poczytać, co obejrzeć, w co pograć i czego posłuchać przy akompaniamencie uśmiechniętych złowieszczo dyni? Na te wszystkie kulturalne potrzeby postaram się dziś odpowiedzieć. Przed Wami dwanaście produktów kultury, które w Halloween sprawdzą się idealnie!

Co poczytać?

Stephen King - "To"

W przeciągu ostatniego roku wreszcie udało mi się rozpocząć przygodę z twórczością Kinga. Na dodatek zrobiłem to w ten sposób, jaki sobie zaplanowałem już dobre parę lat temu - to znaczy zacząłem tę podróż właśnie od grubego tomiszcza, zatytułowanego "To". Czy tytuł ten jest straszny? Dla mnie niezbyt, choć podobno niejeden Czytelnik jeszcze kilkadziesiąt dni po przeczytaniu tej książki odwraca się w ciemnościach, by sprawdzić, czy nie ma za nim krwiożerczego klauna. Moją recenzję "Tego" znajdziecie TUTAJ.

Joe Hill - "NOS4A2"

Joe to syn Stephena Kinga i trzeba przyznać, że dobrze mu wychodzi pójście w ślady ojca. "NOS4A2" to nie tylko powieść gruba jak sporo tych od Mistrza Grozy, ale i stworzona w trochę podobny sposób. Jeśli wolno czytacie, to tym lepiej dla Was, bo możecie sobie rozłożyć poznawanie przygód Charliego Manxa, jeżdżącego klasycznym autem i porywającego małe dzieci, nawet i do świąt Bożego Narodzenia. To bowiem właśnie w klimacie tych ostatnich utrzymane jest w sporym stopniu "NOS4A2". Moje recenzja TUTAJ.

Robert Kirkman i Jay Bonansinga - "The Walking Dead: Narodziny Gubernatora"

Nie mieliśmy jeszcze na liście zombiaków, czas więc to nadrobić. "Narodziny Gubernatora" będę oczywiście najsmaczniejszym kąskiem dla fanów komiksu i serialu "The Walking Dead", sporo funu mogą jednak z tej książki wyciągnąć również osoby nieznające słynnej serii. Książka broni się bowiem niezłą fabuła i wciągającą akcją. Gdzie znaleźć moją recenzję "Narodzin Gubernatora"? O TU.

Źródło: Flickr.com
Co obejrzeć?

Ostrzegam - nie jestem fanem horrorów, w przeciwieństwie do sporej części naszego społeczeństwa. Ani mnie one zbytnio nie przerażają, ani tym bardziej nie wkręcają. Postanowiłem jednak znaleźć wśród obejrzanych przeze mnie produkcji coś, co nadaje się na Halloween. I - jak już widzicie - udało się!

"Sztorm stulecia"

Trzyodcinkowy miniserial, za którego scenariusz odpowiada nikt inny, jak sam Mistrz Grozy, Stephen King. Natknąłem się na niego zupełnie przypadkiem, przełączając w dzieciństwie kanały telewizyjne. Do dziś pamiętam, że historia małej wysepki w stanie Maine, odgrodzonej od świata przez ogromny sztorm, może nie tyle mnie przeraziła, co spowodowała u mnie sporawy niepokój i gęsią skórkę. Aż zastanawiam się, czy z okazji Halloween sobie tego czterogodzinnego tworu nie przypomnieć. Naprawdę dobrze go wspominam.

"Mulholland Drive"

David Lynch to cholernie pokręcony facet, obok którego twórczości przejść obojętnie nie można. "Mulholland Drive" to film przede wszystkim strasznie creepy. Przerażający w sposób nietypowy, wywołujący gęsią skórkę nie przez pseudostraszne wyskakiwanie zza ścian brzydkich potworów ze współczesnych horrorów, a elementy, których wykorzystania mógł podjąć się wyłącznie Lynch. Odpuście sobie te wszystkie "Paranormal Activity" i obejrzyjcie coś NAPRAWDĘ DOBREGO.

"Psychoza"

Halloween może być także dobrym momentem na zapoznanie się z klasyką horrorów. W swoim czasie czarno-biała "Psychoza" powodowała trwogę wśród odwiedzających kina. Z dzisiejszej perspektywy twór Hitchcocka nie straszy może tak bardzo, ale trudno nie docenić tego filmu nawet teraz. Warto obejrzeć choćby i dla samej fantastycznej gry Anthony'ego Perkinsa.

"Pscyhoza"
W co pograć?

"Deadly Premonition"

Gdyby nie ten tytuł, prawdopodobnie nie byłoby tego postu. Na pomysł halloweenowego wpisu wpadłem bowiem podczas oglądania TEGO materiału na YouTube. "Deadly Premonition" to strasznie nietypowy, niszowy tytuł, który recenzenci potrafili zarówno zgnoić, jak i wychwalać pod niebiosa. Nie muszę chyba dodawać, że jestem w gronie tych osób, które uważają tę grę za przejaw geniuszu jej autora. Jeśli lubicie "Twin Peaks", to już totalnie "Deadly Premonition" jest dla Was must-havem.

"Dead Space"

Nieźle wspominam ten tytuł, choć do dziś nie zagrałem w jego dwie kontynuacje. Obejrzałem natomiast animację na jego podstawie (również polecam), a także... kupiłem parę lat temu figurkę głównego bohatera gry, Isaaca Clarke'a. Jego podróż przez rozpadający się statek kosmiczny wciągała i wywoływała na ciele gęsią skórkę. Nie jest to horror totalny, ale gdy zeskakuje nagle obok Ciebie wielki kosmita, to trudno o brak przerażenia i niewystrzelanie całego magazynku w bryzgające krwią ciało.

"Dead Island"

Polski akcent w dzisiejszym wpisie. "Dead Island" to jednak nie horror, a zwyczajnie gra, w której masakrujesz zombiaki. Dokładnie pamiętam, że ciorałem w nią jeszcze przed studiami, dwa lata temu, w okresie między Gwiazdką a Sylwestrem. Po jakimś czasie zaczęła mnie trochę wkurzać jej monotonia, ale przebijanie się przez hordy nieumarłych sprawiało mi mimo wszystko sporą radochę. 

Tak przy okazji - zauważyliście, że wszystkie wymienione produkcje mają w tytule "dead" lub pochodną tego słowa? Ach, ta oryginalność twórców gier!

"Dead Space 2"
Czego posłuchać?

Przyznaję - z kategorią muzyczną miałem największy problem. Pewnie, mogłem pójść na łatwiznę i wrzucić parę metalowych, "szatanistycznych" płyt, co pewnie spełniłoby wymogi halloweenowych dźwięków. Wydało mi się to jednak zwyczajnie krokiem w stronę stereotypów. Dlatego postanowiłem trochę bardziej w swej bibliotece muzycznej poszperać i wyciągnąć z niej trzy płyty z zupełnie różnych światów. Co udało mi się wyłowić?

Crystal Castles - "(III)"

Rozpad Crystal Castles (nie mylić z Crystal Fighters!) to chyba jedna z najsmutniejszych muzycznych informacji, jakie przyniósł nam rok 2014. Warto więc uczcić pamięć o tym elektronicznym duecie, chociażby słuchając ich płyty w Halloween. Album "(III)" jest zdecydowanie najbardziej agresywnym krążkiem w dorobku Crystalsów, toteż właśnie jego polecam odpalić w tę mroczną noc. Przykładowy kawałek? "Pale Flesh".

TrooM x ka-meal - "Primus Luporum"

Właściwie już pierwszy track na tej płycie mówi: "posłuchaj mnie w Halloween". Rzadko w końcu w rapie (nie tylko polskim) słyszy się nawiązanie do słynnego "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie" z "Boskiej komedii" Dantego. Mroczne dźwięki od ka-mala, metaforyczne teksty od Trooma - czyż nie brzmi to jak idealne kombo na Halloween? Moja recenzja całości o TUTAJ.

Lou Reed & Metallica - "Lulu"

Mimo wszystko, musiałem wybrać coś z mocniejszej muzyki. Odpuściłem sobie jednak Behomotha, Mastodona oraz całą resztę i postanowiłem wszystkich zaskoczyć. "Lulu" to chyba najbardziej kontrowersyjny (i znienawidzony przez fanów) projekt, który wyszedł spod dłuta Metallici. Trudno się dziwić, bo zaproszony do jego tworzenia Lou Reed jest jedyną osobą, która się na nim nie powinna znaleźć. Facet mamrocze coś pod nosem, tworząc rzekomo "sztukę", autentycznie natomiast asłuchalne "coś". Muzycznie jest jednak świetnie i ciągle marzę, by dostać kiedyś w swoje łapska instrumentalną wersję tego albumu. Przecież choćby takie dwudziestominutowe "Junior Dad" jest genialne! Czy raczej byłoby, gdyby nie Lou. 

A czy Wy macie jakieś propozycje książek, filmów, gier lub płyt, które warto posłuchać w Halloween? Jeśli tak - dajcie znać w komentarzu!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie z samej góry dzisiejszego postu pochodzi z serwisu Flickr.com

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Przegląd prasy: Secret Service, czyli powrót legendy

Ciągle sobie powtarzam: "Majk, czas na powrót do regularnego czytania prasy". Próbowałem "zmusić się" do tego, ruszając ponad rok temu z cyklem "Przegląd prasy". Pierwszy odcinek tej serii był - jak dotąd - jednocześnie jedynym. Nastąpiła jednak sytuacja, która ma szansę zmienić na dobre ten stan rzeczy. W sklepach pojawił się bowiem nowy numer powracającej po latach legendy magazynów growych - "Secret Service".

Chciałbym już na początku pewną rzecz zaznaczyć - nigdy wcześniej SS w ręku nie miałem. Niejednokrotnie zdarzało mi się czytać w innych magazynach o tej legendzie, czasy jej istnienia były jednak powiązane z moim raczkowaniem po świecie. Nie byłem więc może aż tak zajarany powrotem "Secret Service" jak tona jego fanów, ale ich ekscytację zrozumieć potrafiłem. I sam zresztą postanowiłem przekonać się, z czym to się je. 

Nie miałem wielkiego parcia, by rzucić się na ten magazyn już w dniu jego premiery, ale zdarzyło się tak, że czekały mnie wówczas małe zakupy. Postanowiłem więc zajrzeć przy okazji do sklepu prasowego i kupić nowy "Secret Service". Niestety - magazynu tam nie było. Podobnie zresztą sytuacja miała się w dwóch różnych kioskach. Wszędzie magazyn miał status: "wyprzedane". Po kilku dniach kolejna tura egzemplarzy trafiła jednak do sklepów, dzięki czemu bez problemu zagłębiłem się wreszcie w lekturze. 

Oto tym samym swoista recenzja "Secret Service", napisana przez osobę, która nigdy wcześniej smaku tego legendarnego owocu nie zaznała, choć na inną prasę grową wydała w swym życiu całkiem sporą kwotę.

Powiem już teraz - SS mi się podoba. Nie wiedziałem, czego się po tym magazynie spodziewać, chociaż jakieś tam wymagania na pewno miałem, w końcu to wychwalana pod niebiosa legenda. Podchodziłem jednak do "Secret Service" z nakazem "zaskocz mnie!". I istotnie zostałem w jakiś sposób zaskoczony.

SS podoba mi się zasadniczo z jednego, głównego powodu - więcej tu felietonów niż recenzji. Tych drugich jest tu dość mało, a większość z nich tyczy się zresztą nie mocno mainstreamowych hitów, a różnorodnych tytułów mniej czy bardziej indie. Recenzenckim tematem numeru jest z kolei "The Vanishing of Ethan Carter", czyli najnowsza produkcja Adriana Chmielarza. Tekst ten jest trochę krótki, ale mimo wszystko satysfakcjonujący. Zresztą recenzje w SS mają jeszcze jeden istotny plus - nie są wieńczone cyferkową oceną. I bardzo dobrze, bo takie rzeczy strasznie odwracają uwagę od samej treści tekstu.

Jeśli natomiast chodzi o felietony, najlepsze są artykuły poświęcone historiom pojedynczych gier czy serii. Teksty (zawarte tu w dziale nazwanym "Przekroje") okazały się zdecydowanie najciekawszymi w całym magazynie. Redaktorzy w całkiem obszernych artykułach przywołują historie takich tytułów jak "Wolfenstein", "X-COM" czy przygodówek od legendarnej firmy Sierra. 

Także wśród pozostałych felietonów można znaleźć jeśli nawet nie "perełki", to zwyczajnie teksty dobre. Warto tu wspomnieć chociażby o relacjach z wycieczek na ranczo George'a Lucasa i berlińskiego Muzeum Gier czy popularnonaukowym tekście o historycznych planach budowy bazy księżycowej. Mało artykułów mi się stricte nie spodobało - wyrzuciłbym przede wszystkim kiepskie, przesadnie krótkie teksty o serialach. 

Nowy "Secret Service" okazuje się więc magazynem przyjaznym nie tylko starym fanom tego magazynu. Dla oldskulowych graczy będzie to bowiem miły powrót do przeszłości, szczególnie dzięki tekstom "historycznym", dociekliwa młodzież może natomiast z ich pomocą odkrywać dzieje growego świata. SS wyróżnia się na tle pozostałych tego typu magazynów na rynku nie tylko marką, ale i zawartością, na którą składa się spora ilość felietonów.

Cieszy także fakt, że jest to dwumiesięcznik. Nie trzeba się spieszyć z czytaniem, a mimo tego regularność ukazywania się kolejnych numerów jest spora. Przyczepić się mogę jedynie do ceny - mam wrażenie, że jakiś procent z tych piętnastu złotych to "cena za nostalgię". Mimo wszystko, myślę, iż zainwestuję także w kolejne numery "Secret Service". To przyjemny magazyn szczególnie dla tych, którzy nie mogą już przesiadywać 24/7 przed konsolą i być na bieżąco ze wszystkimi nowościami. A ja - niestety - do takich ludzi już się zaliczam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

1 komentarze:

Moment, w którym Polacy byli najszczęśliwszym narodem na świecie


Mamy Polskę i Polaków za naród smutny i narzekający. Trudno byłoby się z tą opinią nie zgodzić, bo jest coś takiego w nas, że lubimy być negatywnie nastawieni do świata. Znajdujemy sobie kolejne tematy do narzekania i przykuwamy większą uwagę do tego, co nas wkurza, nie natomiast do tego, co dzieje się w naszym życiu pozytywnego.

Ale wiecie co? Miałem ostatnio okazję być świadkiem rzeczy nieprawdopodobnej - przez kilkadziesiąt minut należałem do grupy ludzi, którzy zrobili z Polaków najszczęśliwszy naród na świecie.

Ludzie skakali wyżej niż Jordan podczas robienia wsadu. Tańczyli z większym zapałem niż regularne bywalczynie klubów. Wykrzykiwali i śpiewali tak głośno, że liczba zdartych gardeł przekroczyła wszelkie granice. Wysłali w świat miłość w ilości większej niż gdyby zebrać wszystkie możliwe harlekiny i miłostkowe powiastki.

Czy ja zachowywałem się podobnie jak oni? Trudno by było inaczej, skoro piszę związany z tym tekst na bloga o drugiej w nocy, tuż po powrocie do mieszkania. Ciągle czuję się radosny jak nigdy, moje umęczone nogi domagają się jeszcze więcej skakania i tańczenia. Byłem na haju jak po wciągnięciu krechy, choć - zaznaczam - nic nie brałem.

O co w ogóle chodzi? O koncert. Koncert genialny, pełen najbardziej pozytywnej energii świata. Zdecydowanie najlepszy, na jakim byłem w tym roku, a - patrząc na to obiektywnie - może nawet i najlepszy, na jakim byłem kiedykolwiek. Serio, dawno się aż tak nie wybawiłem i dawno nie widziałem tylu uśmiechniętych twarzy wokoło mnie.

Głównych bohaterów tego koncertu też muszę oczywiście zdradzić - to Crystal Fighters, zespół, którego kategoryzowanie do konkretne gatunku jest, według mnie, błędne. Czy nie wystarczy ludziom informacja, iż jest to najweselsza, najbardziej pozytywna muzyka świata? Że ja, wstyd się przyznać, ale jakoś nieprzesadnie z Crystal Fighters zapoznany, przez wszystkie minuty koncertu bawiłem się równie dobrze? Że nawet największe sztywniaki pod sceną w pewnym momencie podnosiły łapy do góry i przez ich twarz przeskakiwał uśmiech?

Przed (kolejnym już) przyjazdem do Polski, Crystal Fighters strasznie byli tymi koncertami nad Wisłą zajarani. I ja po tym show już dobrze wiem, dlaczego oni uwielbiają do nas przyjeżdżać. Po prostu każdy ich koncert pozwala wreszcie na wydobycie całej tej pozytywnej energii, którą Polacy normalnie chowają pod toną narzekań. Radość na spotkaniu z Crystal Fighters jest jak fajerwerki w Sylwestra. No ale trudno, by było inaczej, gdy na scenie pojawiają się kolesie ubrani w kolorowe pióropusze.

Dlatego, jeśli będziecie mieli okazję, KONIECZNIE idźcie na koncert tej formacji. Nie patrzcie na to, ile puszek piwa czy butelek wódki będziecie mogli kupić za kasę przeznaczoną na bilet. Ten koncert da Wam więcej radości niż jakikolwiek mocno zakrapiany melanż. Od dziś moim synonimem szczęścia jest noc z 25 października 2014 roku.

Aha! Jeśli natomiast Crystal Fighters w ogóle nie kojarzycie, to ja podrzucam Wam na sam koniec trzy kawałki na idealne rozpoczęcie przygody z tym fantastycznym bandem. Enjoy & get... happy!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie wykorzystane w dzisiejszym poście pochodzi z serwisu Flickr.





0 komentarze:

Moje dziecko skończyło dwa latka!

Wczoraj, 27 października, MajkOnMajk skończył drugi rok działalności. Za mną już dwadzieścia cztery miesiące prowadzenia bloga. Miesiące, które prawdziwego ogromu rzeczy mnie nauczyły i do wielu innych mnie namówiły. Czy projekt MajkOnMajk zmienił moje życie? Nie mógłbym zaprzeczyć.

Przez ostatni rok blog uzyskał wreszcie status stabilnego - w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Tak jak zamierzyłem, codziennie pojawiał się na nim jeden post. W każdym tygodniu poniedziałek zajęty był przez recenzję książkową, a sobota przez recenzję filmową. Niejednokrotnie miałem okazję w ramach tych serii pisać o premierach, a czasem nawet i o tytułach, które jeszcze nie zawitały na sklepowe półki. 

Ciągle kontynuuję także niedzielną akcję "Raperzy czytają". Powoli zbliżamy się do setnego, a więc i ostatniego jej odcinka. Regularność tej serii zdarzało mi się jednak czasem zaburzać, ostatnio chociażby dzięki współpracy nawiązanej z labelem 3/4 UDGS. Korzyści z niej czerpię nie tylko ja, ale i Wy - każda recenzja płyty wypuszczonej przez to wydawnictwo, łączy się bowiem z możliwością wygrania egzemplarza danego krążka. Gdy piszę te słowa, trwa obecnie konkurs związany ze świetnym "Demo EP" Świni i Fawoli

Mógłbym wspomnieć jeszcze o paru seriach, mniej czy bardziej regularnych, dość jednak tych formalności na dziś. Bo przecież urodzin nie powinno świętować się cyferkami i sztywnymi hasłami, a uśmiechem na twarzy, tortem i szampanem! Chociaż MajkOnMajk za młody jeszcze na to ostatnie - w końcu to dopiero dwulatek.

Pozwolę więc sobie w tym momencie zwyczajnie podziękować Wam, Drodzy Czytelnicy. No bo, powiedzmy sobie szczerze, bez Was ten blog nie funkcjonowałby już dwa lata. Bo co ja bym zrobił, gdybym nie widział podskakujących z dnia na dzień statystyk, coraz większej liczby komentarzy pod postami i rosnącej liczby lajków na Fejsbuku? Chyba nawet ja nie miałbym wytrwałości do prowadzenia opuszczonego przez ludzkość bloga.

Pewnie znalazłyby się osoby, które na moim miejscu powiedziałyby: "e tam, idzie to wszystko jakoś tak kiepsko, rzucam to". Ale mi takie myśli nie pojawiają się w głowie choćby na chwilę. Zbyt pozytywnym kolesiem jestem i zbyt dużo ostatnio dobrych rzeczy się dzieje wokół mnie, które na dodatek w sporej mierze wynikają z tego, że od dziecka robiłem zawsze to, co mnie najbardziej jarało - czyli pisałem. Niech MajkOnMajk będzie więc kolejnym stopniem ku drodze na szczyt.

Jeszcze raz więc - dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy. Choć często takie słowa brzmią pusto, tak teraz mówię je jak najbardziej serio - dzięki za to, że jesteście.

A na koniec, podobnie jak rok temu, dziesięć najchętniej czytanych postów od początku istnienia bloga:


Enjoy & get inspired!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

9 komentarze:

Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Literatura faktu to rzecz wartościowa podwójnie. Z jednej strony, zapewnia bowiem niejednokrotnie miłe czytadło niczym porządna powieść, z drugiej natomiast, opowiada ona o prawdziwych wydarzeniach, realnym świecie, co pozwala spojrzeć nań trochę inaczej. Ja więc od czasu do czasu beletrystykę porzucam, przerzucając się choćby na chwilę na coś bliższego prawdziwemu życiu. Tak właśnie stało się i tym razem.

Carandiru to największe więzienie brazylijskie, zamknięte i wyburzone dwanaście lat temu ze względu na kontrowersje wokół niego. W placówce przebywało nawet do trzydziestu tysięcy więźniów, niejednokrotnie upchanych po kilkunastu w jednej celi. Zamknięci w nich zbrodniarze wiele razy byli bici i poniżani - zarówno przez współtowarzyszy, jak i funkcjonariuszy policji. Stało się ono inspiracją dla fikcyjnego, panamskiego więzienia z trzeciego sezonu słynnego serialu "Skazany na śmierć".

Ponad dekadę w Carandiru przebył Drauzio Varella, autor książki "Ostatni krąg". Mężczyzna ten nie był jednak tamtejszym więźniem, a lekarzem, zajmującym się przede wszystkim problemem AIDS w placówce. Początkowo patrzono na niego z niechęcią, później jednak udało mu się zdobyć zaufanie części przetrzymywanych w Carandiru ludzi. Z niektórymi się zaprzyjaźnił, o innych słyszał tylko niesamowite historie. Wszystko to postanowił przenieść na karty swojej książki.

"Ostatni krąg" ma formę bardzo przystępną, nawet dla niedzielnego Czytelnika. Na pozycję tę składa się kilkadziesiąt krótkich, maksymalnie kilkustronicowych tekstów na temat Carandiru. Większość z nich nie jest w żaden sposób kontynuacją wątków z pozostałych, czasem tylko pojawiają się tu i ówdzie postaci znane już z poprzednich historyjek. Dzięki temu, książkę tę czytać można zasadniczo wszędzie, krótkie teksty mogą bowiem służyć jako miła przerwa od innych zajęć. "Ostatni krąg" przetestowałem w takich sytuacjach i miejscach jak nudny wykład, tramwaj czy toaleta - zawsze pozycja ta sprawdzała się w swej roli czasoumilacza świetnie.

Trzeba co prawda przetrwać kilka pierwszych tekstów, rozkładających każdy z bloków więziennych na części pierwsze, co potrafi trochę znudzić. Potem jednak zaczyna się już swoiste główne danie, czyli opisy więziennych realiów i historie pojedynczych przestępców. "Ostatni krąg" niejednokrotnie potrafi Czytelnika zaskoczyć, szczególnie, gdy pozwala zaobserwować prawdziwe oblicze wielu skazanych, trzymających się wspólnie jak brać i wdzięcznych za każdy okazany im gest pomocy.

Zaskakujący może być również fakt, iż kilka historii dotyczy więziennych transwestytów czy tutejszego podejścia do religii. Także pojedynczy skazańcy mają sporo do powiedzenia. Po przeczytaniu ich historii, czasem chce się śmiać, czasem jednak wręcz i współczuć. Z czasem każdy Czytelnik zrozumie wreszcie, czym wykazuje się "uczciwy złodziej" - jakkolwiek to pojęcie można uznać za absurdalne.

Recenzowana dziś książka nie jest może jakimś wielkim dziełem literackim, ale trudno jej wytykać jakiekolwiek wady. "Ostatni krąg" spełnia swoje zadanie - przekazuje w prosty, przystępny sposób realia życia w więzieniu o naprawdę ostrym rygorze. Mi czytało się pozycję Drauzio Varelli wystarczająco dobrze, by zakończyć tę recenzję jednym, konsekwentnym słowem: polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Świnia/Fawola - Demo EP (recenzja + konkurs)

Ponad rok temu dostałem ciekawą wiadomość na Facebooku. Napisał do mnie zupełnie nieznany raper z prośbą, bym w wolnej chwili przesłuchał jego kawałek. Właściwie to lubię od czasu do czasu pomagać trochę ludziom, a że akurat miałem wówczas dobry dzień, to sprawdziłem co też podesłany mi link zawiera.

Kawałek na klasycznym podkładzie nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Jak to w polskim podziemiu - liczyłem na track w standardowym, oklepanym stylu. Czy coś takiego dostałem? W pewnym sensie tak. Ale jednocześnie miałem wrażenie, że czymś ten raper i jego kawałek się wyróżniają. Czułem emocje w tym tracku, a takie rzeczy ja zawsze doceniam. Spropsowałem kawałek w odpowiedzi, bo był tego wart. Wówczas jednak zdecydowanie nie spodziewałem się, że płyta tego rapera stanie się jednym z największych zaskoczeń AD 2014 w polskim światku hip-hopowym.

Ten raper to Świnia, a podkładami dla jego "Demo EP" zajął się w całości Fawola. Tak - to ten sam beatmaker, który trzymał pieczę nad ostatnim krążkiem Eldo. Wiele osób mogłoby więc być zaskoczonymi: "jak to możliwe, że teraz Fawola współpracuje z jakimś nieznanym, podziemnym raperem? Czy chodzi tylko o znajomości, czy idzie też o jakość rapu Świni?". Odpowiadam więc już teraz - "Demo EP" to płyta naprawdę dobra.


Dla mnie takie stwierdzenie padające z mych ust, wydawało mi się na początku trochę dziwne. Ja, osoba szukająca w muzyce jak najwięcej innowacyjności, świeżości, propsuję z niebywałym impetem krążek - coby nie mówić - mocno truskulowy. Są samplowane bity, są storytellingi, są kawałki "z przesłaniem".

Ale "Demo EP" daje radę dzięki dwóm rzeczom. Po pierwsze - jest to truskul, ale na poziomie niebotycznie dobrym. Tak, dobrze czytacie - ja się tą płytą aż tak mocno zachwycam. Ma ona w sobie coś, co przyćmiewa dokonania tych wszystkich zarówno mainstreamowych, jak i podziemnych powielaczy z brzmieniem na jedno kopyto.

Bo "Demo EP" to też mimo wszystko w jakiś sposób powiew świeżości. Świnia zdaje się odkrywać te tereny truskulowego rapu, w które mało kto się wcześniej zapędzał. Jest młody i swą młodość wykorzystuje w najlepszy możliwy sposób - nie poddaje się w pełni inspiracji innych, ale dodaje coś od siebie, tworzy taką muzykę, jakiej rzeczywiście chciałby słuchać. I jest w tym tak szczery, że trudno tego chłopaka nie polubić i nie katować jego naprawdę dobrych tracków.

Rap Świni to przede wszystkim emocje. To jego cecha charakterystyczna i według mnie właśnie na nią powinien w swej dalszej karierze stawiać najbardziej. Szczególnie chodzi tu o wkurwienie w głosie, które powoduje u Słuchacza chęć zaciśnięcia pięści, plucia śliną i niszczenia w rytm muzyki całego otoczenia. Wystarczy sprawdzić kawałek "PółNaPół", by zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. 

Na "Demo EP" znalazły się jednak nie tylko tracki pełne wkurwu, ale także bardziej rozkminkowe storytellingi. Przyznaję - tych kawałków trochę się na początku obawiałem, bo tutaj Świnia miał mniej miejsca na okazanie swoich agresywnych emocji. Pierwszy odsłuch delikatnie mnie utwierdził w wahaniach, potem jednak mocniej skupiłem się na tej części płyty i wkręciła mi się może nie równie mocno, co ta "wkurwiona", ale także i do niej chętnie wracam.

Fawola - jego beaty to też ważna część "Demo". Niby samplowane, niby nie mają w sobie nic przesadnie nowatorskiego, a jednak - podobnie jak w przypadku rapu Świni - urzekają w jakiś sposób. Są proste, ale nie prostackie, zawierają sample, które wkręcają się już przy pierwszym odsłuchu i chciałoby się kilka z nich dostać w wersji stricte instrumentalnej. 

Strona instrumentalna jednak trochę mniej zaskakuje niż część rapowa, dlatego Fawola musi mi wybaczyć, że poświęciłem mu tak mało miejsca. Z drugiej strony, ma to jednak swój plus - zwyczajnie nie ma się do czego w przypadku tych beatów przyczepić. No, może poza jednym wyjątkiem. Uważam mianowicie pójście w "Spotkamy się w snach" w stronę bardziej niuskulową za błąd. Myślę, że ten track zdecydowanie lepiej by siadł na klasycznych bębnach, utrzymanych w konwencji podobnej do reszty płyty.

Rzadko zdarza się, by jakaś płyta na dłużej zadomowiła się na moim telefonie. "Demo EP" leży już tam od około dwóch tygodni i chyba codziennie choćby na chwilę zostaje odpalona. Sześć kawałków to idealna ilość jak na debiut rapowy i chwała Świni oraz Fawoli za to, że nie przesadzili z ilością tracków, jak to często zdarza się robić niektórym artystom. 

Świnia w ciągu raptem roku zrobił naprawdę spory progres i dziś zachwyca praktycznie każdego, kto pochyla się nad tym materiałem. Fawola na bitach to dodatkowa rekomendacja, o której zapomnieć nie można. "Demo EP" zaskakuje swoją jakością, wyskakuje bowiem znikąd i automatycznie staje się naprawdę docenianym materiałem. Serio - jeszcze z żadnym hejtem wobec tej płyty się nie spotkałem. A że to raptem sześć kawałków, to zaklinam Was, byście również sprawdzili ten krążek, bo jest spora szansa, iż Świnia za kilka lat będzie wyjadaczem totalnym.

Jak więc dobrać się do tego zacnego materiału? Po pierwsze - można przesłuchać go na YouTube. Po drugie - można pobrać go z Mediafire. Po trzecie - można krążek zwyczajnie kupić w stosownym miejscu. Po czwarte natomiast - można go wygrać u mnie.

Zgadza się, mam jeden egzemplarz tego krążka do oddania w ręce zwycięzcy konkursu. Na czym on polega? Jako że Świnia brał udział tydzień temu w akcji "Raperzy czytają", postanowiłem posiłkować się tym właśnie tekstem. Pytanie brzmi: która z książek polecanych przez Świnię jest mi, Twojemu Ulubionemu Blogerowi, najbardziej bliska? Nie trzeba grzebać nawet na blogu, wystarczy włączyć logiczne myślenie. Odpowiedzi ślijcie na adres miki77@xboxspot.pl. Czekam na nie do piątku, 31 października, do godziny 23:59. Zwycięski mail wybierze jednoosobowe jury, w postaci - cóż za zaskoczenie - mnie samego.

ROZWIĄZANIE KONKURSU: Prawidłowa odpowiedź to oczywiście "Mikołajek"! Przyszło całkiem sporo odpowiedzi, zwycięzca jednak może być tylko jeden. Tym razem padło na... Kasię! Droga Kasiu - gratulacje! Sprawdź maila jak najszybciej :)

Wpis powstał we współpracy z labelem 3/4 UDGS.
Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Zaginiona dziewczyna

Są reżyserzy, których przepuszczenia nowych filmów nie mógłbym sobie wybaczyć. Wśród takich osobistości jest David Fincher, zdecydowanie jeden z moich ulubionych współczesnych amerykańskich twórców filmowych. Trzy lata po swojej ostatniej kinowej premierze, czyli ekranizacji "Dziewczyny z tatuażem" oraz trzymaniu pieczy nad "House of Cards", reżyser ponownie wraca na duży ekran. Spod jego ręki wyszła tym samym kolejna adaptacja książki - tym razem "Zaginionej dziewczyny" Gillian Flynn.


Amy Dunne (Rosamund Pike) znika w piątą rocznicę swego ślubu. Jej mąż, Nick (Ben Affleck), zastaje dom opustoszały, ze śladami bójki, które sugerują porwanie żony. Niezwłocznie wzywa on policję, dość nieufnie do niego podchodzącą. Dość szybko Nick staje się głównym podejrzanym o zabójstwo żony, a media i mieszkańcy jego rodzinnego miasteczka urządzają swoiste "polowanie na czarownice".

Fincher oraz sama Flynn, zaproszona do stworzenia scenariusza, bawią się tu co chwilę z Widzem. Do samego końca fabuła manewruje wśród różnych, nagłych zwrotów akcji oraz miszmaszu wątków. Nawet, gdy jakaś możliwość została na ekranie wykluczona, u Widza pojawiają się pytania: "czy aby na pewno tak było? Czy twórcy znów sobie ze mną nie pogrywają?".

Nie można w recenzji "Zaginionej dziewczyny" brnąć zbyt daleko w opisywanie fabuły, bo o spoiler tu naprawdę nietrudno. Z jednej strony, może to odrobinę zniechęcić ewentualnego Widza, bo skrótowy opis fabularny sugeruje coś w rodzaju klasycznego - może i wręcz "do bólu" - kryminału. Patrząc na to jednak z innej perspektywy, takie zagranie ma swoje plusy. Film bowiem dość szybko niesamowicie zaskakuje, powodując zamarcie wszystkich na sali kinowej i oglądanie filmu w totalnym skupieniu.

W pewnym momencie może Ci się wydawać, że wiesz już wszystko na temat fabuły tego filmu. Twórcy odkryli karty, zastanawiasz się, co chcą zrobić z tą produkcją przez resztę ustalonego czasu. Nagle jednak dostajesz plaskacza prosto w twarz, wołającego: "nie tak prędko!". I fabuła znów obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, zostawiając Widza coraz natarczywej wpatrującego się w ekran.

Fabularnie jest więc wręcz świetnie. "Zaginiona dziewczyna" zaskakuje, niesamowicie wkręca, nie pozwala od siebie oderwać oczu. I to jest ten moment, gdy ja muszę ponarzekać krótko na zakończenie. Niby nie będzie spoilerów, ale co bardziej wrażliwi niech dla świętego spokoju przejdą od razu do kolejnego akapitu. Cała reszta natomiast niech wie, że ja trochę się na końcówce "Zaginionej dziewczyny" zawiodłem. Ale - trzeba to od razu przyznać - finał jest tu dość kontrowersyjny i pewnie zbierze on równie wiele pochwał, co nagan. Ja nie jestem może jego totalnym krytykiem, ale uważam zwyczajnie, że "Zaginionej dziewczynie" należał się dobry, zamknięty ending. Tyle się w tym filmie wydarzyło, iż naprawdę mogłoby to być w pełni zakończone dzieło. Zamiast tego dostajemy otwartą furtkę, której zamierzenie co prawda rozumiem, ale jednak nie do końca mnie ten chwyt przekonuje.

Co z resztą filmu? Równie świetnie. Aktorstwu trzeba tu poświęcić oddzielny akapit, bo Fincher wybrał sobie perfekcyjny zespół. Rosamund Pike zagrała fenomenalnie i należą się jej w tym przypadku największe pokłony. Affleck to dla mnie trochę taki nowy Nick Cage - wszyscy się niby z niego podśmiechują, ale ten facet jest solidnym aktorem i tu to naprawdę dobrze udowadnia. Pochwalić też można Neila Patricka Harrisa, znanego jako Barney z "How I Met Your Mother". Jest go tu co prawda mniej niż można by się spodziewać, ale w swej roli odnajduje się on naprawdę dobrze, zostawiając swój ślad na tym filmie.

Świetne zdjęcia - kolejna rzecz, bez której nie wyobrażamy sobie filmu Finchera. Podobnie jak w "Dziewczynie z tatuażem" czy "The Social Network" - jest nowocześnie i klimatycznie. Porównania do pozostałych tworów Finchera nie pojawiają się tu zresztą bez potrzeby, bo zarówno nad nimi, jak i nad "Zaginioną dziewczyną", pracował Jeff Cronenweth. Ponownie widać więc, jak z dobrym zdjęciowcem mamy tu do czynienia - szkoda, że tak mało produkcji wychodzi spod jego dłuta.

Na koniec zaś wspomnieć należy o jeszcze jednej, od jakiegoś czasu nieodłącznej części twórczości Finchera. O czym mowa? Oczywiście o fenomenalnej muzyce autorstwa niezrównanego duetu Trent Reznor & Atticus Ross. Ponownie dostaliśmy porcję przepięknych, ambientowych dźwięków, bez których ten film nie byłby taki sam. Chyba nie muszę mówić, co przygrywa w tle, gdy piszę te słowa? Soundtrack do "Zaginionej dziewczyny" to istny muzyczny geniusz!

Nowego filmu Finchera nie można polecić - jego polecić zwyczajnie trzeba. To ponad dwugodzinna podróż, w której zwraca się uwagę nie tylko na główny wątek fabularny, ale i psychologię bohaterów, sposób działania świata wokół nich. Fakt, że świetnie wykonane zostały tu również zdjęcia i muzyka, a aktorzy dali niesamowity popis swoich umiejętności, sugeruje, iż mamy do czynienia z dziełem perfekcyjnym. 

Oczywiście, takie słowa to zajście trochę zbyt daleko, ale przyznać trzeba - "Zaginiona dziewczyna" jest ewidentnym must-watchem, który spokojnie powalczy o podium w tegorocznych rankingach filmowych. Zdecydowanie polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Seksualna niedostępna

"Chcę iść z Tobą do łóżka" rzucone przez kobietę wprost w stronę faceta, jest dla mężczyzny miłe i w jakiś sposób na pewno budujące. Gdy słowa wypowiada ta jeszcze jakaś naprawdę "niezła sztuka", a nie natarczywa brzydula, to efekt takiego zdania jest jeszcze lepszy. Możecie więc rzeczywiście skoczyć razem do mieszkania któregoś z Was i spędzić razem upojną noc. Ale, Droga Kobieto, pamiętaj jedno - takim tekstem to Ty serca faceta nie zdobędziesz. 

Z dostaniem się do jego majtek nie powinno być problemu - sorry, wszystkimi ludźmi w jakiś stopniu rządzą zwierzęce instynkty. Ale jeśli masz nadzieję, że po takiej przypadkowej nocy facet obudzi Cię z rana zapachem pysznej jajecznicy na boczku i da Ci buzi w czółko, to damn girl, muszę Cię zawieźć - tak nie będzie. No chyba że Twój mężczyzna jest zdesperowanym 30-latkiem, którego poprzedniej nocy rozprawiczyłaś.

Większość facetów (od razu powiedzmy sobie wprost, że są wyjątki, coby nie zostawiać niedomówień) chętnie przyjmą do wiadomość kobiecą chęć skoczenia gdzieś na szybki numerek. I oni właśnie dokładnie tak tę propozycję odbiorą - wyłącznie jako przygodny seks. Jestem wręcz w stanie stwierdzić, że więcej prawdy jest w stwierdzeniu "przez żołądek do serca" niż "przez seks do serca".

Dlaczego? Tu nawet nie chodzi o to, że "skoro mi dała, to pewnie każdemu innemu też, więc pewnie jest niezłą zdzirą". Szybki seks czy nawet samo zaproszenie nań, skreśla kobietę z męskiej listy potencjalnych miłości życia z innego powodu - on już ją zdobył. Dorwał ją jak jaskiniowiec mamuta i może teraz iść się pochwalić znajomym przy piwie, jakiej to fajnej dupeczki nie zaliczył poprzedniej nocy. Oczywiście nie wspomni o tym, że to ona sama mu się podstawiła. Tę myśl najchętniej od razu wypycha na obrzeża pamięci, coby nie umniejszać swojemu instynktowi łowieckiemu.

Jak więc zdobyć męskie serce? Nie kładąc od razu kawy na ławę, a zabawić się z facetem w podchody. Dawać mu znaki w rodzaju "podobasz mi się", ale nie mówione wprost, a jedynie drobnymi gestami, zuchwałym spojrzeniem, ponętnym uśmiechem. Mężczyzna musi ruszyć na polowanie, podczas którego nie dostanie swojego celu od razu, a będzie przezeń wodzony, dzięki czemu zbliży się do niego. Wiecie - trochę taki miłosny syndrom sztokholmski.

I tak oto w raptem kilku akapitach, dzięki pomocy analogii do ludzi prehistorycznych i polowań na mamuty (jakkolwiek to brzmi abstrakcyjnie) weszliśmy w głąb męskiej psychiki. Teraz już, Droga Kobieto, dobrze wiesz, co zrobić, jeśli z jakimś facetem chcesz się tylko przespać, a czego innego należy dokonać, by przytulić go do siebie na dłużej. #psychologiapenisa pełną gębą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

10 komentarze:

Jak przetrwać jesienno-zimowe przeziębienie?

Wracasz do domu po ciężkim dniu w szkole/w pracy/na uczelni i jedyne, co masz ochotę zrobić, to zasnąć przy kaloryferze. Gardło odmawia posłuszeństwa i zamiast normalnie mówić, charczysz. Nos masz tak zatkany, że wdychanie przez niego powietrza jest niemożliwe. Żeby było jeszcze lepiej, masz gorączkę i jest Ci tak cholernie zimno, iż nawet ubranie się w kożuch nie pomaga. 

Następnego dnia natomiast i tak MUSISZ obudzić się o szóstej czy siódmej rano i zasuwać na drugi koniec miasta. Los Cię nie oszczędza, zdrowie tym bardziej. Jak więc poradzić sobie z takim jesienno-zimowym przeziębieniem czy choćby zredukować jego skutki do takiego poziomu, by rano nie wyglądać jak trup? Korzystając z własnych doświadczeń, postanowiłem przygotować prawdziwy poradnik survivalowy!

Choć bowiem od czasu, gdy zacząłem biegać, choruję kilkukrotnie mniej niż dawniej, ciągle czasem jakiś mały wirus mnie złapie i daje o sobie ciągle znać. Co robię w takim momencie? Szykuję sobie pakiet prawdziwego żołnierza antychorobowego! Dzięki niemu niejednokrotnie udało mi się wyswobodzić z wirusowej opresji w ciągu raptem jednej nocy. Co też więc w moim wojowniczym ekwipunku się znajduje?

Źródło: Unsplash.com
Gruba kołdra

Koce są spoko, ale nic nie przebije porządnej, grubej kołdry. Wystarczy otulić się taką od góry do dołu i wreszcie gorączka przestaje dawać się aż tak bardzo we znaki. Trzeba jednak dość mocno uważać - choćby jedna drobna nieszczelność potrafi przyprawić o gęsią skórkę. Najlepiej więc pod pierzynę wskoczyć dopiero, gdy przygotuje się całą resztę zestawu survivalowicza. 

Zestaw małego medyka

Na antychorobowy zestaw małego medyka składają się zasadniczo trzy rzeczy. Pierwsza z nich to przeciwgorączkowy lek w proszku. Wybór tego typu specyfików w aptekach jest ogromny i warto sobie zakupić od razu kilka opakowań, by mieć w razie czego je pod ręką. Bierzesz taki Gripex czy inną Polopirynę, rozpuszczasz w ciepłej wodzie, wypijasz i już praktycznie po kilkunastu minutach czuć choćby drobną ulgę.

Drugi element medycznego zestawu pomoże natomiast na walkę z podrażnionym gardłem. I nie chodzi mi tu bynajmniej o te wszystkie tabletki do ssania, bo dają one - moim zdaniem - dość mało. Zamiast tego proponuję zakupić sobie aerozol kojący ból gardła. Najbardziej znany gracz na tym rynku to chyba Tantum Verde. Trzy czy cztery psiknięcia i masz choćby na kwadrans spokój od bólu. Potem możesz sobie psiknąć ponownie i cóż - tak do skutku.

Ostatnią rzeczą jest natomiast sztyft do nosa. Oto prawdopodobnie najbardziej ohydna rzecz, jaka trafia w ręce domorosłych medyków. Moja kuracja tym magicznym urządzeniem jest zadziwiająco prosta, ale i dość obleśna - wkładam sobie sztyft do nosa i zostawiam go tam, funkcjonując jak gdyby nigdy nic. Kilka razy sprawdziłem w lustrze, jak wyglądam w takim momencie. Przyznaję - mocno absurdalnie. Ale hej - przynajmniej ulga jest!

Herbata z sokiem malinowym

Najlepszy napój, jaki może przytrafić się choremu człowiekowi. Jaka herbata? Klasyczna, czarna. Jaki sok? Najlepiej domowy, ale ze sklepu też może być. Co to daje? Uwaga, znów będzie trochę niesmacznie - niesamowicie rozgrzewa, co powoduje nagłe wypocenie się, skutkujące z kolei spadkiem temperatury ciała. Mój zdecydowany faworyt w kategorii "walka z gorączką".

Czekolada

Podobno czekolada jest naturalnym pobudzaczem, dodającym niesamowicie dużo energii. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Dla mnie ważne jest, że jedna tabliczka czekolady potrafi sprawić mi więcej radości niż niejedna wykwintna potrawa. Podczas choroby natomiast efekt jej działania jest przynajmniej kilkanaście razy lepszy. Serio, dziewczyny - w takich przypadkach #fuckdiet.

Źródło: Unsplash.com
Dobra książka

Leżysz już pod kołdrą, przyćpałeś leki, wypiłeś herbatę z sokiem, a do tego twarz masz ubrudzoną czekoladą. Co zrobić z resztą czasu? Nawet konieczność leżenia w łóżku można dobrze wykorzystać. By natomiast trzymać się jak najdalej od ekranu komputera, który podczas choroby potrafi o wiele szybciej doprowadzić do bólu głowy, polecam zamiast Facebooka poczytać dobrą książkę.

Trzy tytuły, jakie klimatycznie automatycznie skojarzyły mi się z jesienno-zimowym choróbskiem? Po pierwsze - "Wiele demonów" Jerzego Pilcha, zabierające nas w świat mroźnej, polskiej wsi, Sigły. Po drugie - "Norwegian Wood" Harukiego Murakamiego, które jest jak zimowa noc, spędzona przy kominku w leśnym domku. Po trzecie zaś - "To", czyli mroczna, intrygująca historia autorstwa Mistrza Grozy, Stephena Kinga. 

Dobry film

Choć ja staram się czytelnictwo propagować wszystkimi swymi siłami, tak rozumiem, że nie każdy jest fascynatem literatury. Natomiast chyba praktycznie wszyscy z nas lubią od czasu do czasu obejrzeć dobry film. A gdy od pracy odciąga nas choroba, wolny czas możemy poświęcić właśnie na nadrobienie jakiejś kinematograficznej zaległości.

Klimatyczna trójka? Na początek mój niezaprzeczalny hit, który ostatnio obejrzałem po raz trzeci, a zapewniam Was - mi rzadko zdarza się obejrzeć film więcej niż raz. O czym mowa? O mojej ulubionej komedii romantycznej, innej niż wszystkie inne produkcjetego typu - "500 Days of Summer". Jeśli jeszcze nie widziałeś tego fantastycznego tworu, nadrób to czym prędzej! Niekoniecznie podczas choroby.

Co z pozostałymi dwoma produkcjami? Cóż, ten post wydaje mi się idealnym momentem do przypomnienia wielkiego hitu sprzed bodajże dwóch lat - "Searching for Sugar Man". Nieprawdopodobnie dobra historia, świetna realizacja, genialna muzyka. Film, który udowadnia każdemu niedowiarkowi, że dokument nie musi być nudny.

Na sam koniec natomiast postanowiłem wspomnieć o bardzo małym znanym w Polsce tworze. "Like Someone in Love" to produkcja wybitnie charakterystyczna i nietypowa. Niepodrabialny, dla wielu nie do przełknięcia, innych natomiast zachwycający. Choroba może być świetnym powodem do sprawdzenia się w trochę innym typie kinematografii niż zwykle.

A czy Wy macie jakieś swoje ulubione sposoby na walkę z jesienno-zimowym przeziębieniem? Jeśli tak - koniecznie dajcie znać w komentarzach! Miłego weekendu i jak najmniejszej liczby chorób w tym chłodnym sezonie!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

6 komentarze:

Nienawidzę Cię, Polsko

Kochana Polsko - czasem Cię nienawidzę. Nienawidzę Cię za to, że wydałaś na świat tłumy idiotów, dla których myślenie jest zbyt trudne. Nie rzucajmy tu teraz jakimiś hasłami o braku tolerancji, zaściankowości czy czymkolwiek innemu tego typu. Tu chodzi o ten najprawdziwszy idiotyzm, który boli, gdy widzi się go w narodzie.

"Nienawidzę cię Polsko" - to tytuł nowego singla Czesława Mozila. Coby nie mówić, tytuł mocno kontrowersyjny, o którym aż chce się pisać. Nie wiedziałem dokładnie, co też ten kawałek będzie sobą reprezentował. Jakoś nie mogłem uwierzyć w tytuły artykułów rodem z serwisów plotkarskich, głoszące: "CZESŁAW MOZIL OBRAŻA POLAKÓW". Chciałem zrozumieć, o co naprawdę artyście chodziło.


Co zrobiłem? Rzecz najprostszą w takim momencie - odpaliłem wspomniany kawałek. Przesłuchałem całość, od pierwszego dźwięku do ostatniego, przy okazji przyglądając się teledyskowi. Wystarczył mi jeden odsłuch, by ponownie zapłakać nad tym, ilu idiotów mamy w naszym pięknym kraju.

Ten kawałek nie ma długiego, ani skomplikowanego tekstu. Nie trzeba go rozkładać na części pierwsze, omawiać metafor, analizować dogłębnie. To tekst dla piosenki idealny - prosty, acz posiadający ewidentne przesłanie, ruszające każdego. Jak można go nie zrozumieć? Cóż, wystarczy być idiotą.

Nie sądzę, żeby którykolwiek ze stałych Czytelników bloga tekstu tego kawałka nie zrozumiał, ale dla ewentualnych zabłąkanych dusz, służę wyjaśnieniem. "Nienawidzę Cię, Polsko" (jak zresztą chyba cała nowa płyta Cześka Mozila) to swoista opowieść snuta przez naszych wspaniałych emigrantów. Gdy Czesław śpiewa kontrowersyjny refren, tak naprawdę posługuje się cytatami tych, co to wyjechali na przysłowiowy "zmywak" do Anglii. To oni nienawidzą Polski i czują się jako emigranci lepsi od tych, którzy pozostali w kraju. I to właśnie to artysta wyśmiewa.

"Łapka w dół, za hejty na Polskę", "jak tak nienawidzi tego kraju, to niech wypierdala tłusta cipa", "jak ci sie tu nie podoba to wypierdalaj czesiu" - oto raptem trzy z groma komentarzy na YouTube. Podkreślmy to ponownie - komentarzy napisanych przez idiotów. Zawsze odnoszę się w takich momentach do powiedzenia: "śmiać się czy płakać?". Zwykle stawiam na to pierwsze. Tym razem jednak nie potrafię. Serce mi się łamie, gdy czytam te teksty.

Nienawidzę Was - pseudopatrioci, ewidentnie idioci.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

15 komentarze:

Fruźki nienawidzą optymistów

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood,
chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów,
chociaż nie znam setek przysłów.
Nie narzekam - bo fruzie wolę optymistów.

Tak swego czasu nawijał Łona w jednym ze swoich chyba najpopularniejszych kawałków, o wszystko mówiącym tytule - "Fruźki wolą optymistów". Już po pierwszym moim odsłuchu tego kawałka, powziąłem sobie jego nazwę za jedno z moich życiowych mott. I wszystko szło jak z płatka - fruzie wolały optymistę.

Ciągły uśmiech na twarzy, żartów pod ręką tyle, że wysypują się one z rękawów, kwitowanie wszystkiego humorystycznym podsumowaniem - oto ja. Obok mnie postaw sobie cichego, przygarbionego kolesia, zasłaniającego oczy swoją emo grzywką. W porównaniu z nim wyglądam jak Justin Timberlake czy inny Robert Pattinson. Nie mam więc na co narzekać, bo przecież fruzie wolą optymistów.

Nie musisz się wcale podobać każdej dziewczynie pod słońcem. Ba, możesz być nawet takim typem 3-4/10. Ale będąc optymistą, zwracasz od razu na siebie uwagę - w pozytywny sposób, rzecz jasna. Przezabawna riposta może mieć siłę oddziaływania większą od największych muskułów i najlepszych ciuchów. Bo przecież fruzie uwielbiają optymistów!

Życie jednak nauczyło mnie, że to nie do końca tak wszystko fajnie wygląda. Fruzie lubią optymistów - to jest rzecz niezaprzeczalna (jeśli tylko nie mamy do czynienia z jakąś emogirl, ale to są wyjątki potwierdzającego regułę). Ale fruzie już mniej chętnym okiem spoglądają na optymistów niepoprawnych. A do tych zaliczam się (nie)stety ja.

Wielokrotnie próbowałem jakieś piękne niewiasty pocieszać słowami: "weź się tym nie przejmuj, to przecież nic takiego!". Słowami niby błahymi, ale dla mnie zwykle bardzo prawdziwymi. I cóż ja wtedy nie otrzymywałem za słowne baty! Że jak się mogę takim czymś nie przejmować! Że do niczego się nie nadaję! Że jak mogę do tego wszystkiego tak na luzie podchodzić!

Zdarzało się zresztą, iż jakaś fruźka się w moje własne sprawy wplątywała. Gdy dotknęło mnie coś rzekomo "tragicznego", ja nie dawałem tego po sobie przesadnie poznać. I mijały mnie takie niepewne spojrzenia, pełne grozy, mówiące: "jak możesz mieć to gdzieś?!". A ja mogłem - bo przecież jestem optymistą. A Ty podobno takich wolałaś!

Czy więc fruzie optymistów lubią? Owszem, ale tylko do pewnego momentu. Gdy już zdarzy się Wam spotkać częściej niż raz na tydzień, fruzia wymagać będzie także emocji mniej pozytywnych. Okazywania uczuć, które nie polegają jedynie na uwielbieniu świata i podchodzeniu do wszystkiego z uśmiechem. A jeśli się tego dokonać nie uda, to wyjdzie na to, że fruzie jednak nienawidzą optymistów. 

Ale nie narzekam - bo przecież jestem optymistą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

7 komentarze:

Lód

Lubię czytywać długie książki. Takie ogromne kloce, które w wersji papierowej trudno jest czasem nawet utrzymać. Lubię je, ale też dość rzadko po nie sięgam. Zawsze bowiem obawiam się, iż ich ukończenie zajmie mi ogrom czasu. Sięgam toteż po nie prawie wyłącznie wtedy, gdy mogę na nie poświęcić sporo czasu - w szczególności mowa więc o różnych przerwach, czy to świątecznych, czy też wakacyjnych. I właśnie podczas ostatniego lata, gdy mogłem sobie pozwolić na chwilę odpoczynku, sięgnąłem po grube tomiszcze, zatytułowane "Lód".

Ta ponad tysiącstronicowa książka Jacka Dukaja leżała w moim rodzinnym domu już dobre parę lat. Kiedyś zakupił ją mój tata, z nadzieją, że i jemu uda się kiedyś ja przeczytać. Mnie również tytuł ten zaintrygował od pierwszego nań spojrzenia. Nie z powodu ciekawie zapowiadającej się fabuły czy czegokolwiek w tym rodzaju, ale właśnie przez swą wielkość. Ponad tysiąc stron, w formacie sporo większym niż typowa powieść, zapełnionych na dodatek dość małą czcionką. Do tej pory najdłuższą przeczytaną przeze mnie książką było historyczne "I rozpętało się piekło" Maxa Hastingsa. "Lód" okazał się natomiast przeciwnikiem jeszcze obszerniejszym.

Te ponad tysiąc stron nie są jednak stronami zapełnionymi bezmyślnie. Fabuła "Lodu" zabiera nas do początków dwudziestego wieku, na tereny rosyjskie. Jest to jednak świat inny od tego znanego nam z książek historycznych. U Dukaja nie nastąpiła bowiem chociażby pierwsza wojna światowa, ani też nie stracono rosyjskiego cara. Dostajemy tym samym alternatywną rzeczywistość, przedstawioną dodatkowo w naprawdę skrupulatny sposób.

Inna wersja historii nie została jednak stworzona ot tak. Ogromną rolę w jej metamorfozie odegrało wyjście na powierzchnię ziemi lutych. Kim one dokładnie są? Tego w zasadzie nie wie nikt. Wielu ludziom wystarczy wiedza, że zbliżenie się do tych wielkich brył, niekoniecznie ukazujących zbyt wiele funkcji życiowych, kończy się człowieka zamrożeniem. Nie wszystkim jednak istnienie lutych przeszkadza, bo i na nim można sporo zarobić.

Nie obserwujemy jednak tego świata "ot tak". Jesteśmy bowiem przezeń kierowani historią Benedykta Gierosławskiego, warszawskiego matematyka i hazardzisty, który pewnego dnia zostaje "zaproszony" do Ministerstwa Zimy. Tam otrzymuje zadanie wyjątkowe - odnaleźć ojca, zaginionego gdzieś na Syberii. Dlaczego? Bo, jak głoszą plotki, potrafi on porozumiewać się z lutymi. Naszego bohatera czeka tym samym długa przejażdżka Koleją Transsyberyjską, a także jeszcze dłuższe przesiadywanie na samej Syberii. Podczas swej podróży czeka go spotkanie z wieloma postaciami, tymi historycznymi i tymi fikcyjnymi - poczynając od Nikoli Tesli, na Józefie Piłsudskim kończąc.

I przyznać muszę - historia w "Lodzie" jest niesamowita. Mnogość wątków i postaci trochę przytłacza, pewnie. Ale jednocześnie wszystko to zostało przez Dukaja przygotowane w sposób fenomenalny. Gdy czyta się ten tytuł, ma się wrażenie obcowania z czymś zupełnie nadzwyczajnym. Nie typową książką, ale prawdziwym dziełem, którego obszerność ma swoje sensowne wytłumaczenie.

Duża zasługa w tym stylu pisarskiego Dukaja. Nie jest początkowo łatwa do przyswojenia ta mieszanka staropolskiego (bo chyba tak możemy powiedzieć o gadaninie sprzed stu lat), rosyjskiego, francuskiego czy angielskiego. Czasem brzmi to abstrakcyjnie dla współczesnego Czytelnika, ale trudno w tym również nie dostrzec czystego piękna. Rzadko mi jest dane naprawdę zachwycić się językiem w powieści, miło więc zetknąć się z takim wyjątkiem jak "Lód" właśnie.

Przyznaję również - to nie jest łatwe czytadło. Zdarzało mu się czasem przynudzać, łatwo przy nim o utratę uwagi i konieczność cofnięcia się o parę zdań czy nawet akapitów. Ale jednocześnie ma w sobie "Lód" to coś, że chce się w tę historię brnąć i wiedzieć, co też będzie dalej. Bo tu historia nie jest prosta i niekoniecznie prowadzi wyłącznie z punktu A do punktu B. I dzięki temu ja te ponad tysiąc stron pokonałem w około półtora tygodnia.

Zapewniam Was jednak - to jest ewidentnie powieść na czas, gdy nie będziecie mieć zbyt wielu obowiązków. Na urlop, wakacje, święta. Codziennie poświęcałem na jej czytanie dobre parę godzin. Dałem jednak rady i jestem z poświęconego czasu zadowolony. Przeczytanie "Lodu" jest samo w sobie ciekawym przeżyciem, zupełnie różnym od ukończenia licznych innych książek. Nie zrozumiałem z tego tytułu wszystkiego - przyznaję. Dlatego mam nadzieję, że kiedyś, za kilka czy kilkanaście lat, będzie mi dane ponownie spróbować z nim swych sił. Może jako dojrzalszy odbiorca odkryję w nim jeszcze więcej. Na razie jednak i tak tę książkę polecam, ale zdecydowanie nie Czytelnikom niedzielnym, a prawdziwym wyjadaczom, dla których zarywanie nocek dla powieści nie jest niczym nowym. Oni "Lód" docenią równie co ja, ci pierwsi natomiast zapewne przerażeni będą samą długością całości.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #83 - Świnia

Świnia to raper, który w ostatnim czasie zrobił dość spory szum w polskim podziemiu. W październiku pojawił się bowiem jego pierwszy dłuższy materiał, zatytułowany po prostu "Demo EP". Płyta to połączenie nie tylko ciekawych tekstów samego Świni, ale i klasycznych bitów Fawoli, producenta w pełni odpowiedzialnego za instrumentalną stronę ostatniego albumu Eldo. Gdzie natomiast znaleźć więcej rapu od dzisiejszego gościa "Raperzy czytają"? Chociażby na albumie "Primus Luporum" TrooMa i ka-meala, gdzie udzielił się on w kawałku "Passolini".

Co z kolei Świnia ma do powiedzenia na temat książek?

Słysząc pytanie: "przeczytałeś ostatnio coś godnego polecenia?", zamiast armii tytułów i okładek wspaniałych dzieł literackich, mam przed oczami napaćkane na wymiętej kartce zdanie z jednej z książek Jerzego Pilcha: "Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać". 
Pan Jerzy usprawiedliwia mnie zatem i wybacza chwilową amnezję, dając jednocześnie możliwość poprawy, kiedy to kolejny raz nie mogę sobie dobrze przypomnieć przeczytanych książek.

Na potrzeby cyklu postarałem się wybrać kilka tytułów, których upływający czas nie zdołał przepędzić z mojej pamięci. Chciałbym też zaznaczyć, że mimo swojej wielkiej sympatii, jaką darzę różnego rodzaju literaturę, moja aktywność czytelnicza ostatnimi czasy mocno się ograniczyła. Mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas, kiedy będę pochłaniał równie dużo książek co dziesięć lat temu.
Przechodząc jednak do konkretów: 

"

Mechaniczna Pomarańcza" Anthony'ego Burgessa - 
książka, którą uwielbiam, nieco może nawet gloryfikuję i do której zawsze chętnie będę wracał. Przeczytałem wersję R oraz A, każdą po dwa lub trzy razy (polski przekład, którego autorem jest Robert Stiller, zawiera dwie wersje - rosyjską oraz amerykańską) i przyznam szczerze, że mam ochotę zrobić to znowu.
 

Od wspaniałego slangu, który przez pierwsze dziesięć stron dezorientuje, przez kolejne dziesięć wciąga, a później na dobre wchodzi do mowy codziennej (książkę można określić mianem eksperymentu lingwistycznego, na jej potrzeby Burgess stworzył język będący wypadkową zapożyczeń z języka rosyjskiego, slangu młodzieżowego oraz wymyślonych neologizmów), przez urzekającą osiemnastowieczną narrację (często mającą prześmiewczy charakter) z iście szekspirowskimi dialogami, po zderzenie piękna sztuki z przemocą, gwałtem i brudną ulicą oraz wspaniałą psychoanalizę głównego bohatera - wszystko to sprawia, że zawsze chętnie wracam do "Pomarańczy" i szczerze rekomenduję w rozmowach ze znajomymi.


"Obsługiwałem angielskiego króla" Bohumila Hrabala - początkowo, myśląc o czeskiej literaturze, przychodziła mi do głowy "Nieznośna lekkość bytu", uznałem jednak, że powieść Kundery jest dosyć popularna i na dobre zadomowiła się w literackiej świadomości przeciętnego czytelnika. Dlatego też wybrałem historię kelnera o wyjątkowo niskim wzroście. 


Książka - jak to większość czeskich wyrobów - już przy pierwszym kontakcie nastraja mnie bardzo pozytywnie. Specyfika czeskiej ziemi i czeskiego narodu, którą przesiąknięta jest każda kartka tekstu. Ta niesamowita lekkość życia, zbywająca sprawy ważne i kłopotliwe, zniżając do rangi błahych i lekkich. Ta zdolność tłumienia spraw ciężkich i smutnych uśmiechem i optymizmem, a nie odwrotnie.
 

Barwne opisy, zabawne dialogi, wspaniała kreacja głównej postaci - wszystko to sprawia, że Hrabala czyta się namiętnie, lekko i z uśmiechem na ustach. Opis uczty wyprawionej przez afrykańskiego króla skłoniłby mnie do wydania ostatnich oszczędności na wspaniałą potrawę przygotowywaną przez jego świtę, uczty czeskich polityków w hotelu na uboczu przypominają mi, że muszę kiedyś spróbować prawdziwego szampana, a zawsze gdy przechodzę w Krakowie ulicą Rajską, mam w myślach płatki kwiatów i... 


Wspaniała książka, piękna historia - każdy kolejny kończony akapit wprowadzał u mnie specyficzny spokój, pogodę ducha i radość z życia. Szczerze polecam.


"Książę Nocy" Marka Nowakowskiego - 
książką-klasykiem, która w sposób szczególny przedstawia warszawski półświatek, często określany jest "Zły" Leopolda Tyrmanda. Mimo nieskrywanej sympatii, jaką darzę tą powieść, w kategorii "ciemna, zła stolica" wygrywa - już niestety świętej pamięci - Marek Nowakowski. 


Wspaniała proza. Czysta wódka, brudne ulice, zadymione meliny, kurwy, alfonsi, ciemne interesy - wszystko to niesamowicie naturalne, zadziwiająco prawdziwe - a wszystko opowiedziane w prosty i dobitny sposób. Bez upiększania, koloryzowania. Bez jakiejkolwiek próby naprostowania skrzywionego społeczeństwa i jego poplątanych życiorysów. 
Szczerość, realizm, prostota i maksimum treści. Zupełnie, jakbym słuchał opowieści autora, siedząc z nim przy wódce i ogórkach.

"Król Szczurów" Jamesa Clavella - powieść, do której mam duży sentyment. Od czasu bodajże ostatniej klasy podstawówki lub pierwszej gimnazjum, kiedy znalazłem ją w domowej biblioteczce i przeczytałem pierwszy raz, wracałem do niej wielokrotnie. Wstrząsające realia życia obozowego, bieda, brak żywności i lekarstw, śmierć na porządku dziennym, wynaturzenia, załamania nerwowe i depresje doprowadzające do szaleństwa i często śmierci samobójczej. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim - On. W czystych skarpetach, nowych butach, ostrzyżony, odświeżony. Zjada smaczny, syty obiad - nieszczególnie z obozowej kuchni. Król. Z jednej strony znienawidzony, z drugiej podziwiany, z trzeciej być może pożądany. 

Mocna historia jednego z obozów jenieckich II Wojny Światowej; o nienawiści, przyjaźni, śmierci, życiu i walce o przetrwanie. Oraz, przede wszystkim, o tym, jak w ułamku sekundy można stracić wszystko - pieniądze, pozycję społeczną, przyjaźń. Niekoniecznie przegrywając fortunę w kasynie.

"Mikołajek" Rene Goscinny'ego - miałeś kiedyś osiem lat? Całe dni spędzałeś z ziomkami, kopiąc piłkę, dzieląc się na policjantów i złodziei, budując szałasy i organizując zrzutę po dziesięć groszy na dużą oranżadę? Nie rozumiałeś problemów ojca, matki, nauczycielki, baby w sklepie? Niebo było niebieskie, słońce mocno grzało w kark, a ból po zadrapanym kolanie najlepiej leczył strzelony gol i wygrana zabawa?


Mikołajka czytałem, będąc we wczesnej podstawówce, doczytywałem w gimnazjum i ostatnio - zobaczywszy na empikowej półce - kupiłem młodszej siostrze, czytając wcześniej całą książkę w ciągu jednego dnia. Kupa dobrych wspomnień, prosta radość małego chłopca i uśmiech, który zawsze daje mi wiecznie głodny Alcest, stale zostający za karę po lekcjach Kleofas i Euzebiusz, który nieustannie chce spuścić wszystkim wpierdol. Klasyk.
 

W swoim zestawieniu pomijam Marka Hłasko i Mario Puzo, których książki wydały mi się oczywistą oczywistością, bo co by od nich nie przeczytać - wszystko będzie równie wspaniałe.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Bogowie

Polskie kino często jest dane krytykom obrzucać błotem, trzeba jednak przyznać, że rodzima kinematografia ma swoje momenty. W tym roku choćby pod postacią niezłego "Pod Mocnym Aniołem", w ubiegłym z kolei na przykład dzięki "W imię" czy mojemu ulubieńcowi, "Imagine". Co prawda mam wrażenie, że Anno Domini 2014 wypada pod tym względem gorzej od 2013, ale ktoś postanowił na szczęście honor uratować.


Przy pierwszym kontakcie z trailerem "Bogów", wiedziałem, że będzie to dobry film. Ba, przypuszczałem wręcz, iż może to być twór świetny. Świetnie zapowiadająca się historia, jakże różna od tego, co zwykle serwują nam polskie produkcje, a także Tomasz Kot - fenomenalny aktor, który bardzo nieodpowiednio kojarzy się części osób z głupawymi komediami romantycznymi. Projekt "Bogowie" nie mógł nie wypalić. 

Film Łukasza Palkowskiego to opowieść o Zbigniewie Relidze - wielkiej osobistości polskiej medycyny, dziś już niestety zmarłej. "Bogowie" skupiają się na jego drodze ku regularnemu przeprowadzaniu w Polsce przeszczepów serca. W swoich czasach Religa był jednym z nielicznych, którzy próbowali wtórować poziomowi medycyny zachodniej. Ten film to spis jego podróży do sukcesu, którym przyćmił wszystkie głosy krytyków, towarzyszących każdemu etapowi jego pracy.

W tle to także pokaz walki z systemem. Walki podwójnej, rzec można. Z jednej strony bowiem Religa stawia sobie za przeciwnika partię, której pragnie unikać ponad wszystko. Z drugiej natomiast, to także bitwa przeciwko starej gwardii polskiej medycyny, których cele dość trudno rozgryźć. 

Tytuł "Bogowie" oczywiście nie wziął się znikąd. Film dostarcza dokładnie takiego przedstawienia Religi i podległych mu lekarzy, jakiego można się spodziewać. To bogowie, od których zależy życie pacjenta. Ale - mimo wszystko - to bogowie w ciałach ludzi. Bogowie mogący się potknąć, pełni własnych problemów i wad.

W przypadku postaci samego Religi widać to najlepiej. To nie facet czysty jak łza. To człowiek, który palił papierosa za papierosem, który potrafił upić się do stanu najbardziej agresywnego, gdy miał ochotę niszczyć wszystko wokół siebie. Przez niego cierpiała żona, ale i współpracownicy. Czy wynagrodził to światu swoimi osiągnięciami? Ja co do tego nie mam wątpliwości, ale na pewno jest to temat na obszerną dyskusję.

Na koniec nie sposób podkreślić istotnej jakości gry Tomka Kota. Ten facet totalnie zmiażdżył i tą rolą na pewno wpisze się wreszcie w umysły polskiego społeczeństwa jako fenomenalny aktor. Nie tylko świetnie zagrał "ot tak", ale i niesamowicie oddał postać Religi. Charakterystyczne przygarbienie, charakterystyczny uśmiech - to wszystko tu jest i świadczy o wysokiej jakości Kota jako aktora.

"Bogowie" to kolejny film, który pokazuje, że także i w Polsce można robić dobre kino. Ba - kino wręcz świetne, poruszające istotne tematy, pokazujące świat zarówno dramatycznie, jak i zabawnie. Bo owszem, zdarzają się tu momenty, gdy sala kinowa wręcz musi wybuchnąć śmiechem. Ale tuż obok nich stoją sceny przerażające i poruszające każdego widza. 

Twór Palkowskiego nie jest po prostu filmem, który warto obejrzeć. To wręcz must-watch. Polecam, polecam i jeszcze raz - polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

6 komentarze:

Czego może Cię nauczyć aplikacja randkowa?

Eksperyment ze Snapchatem uznaję za udany. O tej ciągle popularnej aplikacji pisałem TUTAJ, w chyba dość nietypowy, jak na jej użytkownika, sposób. Minęło jakieś pół roku, a ja ciągle snapuję. Raz częściej, raz rzadziej - ale jednak. Snapuję między innymi z Wami, Drodzy Czytelnicy, bowiem część Was poszła moimi śladami i również zaczęła z tejże aplikacji korzystać.

Internet ma jednak swój nowy hit. Możliwe, że o Tinderze ciągle jeszcze nie słyszeliście. Dlatego przychodzę z odpowiedzią na Wasze pytanie: "a cóż to znowu za kolejne ustrojstwo?!". Przedstawiam Wam, Moi Drodzy, prawdopodobnie najlepszą aplikację randkową w historii. Serio - to musiał wymyślić geniusz.

Co w Tinderze jest takiego niezwykłego? Rejestrujesz się, apka pobiera z Facebooka te Twoje zdjęcia, które chcesz wykorzystać, a następnie wchodzisz do gry. Przed Tobą pojawiają się fotki dziewczyn/facetów z okolicy, przy których możesz kliknąć krzyżyk lub serce. To pierwsze delikwenta odrzuca, to drugie oznacza, że się nam osoba na zdjęciu podoba. Jeśli ona też pacnie w serce przy naszym foto, system łączy nas w parę i możemy rozmawiać. Yup - wreszcie koniec ze zmasowanym atakiem pasztetów, które Ci się nie podobają!

Ale okej - spoglądacie teraz pewnie niepewnie na tytuł dzisiejszego postu i zastanawiacie się, jakie wnioski można wyciągnąć z używania głupiej aplikacji randkowej? Będziecie zdziwieni, bo ja wypisałem sobie aż pięć niesamowitych rzeczy, jakich "nauczył mnie" Tinder. Gotowi na kolejną część odkrywania realnego świata dzięki głupim programom na telefon? No to do dzieła!

Większość dziewczyn jest brzydka

Zaczynamy z grubej rury, a co! Przechodząc miastem, ja zwracam uwagę tylko na te ładne niewiasty (lub ewentualnie te wyglądające jak potwór z bagien), przez co umyka mi czasem gdzieś fakt, że przecież większość dziewczyn nie może się poszczycić przesadną urodą. Ale Tinder wrył mi tę zasadę w pamięć na długi okres czasu.

Niejednokrotnie bowiem zdarzały się sytuacje, że z dziesięciu zdjęć, klikałem serce jedynie przy jednym z nich. Ba, miałem również okazję wciskać krzyżyk przez dobrą minutę. A to na ekranie pojawiał mi się Gargamel o krzywym nosie, a to jakaś tapeciara niczym laski z "Warsaw Shore", a to wieloryb, który wypłynął z oceanu. Uprzedzam głosy oburzenia w rodzaju "NIE LICZY SIĘ WYGLĄD, TYLKO WNĘTRZE" - hej, to aplikacja, której sednem jest ocena wyglądu. Jeśli Ci się to nie podoba, to zwyczajnie z niej nie korzystaj. 

Polki to najładniejsze kobiety na świecie

Niemiły pierwszy wniosek od razu chowamy pod łóżko i wracamy do rzeczy pozytywnych. Tinder uświadamia bowiem, że Polki to jednak ładne dziewczyny. Uśredniając - sporo ładniejsze od swoich zagranicznych koleżanek. Przy zdecydowanej większości Hiszpanek, Ukrainek czy Niemek (to ostatnie chyba nikogo nie dziwi) klikałem zdecydowanie krzyżyk. Skończyło się na tym, że dobrało mi parę z raptem jedną dziewczyną z zagranicy. 

Wniosek może być więc również wyłącznie jeden - Polki to najładniejsze kobiety na świecie. No dobra, jest też druga ewentualność - Kraków nie jest miejscem atrakcyjnym dla pięknych cudzoziemek. Ale, dla dobra narodu, trzymajmy się tej pierwszej wersji.

fot. Maciej Serafinowicz
Nie istnieje pełne równouprawnienie płci

Gdyby ktoś jeszcze w to wątpił, Tinder tylko potwierdza tę życiową prawdę. Feminizm feminizmem, ale gdy przychodzi co do czego, to zawsze facet musi być tym, który ma zagadać jako pierwszy. A ja lubię robić ludziom na złość - niejednokrotnie czekałem dzień czy dwa, by napisać do dziewczyny, z którą połączył mnie system (ależ to mało romantycznie brzmi). I co? I nic. Zdarzyło się raz albo dwa, że dziewczyna wreszcie sama napisała. Widzicie? Tak mało było tych sytuacji, że nawet nie pamiętam ich konkretnej liczby!

Zresztą, gdy dojdzie już do samej rozmowy, bywa wcale nie lepiej. Według wielu dziewczyn to zawsze facet musi nadawać temat konwersacji, to on musi mówić "ahoj, marynarzu!" jako pierwszy każdego dnia. Sorry, babe - nie ze mną te numery.

A tak swoją drogą, szerzej o tym dziewczęcym kompleksie pisze jeden z nielicznych blogerów, których czytam regularnie - Stay Fly. Jeśli więc macie chwilę, zobaczcie co on też naskrobał na ten intrygujący temat

Kobieca logika czasem poraża, ale tym razem niektóre przesadziły

Zawiło skonstruowałem ten wniosek, wiem. Ale serio nie wiedziałem, jak mam inaczej to ująć. Dzięki Tinderowi moje niezrozumienie kobiecej logiki wskoczyło na jeszcze wyższy poziom. Uwaga, będzie nieprawdopodobnie, absurdalnie oraz - a jakżeby inaczej - zabawnie.

Przypomnijmy więc fakty: cała logika Tindera opiera się zdjęciach, prawda? Bez choćby jednego z nich nic tu nie zdziałamy. Więc proszę o wyjaśnienie jednej kwestii - po jaką cholerę niektóre dziewczyny rejestrują się w tej aplikacji, po czym nie wrzucają ani jednego swojego zdjęcia?! To nie jest odosobniony przypadek - ludzik pokazujący brak profilówki na Facebooku zdarza się jakoś raz na dwadzieścia przypadków. 

I'm just going to leave this here.

Źródło: Gratisography.com
Poznawanie ludzi w internetach jest spoko

Tadam! Oto nie tylko wniosek pozytywny, ale jednocześnie prawdopodobnie najważniejszy ze wszystkich tu opisanych. Ja jakoś przesadnie nigdy nie przepadałem za poznawaniem ludzi przez sieć, ale - gdy się chwilę nad tym zastanowić - kilka naprawdę fajnych osób dane mi było spotkać po raz pierwszy właśnie w internecie. Niejednokrotnie zresztą te znajomości okazywały się przenosić także do świata realnego.

Ale Tinder ułatwia to wszystko dobre kilka lub kilkanaście razy. Przez raptem miesiąc korzystania z niego poznałem kilka naprawdę spoko osób, z którymi ciągle mam kontakt. Aż sam jestem zdziwiony, że wszystko to aż tak dobrze poszło! Bardzo fajna sprawa, bardzo fajne doświadczenie. Polecam każdemu sprawdzić na sobie, choćby z ciekawości. 

Natomiast tym, którzy lubują się w serialach, zalecam sprawdzić drugi odcinek najnowszego sezonu "New Girl". Moim zdaniem bardzo przyjemnie porusza on właśnie temat Tindera. Dla każdego użytkownika tej apki będzie to na pewno dwadzieścia minut przepełnione śmiechem!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

7 komentarze: