Jak (nie) podrywać w klubach?

Sytuacja, o której zaraz przeczytacie, zdarzyła się naprawdę. Ba, miała ona miejsce praktycznie niecałe dwadzieścia cztery godziny przed opublikowaniem tego postu. Miejsce akcji? Klub Prozak 2.0 w Krakowie. Powód mego zjawienia się w tym obiekcie? Razem ze znajomymi wybraliśmy się na koncert Izy Lach. I jakkolwiek samo show było naprawdę pozytywne i przyjemne, tak wszyscy zapamiętamy ten dzień z jeszcze innego powodu.

Koncert trwa już jakieś kilkadziesiąt minut. Ludzie bujają głowami, a Iza pozytywnie nawiązuje kontakt z całym tłumem. W ciągu przerw między kawałkami, artystka zagaduje publiczność, która zresztą chętnie jej odpowiada. Jeden z takich momentów zaowocował w kilka różnych okrzyków naraz, szczerze mówiąc, niezbyt dobrze przeze mnie wyłapanych. Któryś z nich został jednak usłyszany przez mojego znajomego, przez co ten, wczuty w klimat, określił część osób z sali "jebanymi Cebulakami".

O co dokładnie chodziło? Ciągle nie wiem. Wiem natomiast, że często ciche powiedzenie czegoś, może ostatecznie usłyszeć trochę więcej osób niż było to planowane. Tak było i tym razem. Ktoś zawtórował mojemu kumplowi okrzykiem "Polaki Biedaki Cebulaki". Ile osób tak naprawdę w ogóle te dwa zdania usłyszało? Trudno powiedzieć. Na pewno wyłapała je jednak pewna "dama", stojąca obok mego znajomego.

"To jest niemiłe" - tak właśnie postanowiła rozpocząć rozmowę ta "piękność", przypominająca raczej typową blacharę. Wszyscy spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem, obawiając się, że zaraz wybuchniemy śmiechem. Na szczęście zaczęła grać muzyka, co przyciągnęło nasz wzrok z powrotem w kierunku sceny. I tylko mój biedny znajomy musiał wysłuchiwać utyskiwań stojącej obok niego dziewoi.

Jak się okazało, kłótnia o "Cebulaków" była tylko pretekstem do zagajenia w ogóle. Choć sam stałem jakiś metr dalej, całkiem nieźle słyszałem dalszą część rozmowy. Wspomniana "piękność" szybko zarzuciła konwersację zdaniami, które równie dobrze można by przedstawić jako: "chodź ze mną do kibla, będziemy się ruchać". Wybaczcie za słownictwo, jednak staram się jak najmocniej zbliżyć do poziomu intelektualnego tej nietypowej dziewoi.

Niestety, jej plan zawiódł. Już od początku koncertu przeczesywała ona salę w poszukiwaniu ogiera do zerżnięcia, zatrzymując wzrok na każdym facecie, lecz ostatecznie wybrała cel zły. Po pierwsze, kumpel mój ma dziewczynę, której trzyma się wiernie (zgadza się - tutaj powinniście kilka razy zaklaskać przed komputerem). Drugi powód jest natomiast bardziej prozaiczny. Po zapytaniu: "ej, a masz może fajki?", "piękność" odpowiedziała niestety przecząco. No cóż, to ją skreśliło ostatecznie. Potem widzieliśmy ją jeszcze wychodzącą po koncercie z klubu z głową spuszczoną w dół. Mógłbym napisać, że jest mi jej szkoda, ale nie lubię kłamać.

Teraz najważniejsze - ta historyjka nie ma być tylko zabawna. Ma ona bowiem również morał! "Nieprawdopodobne", "nie wierzę", "no shit" - powiecie. Ja natomiast odpowiem z uśmiechem: "ależ mówię serio!". No to jaka jest ta cała puenta? Gdy chcesz poderwać kogoś w klubie, może wystarczyć zwrócenie na siebie uwagi. W jakikolwiek sposób. Możesz krzyknąć "jebane Cebulaki", "chuj Ci w dupę" albo cokolwiek innego. Jak widać, są osoby, które takie coś podnieca i chętnie dadzą się przelecieć w klubowej toalecie. 

I w razie czego pamiętajcie, że ja napisałem o tym pierwszy. Za kilka miesięcy może się okazać, iż to najnowszy trend w podrywaniu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Uderz w spację

Nie jestem mistrzem stawiania przecinków. Plasuję się ze swoimi umiejętności interpunkcyjnymi wręcz na pewno gdzieś powyżej średniej, ale i mi zdarza się w tej kwestii popełniać różne błędy. Raz przecinka nie postawię tam, gdzie powinien się on znajdować, innym razem nawrzucam ich za dużo do jednego zdania. Do profesora Miodka daleko mi więc.

Wkurzają mnie błędy interpunkcyjne u innych ludzi - a jakże. Jeśli jednak wywołany do tablicy w tej kwestii nie jestem, to staram się trzymać język za zębami. Nawet, gdy ktoś przed takim nieszczęsnym "że" czy "który" nie postawi przecinka, nie wypomnę tego przy każdej możliwej okazji. Może ktoś się spieszył, a może nawet po prostu mu się tego głupiego znaczka wstawiać nie chciało. Trudno. Jest jednak pewna rzecz, której zupełnie zrozumieć nie mogę.

Dlaczego ludzie w internecie źle używają spacji? Pytanie to szumi mi w głowie od mego pierwszego kontaktu ze spacją postawioną przed kropką. Gdy widzę, że ktoś pisze w taki sposób nie zalewa mnie fala zdenerwowania - co to, to nie. Zamiast tego kołacze we mnie ogromne zdziwienie, które dławi nawet chęć gromkiego zaśmiania się. Mój pierwszy kontakt z internetem miał miejsce ponad dziesięć lat temu. Tego dziwnego procederu nie rozumiałem już wtedy, gdy byłem kilkuletnim brzdącem.

Czy takie stawianie spacji przed kropkami, przecinkami czy wykrzyknikami, jest chęcią wyrażania swego awangardowego podejścia do życia? Ups, przepraszam - dziś na to mówi się: hipsterstwo. Śmiem jednak w to wątpić, niezależnie od nazewnictwa. Okej, może i są ludzie, którzy celowo łamią te podstawowe zasady i spacjami atakują każdą ewentualną przerwę między znakami wszelakimi. Większości jednak do takiego podejścia raczej daleko.

Skończmy już jednak z tym narzekaniem na tę całą "sprawę spacjową". Ja jedynie proszę o odpowiedź na pytanie: "dlaczego?". Albo też: "jak to w ogóle możliwe?". No bo wiecie - Ci ludzie kiedyś musieli czytać jakiś tekst napisany komputerowo. Musieli mieć przed oczyma jakąkolwiek książkę albo chociaż telegazetę. Nieważne, co konkretnie. Tekst "komputerowy" otacza nas zewsząd, nie da się go pominąć. I z tych materiałów wypływa dobitnie hasło: "przed znakami interpunkcyjnymi spacji nie stawiamy".

Boże, mój Boże, ześlij mi odpowiedź. Czekam nań od tylu lat, może wreszcie znajdzie się mędrzec, który odpowie mi na to frapujące pytanie. Ja tymczasem mam dość tej zadumy, tego ogromnego zdziwienia. Idę się pośmiać z całej sytuacji. Wybieram się w tym celu na jeden z moich ulubionych fanpage'y facebookowych - "Przecinki w niewłaściwych, miejscach". Polecam .

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Nike Roshe Run - z czym to się je?

Modowa faza na Air Maxy na dobre trwa w naszym kraju. Te buty (oraz cała reszta sneakersów) na dobre zadomowiły się w domach młodych Polaków. Dziś zresztą łatwiej jest znaleźć je na nogach dziewczyn niż facetów, co kilka lat temu nie było jeszcze takie oczywiste. I choć niektórzy wciąż pozostają ciągle w stricte airmaxowym światku, wiele osób ruszyło już dalej, tropem trendów z Ameryki, przenosząc swoją uwagę na wszelakie buty do biegania.

Ja sam miałem okazję recenzować dla Was jeden z modeli Nike Free Run, jednak zdecydowanie bardziej pod kątem biegania niż użytku codziennego. Jako fan sneakersów, postanowiłem jednak, że warto by na blogu od czasu do czasu opisywać również inne buty, w jakich dane jest mi chodzić. Świat pędzi szalenie za trendami, a często nawet nie zdajemy sobie sprawy, co dane obuwie ma nam tak naprawdę do zaoferowania. Jako pierwszy, postanowiłem wziąć na celownik model Nike Roshe Run, coraz bardziej rozchwytywany przez młodych rodaków.

Roshe to naprawdę ciekawa sprawa, bo pierwszy but tego typu wypuszczony został raptem w roku 2012. Naprawdę szybko zdobył on sobie popularność, a w Polsce wiele różnorodnych edycji tego modelu jest łatwo dostępnych od dobrych paru miesięcy. Ja sam swój egzemplarz nabyłem pod koniec ubiegłorocznych wakacji, tak naprawdę bardzo mało wiedząc o samym bucie. Jak więc po tylu miesiącach wygląda kwestia użytkowania Roshe Runów?

Co najważniejsze, choć nazwa może temu zaprzeczać, nie jest to wcale model przeznaczony do biegania. Pewnie, możecie sobie w nich wyskoczyć na jogging, jeśli Wam naprawdę zależy, ale na pewno nie będzie to najlepszy wybór. Jest wiele innych butów, które zostały stworzone praktycznie tylko i wyłącznie z myślą o bieganiu. W przypadku Roshe Runów, warto zdecydować się jednak raczej na podejście lifestylowe.


Na model ten składają się tak naprawdę dwie bardzo istotne rzeczy. Po pierwsze, spora podeszwa. To bardzo charakterystyczny element Roshe Runów, podobnie jak jeszcze bardziej nietypowa podstawa we wszystkich Air Maxach. Podeszwa jest tu spora, ale co za tym idzie, także w odpowiedni sposób amortyzuje ona wszelkie niedogodności terenu. Podczas chodu czuć tak naprawdę, jakbyśmy poruszali się na czymś w rodzaju "utwardzonego puchu". Jakkolwiek abstrakcyjnie mogłoby to brzmieć.

Drugi ważny element Roshy to oczywiście góra buta. Jak się okazuje - także bardzo nietypowa. To z jej powodu w tym modelu nie wyskoczysz raczej na dwór w zimie, ani podczas wielkiej ulewy. Całość stworzona bowiem została z delikatnej, luźnej siatki*. Ba, nie jest to utwardzona przez odpowiednie komponenty siatka, jak w niektórych butach stricte do biegania. To po prostu bardzo cienka warstwa, której daleko do jakiegokolwiek innego buta.

To również ma jednak swoje plusy. Roshe są bardzo przewiewne, a do tego łatwiej dopasowują się do stopy właściciela. Nie muszę chyba wspominać, że całość jest dzięki tamu nadzwyczajnie lekka? W bucie tym tak naprawdę czuć bardziej podeszwę, aniżeli jego górę - właśnie dzięki tej siatce. Podczas ich pierwszego założenia, czułem się prawie równie zachwycony, co po pierwszych krokach we Free Runach.

Ale, ale! Jest też i druga strona medalu. Jeśli Wasze podejście opiera się na zasadzie: "kupię jedne buty i przechodzę w nich cały sezon" - Roshe nie są dla Was. One po prostu nie pasują na każdą pogodę. Jasne, lato w nich wytrwacie, ale co z czasem, gdy na zimowe buty wciąż jest jeszcze za ciepło, ale polska jesień daje się już we znaki? Wtedy ten model raczej powinniście sobie odpuścić.

Natomiast jeśli szukacie nietypowego uatrakcyjnienia Waszego sneakersowego zbioru, Roshe wypadają jako naprawdę ciekawa opcja. Świetnie nadadzą się na wypad do miasta w gorące samo południe, jak i przez większość naszej pięknej wiosny. Zachęca na pewno cena, która jest naprawdę niezła, biorąc pod uwagę, iż mamy do czynienia z modelem szybko zdobywającym popularność. Roshe spokojnie dorwiecie za około dwieście złotych, a wybór kolorów jest spory. Jeśli się zdecydujecie, zapewniam Was, że nie będziecie zawiedzeni.

Szukasz innych ciekawych propozycji butów na lato? Sprawdź moje recenzje modeli Nike Stefan Janoski Max (KLIKNIJ TUTAJ) oraz etnies Scout (KLIKNIJ TUTAJ).

Jeśli natomiast interesują Cię buty do biegania, zajrzyj do testów modeli Nike Free Run +3 5.0 (KLIKNIJ TUTAJ) i Nike Free Flyknit 4.0 (KLIKNIJ TUTAJ).

* w niektórych Roshe Runach zamiast siatki jest jakiś inny, delikatny materiał, ale nie miałem jeszcze okazji tych modeli testować. 

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Myślę, że na tym zdjęciu dobrze widać, na czym polega "luźność" siatki, z której zrobiony jest Roshe Run.

107 komentarze:

Łykasz prowo jak pelikan

Początek tygodnia to zawsze dobry moment, by pomówić o internetach. Prawie zawsze w takiej sytuacji można bowiem z jednej strony coś przemyśleć na poważniej, a jednocześnie zaśmiać się na głos. Internauci to dostarczyciele najzabawniejszego contentu we wszechświecie, przewyższającego w wielu przypadkach swoim "WTF level" takie hity jak "Warsaw Shore" czy nowy program z Natalią Siwiec. Czym sieć zaskoczyła swych użytkowników tym razem?

Polska strona Facebooka ma w ostatnich dniach nowy, hitowy fanpage: "Marihuana - uzależnia i zabija". Jak mówią sami twórcy strony, tylko u nich znajdziemy "rzetelne informacje" na temat tego słynnego narkotyku. Oczywiście to zwyczajna "przykrywka" dla dostarczania w mniej typowy sposób humoru Czytelnikom. Administratorzy przygotowali więc już naprawdę sporą ilość materiałów, mających "potwierdzić" zło płynące z marihuany.

Jest więc klasyczne nawiązanie do chociażby Magika czy "świadectwa" fanów fanpage'a. Do tego mnóstwo tabelek, prezentujących "rzetelne informacje", potwierdzające np., iż amfetamina jest o wiele zdrowsza od marihuany. A wiedzieliście chociażby, że alkohol leczy raka, a trawka go powoduje? Nie? No to już wiecie, z niezbędna wiedzą przychodzi bowiem ten cudowny fanapage.

Mnie tego rodzaju humor śmieszy, ale nawet jeśli Was niezbyt - i tak zostańcie tu jeszcze na chwilę. Nie bowiem same żarty będą głównym tematem tego wpisu. Jeszcze zabawniejsi są bowiem ludzie, którzy nie domyślają się, że to wszystko jest robione for fun. Zgadza się - niektórym wydaje się, iż to wszystko jest robione na serio. 

I zaczynają się oburzać. Na całym fanpage'u jest już naprawdę mnóstwo komentarzy od ludzi, którzy wyzywają jego adminów od najgorszych. Zarzucają im okłamywanie społeczeństwa, rzucają wyświechtanymi frazesami "nie paliłeś, to nie udzielaj się na ten temat, lamusie!" i zbijają "piąteczki" z innymi palaczami. Gdy tak patrzę na te wszystkie wypowiedzi, powoli zaczynam się zastanawiać, czy aby ta marihuana rzeczywiście nie niszczy mózgu w tak szybkim tempie.

Naprawdę, było wiele różnych prowokacji internetowych, tak dobrze przemyślanych, że wierzyło w nie wielu inteligentnych ludzi. Ale kurczę - jak można na poważnie wziąć fanpage, na którym napisane jest, że z powodu marihuany corocznie umiera kilkadziesiąt milionów ludzi? Dla mnie to jest równie abstrakcyjne, co uwierzyć, iż właśnie wybuchła Ziemia, choć wyglądając przez okno, świat wydaje Ci się taki sam jak zwykle. Albo gdy podczas oglądania "Dragon Ball" wkręcasz sobie, że potrafisz latać jak Goku i wyskakujesz przez okno.

Z każdym kolejnym dniem w internecie, przekonuję się, iż chyba trzeba by szkolić ludzi przed wejściem do tego cyberświata. Nie wiem, może należy postawić na jakiś kurs, tłumaczący, czym jest trolling, prowokacja i cała reszta tego typu pojęć. Może wtedy tak dużo osób nie robiłoby z siebie pośmiewiska. Choć z drugiej strony - wtedy w internecie mogłoby zabraknąć ludzi, z których można by się śmiać. No i mamy teraz do czynienia z wyborem iście tragicznym.

#corobićjakżyć

Źródło: Flickr.com

1 komentarze:

Filozofia Fuck it, czyli jak osiągnąć spokój ducha

Powiedzmy sobie szczerze - tytuł dziś recenzowanej książki jest w jakiś sposób kontrowersyjny, a przez to mocno intrygujący. I to właśnie z tego powodu w ogóle tytułem tym się zainteresowałem. Nie przepadam (delikatnie mówiąc) za wszelkimi pozycjami "motywującymi", ale zaryzykowałem zakup właśnie tego. Czy ciekawy tytuł przekłada się jednak na równie interesującą treść?

Przyznać trzeba, że nazwa książki rzeczywiście powiązana jest z jej treścią. Oczywiście, to wciąż jest niezły chwyt marketingowy, ale poza tym warto oddać autorowi, iż przekazał w tytule to, co autentycznie zawiera jego twór. John C. Parkin uczy więc Czytelnika, jakim aspektom życia powinien powiedzieć on magiczne "pieprzę to". Jego intencją jest pokazanie, że warto podchodzić do swojej egzystencji w bardziej luźny i relaksacyjny sposób.

Niestety, dalej zaczynają się już raczej same schody. Cała idea tej książki zakłada bowiem, że "pieprzę to" powinno się mówić każdemu problemowi, jaki w życiu spotykamy. Przez to, tak naprawdę każdy kolejny (pod)rozdział tej pozycji wygląda tak samo. Parkin wynajduje różnorodne problemy, po czym tłumaczy, jak on sam sobie z nimi poradził i jak dobrze mu się z tym żyje.

Autor zresztą nawet nie próbuje przesadnie uatrakcyjniać Czytelnikowi swoich rozważań. Regina Brett w "Bóg nigdy nie mruga" do swoich przemyśleń zawsze dorzucała jakąś historię, która miała naświetlić sytuację. Tutaj w większości przypadków nie ma nawet tego. "Filozofia Fuck it" to czyste teoretyzowanie, której potwierdzenie ma się odbywać jedynie na zasadzie powiedzenia "tak jest i koniec, kropka".

Poza tym, przyznać muszę szczerze - ten tytuł niczego Was nie nauczy. Może przez chwilę pomyślicie sobie: "wow, powiedziałem <<pieprzę to>> i teraz czuję się lepiej!". Będzie to jednak tylko chwilowy entuzjazm. Słowa Parkina były już wypowiadane przez wielu ludzi, w tym przypadku wszystko to zostało po prostu "ozdobione" o wulgaryzm, mający w sprytny sposób zachęcić do sięgnięcia po ten tytuł.

Jeśli więc chcecie dostać naprawdę dobry i wciągający twór, "Filozofia Fuck it" na pewno nie powinna się znaleźć na Waszej liście must-have'ów. Nudziłem się przy niej i skończyłem praktycznie tylko po to, by móc z czystym sercem napisać o niej recenzję. Jasne, kilka fragmentów było delikatnie zabawnych, ale nie jest to raczej poziom, jakiego oczekiwałbym po takiej książce. 

Większy "spokój ducha" osiągnięcie po prostu nie marnotrawiąc pieniędzy na ten tytuł niż go kupując i czytając.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Raper, którego nie znasz, a który będzie wkrótce na ustach wszystkich

Choć recenzje płyt postanowiłem sobie ostatecznie na blogu odpuścić, od czasu do czasu wciąż chcę Wam podrzucać wykonawców, których naprawdę warto sprawdzić. Ostatnio zrobiłem tak w przypadku Does It Offend You, Yeah?, co uzyskało zdecydowanie pozytywny oddźwięk. Wykorzystując więc fakt, iż nastąpiła obecnie mała przerwa w serii "Raperzy czytają", postanowiłem tym razem opowiedzieć na blogu o pewnym raperze.

Nie jest to artysta polski, co warto zaznaczyć już na samym początku. Poza tym, nie bierzcie sobie tytułu tego postu przesadnie do serca. Choć prawdziwy boom na omawianego tu rapera jeszcze nie nastąpił, mimo wszystko zebrał on już jakąś grupkę wiernych fanów. Wątpię jednak, by kojarzyło go przesadnie wielu Polaków, natomiast szczerze wierzę, że ma on przed sobą naprawdę sporą karierę.

Okej, to o kim mowa? Przywitajcie Isaiaha Rashada. Zgadza się - nie ma żadnego ekstrawaganckiego pseudonimu, żadnego ukrywania się pod wymyśloną nazwą. Isaiah rusza więc drogą chociażby Kendricka Lamara. Zresztą, nie tylko występowanie pod prawdziwymi imionami łączy tę dwójkę amerykańskich raperów.

Isaiah jest bowiem najnowszym członkiem labelu Top Dawg Entertainment, do którego należą między innymi członkowie Black Hippy, czyli również i Kendrick we własnej osobie. I to właśnie nakładem tej firmy został niedawno wypuszczony pierwszy materiał Rashada z prawdziwego zdarzenia. Płyta "Cilvia Demo" została wydana dwudziestego ósmego stycznia tego roku i przyciągnęła do postaci nowego członka TDE sporą rzeszę nowych fanów.

Zdaje się jednak, że jak dotąd najbardziej efektownym działaniem Rashada, było wypuszczenie jego pierwszego singla pod banderą nowego labelu. Wiele osób (w tym i ja) właśnie dzięki klipowi do "I Shot You Down" poznało Isaiaha. Trudno się zresztą dziwić, że tak dobry i klimatyczny kawałek przyciągnął sporą rzeszę nowych słuchaczy. Jeśli spodoba Wam się ten track, cała reszta twórczości Rashada również na pewno przypadnie Wam do gustu.

I taką właśnie drogą powinniście iść, w celu zagłębienia się w muzykę Isaiaha. Najpierw singiel, który przyniósł mu sporą popularność, potem natomiast "Cilvia Demo". Następnie możecie sprawdzić również inne tracki Rashada, dostępne na jego SoundCloudzie czy DatPiffie, gdzie znajdziecie fanowskie mixtape'y, stworzone z luźnych kawałków rapera. Nie jest tego przesadnie dużo, ale ma to również swoją dobrą stronę - nie ma możliwości poczucia się przytłoczonym przez ilość tworów Isaiaha.

Jeśli więc jesteście fanami rapu i szukacie w nowych produkcjach nie tylko niuskulu, ale raczej wręcz świeższego spojrzenia na bardziej oldskulową muzykę - koniecznie sprawdźcie, co ma Wam do zaoferowania nowy członek TDE. To jedno z moich najlepszych odkryć rapowych ubiegłego roku i mam nadzieję, że również i wielkie media muzyczne zauważą tę postać. Rashad kolejnym Freshmanem magazynu XXL? Szczerze na to liczę.

8 komentarze:

LEGO Movie

Doczekałem się. Po tylu miesiącach od zakochania się w trailerze, pełna wersja "LEGO Movie" trafiła wreszcie do rodzimych kin. Pomimo przedpremierowej zajawki, nie byłem jednak pewien, czy aby na pewno uda mi się obejrzeć ten film na dużym ekranie. Gdy jednak nadarzyła się ku temu dobra okazja, dobrze ją wykorzystałem. Czy pełnometrażowe przygody ludzików LEGO spisały się na medal?


Jak wygląda główna oś scenariusza? Cóż, szczerze mówiąc, nowatorskości w niej uświadczyć wybitnie trudno. Nad światem LEGO zaczął panować niejaki Lord Biznes, którego marzeniem jest pełne podporządkowanie sobie wszystkich mieszkańców klockowej krainy. Według legendy, plany pokrzyżować ma mu dopiero Wybraniec, jakim okazuje się zwyczajny robotnik, przez znajomych uznawany za synonim słowa "nijaki". Wraz z pomocą grupy wybitnych postaci, zwanych ogólnie Architektami, ma on ocalić swój świat przed totalną zagładą, przewidzianą przez Lorda Biznesa.

Ale spokojnie, zostańcie jeszcze na chwilę! To, że główny motor napędowy tej produkcji jest mocno typowy, nie doprowadza do totalnej katastrofy. Ba, zdaje się wręcz, iż taka "anty-nowatorskość" fabuły została z góry ustalona, jako istotny element całości. Twórcom natomiast zabieg ten zdecydowanie się popłacił.

Klasyczne podejście do wątku głównego, zostało bowiem dobrze wykorzystane jako baza dla pierwszego takiego filmu o kultowych klockach. Bo przecież tak naprawdę o LEGO tu w głównej mierze chodzi. Kto by pomyślał, że w tak prosty, acz przyjemny dla widza sposób, można połączyć wiele różnorodnych postaci, dostępnych na sklepowych półkach jako klocki. Batman, Gandalf i Shaq O'Neal w jednym filmie? To mogło się udać tylko tutaj.

Poza tym, "LEGO Movie" to spora łycha pełna humoru. Naprawdę, żartów jest tu co niemiara, bo praktycznie każda scena miała w założeniach być luźna i przyjemna. Nawet najbardziej "dramatyczne" momenty, zostają tu przedstawione w taki sposób, że widzowi mimo wszystko cieszy się morda. Poziom pozytywnych emocji? Over 9000!

Na dodatek, "LEGO Movie" idzie torem obranym przez porządne filmy animowane już jakiś czas temu i ma w sobie coś zarówno dla dzieciaków, jak i dorosłych. Ci pierwsi docenią na pewno czysty fun płynący z seansu, świat klocków, magicznych bohaterów i żarty uniwersalne, do których nie trzeba przesadnej dojrzałości. Osobom doroślejszym na pewno przypadnie natomiast do gustu humor skierowany bardziej do nich, jak choćby ironiczne wyśmiewanie na początku ustroju politycznego, wprowadzonego w świecie LEGO przez Lorda Biznesa.

Film o kultowych klockach zdecydowanie spełnił moje oczekiwania. Ba, może i wręcz je przeskoczył. Na seansie bawiłem się świetnie, zupełnie się nie nudząc i cały czas siedząc ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dla wielu może się to wydać przesadą, ale serio - oglądało mi się to przyjemniej niż wiele produkcji oscarowych. "LEGO Movie" miało widza bawić i śmieszyć. Swoje zadania spełnia perfekcyjnie. Polecam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Poczuj się jak Indiana Jones i Robert Langdon

Nie jestem perfekcyjnym znawcą historii dzieł kultury jakiejkolwiek. Filmów nazywanych "klasykami" nie widziałem po dziś dzień, za to sporo mogę powiedzieć o kinowych premierach. Nie wymienię listy dzieł Mickiewicza, ale mogę co nieco poopowiadać o Pilchu czy Karpowiczu. Zamiast klasycznych ballad rockowych, na moim odtwarzaczu znajdziesz raczej najnowsze wydawnictwa spod znaku rapu.

I nawet o tak młodej dziedzinie kultury jak gry wideo, nie mogę zbyt wiele powiedzieć w kwestii klasyki. Jasne, ograłem stare przygody hydraulika Mariana, miałem okazję pociorać w "Wolfensteina 3D" czy "GoldenEye 007" z Nintendo 64. Wciąż jednak czuję wobec siebie pewnego rodzaju wstyd, że nie miałem okazji skończyć "Metal Gear Solid", "Final Fantasy VII" czy "Baldur's Gate". Jest jednak pewien ważny element, którym staje mocno po stronie starszych stażem graczy.

Chodzi o konkretny gatunek w wirtualnej rozrywce - przygodówki. Dziś jest to określenie całkiem szerokie, którym określa się nawet takie tytuły jak "Tomb Raider" czy "Uncharted". Kiedyś natomiast wszyscy co do przygodówek byli zgodni - są to właściwie wyłącznie produkcje point-and-click. Czyli takie, które obfitują w intrygującą fabułę, wiele zagadek i sporo dialogów, a do sterowania ma wystarczyć myszka.

I ja mam taki swój jeden prywatny klasyk, wprost z tego gatunku gier właśnie. Zagrywałem się w jego drugą odsłonę za dzieciaka, gdy została ona dodana do jakiejś gazety. Wtedy sporo mojej rozgrywki polegało na czytaniu poradnika i przechodzenia całości z jego pomocą. Na własne myślenie jakoś przesadnie nie miałem chyba ochoty. Mimo tego, fun czerpałem z tego ogromny.

Wówczas jednak "Broken Sword 2", bo o tym tytule mowa, nie ukończyłem. Utknąłem w pewnym miejscu i nawet instrukcja nie pomogła mi przedrzeć się dalej. Próbowałem kilkukrotnie - zero rezultatów. Zawsze zatrzymywałem się w tym samym miejscu i za nic nie wiedziałem, co powinienem zrobić dalej. Mimo tego, przygody George'a i jego francuskiej, seksownej znajomej Nico, zapadły mi na długo w pamięć.

"Broken Sword" przypomniał mi o sobie po kilku latach. Wtedy na sprzęty Apple pojawił się pięknie odnowiony remake pierwszej części tej serii. Poznałem wreszcie początek przygody moich ulubionych bohaterów, a do tego totalnie zagłębiłem się w dostarczony mi świat. Przeszedłem całość szybko i nie mogłem wyjść z podziwu, jak tytuł ten wciąga mocniej od wielu innych, bardziej nowoczesnych produkcji.

Potem było jeszcze lepiej - wypuszczono na iOS remake "Broken Sword 2". Już nie tak dokładnie przystosowany do obecnych standardów jak odświeżona wersja pierwszej części, ale i tak byłem zachwycony. Po tylu latach wciąż pamiętałem, jak rozwiązać każdą z zagadek. A potem udało mi się wreszcie pokonać przeszkodę, która za dzieciaka była moją piętą Achillesową. Jedna z najpiękniejszych chwil w moim growym życiu. Serio.


Chciałem jeszcze więcej. Na kolejne dwie części "Broken Sword" się jednak nie pokusiłem. Przerzucenie się z rysowanych plansz 2D na komputerowe 3D nie zachęcało mnie do siebie, a wręcz odrzucało. Bałem się, że zniknie cały ten klimat, który tak świetnie podkreślany był w dwóch pierwszych odsłonach. Ostatnio jednak znów nastąpił dla mnie przełom.

Pod koniec ubiegłego roku, firma Revolution, twórcy przygód George'a i Nico, wydali na komputery "Broken Sword 5". Twór zapowiadający się cudownie, bo wracający do korzeni serii. Dostaliśmy piękne 2D (poza postaciami), zupełnie nową fabułę i umiejscowienie większości akcji gry w Paryżu. Czy można było chcieć czegoś więcej?

Ja nie od razu zabrałem się jednak do rozgrywki. Spokojnie czekałem na wciąż przekładaną premierę gry na iPada. Wreszcie się doczekałem, zakupu dokonałem i ponownie zagłębiłem się w tak bliski memu sercu świat. Gdy już odpalałem nowego "Broken Sworda", odpływałem i orientowałem się po krótkiej chwili, że minęła już dobra godzina. Skończyłem całość przedwczoraj i kurczę - chcę więcej.

Na szczęście więcej dostanę. "Broken Sword 5" został bowiem podzielony na dwie części, a druga z nich ma pojawić się na rynku już w marcu. Czekam naprawdę niecierpliwie, bo choć ukończenie pierwszej połowy nowej odsłony zajęło mi dobrych parę godzin, wciąż czuję pewnego rodzaju niedosyt. To tak jak z Twoim ulubionym serialem (dajmy na to - "Walking Dead"), który w połowie sezonu zostaje przerwany i na kolejny odcinek trzeba czekać dwa miesiące.

A może Wy również macie ochotę spróbować swych sił z serią "Broken Sword"? Nie trzeba być do tego profesjonalnym graczem, serio. Nikt tu nie wymaga precyzji do strzelania z karabinu, umiejętności szybkiego pisania na klawiaturze czy zacięcia strategicznego. Wystarczy myszka (albo palec, jeśli wybieracie wersję na tablety czy smartfony) i mózg, który pomoże Wam w rozwiązywaniu (zazwyczaj jednak całkiem prostych) zagadek.

Zastanawiałem się, jak zajawić ten tytuł osobom nieznającym serii (czy też w ogóle niegrającym) i ostatecznie wpadłem chyba na niezły pomysł. To bowiem trochę takie połączenie przygód Indiany Jonesa z powieściami Dana Browna. Tutaj jednak nie tylko oglądasz całą akcję, ale i również pomagasz bohaterom kroczyć dalej. Po z góry utartej ścieżce, jasne, ale jednak bez Ciebie fabuła toczyć się dalej nie będzie.

Jeśli więc jesteście choć odrobinę zainteresowani, wystukajcie w wolnej chwili w Googlach hasło "Broken Sword". Przed Wami widnieją godziny spędzone wśród naprawdę świetnych bohaterów, intrygujących tajemnic i dawki charakterystycznego humoru. To co - wchodzicie w to? :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Czy dałbyś dupy, by ocalić przyjaciela?

W pewien wakacyjny wieczór ubiegłego roku, razem z przyjacielem popadliśmy wskutek alkoholowego upojenia w długą rozmowę. Jak to zawsze w naszym przypadku bywa: wiele zawierała ona rzeczy istotnych, wiele jednak pojawiło się też rozważań kompletnie idiotycznych. Poważne tematy przeplatały się więc i z tymi zwyczajnie śmiesznymi, i tymi poważnymi udającymi. W pewnym momencie doszliśmy do dialogu o mniej więcej takiej treści:

- Stary, słuchaj, jakby mniej kiedyś porwali i żądali okupu, to dałbyś im te pieniądze?
- No weź, nie ma innej opcji. Pewnie, że tak!
- A oddałbyś za mnie życie, gdyby jakiś psychol chciał, porywając mnie, dostać się do tak wielkiego blogera, jakim Ty jesteś?
- Z życiem byłoby mi się rozstać trudno, ale owszem, oddałbym swe życie za Ciebie, druhu.
(uwaga, teraz będzie ta najbardziej abstrakcyjna część)
- A jakby trafił się jakiś totalny porąbaniec i żądał, żebyś w ramach okupu dał mu dupy?
- Sorry, tego to nie. Zabić bym się dał, ale mój tyłek ma zostać nietknięty.

Ot, taka śmieszna historyjka z pijackiego życia wzięta. I my wciąż sobie czasem to z kumplem przypominamy i śmiejemy się z tego. Oczywiście to, że mój tyłek liczy się dla mnie bardziej od przyjaciela, jest mi non stop wypominane. Ale, cytując klasyka: "oj tam, oj tam". Ostatnio jednak wspomnienie to kołacze mi w głowie z mniej humorystycznych powodów. 

"Oddałbym za Ciebie życie" to taki frazes, który wiele osób rzuca na wiatr przy każdej możliwej okazji. Gdy wyznaje miłość swej drugiej połówce i chce uczynić ten gest bardziej patetycznym. Gdy - tak jak ja - upije się z dobrym kumplem. Lub gdy chce w ten sposób stworzyć jakiś niepisany pakt z najbliższymi mu przyjaciółmi. 

Ja przyznaję - też kilka razy takie słowa wypowiedziałem. Nie przesadnie wiele, ale jednak. Część z nich związana nawet była z osobami, z którymi dziś praktycznie kontaktu nie mam, więc pewnie i życia bym za nie nie oddał. Co jednak z tymi, będącymi wciąż mi osobami bliskimi? Zacząłem się zastanawiać: czy na pewno bym poświęcił się aż tak dla nich?

Kiedyś pewnie bym powiedział: no pewnie! Dziś też szczerze przyznam, że na tę chwilę chciałbym oddać za nich życie. Problem jest taki, iż obecnie egzystuję sobie z daleka od takich problemów. Siedzę na wygodnym łóżku, na sobie mam luźną koszulkę z hasłem "Jestę blogerę", a moje myślenie skupione jest na tworzeniu kolejnych zdań tego postu. Potem pewnie odpalę sobie serial albo zwyczajnie pogadam na Facebooku ze znajomymi. W skrócie: jest mi obecnie całkiem fajnie.

I w tej sytuacji myślę sobie: "hej, pewnie, że bym oddał życie za moich przyjaciół!". Ale kurczę - czy podobnie bym zadecydował stojąc na przeciw prawdziwego zagrożenia? Brak obecnego luzu, brak wygodnego łóżka. Zamiast tego dwie bramki: za jedną masz kata z siekierą, któremu ślina cieknie na Twój widok, druga skrywa natomiast piękne niewiasty (w wersji dla kobiet to seksowni mięśniacy), będące w gotowości do zajęcia się Tobą na wszelkie możliwe sposoby. Opcja nr 2 brzmi o wiele lepiej, no nie? Problem jest jeden - jak ją wybierzesz, Twój najlepszy przyjaciel/Twoja największa miłość/mama/tata/ktokolwiek Ci bliski po prostu zginie.

Wciąż brzmi to trochę abstrakcyjnie, no nie? Pewnie wciąż spora część z Was myśli teraz: "i tak oddałbym za niego/za nią życie". Nie dziwię się Wam. Ja też teraz tak myślę. Wiem jednak, że ostatecznie mogłoby się zdarzyć inaczej. I wtedy jednak swoim zachowaniem odwrotnym do planowanego przez lata, nie byłbym totalnie zdziwiony. W jakiś stopniu dopuszczam bowiem taką możliwość do zaistnienia.

Bo wiele już miałem podobnych zwrotów akcji, choć zdecydowanie mniej drastycznych niż śmierć. W gimnazjum mówiłem sobie: "nigdy w życiu nie będę słucham rapu, bo to jakieś murzyny tylko coś gadają głupiego". Dziś prowadzę blog z cotygodniowym cyklem "Raperzy czytają". Przez całe życie miałem liczne zasady, które w zupełnie spontanicznym momencie łamałem. Szczególności w kwestii związków z kobietami. Całe dzieciństwo mówiłem sobie, że pójdę na studia do Krakowa.

Ups, to akurat się sprawdziło. Więc może jednak moi przyjaciele mogą spać bez specjalnego strachu o swoje życie? W końcu w razie ich ewentualnego porwania, zawsze mają mnie! Tylko dupy za Was nie dam, sorry.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

Każdy z nas jest głupim chujem, każda z Was jest głupią pizdą

Przez spory czas w mojej grupie znajomych nieźle radziło sobie magiczne hasło: "Jeśli laska śmieje się jak głupia pizda, jest głupią pizdą". Zasłyszane praktycznie przypadkowo od mojego dobrego kumpla, stało się dobrym komentarzem dla wielu sytuacji. Każdy niewieści, acz głupkowaty chichot, można było nim szybko skwitować. Jak się taki śmiech konkretnie przedstawiał w rzeczywistym świecie? Gdy się go usłyszało, po prostu wiedziałeś, że to ten.

Jest jednak z tym życiowym mottem pewien kłopot: zakłada on istnienie dwóch grup "lasek". Jeśli bowiem któraś z dziewczyn nie śmieje się jednak "jak głupia pizda", znaczyłoby to, że "głupia pizdą" może w istocie nie być. A to już niestety spory błąd. Dlaczego? Bo tak naprawdę (choć ciężko mi to mówić) każda z Was, Drogie Panie, jest głupią pizdą.

Spokojnie jednak! Faceci też do świętych nie należą. W ich przypadku wręcz, powiedzenie "głupi chuj" jest jeszcze popularniejsze niż jego żeński odpowiednik. Facet rzucający kobietę prawie zawsze będzie tak określony. Facet, który w jakiś sposób zaburzył ogólny porządek kulturalnego zachowania wobec kobiety, również może zostać tak rychło nazwany.

I przyznam szczerze, że ja się kiedyś przed tym broniłem. W zachowaniu swym widziałem jedynie dobro, boskość i wszechwiedzę. Ja niby mam być tym "głupim chujem"? Przepraszam bardzo - a niby dlaczego? Kobieto, Ty zrobiłaś coś gorszego, wszyscy uznajemy zgodnie: "hej, to jest głupia pizda", więc automatycznie ja równie źle co Ty, nazywanym być nie mogę. Prawda? No nie do końca.

W pewnym momencie swego życia jednak swoje negatywne strony społeczne zaakceptowałem. Gdy ktoś mówi mi: "ale z Ciebie głupi chuj", odpowiadam coś w rodzaju: "no shit, Sherlock". Bo naprawdę, nie ma sensu się kryć z tym, że jednak coś "nie tak" z nami jest. Czasem po prostu swoje trzeba wytrwać i pewne hasła przyjąć na klatę.

Gdy ktoś bowiem nazywa nas "głupim chujem" czy też "głupią pizdą", może w wielu przypadkach mieć rację. Taka jest bowiem nasza natura, że często istotnie zachowujemy się w sposób nie do końca miły dla drugiej osoby Bywa, iż takie coś trudno jest zmienić. O wiele łatwiej jest natomiast nie stresować się z tego powodu, tylko po prostu zaakceptować to, jacy czasem bywamy.

Źródło: Flickr.com
Tym bardziej nie ma co walczyć z tym poprzez rozmowę z bliskimi znajomymi. No bo czego oczekujesz, gdy podejdziesz do swego kumpla i powiesz mu: "hej, ona nazwała mnie <<głupim chujem>>, choć cała sytuacją wygląda tak...". I tu zaczynasz swoją magiczną opowieść, którą i tak w podświadomy sposób będziesz kreował jak najmilej dla siebie. By Twój znajomy miał jak najwięcej punktów zaczepienia, by mógł wypowiedzieć ten kojący Cię wers: "nie jesteś wcale taki!".

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Taka wyświechtana maksyma, choć wciąż jednak prawdziwa. Różni ludzie w różny sposób nazwą Twoje zachowanie. Jedni zarzucą Cię tymi "głupimi chujami" czy "głupimi pizdami", a inni będą podkreślać Twą dobroć jak ksiądz od religii na kolędzie. Przez jednych przepływa wkurzenie, do którego - kto wie - może istotnie się w jakiś sposób przyczyniłeś, inni natomiast z powodem tego wkurzenia kontaktu nie mieli. Dla nich jesteś więc wciąż oznaką istnienia dobra na świecie.

A może czasem warto spróbować spojrzeć na sytuację osoby, która nas tymi cudownymi epitetami określa? Może nawet, jeśli to naprawdę Ty masz rację, przyjrzyj się jednak temu, w jakiej sytuacji jest ten ktoś drugi. Z jego perspektywy może okazać się, że naprawdę jest z Ciebie prawdziwy kawał chuja/pizdy.

Dajmy na to przykład odwieczny - ludzie porzucający swój związek. Podobno gdzieś istnieją ludzie rozsądni, którzy takie chwile przechodzą z pełnym zrozumieniem drugiej osoby. Podobno. Ja się jednak spotkałem w całym swym życiu jedynie z tymi, po prostu ranionymi przez wyznania partnerów czy partnerek. Jakiego argumentu i jakichkolwiek wyjaśniań Ci "źli" by nie mieli, zawsze przez jakiś czas pozostaną właśnie tymi "złymi".

"Zostawił mnie, głupi chuj". "Zostawiła mnie, głupia pizda". Gdy usłyszysz takie pogłoski na swój temat, nie stresuj się. Nie próbuj odkręcać tego wszystkiego do góry nogami i stawiać na swoim. Naprawdę myślisz, że przedrzesz się przez gąszcz emocji niczym kosiarka Stihl przez najgęstszą trawę (nie ma tu żadnego product placement, spokojnie - operuję po prostu na stereotypach)?

Spójrz na sytuację tej drugiej osoby i pomyśl sobie: "jak ja bym się zachował na jej miejscu?". Nie, jeszcze raz, nie rób z siebie największego twardziela na świecie. Teraz przemyśl to szczerze, okej? Czy na pewno nie przemknęłaby Ci gdzieś tam w głowie myśl "a to głupi chuj/głupia pizda"?  Więc weź odpuść na chwilę swoje kazania i przyznaj, że czasem bywasz najgorszym z najgorszych.

Faceci, każdy z nas jest głupi chujem. Dziewczyny, każda z Was jest głupią pizdą. A jak jesteś genderem, to możesz to sobie pozamieniać. Coś z "tych złych" w każdym człowieku bowiem gdzieś się kryje i czeka na sytuację, by pokazać się z jak najlepszej (najgorszej?) strony.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

W kinie na dziecięcym filmie

Jak zajawiłem dziś na fejsbukowym fanpage'u, udało mi się wreszcie trafić do kina na "LEGO Movie". Filmem tym jarałem się już przy okazji pierwszego zwiastuna tak mocno, że napisałem wówczas na ten temat oddzielny post. Dziś jednak nie będzie konkretnie o tej produkcji - odpowiednia recenzja pojawi się standardowo w sobotę. Porozmawiajmy natomiast o samej kwestii chodzenia do kina na tego typu filmy.

Nie przypominam sobie, żebym widział zbyt wiele bajek na dużym ekranie. W dzieciństwie preferowałem oglądanie wszystkiego z kaset VHS (kurczę, mam nadzieje, że też je jeszcze pamiętacie) i mi to zdecydowanie wystarczało. Gdy nabrałem już kultury bardziej regularnego chodzenia do kina, trafiałem zawsze na produkcje "poważne", przeznaczone raczej dla "dorosłego" odbiorcy. I jakoś nie przychodziło mi do głowy, by kiedykolwiek na film animowany (potocznie zwany po prostu "bajką") też tam skoczyć.

W przypadku "LEGO Movie" jednak się przełamałem. Podszedłem nie do końca pewnym krokiem do kasy kina i poprosiłem o jeden bilet na tenże film. Poszło dobrze. Potem ustawiłem się w kolejce do faceta rozdającego okulary 3D. Choć właściwie trudno było to nazwać "kolejką", gdyż przez restrykcyjne sprawdzanie biletów przeszły oprócz mnie raptem dwie starsze panie z gromadką dzieci. A ja wśród nich. 

Bileter spojrzał na mnie z jakimś ironicznym uśmiechem. Na szczęście jego spojrzenie mówiło bardziej coś w rodzaju "czemu człowieku idziesz na pieprzoną bajeczkę, a nie prawdziwego twardziela <<Jacka Stronga>>" niż "mam Cię na oku, panie Mariuszu T.". Pozostało mi jeszcze przejście obok podejrzliwie patrzących dzieci i ich babć, dla których byłem na tym seansie rodzajem kosmity. Zasiadłem więc na samej górze sali i rozłożyłem się na kanapie.

Zaczęły się reklamy, będące w większości trailerami innych produkcji. Ktoś powie: nuda. Dla mnie jednak była to nadzwyczaj ciekawa rzecz. Bo wiecie, przed wszystkimi "normalnymi filmami", pokazują tylko zwiastuny innych "normalnych filmów". A tutaj same bajki. Żadna przeze mnie nie znana, a część - co ciekawe - zapowiadająca się lepiej niż wiele tych bardzo "poważnych" produkcji.

Okej, było kilka strasznie tendencyjnych zwiastunów, które nie zapowiadały niczego przesadnie dobrego. Na przykład jakaś filmowa podróbka "Angry Birds" i bajka o Eskimosach, zapowiadająca się na jedną z najnudniejszych w historii. Były też jednak dwie produkcje, które automatycznie wpisałem sobie na listę "fajnie by było to obejrzeć". Po pierwsze, "Mr. Peabody & Sherman" - tego trailer najlepiej sprawdzić sobie samemu, o TUTAJ. Drugi intrygujący twór to natomiast nowy film o kultowych Muppetach, z dorzuconym wątkiem kryminalnym. Polska premiera już 21 marca i szczerze mówiąc, trailer (dostępny TUTAJ) tak mnie zaciekawił, że chyba skoczę na to do kina. Serio!

Ale przecież to nie reklamy miały być sednem tej wizyty w kinie. Dostałem więc wreszcie film. Nie będę Wam tu dokładnie zdradzał, jak mi się "LEGO Movie" spodobało (pamiętajcie - recenzja w sobotę!), jest jednak rzecz, którą muszę koniecznie w tym poście zawrzeć. Filmy animowane to jednak zupełnie inne przeżycie niż katowanie kolejnych "ambitnych" czy "dojrzałych" produkcji.

Bo "bajki" robione są po prostu z zamiarem zabawienia publiczności. Nikt nie każe przesadnie myśleć, nikt nie otacza Cię metaforami, bez których dokładnego rozłożenia na kawałki, nie będziesz mógł czerpać przyjemności z seansu. Jest po prostu czysty, nieskażony niczym fun. I szczerze mówiąc, trafia do mnie to bardziej niż podchodzenie do oglądania filmów wszelakich z "kijem w tyłku" (cytat z "LEGO Movie"!). Poza tym - tu wszystko kończy się dobrze. Z kina nie wychodzi się więc z żadną zadumą i niepewnością, a jedynie uśmiechem na twarzy.

Spytać możecie: jak z publicznością? Jak już wspomniałem, zbyt dużo dzieciaków ze mną na sali nie było. Dodatkowo, wszystkie były chyba totalnie zapatrzone w wielki ekran przed nimi, bo nie słyszałem żadnego wiercenia się, piszczenia czy wrzasków. Właściwie to czułem się, jakbym był w tej sali sam. Inaczej mogłoby by być w przypadku trafienia na wycieczkę szkolną do kina, ale to się da zawsze sprawdzić przez internet, by uniknąć takiej sytuacji.

Jaki wniosek? Jaką wielką prawdę życiową wyciągnąłem z dzisiejszego seansu? Że fajnie jest znów oglądać bajki. W kinie jeszcze lepiej. Zlecą się tu może zaraz ludzie wrzeszczący: "A TE NOWE BAJKI TO GÓWNO, NIE TO CO <<KRÓL LEW>>, <<TOY STORY>>, <<PSZCZÓŁKA MAJA>> i <<RUMCAJS>>". A widzieliście jakieś animowane nowości chociaż? Nie? To marsz do kina na coś naprawdę fajnego i przekonajcie się, że te wszystkie "bajki" wciąż trzymają poziom.

Z jednej strony więc - nie popadajmy w przesadny sentymentalizm, ubóstwiając tylko to, co stare. Z drugiej natomiast... popadnijmy w inny rodzaj sentymentalizmu! Odpalmy sobie najlepsze z nowych bajek i poczujmy się ponownie jak dzieciaki! Fun może być lepszy niż podczas oglądania niektórych produkcji oscarowych, serio.

Źródło: Flickr.com

6 komentarze:

Bóg nigdy nie mruga

Książką "Bóg nigdy nie mruga" zainteresowałem się z powodu nagłej sporej popularności, jaką zdobyła jej autorka w Polsce. Tytuł ten oraz jego następca, "Jesteś cudem", trafiły szybko na listy bestsellerów i wciąż okupują je od wielu tygodni. Postanowiłem zaryzykować przygodę z Reginą Brett dodatkowo z powodów dla mnie typowych - nadarzyła się świetna promocja e-bookowa. Tym samym, przyszedł teraz czas na odpowiednią recenzję.

"Bóg nigdy nie mruga" to zbiór pięćdziesięciu krótkich tekstów, które w założeniu mają sprawić, że człowiek zacznie żyć lepiej. W kilku z nich istotnie Bóg się pojawia, nie jest on jednak wcale głównym tematem tej książki. Wypływają z niej natomiast liczne porady na temat oszczędzania czy pozytywnego podchodzenia do życia i czerpania z niego jak największych korzyści. "Życie jest dobre" zdaje się być tu głównym hasłem autorki.

Co mi się spodobało, to spora ilość historii, jakie Regina podrzuca poza suchymi poradami. Dzięki ich przytoczeniu, wszystko przybiera bardziej motywującego i realistycznego wydźwięku. Nie ma tu zwykłego moralizowania "zrób to, zrób tamto". Zamiast tego dostajemy sporo przykładów na to, że pozytywne podejście do życia naprawdę jest możliwe w każdym przypadku i zawsze jest to cenna umiejętność.

Problem jest natomiast jeden i to dość poważny - zdecydowanie nie jestem targetem tej książki. Słyszałem, że "Bóg nigdy nie mruga" to twór przeznaczony dla wszystkich i po cichu liczyłem, iż może rzeczywiście tak będzie. Niestety, tego typu opinie można wsadzić między bajki. Regina Brett ewidentnie ma swoją konkretną grupę czytelniczą i to jej swoje książki dedykuje.

Nie, nie chodzi tu o kwestię wiary - jakiegokolwiek wyznania jesteś, większość treści tej pozycji jest dla Ciebie. Na samym początku, chodzi o płeć: nie jest to może tak jednoznaczne, ale mimo wszystko, tytuł ten skierowany jest do kobiet. Zresztą, nie dla wszystkich. Wasze mamy, ciocie i całe inne groma czterdziesto- czy pięćdziesięciolatek Reginę będą ubóstwiały. Jeśli jesteś prostą dziewczyną nie szukającą w życiu korporacyjnego sukcesu, a jedynie szybkiego zamążpójścia i sporawej gromadki dzieciaków w wieku dwudziestu pięciu lat - Tobie również ten tytuł może przypaść do gustu.

Szukasz prezentu na Dzień Matki? Trafiłeś idealnie. Jeśli jesteś zapraszany na mnóstwo urodzin swoich ciotek, idź najlepiej od razu do sklepu i kup sobie całą kolekcję "Bóg nigdy nie mruga". Prezenty na cały rok masz już załatwione. Nie żartuję. Przy okazji możesz też któryś egzemplarz przeczytać samemu. Nie zmieni Twojego życia, nie będzie Twoją nową Biblią, ale właściwie to czyta się to szybko i łatwo, spróbować więc możesz. 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #57 - Raashan Ahmad

Ponownie miło mi jest w "Raperzy czytają" przywitać gościa z zagranicy. Tym razem jest nim Raashan Ahmad, nadający wprost ze Stanów Zjednoczonych. Ma on na swoim koncie zarówno liczne nagrania solo, jak i te współtworzone z grupą Crown City Rockers. O Raashanie pisały liczne media związane z kulturą hip-hopową, jak choćby kultowy magazyn "XXL". Polakom może być on szczególnie znany poprzez kawałek stworzony wspólnie z rodzimym triem producenckim Night Marks Electronic Trio, zatytułowany "Glorious Tune".

Raashan postanowił do serii "Raperzy czytają" podejść inaczej niż reszta i po prostu podrzucił listę swoich ulubionych książek. Myślę, że są one warte odnotowania, gdyż nie pojawiają się raczej w tekstach podrzucanych przez rodzimych raperów. W nawiasach znajdziecie polskie tytuły danych tworów i inne, dodatkowe adnotacje mojego autorstwa.

Hafiz - "The Gift" (w Polsce poeta znany raczej jako Hafez)
Daniel Quinn - "Ishmael" ("Izmael")
Chinua Achebe - "Things Fall Apart" ("Wszystko rozpada się")
Octavia Butler - "Parable of the Sower" ("Przypowieść o siewcy")
Kurt Vonnegut - "The Sirens of Titan" ("Syreny z Tytana")
Dan Millman - "Way of the Peaceful Warrior" ("Droga miłującego pokój wojownika")
Toni Morrison - "Sula"
Jack Kerouac - "On the Road" ("W drodze")
"The Autobiography of Malcolm X"
Michael Dorris - "A Yellow Raft in Blue Water"
Zora Neale Hurston - "Their Eyes Were Watching God" 
James Redfield - "The Celestine Prophecy" ("Niebiańska przepowiednia")
Paulo Coelho - "The Alchemist" ("Alchemik")

Peace, Raashan.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Ona

To już trzeci weekend z rzędu, gdy mam dla Was w zanadrzu recenzję filmu nominowanego do głównej nagrody oscarowej. Długo czekałem, by znaleźć taką produkcję, po której obejrzeniu ewidentnie wykrzyknąłbym w duchu: "statuetka dla tych Państwa!". Wreszcie jednak nadeszła ta chwila. Powiem Wam to już teraz: z pięciu dotychczas oglądanych przeze mnie nominowanych produkcji, to właśnie "Ona" powinna moim zdaniem otrzymać kultową nagrodę. Dlatego czytajcie tę recenzję dalej.


Theodore Twombly (Joaquin Phoenix) jest zawodowym pisarzem listów. Otrzymuje zlecenia na konkretne prace i wykonuje je przy użyciu swej poetyckiej duszy. Pewnego dnia przynosi do swojego mieszkania najnowocześniejszy na rynku system operacyjny dla swego komputera. Wprowadza on do jego życia superinteligentny program, posługujący się kobiecym głosem (należącym do Scarlett Johansson). I choć początkowo bohater czuje się dziwnie rozmawiając z komputerem, dość szybko przyzwyczaja się do nowej sytuacji i zaczyna dzielić się ze swą nową przyjaciółką całym swym życiem.

Pierwsze, czym "Ona" zabija widza, to swój charakterystyczny klimat. Całość została osadzona w niedalekiej przyszłości, ale wystarczająco realistycznej i możliwej do osiągnięcia. Industrialna sceneria i nowe technologie zostały tu idealnie wplecione w świat w jakiś sposób już nam znany. I jednocześnie całość ta mówi nam po cichu do ucha: "słuchaj, tak może wyglądać życie za kilka(naście) lat". I mimowolnie uśmiech na twarzy widza się pojawia.

Klimat udoskonala też fantastyczny wręcz soundtrack, częściowo składający się z utworów znanych, częściowo zaś z tych stworzonych na potrzeby filmu. Zaufajcie mi - jedną z pierwszych rzeczy, które zrobicie po seansie tej produkcji, będzie próba odszukania na Spotify, Deezerze czy po prostu YouTubie muzyki z tego tytułu. I to w szczególności tej oryginalnej, której nigdzie indziej nie znajdziecie. Od razu podsyłam Wam pierwszy link - KLIK.

Dalej mamy fabułę. Fabułę z jednej strony nietypową, z drugiej natomiast będącą po prostu zmianą konwencji kilku typowych zagrań. Wszystko to jednak zrobione jest tak umiejętnie i fantastycznie, że od ekranu naprawdę trudno odwrócić wzrok. I nawet faceci naprawdę nienawidzący filmów romantycznych, przez ten tytuł zostaną doszczętnie wciągnięci. Historia pełna miłości, posypana nutami dramatyzmu i komedii. Brzmi to dość typowo, prawda? Ale zaufajcie mi - w istocie jest naprawdę świetnie.

Są i aktorzy. Joaquin Phoenix, odtwórca głównej roli, zagrał dla mnie tak świetnie, że gdy teraz zauważyłem, że nie jest nominowany do nagrody za pierwszoplanowego aktora, zrobiłem wielkie oczy. Podobnie miałem, gdy zobaczyłem komentarze w sieci, że kogoś drażnił głos Johansson. Damn, przecież ona jest wręcz idealna do tej roli!

Na sam koniec, jeszcze jedna kwestia - przesłanie. Osobiście jestem zwolennikiem w filmach tego, by po prostu dawały one fun i trudno było od nich odwrócić wzrok. Szukam tego nawet w produkcjach "ambitnych" i zazwyczaj to otrzymuję. W przypadku "Her" nie mogę jednak o przesłaniu tego filmu nie wspomnieć. Bo uderzy ono i zadziwi na pewno sporą liczbę osób. Nawet, jeśli ostatnie ujęcie filmu jest - żeby ująć to wyjątkowo dosadnie - "z dupy".

Wrócę jeszcze do "Her" na sto procent. Naprawdę nie sądziłem, że tytuł spodoba mi się tak bardzo. Obecnie jest to mój prywatny Oscar. Pomimo tego, że domyślam się, iż na statuetkę nie ma on raczej co liczyć. Mimo tego docenić go mogę chociaż ja i polecić Wam go z całego serca. Zdecydowany must-watch.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej. Sprawdź również moje recenzje innych filmów nominowanych do tegorocznych Oscarów: "12 Years a Slave""American Hustle""Grawitacji" oraz "Wilka z Wall Street".

0 komentarze:

Jedna fajna rzecz, którą możesz zrobić w samotne Walentynki

Jest walentynkowy wieczór, a Ty, w przeciwieństwie do ogromu par, siedzisz samotnie w pokoju i chcesz uczynić ten dzień mimo wszystko w jakiś sposób wyjątkowym? Okej, mam dla Ciebie naprawdę fajne wyjście. Rzecz świetna, o której na blogu miałem ochotę napisać już dobre parę miesięcy temu, a nigdy jakoś nie było ku temu konkretnej okazji. Teraz natomiast wreszcie ona nadeszła.

Sprawa wygląda następująco - dzisiaj swoją światową premierę ma drugi sezon świetnego serialu "House of Cards". To nietypowy projekt popularnej w Ameryce usługi Netflix, będącej - zdaje się - najpopularniejszym tam systemem VOD. Nietypowe jest w nim szczególnie to, że wszystkie odcinki danego sezonu wypuszczane są jednocześnie i jeśli ktoś ma siłę, może spokojnie ogarnąć całość w ciągu kilkunastu godzin.

Jeśli więc do tej pory nie słyszałeś o "House of Cards" lub po prostu nie miałeś go jeszcze okazji sprawdzić, masz do tego świetny dzień. Dla par Walentynki to świetny dzień na przytulaski, romantyczną kolację w McDonaldzie i uświetnienie wieczoru w akademickim łożu. Brzmi świetnie, prawda? Ty też jednak możesz w odpowiedni sposób uczcić Walentynki i zamiast pisania jak to "w Walentynki walisz tynki" na Fejsbuczku, zacząć oglądać genialny serial.

I nie zaszedłem w swych słowach za daleko. Serio, "House of Cards" jest naprawdę jednym z najlepszych seriali, jaki kiedykolwiek powstał. Tak przynajmniej wnioskuję po pierwszym sezonie, ale jakoś nie wierzę, żeby dalej było gorzej. Każdy z moich znajomych, który twór ten już widział, zgodnie popadł w totalne zakochanie wobec niego. 

"House of Cards" to świetnie zaplanowany świat intryg amerykańskiej polityki. Choć brzmi to jak temat dość hermetyczny, skłonny jestem powiedzieć, że w istocie powinien spodobać się każdemu. Co się na to składa? Cóż, na pewno fantastyczna fabuła, której nie chcę tu zajawiać nawet w delikatny sposób, bo najlepiej odkrywać ją samemu od pierwszej minuty. Serio, jest aż tak wciągająca.

Fantastyczny scenariusz zmieszano dodatkowo z kunsztem jednego z mych ulubionych współczesnych reżyserów - Davida Finchera ("The Social Network", "Siedem"). Oprócz tego mamy świetnie dobraną ekipę aktorską, w której skład wchodzą między innymi Kevin Spacey i w jakiś sposób naprawdę seksowna Kate Mara. Klimat? Też jest. Soundtrack z charakterystycznym motywem przewodnim? Obecny. Emocje wypływające z każdego odcinka? Są.

Jeszcze tu jesteś? Hej, świetny serial sam się nie obejrzy! Więc nawet jeśli nie masz swojej drugiej połówki, zrób coś wyjątkowego w tegoroczne Walentynki i zacznij oglądać "House of Cards". Nie będziesz żałował, zaufaj mi.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

xD

"xD" to chyba najbardziej kontrowersyjna emotikonka w internecie. Przez jednych używana najczęściej ze wszystkich, przez innych natomiast znienawidzona i wyszydzana. Patrząc na tę drugą grupę ludzi zawsze zastanawiam się: "o co im w ogóle chodzi?". Serio - dlaczego ten zlepek dwóch liter jest taki zły i diabelski?

Szczerze mówiąc, jestem w stanie powiedzieć, że "xD" jest wręcz najlepszą emotikonką, jaka została wymyślona. Dlaczego? Bo jest zdecydowanie najbardziej pozytywna. Spójrzmy na ":)" czy nawet ":D". Przekazują one radosne emocje, pewnie. Daleko im jednak, według mnie, do siły, z jaką uderza "głupkowate" złączenie małego "x" i wielkiego "D".

Przywołajmy typową rozmowę na fejsbukowym czacie. Nagle jedna osoba opowiada jakiś przezabawny żart. Pytanie na dziś: co bardziej ukaże w sposób tekstowy śmiech drugiej osoby? "Haha", "hehehe" "heh :)" czy może zwyczajne "xD". Ja ewidentnie stawiam na ostatnią opcję, która wypada po prostu najbardziej autentycznie.

A niektórzy mimo to "xD" zwyczajnie gardzą. Ba, w swojej pogardzie czują się oni lepsi od ludzi używających tej zakazanej emotikonki. To jest już dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Naprawdę, jak można mierzyć wielkość swojego e-penisa pod względem (nie)używania dwóch znaczków w rozmowie internetowej? Gdzie tu logika?

Wśród sporej części osób występuje ogólne stwierdzenie, że "xD" używają tylko tzw. "gimby". Problem jednak w tym, iż pojęcie to tak naprawdę powoli zaczęło tracić swe prawidłowe znaczenie i jest teraz typowym wyzwiskiem kierowanym do kogokolwiek tylko się da. A ja z używaniem "xD" spotkałem się wśród naprawdę mnóstwa różnorodnych ludzi. Od autentycznych gimnazjalistów, przez maturzystów i studentów-śmieszków, na osobach dwudziestoparoletnich kończąc. I sporo z tych osób wydaje mi się o wiele inteligentniejszych od ogromu przeciwników znienawidzonej emotikonki.

Nie mówię, że nagle cały internetowy światek powinien używać "xD". Nie każdemu może przecież ta emotikonka pasować do jego "stylu" czy jakkolwiek sobie swój sieciowy feeling dana osoba nazywa. Ale żeby od razu wyśmiewać innych za to, że robią inaczej? Damn, to tak jak uważać Xboxa za "gówno", bo ma się tylko PlayStation albo iPhone'a za tandetę, choć nigdy się tego telefonu nie miało w rękach.

Może dorosnąć powinni nie ludzie używający "xD", a właśnie ci gardzący tą emotką? Ot, takie przemyślenia tuż przed Świętem Zakochanych :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

5 ludzi polskiego internetu, których nie da się nie polubić

Całkiem niedawno pisałem na blogu o tym, że internety to w zasadzie skupisko pełne smutku i żalu. Nawet, gdy mieszkańcy sieci się śmieją, zazwyczaj ich żarty to po prostu obrócenie przykrych rzeczy w kawał. Nie wszyscy jednak żyją tutaj w taki sposób. Jest grupka ludzi, od których mimo wszystko bije ogrom pozytywnej energii i po prostu nie da się ich nie polubić.

By podzielić się z Wami tą "pozytywną energią", postanowiłem wybrać piątkę - moim zdaniem - najciekawszych tego typu osobowości rodzimego internetu. Choć żadnego z nich (niestety) nie znam osobiście, to za każdym razem czytając ich posty, wydaje mi się, jakbym słuchał właśnie historyjki kumpla podczas wypadu na piwo. Podesłałem linki do tych osób kilku moim znajomym i wszyscy zgodnie stwierdzili: "ej, oni są świetni!". Teraz przyszła pora na zarażenie uśmiechem i Was, Drodzy Czytelnicy.

Coby się nikomu przykro nie zrobiło - całe zestawienie w kolejności alfabetycznej wg nazwisk. 


No, prawie całe. Przy pierwszej osobie istnieje bowiem pewien dylemat, gdyż występuje ona na Facebooku pod pewnym płaszczem anonimowości. Jednak jako że mowa o kobiecie, konflikt dość łatwo został zażegnany - uznajmy po prostu, że panowie niżej zwyczajnie ustąpili jej miejsca. 

Facebookowy profil Bazyl Lii to przede wszystkim miejsce pełne pozytywnego contentu obrazkowego. Można nawet wysunąć na przód kilka charakterystycznych dla niej rodzajów postów. Często pojawiają się np. komiksy Mleczka i Raczkowskiego czy koncepty różnych przedmiotów z hashtagiem "#pomysł". Jest też pewne charakterystyczne powiedzenie, które widząc, za każdym razem mimowolnie się uśmiecham. A brzmi ono po prostu "dziń dybry" :)


Ustalmy coś sobie na samym początku: koleś z afro na głowie nie może być smutasem. I tę tezę Yuri jak najbardziej potwierdza. To właściciel agencji social media "Lubię to", a do tego aktywny Facebookowicz z masą pozytywnej energii.

Za co internety uwielbiają Yuriego? Za przezabawne historie na Facebooku. Czasem mam wrażenie, że całe jego życie polega na chodzeniu po świecie i wyszukiwaniu najzabawniejszych możliwych sytuacji. Do tego wszystkie te "opowiadania" pisze on w wyjątkowy sposób, dodający jeszcze bardziej komizm. By zachęcić Was do subskrybowania go, podrzucam jeszcze przezabawną prelekcję w jego wykonaniu - KLIK. Tak, wiem, że trwa ona 25 minut. Ale warto, serio.


Michał jest właścicielem prawdopodobnie najfajniejszej strony z koszulkami w Polsce - Koszulkowo.com. W tym przypadku, zwrócić uwagę należy szczególnie na bardzo szybkie podłapywanie trendów i wypuszczanie ubrań z praktycznie każdym najnowszym bóstwem popkultury i świata memów. Koszulka "Flappy Bird"? Jest. Koszulka z brakującym kołem olimpijskim z Soczi? Jest.

Poza tym jednak, Michał jest również aktywnym Facebookowiczem i blogerem. Szczególnie w tym pierwszym aspekcie jego internetowa działalność sprowadza się do tony pozytywnego contentu. Zasubskrybujcie go i poczekajcie kilka dni. Zaufajcie mi, w przyszłości nawet nie pomyślicie o jakimkolwiek "unsubie". 


Drugi Michał na liście - czyżby to było jakieś naprawdę pozytywne imię? Tym razem mamy jednak do czynienie z właścicielem jednego z najszybciej rozwijających się start-upów w Polsce, Brand24. Jest to serwis pomagający w monitorowaniu swojej marki w sieci, który obecnie powoli wchodzi już nawet na rynek amerykański.

I serio, jak wielkim zazdrośnikiem i "Polaczkiem" byś nie był - na sukcesy Michała psioczyć po prostu nie będziesz potrafił. Gdy walczył on o rolę prelegenta na słynnej imprezie branżowej, Web Summit, wspierał go ogrom polskich internautów. Gdy udało mu się wygrać, nie pojawił się choćby jeden negatywny komentarz. Michał dodaje mnóstwo pozytywnej energii pokazywaniem, że naprawdę można w życiu spełniać marzenia. A do tego zrobił kilka przezabawnych materiałów wideo, jak choćby TEN, TEN czy TEN.


Last but not least. Andrzej jest zdecydowanie osobą, bez której ta lista obejść by się nie mogła. Polecałem jego blog tu już kilka razy, więc jeśli do dziś się nie zainteresowaliście jego twórczością - serio, czas to nadrobić. Bo drugiego takie faceta w polskiej sieci nie ma.

Andrzej to autor najlepszego (nie bójmy się tego powiedzieć) bloga o kulturze w polskim internecie - JestKultura.pl. Blog ten jest na dodatek pełen właściwie WYŁĄCZNIE pozytywnej treści. Serio, nie ma tu żadnej "negatywnej energii", nie ma krytyki, nie ma narzekania. Andrzej pisze tylko o tym, co jest super, w dodatku stylem, który sam w sobie wywołuje na twarzy uśmiech. Nie znam żadnej osoby, która po wejściu na JestKulturę powiedziałby: "słabe to". Wszyscy zwyczajnie zostają na dłużej. Więc jeśli macie czas na jeszcze jedno uzależnienie, po prostu wklepcie w pasku przeglądarki: "jestkultura.pl".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

10 komentarze:

Podwiązki na stos

Dobrze wspominam swoją studniówkę. Ba, rzec mogę, że nawet bardzo dobrze. Impreza ze zdecydowanie lepszym klimatem niż jakakolwiek inna zabawa szkolna, spędzona na dodatek ze wszystkimi ludźmi, których chciałeś tam znaleźć. Z samego tego faktu wyciągam więc wniosek, że studniówki są ogólnie naprawdę fajnymi imprezami, nawet dla największych nerdów klasowych.

Trudno nie docenić tego spotkania z najlepszymi znajomymi, nietypowego podejścia nauczycieli, dalekiego od tego stricte "szkolnego", tańca i potajemnego popijania niekoniecznie przez wszystkich mile widzianych napojów. Wszyscy się uśmiechają i nawet kujony zapominają na chwilę o maturze. I naprawdę miło mi się patrzy, gdy kolejne roczniki także tradycję studniówki utrzymują i bawią się w najlepsze. I tylko jedno magiczne "ale" świdruje mi w głowie.

Przeglądam zdjęcia ze studniówki jakiejś przypadkowej fejsbukowej znajomej. Na pierwszym zdjęciu uśmiechnięta, obok partner, wzrok jeszcze trzeźwy. Dalej jakieś fotki z kumpelami, zbliżenia na twarze. Niektóre mają krzywe zęby i niepotrzebnie je eksponują, ale "oj tam, oj tam". Mimo tego, żadna "torba na głowę" nie byłaby potrzebna, więc popatrzeć można. Aż tu nagle JEBS. Fotograf uwiecznił kultowe zdjęcie każdej studniówki: "drogie panie, podnieście sukienki, pokażcie podwiązki".

Nie lubię tych ujęć. Pamiętacie pewnie jeszcze słynny post o stopach. Do niedawna myślałem, że ta część ciała, to jedyne, z czego pokazywaniem kobiety (nawet te seksowne) powinny się powstrzymywać. Studniówkowe galerie przypomniały mi jednak, że jest coś jeszcze - zabierzcie mi sprzed oczu uda z podwiązkami.

Okej, wyjaśnijmy coś sobie: w tej kwestii jest mimo wszystko lepiej niż ze stopami. Bo gdy w ich przypadku nawet bardzo seksowne kobiety mogą mieć pewien defekt, tak ładne dziewczyny w podwiązkach nie wypadają najgorzej. Choć uroda to w tym przypadku nie jedyna kwestia, jaka może rozsądzić o sprawach "życia i śmierci". 

Mnie w tym przypadku odstrasza kompilacja paru różnych elementów. Po pierwsze, oczywiście, niezgrabne nogi. Konkretniej - po prostu grube uda. Ja wiem, że teraz hipsterka moda podpowiada, by wołać "prawdziwe kobiety mają krągłości", a do tego dorzucać zdjęcia nie tyle istotnie kobiet o delikatnych krągłościach, co prawdziwych wielorybów. Wybaczcie mi jednak Drogie Panie - ja wolę po prostu dziewoje szczupłe. Nie kościotrupy (czyli praktycznie wszystkie modelki), nie, że zero tłuszczu, ale po prostu kobiety, spod których koszulki nie będzie się wylewał brzuch.

Poza tym, oprócz grubawych ud, odrzuca mnie również to coś, co dziewczyny zazwyczaj na studniówce na nogach mają. Patrz: rajstopy cieliste (Wujek G podpowiada, że tak się to profesjonalnie nazywa). Odrzucają mnie one totalnie w jakiejkolwiek formie i naprawdę nie do końca rozumiem, czemu wciąż tyle młodych dziewczyn je nosi. Taki macie teraz wybór seksownych rajstop czy pończoch w pierdyliardy wzorów, a Wy i tak idziecie w zaparte, nosząc to samo, co Wasze prababcie. Mały tip: "cieliste" nie znaczy w tym przypadku, że tego okropieństwa w ogóle u Was nie widać. Ba - rzuca się ono w oczy jak student na kacu podczas porannych wykładów. Czyli bardzo.

Nie mam przesadnie nic do samych podwiązek, no bo to przecież tradycja i do tego raczej bezbolesna. Jej kultywowanie zostawmy w spokoju, tak samo jak tradycję studniówki. I ja też rozumiem, że dziewczyny wrzucać te charakterystyczne zdjęcia lubią, a ja przecież nie mam zamiaru nikomu tego zabraniać. To jest Wasz dzień, róbcie z tej okazji co chcecie.

Tylko nie wysyłajcie mi specjalnie tych fotografii na Facebooku, bo prawdopodobnie tylko wzbudzicie moją niechęć. Mała rada, mimo wszystko: opuście tę sukienkę, pokażcie te części ciała, które macie u siebie najlepsze (jeśli nie macie takich w ogóle, to nic już raczej z tym nie poradzicie, przykro mi) i bang - wrzucajcie na Facebooka.  Od razu patrzy się na to lepiej. Wilk syty, owca cała. Czy coś.

A kto wie, czy gdzieś w zakątku internetów nie znajdzie się jeszcze jakaś chmara ludzi, którzy podobnie jak ja traktują zdjęcia z cyklu "drogie panie, pokażcie swoje podwiązki". Jeśli jakimś cudem tak jest - dajcie znać, zjednoczymy się w naszej rozpaczy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Fuj.
Źródło: Flickr.com

12 komentarze: