Raperzy czytają #79 - MC Silk

Tuż przed osiemdziesiątym odcinek "Raperzy czytają", w serii gościmy osobę, która trzy lata temu była istną gwiazdą internetu. MC Silk pojawił się zupełnie nagle ze swoim filmikiem, na którym pokazał niesamowitą prędkość rapowania. Widziałem to ja, widzieli moi znajomi, widzieliście zapewne i Wy. Rapowa kariera Silka nie skończyła się jednak w tym miejscu, bowiem postanowił on wykorzystać swój czas, wydając naprawdę przyjemny krążek "Love Against The Machine". Po tym wypuścił on dodatkowo parę luźnych kawałków, jak choćby "Wanna beef?" czy track nagrany na potrzeby oneshotowej serii Stoprocent - "Wyskocz do tego!". Ostatnim ukończonym projektem dzisiejszego gościa, jest wypuszczony raptem parę dni temu "Rap Nobody"

Teraz natomiast czas na konkrety, czyli naprawdę obszerny tekst na temat książek, właśnie od MC Silka. Enjoy & get inspired!

Dziewięćdziesiąt procent czytanych przeze mnie tekstów to materiały w internecie. Zazwyczaj są to teksty technologiczne, gdzie króluje język Szekspira. Ciężko zatem powiedzieć, że czytelnictwo jakoś szczególnie poszerza mój polski wokabularz ;) Jestem raczej zwolennikiem chłonięcia więcej niż jednym zmysłem na raz i jeśli mam czas, to raczej poświęcam go na film i muzykę niż książkę. Jeśli słucham muzyki, to skupiam się zazwyczaj na niej i na tekście (jest to zatem forma obcowania z poezją poparta wymiarem fonicznym). Raczej nie zdarza mi się np. słuchać muzyki i surfować w internecie.

Uważam, że jeśli obcuje się z ambitnym dziełem, to twórca poświęcił się na tyle, że wpuszczanie jednym uchem mija się zupełnie z jego założeniem. Tak samo podchodzę do filmów, gier i książek. Dlatego też nie poświęcam czasu na rzeczy "takie nawet spoko". Albo coś jest zajebiste, albo szkoda mi na to życia. 

Odnosząc się do powyższego, jestem czytelnikiem bardzo wymagającym (pamiętajmy, że książka to zazwyczaj kawał czasu i na pewno nie będę jej czytał dla jego zabicia). Nie interesuje mnie zatem beletrystyka i zmyślone historie. Tak jak w filmach, nie dzierżę "Potterów", "władców", "starwarsów", "x-menów", "wiedźminow" itd. - za duży na to jestem, od około 9 roku życia (pewnie właśnie straciłem połowę fanów ;)). Żeby nie było - próbowałem Sapkowskiego na papierze, ale nie dałem rady. Wolę obejrzeć Kaufmana albo Gilliama. 

Jeśli już sięgam po książkę, to są to albo biografie (życie pisze najlepsze scenariusze, a nauka z nich płynąca wydaje się być najbardziej wiarygodna), albo książki, których sama forma nominuje je do miana sztuki (tak jak u wspomnianych wyżej reżyserów). Wykraczanie poza ramę, to coś co mnie kręci (jeśli jest bezpretensjonalne i umiejętne). 

Dlatego, kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do konkretnych tytułów, na pierwszym miejscu (i jest to plasowanie nieprzypadkowe) znajduje się w moim personalnym rankingu "Paw królowej" Doroty Masłowskiej. Chciałbym nie lubić tej książki, bo jest "głośna". Na szczęście ma równie wielu "haterów", co wyznawców, a to - jak nauczyło mnie doświadczenie - zazwyczaj jest najlepszą rekomendacją (pozycje "mocne 7" albo "w miarę dobre" są najgorsze). "Paw królowej", to idealny przykład takiego stylistycznego lotu grzbietem fali. Albo się na nią łapiesz, albo cię zalewa. Jeśli nie masz podobnego postrzegania rzeczywistości jak autorka, to nie złapiesz wszystkich niuansów i skrótów myślowych, a tekst wyda się być grafomański. Zdecydowanie we wszystkich dziedzinach życia preferuję błyskotliwości nad wyrobnictwo (dlatego w piłce nożnej prędzej kibicuję Hiszpanii niż Polsce, a w ogóle, jeśli oglądam sport, to głównie NBA). Wielokrotnie miałem wrażenie "cholera, jak ona to wyjęła z mojej głowy?". Niestety, w innych dziełach Doroty (czytałem wszystkie) nie zauważyłem już tego flow, na którym "leciał Paw" 
(myślę, że większa świadomość może czasem zabić instynkty autora). 

Jeśli jesteśmy przy laureatach Nike, to Wojciech Kuczok napisał całkiem (zabrzmi to jak oksymoron) sympatyczny "Gnój" ;) Realistyczny, ciężki, bardzo w klimacie Smarzowksiego (dochodzę do wniosku, że pewnie lepiej było zapytać mnie o filmy, niż o książki ;p). 

Kolejna, mocno kontrkulturowa (czyli fajna dla mnie) - "Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki", jest wywiadem rzeką z Markiem Raczkowskim i zarazem dowodem na to, że są jeszcze ludzie, który myślą samodzielnie... 

Idąc tropem tekstów napisanych życiem, czytam obecnie listy Mrożka i Lema, pokazujące jak dwóch indywidualistów i intelektualistów, odnajduje się w debilnej codzienności (bardzo mi bliskie ;)). 

Einstein i Jobs - biografie. Nie jestem co prawda wyznawcą Apple, ale historia komputerów, która tworzyła się niejako "na moich oczach", wciągnęła mnie na maxa. Należę do pokolenia, które zaczynało w czasach ZX Spectrum i możliwość obejrzenia tego, co działo się w tym czasie po drugiej stronie Wielkiej Wody, jest bardzo fajnym przeżyciem, zwłaszcza po latach. 

Na koniec popełnię dla wielu świętokradztwo i złamię tabu, ale - niestety - nie jestem fanem klasyki. Nawet te najbardziej opiewane współcześnie "zbrodnie i kary", "Czechowy" itd. pozwoliły mi się znieść tylko przez kilkadziesiąt stron. Dużo bardziej przemawia do mnie "Heavy Rain" albo "Grim Fandango". Niestety - generalizując, oczywiście - większość "starszych dzieł", jest w moim odczuciu warta co najwyżej określenia "super" z dopiskiem "jak na tamte czasy". Doceniam nowatorskość, ale coś, co było błyskotliwe 200 lat temu, można docenić chyba jedynie biorąc pod uwagę perspektywę czasu. 
Z całym szacunkiem dla przecierania szlaków, dzisiaj rymy Mickiewicza raczej nie zrobią wrażenia na kimś, kto słucha ambitniejszego rapu. 


BTW: przypomniało mi się, jak mieliśmy na zadanie w szkole napisać "Co Was śmieszyło w <<Zemście>> Fredry". Nie "Czy Was śmieszyła?" ale "co?". 
Jak napisałem, że nic (poziom żartu raczej mocno od "pythonowskiego" odbiegający) to dostałem jedynkę... 

Docenianie "za zasługi" jest spoko, ale bez przesady ;) Człowiek idzie do przodu w pewnych mechanizmach myślowych i cofnięcie się, trąci dla mnie często myszka. Myślę, że zagotowałem krew wystarczającej ilości osób, by zakończyć na tym swoje wynurzenie.


Pozdrowienie – włącz myślenie. Samodzielne.

Silk

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Wojownicze żółwie ninja

Przyznaję - naczytałem się trochę złego o nowych "Wojowniczych żółwiach ninja" w sieci. Premiera tej produkcji odbyła się w okolicach launchu "Strażników galaktyki", co stawiało ją w jeszcze gorszym świetle. Ja mimo wszystko postanowiłem się jednak zaprzeć i samemu sprawdzić, jak to rzeczywiście ze świeżymi przygodami wyrośniętych żółwi jest. Przybyłem więc do kina, rozsiadłem się wygodnie w fotelu i skupiłem swą uwagę na wielkim ekranie.


Fabuła to oczywisty reboot całej historii czwórki żółwi ninja. Poznajemy początki istnienia tej ekipy, a także powód, dla którego ostatecznie postanowiły one wyjść na ulice Nowego Jorku. W międzyczasie dostajemy historyjkę dziennikarki April O'Neil, którą w ekranizacji gra Megan Fox. Ona jest na tropie grupy przestępczej kierowanej przez Shreddera, gdy żółwiki stają otwarcie przeciwko jego organizacji. Tak właśnie przecinają się ostatecznie losy dziennikarki i walecznych mutantów.

Powiedzmy może najpierw o plusach całości. Najważniejsze: sceny walki. Są efektowne, soczyste i namawiające do kibicowania zwierzęcej zgrai. Początkowo nie ma ich tu przesadnie dużo, ale gdy już pojawi się pierwsza poważna akcja, reszta pojawia się po niej dość szybko. Donatello, Leonardo, Michelangelo oraz Rafael wirują w powietrzu, tarzają się w śniegu, odbijają kule wystrzelone z karabinów i wymachują swoimi broniami, kopiąc tyłki każdego, kto stanie im na drodze.

Bardzo spodobały mi się też liczne nawiązania do popkultury. Naprawdę, jest ich tu całe multum i wszystko świetnie spełniają swoją robotę. Żółwie nawiązują nie tylko do oczywistych rzeczy, jak choćby znanych kawałków muzycznych, ale i też mniej typowych tematów. Moje serce skradła w tym przypadku dygresja na temat zakończenia "Zagubionych", serialu świetnego, a przez wielu już zapomnianego.

Ale - jak to zwykle bywa - nie jest idealnie. W tym przypadku można wręcz ostatecznie posunąć się do stwierdzenia, że jest zwyczajnie średnio. "Wojownicze żółwie ninja" już od samego początku wydają się bowiem w jakiś sposób nijakie, powielające schematy, nie mające nic szczególnego do zaprezentowania. To natomiast w przypadku filmu o zmutowanych żółwiach, które znają ninjutsu, nie zapowiada nic dobrego.

Mam wrażenie, że w tym przypadku problem jest jeden - twórcy nie wiedzieli, jaką konkretnie drogę obrać przy przygotowaniu ekranizacji kultowego komiksu. Jakby nie byli pewni, czy skierować ten tytuł bardziej do dzieciaków, które dopiero co poznają świat superbohaterów, czy też do geeków, którzy temat już mają obadany. W ostateczności wyszło coś nijakiego, czasem pokazującego pazur, by już za chwilę zmienić go w dziecinną bajeczkę. I choć od seansu trochę już minęło, ja ciągle nie wiem, dla kogo konkretnie jest ten film.

Jeśli lubicie ekipę czterech żółwi ninja, to i tak pewnie na ten film pójdziecie. I bardzo dobrze! To rozrywka nie najwyższych lotów, ale w kilku miejscach wystarczająco satysfakcjonująca, by ostatecznie nie zmieszać całości z błotem. Ja nie bawiłem się tragicznie, ale też miewałem sporo lepszych pobytów w kinie. Ostatnio chociażby przy wspomnianych już "Strażnikach galaktyki". Nie jest źle, ale mogło (i powinno) być lepiej.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #10

Tak oto dotarliśmy do jubileuszowego, dziesiątego odcinka nieregularnej, acz bardzo na blogu popularnej, serii. Kolejny epizod "5 płyt" trafia w momencie, według mnie, bardzo odpowiednim. Oto bowiem zaczyna się już za moment kolejny rok szkolny, przynoszący uczniom świeży materiał do nauki i tonę lektur do przeczytania. Przybywam więc ponownie z pomocą, pod postacią pięciu naprawdę porządnych krążków, umilających trudy wkuwania.

Przez zapoznaniem się z najnowszym epizodem serii, warto jednak także zajrzeć do jej poprzednich odcinków: pierwszego, drugiego, trzeciego, czwartego, piątego, szóstegosiódmegoósmego oraz dziewiątego. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji, sprawdź również post utrzymany w trochę podobnej tematyce - "5 błędów popełnianych podczas nauki".

Taylor McFerrin - "Early Riser"

Info o tym krążku dostarczone mi zostało przez mojego niezbędnego dostawcę muzyki - Filipa. Taylor McFerrin to najstarszy syn słynnego czarnoskórego muzyka, Bobby'ego McFerrina. Dziecko nie poszło jednak w dokładnie te same ślady co ojciec, postanawiając tworzyć muzykę bardziej pasującą do współczesnych standardów. Tym samym dostajemy płytę łączącą elementy elektroniki ze standardowymi dźwiękami żywych instrumentów. Od czasu do czasu czuć tu mocne inspiracje jazzem, innym razem natomiast więcej tu wspomnianej elektroniki. To spokojny, wkręcający się krążek, który powinien podpasować dosłownie każdemu. "Early Riser" do przesłuchania w całości chociażby na Spotify.

Przykładowe utwory:


Kodomo - "Patterns & Light"

"Patterns & Light" to najnowszy, pochodzący jeszcze z bieżącego roku, projekt Chrisa Childa, znanego pod pseudonimem Kodomo. Jego twory zahaczają przede wszystkim o elektronikę, czerpiąc z ambientu czy nawet i trance'u. Na swojej najnowszej płycie zdaje się on trochę nawiązywać do klasycznych oper, pierwszy utwór nazywając "Uwerturą" oraz zamieszczając chociażby dwa interludia. "Patterns & Light" puszczone cicho świetnie sprawdzi się właśnie do nauki czy czytania, natomiast po podgłośnieniu, nada się idealnie również na porządne rozkręcenie imprezy. Do sprawdzenia na SoundCloudzie artysty czy Spotify.

Przykładowe utwory:


Clams Casino - "Rainforest"

Clams Casino to na pewno postać znana każdemu fanowi nowych brzmień w amerykańskim rapie. Producent ten jest istnym symbolem nurtu cloud, cechującego się swego rodzaju "sennością" i spowolnieniem. EP "Rainforest" jest natomiast jednym z najlepszych przykładów czystych podkładów cloudowych, bez nawijki jakiegokolwiek rapera. To pięć dość krótkich utworów, które jednak zdecydowanie robią swoje. Gdzie przesłuchać? Choćby na Spotify.

Przykładowe utwory:


Japancakes - "Giving Machines"

Do tej pory mieliśmy praktycznie samą elektronikę, czas więc na pewne zmiany, czyż nie? Tym samym prezentuję Wam post-rockowy zespół Japancakes oraz ich płytę "Giving Machines" z roku 2007. Czego można się po niej spodziewać? Braku wokalu, który jednak szczodrze zastępują przyjemne dla ucha kompozycje instrumentalne. Te z kolei pełne są przede wszystkim gitar, czasem jednak tworząc miejsce chociażby dla pianina czy skrzypiec. Słucha się tego zdecydowanie dobrze. Krążek Japońskichciasteczek przesłuchać można między innymi na Spotify.

Przykładowe utwory (tylko dwa, bo niestety więcej na YouTube nie ma)


Terri Lyne Carrington - "Money Jungle: Provocative in Blue"

Na koniec zostawiłem sobie twór może nie popularny w mainstreamie, ale doceniony przez znawców tematu. "Money Jungle: Provocative in Blue" jest bowiem tegorocznym laureatem Grammy w kategorii "Najlepszy jazzowy album instrumentalny". I nie jest to jakieś nic nieznaczące osiągnięcie, bowiem całość w istocie okazuje się nie lada gratką dla każdego wielbiciela czarnej muzyki. Terri Lyne Carrington, współpracująca wcześniej chociażby z Herbiem Hancockiem czy Stanem Getzem, stworzyła bowiem w istocie album świetny, wpadający w ucho od pierwszego utworu. Całość - jak to zwykle bywa - do przesłuchania w całości choćby na Spotify.

Przykładowe utwory:
- "Money Jungle"


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Wilk pomiędzy nami

Wyobraź sobie, że w Nowym Jorku, ukryci przed normalnym społeczeństwem, żyją bohaterowie Twoich ulubionych baśni. Jest Królewna Śnieżka, jest jedna z Trzech Małych Świnek, jest Piękna i Bestia. Baśniowe postaci ukrywają się przed mieszkańcami Wielkiego Jabłka pod postacią "glamours", zmieniających ich tradycyjny wygląd w bardziej ludzki. Żyją sobie na pozór spokojnie, normalnie, własnym rytmem.

Wszystko to jednak zostaje zburzone przez morderstwo. Rzecz, która nie miała miejsca w Fabletown od lat, teraz zwraca uwagę wszystkich jego mieszkańców. Sprawę otrzymuje tutejszy szeryf i postać najważniejsza dla całej historii - Bigby Wolf, czyli oryginalnie wilk z baśni o Czerwonym Kapturku. To on stoi tu na straży prawa i to jemu powierzono rozwiązanie makabrycznej zagadki.

Brzmi szalenie? Ale jednocześnie jakże fenomenalnie! Podstawą pod tę opowieść była seria komiksowa "Fables" (w polskim wydaniu tytuł przetłumaczono pieczołowicie jako "Baśnie"), od strony scenariusza stworzona przez Billa Willinghama. Opowieści zebrały sobie grupkę fanów, nie będąc jednak mimo wszystko komiksowym mainstreamem. Ktoś jednak postanowił pomysł podchwycić i rozpromować go szerzej.

Tym kimś okazała się firma Telltale, tworząca od wielu lat, po pierwsze, słynne gry platformowe spod znaku LEGO, po drugie zaś, zajmująca się licznymi przygodówkami. To z ich rąk wyszedł jeden z najbardziej nietypowych hitów growych ostatnich lat, czyli wirtualna wersja "The Walking Dead", którą zresztą sam na blogu zachwalałem. W podobnej konwencji, co ten słynny już tytuł, miała zostać przygotowana adaptacja "Baśni". Zachęcony tym argumentem, niechybnie zainwestowałem w pierwszy odcinek "The Wolf Among Us" oraz "season pass", który zapewnił mi otrzymanie pozostałych czterech epizodów gry. Gdy tylko ukazał się ostatni z nich, od razu zabrałem się do rozgrywki.


I muszę przyznać to już teraz - wsiąkłem. Ponownie ludzie z Telltale odwalili kapitalną robotę, przyciągając widza do ekranu i totalnie wiążąc go z bohaterami swej produkcji. Ostatnie dwa epizody skończyłem w jedną noc, po czym od razu zabrałem się za pisanie tego tekstu, by na świeżo móc przygotować odpowiednie wrażenia. Czy jestem zachwycony? Jak najbardziej!

Może ktoś będzie zniechęcony faktem, że "The Wolf Among Us" jest grą. Ale trzeba zaznaczyć ponownie, iż jest to produkcja nietypowa. Tak nietypowa, że niektórzy w ogóle nazwy "gra" nie chcą przy niej używać. Bo istotnie trzeba przyznać, że tytuł ten balansuje gdzieś właśnie na granicy gry, ale i filmu, czy może powinienem raczej rzec, kreskówki. To interaktywne doświadczenie, po które sięgnąć może każdy - niezależnie, czy światkiem growym się interesuje, czy jest on mu zupełnie obcy (lub też znany tylko dzięki Simsom).

Przez dużą część rozgrywki gracz jest tu bowiem jedynie obserwatorem. Czasem trzeba zrobić parę kroków i kliknąć coś, by załączyć kolejną scenkę. Innym razem należy przeszukać jakiś pokój w poszukiwaniu dowodów. Najwięcej jednak dzieje się tu podczas rozmów, w których to widz ma określony czas na udzielenie odpowiedzi swemu rozmówcy lub podjęcie konkretnej decyzji.

To wszystko zaś niesie za sobą konsekwencję. W tej grze może liczyć się każda odpowiedź, każdy brutalny czyn uczyniony wobec drugiej osoby, każda nutka agresji w głosie. A nawet jeśli po rozebraniu "The Wolf Among Us" na części składowe okazałoby się, że jednak tak nie jest, twórcy stworzyli zwyczajnie tak świetną machinę, że każdy od razu wierzy, iż rzeczywiście ma wpływ na losy Fabletown.

Komu przywalisz w twarz, a kogo pogłaskasz po głowie? Wobec kogo będziesz miły jak baranek, a wobec kogo okażesz się prawdziwym "Big Bad Wolf"? Czy będziesz działał w granicach prawa, czy też prawo to będziesz naginał do własnych reguł? Kogo obierzesz za sprzymierzeńca, a kogo odrzucisz na bok? Oto decyzje, przed którymi staniesz w "The Wolf Among Us".

Tytuł Telltale ma więc przemyślany mechanizm wciągania gracza w swą opowieść, dobrą historię oraz świetne uniwersum. To ostatnie zaznaczyć warto najbardziej. Ja sam już po pierwszym odcinku zacząłem szukać w sieci komiksów z serii "Fables". Tak - "The Wolf Among Us" jest aż tak fajne. Czy lepsze od growego "The Walking Dead"? Trudno mi powiedzieć. Jest na pewno inne i chyba klimatycznie jednak cięższe.

Ja jaram się strasznie i mam nadzieję, że jeszcze w świat "Baśni" się zagłębię. Przygody szeryfa Bigby'ego są zwyczajnie zbyt dobre, by przejść przez nie bez poruszenia, a potem odrzucić je na bok. Bardzo polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Kubeł pełen radości


Wczoraj na blogu mieliśmy dywagacje na temat "Kołczanu prawilności" i licznych jego następców. Dziś parę akapitów poświęcę natomiast innemu internetowemu hitowi ostatnich tygodni. Tym razem jednak nie dość, że słowa te będą miały bardziej pozytywny wydźwięk, to na dodatek projekt ten ma charakter nie ogólnopolski, a wręcz ogólnoświatowy. Na pewno wiecie już o czym mowa - o ALS Ice Bucket Challenge!

Zapewne każdy z Was widział chociaż jeden filmik z tej serii. W takich materiałach występujący tam ludzie zwykle oblewają się kubłem zimnej wody, do czego zostali nominowani przez kogoś innego. To w dużej mierze zabawa celebrytów - tych mniejszych, jak i większych. W akcji wzięli już udział takie tuzy showbiznesu jak Eminem, Rihanna czy Britney Spears.

Dobrze pamiętam, że parę miesięcy temu naśmiewałem się z - na pierwszy rzut oka - podobnej akcji. Wówczas to internauci chętnie wypijali butelkę piwa za jednym zamachem, udowodniając rzekomo, jacy to oni świetni i odważni nie są. Dlaczego więc do ALS Ice Bucket Challenge mam już podejście zupełnie inne? Bo tym razem nie jest to tylko głupia zabawa.

Jeśli ciągle nie wiecie, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi, radzę spojrzeć na pierwszy człon nazwy tego wyzwania - ALS. ALS to stwardnienie zanikowe boczne, zdecydowanie nieprzyjemna choroba, niestety nieuleczalna. Nie chcę bawić się w pseudolekarza, więc jeśli ktoś chce dowiedzieć się trochę więcej na ten temat, powinien standardowo sięgnąć do encyklopedii lub poprosić o pomoc Wujka Google.

Cały Ice Bucket Challenge ma za zadanie mówić właśnie o tej chorobie. Ma pomóc dotkniętym przez nią, promować fundację, która bierze ich pod ochronę. I wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że to autentycznie daje efekty.

Jeden już poznaliście na sobie. Wiedzieliście wcześniej, że coś takiego jak ALS w ogóle istnieje? Bo ja przyznam szczerze - nigdy o tym nie słyszałem. Poprzez "głupie" oblewanie się wodą przez celebrytów, nagle dowiedział się o tej chorobie cały świat. Bo nawet, jeśli celebryta nie powie w swoim filmiku, że chodzi tu najbardziej właśnie o walkę ze stwardnieniem zanikowym bocznym, to serwisy newsowe i tak wrzucą jego materiał podpisany "ALS Ice Bucket Challenge". I to już samo w sobie jest ważne.

Pod wieloma filmikami dodatkowo pojawiają się wprost dane fundacji, na której konto powinno się wpłacić pieniądze. Zasady w tym wypadku są bardzo różnorodne - jedni wysyłają kasę nawet po oblaniu się wodą, inni natomiast uznają regułę, że wpłata to "kara" za niezamoczenie się w określonym czasie. Mnóstwo jest również ludzi, którzy zwyczajnie ślą pieniądze, nie będąc w ogóle nominowanym do ALS Ice Bucket Challenge. Dzięki temu, fundacja w jeden miesiąc zdobyła parędziesiąt milionów dolarów na pomoc chorym.

Trudno więc dalej kłócić się ze stwierdzeniem, że Ice Bucket Challenge głupotą nie jest. Jak to jednak zwykle bywa, pomimo mnóstwa plusów, i tak znajdują się ludzie, którzy patrzą krzywo na całą akcję. A przecież ona daje nie tylko radość celebrytom i ich fanom, ale - przede wszystkim - autentycznie pomaga ludziom chorym. To naprawdę jedna z najfajniejszych akcji charytatywnych, o jakich kiedykolwiek słyszałem.

Na koniec zaś pozwolę sobie wrzucić moje trzy ulubione - do tej pory - filmiki z serii ALS Ice Bucket Challenge. Na sam początek polski smaczek, pod postacią Yuriego Drabenta i skoku spadochronowego.



Numer dwa? Charlie Sheen, oblewający się kubłem zawierającym nie lodowatą wodę, a dziesięć tysięcy dolarów, które przelał na konto fundacji.


Na koniec natomiast prawdopodobnie najbardziej eleganckie wykonanie ALS Ice Bucket Challenge. Przed Wami Patrick Stewart, czyli kapitan Pickard ze "Star Treka"!


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie wykorzystane w dzisiejszym poście pochodzi z serwisu Flickr.com.

4 komentarze:

Drogi Facebooku, zarządzam koniec beki

Znacie "Kołczan prawilności"? Nie oszukujmy się - na pewno. To ostatnimi czasy istny hit internetów, który zresztą z wirtualnego świata wyszedł już i do tego realnego. O kołczanie się mówi, z kołczana się śmieje, no i - przede wszystkim - kołczan się nosi. Jak na prawdziwego łucznika przystało, przedmiot ten koniecznie musi być przewieszony przez ramię, a najlepiej, gdy ma on jeszcze znaczek Nike na sobie. Im większy, tym lepszy - a jakże.

Przyznaję - śmieszna sprawa z tym całym kołczanem. Po pierwsze, dlatego, że mnie noszenie nerek śmieszyło w mniejszy lub większy sposób od dawna i miło wiedzieć, że w swych cichych śmieszkach nie jestem sam. Po drugie, śmieszność tkwi w tym, iż ktoś w ogóle wpadł na tak absurdalny pomysł nazwania tego podstawowego elementu współczesnego ulicznika "kołczanem prawilności". No, przyznajcie szczerze, przecież to jest genialne!

No i poszło przez Facebooka mnóstwo wiadomości w rodzaju: "ej, stary, sprawdź no to, beka xDDD". Sprawdzało się więc, za przyjacielską namową. Pośmiało się chwilę - a jakże. Spodobało się - przyznać trzeba. A potem, oczywiście, samemu wcieliło się w rolę głosiciela dobrej nowiny i wysłało wieści o narodzinach fantastycznego fanpage'a do kolejnych pastuszków.

Poszło więc to wszystko w świat i - gdy piszę te słowa - "Kołczan prawilności" zebrał już na Facebooku prawie sto tysięcy lajków. Szanuję, propsuję, zazdroszczę. Też bym tyle chciał, kłamać nie będę. Jednakże pragnienia takie grzmią nie tylko we mnie, bowiem i inni zapragnęli sławy kosztem pomysłodawcy pierwszego elementu prawilnego ekwipunku. Oni jednak postanowili autentycznie swoje marzenie spełnić.

Zaczęły się więc pojawiać kolejne fanpejdże tego typu. Co było drugie? Trudno dokładnie powiedzieć. Mi się najpierw o uszy obiła "Czapka Wpierdolka". No, jeszcze chwilę się pośmiałem - hihihi, hahaha. Nawet polubiłem, a co mi tam! Ale pięć minut później dostałem link z "Rycerzami Ortalionu". Kto wie - może nawet to i ta sama osoba te strony stworzyła, zaintrygowana sukcesem pierwszej?

Potem jednak granica została przekroczona. "Trzewiki ulicznego gniewu", "Nagolenniki Ulicznego Sprytu", "Tunika odwagi" - to tylko te parę popularniejszych kopii "Kołczanu". Do tego dołączcie sobie pewnie jeszcze z setkę innych "podróbek". Jednych brzmiących mniej absurdalnie, drugich bardziej. Ale hej - to już przestało być śmieszne, serio!

Bo, tak jak wspomniałem, "Kołczan" rozśmieszył mnie nie tylko samym tematem swych żartów, ale i kreatywnością. Jego następcy ten drugi element już jednak stracili. I nie śmieszą mnie oni w ogóle - co najwyżej żenują. Bo przez to cała sprawa "Kołczanu" przestaje tracić swą początkową bekę, zamieniając się w totalny bezbek. Co za dużo, to niezdrowo, Drodzy Fejsbukowicze. Serio.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Holocaust F

Uwielbiam odkrywać te bardziej niszowe produkty kultury. Zwykle okazuję to chyba w przypadku filmów, gdzie zdarza mi się od czasu do czasu pogrzebać w zakątkach kinematografii niezależnej, odnajdując nieraz produkty nieznane w Polsce wręcz w ogóle. Jest coś w tym fajnego, szczególnie gdy dany tytuł Ci się spodoba i możesz go potem podać dalej, na przykład polecając na blogu.

Po bardziej niszowe tytuły w przypadku książek zdarza mi się chyba sięgać trochę rzadziej, ale i tu czasem udaje mi się dorwać coś naprawdę nietypowego. I tak też stało się ostatnio, gdy w moje łapska wpadł "Holocaust F" - powieść autorstwa Cezarego Zbierzchowskiego, nominowana do jednej z najważniejszych polskich nagród dla pisarzy science-fiction, Nagrody Zajdla. Zaintrygowała mnie książka ta zarówno swym tytułem, jak i krótkim opisem zawartości, który zapowiadał podróż zdecydowanie nietypową.

Fabuła całości została umiejscowiona w dość odległej przyszłości. Świat, choć technologicznie zaawansowany w ogromnym stopniu, chyli się ku upadkowi. Wojna między najbogatszymi, panującymi w jakiś sposób nad tym światem, a ich przeciwnikami, w mniemaniu tych pierwszych "terrorystami", powoli wyniszcza całą ludzkość. Miasta i osady upadają, czemu nie może zapobiec nawet największa fortuna.

Głównym bohaterem oraz narratorem historii jest Franciszek Elias III, należący do jednego z najważniejszych i najbogatszych rodów Ziemi. Pieniądze pozwoliły mu na dokonanie najważniejszej w tym świecie operacji - wprowadzenia własnego mózgu do swoistej "kołyski". Dzięki takiemu zabiegowi, śmierć ciała nie równa się śmierci konkretnego człowieka. Mózg bowiem może zostać swobodnie wszczepiony do innej skorupy. To natomiast tylko wierzchołek góry pełnej innowacyjnych technologii, o których my możemy obecnie jedynie pomarzyć.

W swej opowieści Franciszek przedstawia nam wydarzenia, mające miejsce już po rozgorzeniu wspomnianego wcześniej konfliktu. Zostajemy wrzuceni na głębokie wody, cała historia prezentowana jest bowiem swobodnie - tak, jakby główny bohater prezentował ją człowiekowi, który jego czasy zna z własnego doświadczenia. Moim zdaniem nie przeszkadza to zbytnio w odbiorze całości, choć trzeba mimo wszystko przestawić się w jakiś sposób z podejścia, jakie prezentowane jest w większości innych powieści.

Fabuła okazuje się jednak nie być głównym motorem napędowym całości. Zdaje się, iż ma ona po prostu w jakiś sposób spajać wywody Franciszka nad samą istotą życia. Dużo tu filozofowania, moim zdaniem dostarczonego w dość sensowny i przystępny sposób, choć na pewno nie do końca odpowiedni dla każdego Czytelnika. Łączy się to na szczęście w przyjemny sposób z normalnym tokiem fabuły, więc narzekać mi w tym przypadku trudno.

I przyznam szczerze - na początku "Holocaust F" naprawdę mi się spodobał. Nie, żebym go okrzyknął moim nowym książkowym ulubieńcem, ale czytało mi się to przyjemnie, wizja świata intrygowała, fabuła ciekawiła, podobnie zresztą jak załączone do niej rozmyślania nad człowieczeństwem. W pewnym momencie coś jednak jakby się załamało.

Od około połowy książki nagle nastąpiło totalne zmieszanie miliarda wątków i autor zaczął wszystko przedstawiać w - moim zdaniem - sposób nieprzystępny. Musiałem się czasem wracać kilka zdań do tyłu, by spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, a jednak nie tego od dobrej powieści oczekuję. Szczególnie całość załamały opisy walk, które w sporej mierze były dość uciążliwe i mało ciekawe. Zbierzchowskiemu zdecydowanie lepiej wychodzi "normalne" fabularyzowanie, nie zaś wrzucanie Czytelnika w wir akcji.

Szkoda tym samym, że ta końcówka tak diametralnie zmieniła "Holocaust F". Czuję, że tytuł ten i tak zapamiętam na dłużej i samego autora zacznę zapewne chętniej śledzić, jednak życzyłbym sobie, by wspomnienia te były lepsza niż ostatecznie się okazały. Może przeczytam to jeszcze raz za kilka lat i wtedy - będąc już dojrzalszy - odkryję w tym tytule więcej. Na razie natomiast tak dość z rezerwą zachęcam do sięgnięcia po "Holocaust". To naprawdę intrygująca pozycja, w której jednak coś nie zagrało i na to "coś" trzeba być przed lekturą przygotowanym.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #78 - Roni

Kolejny weekend kończymy na blogu odcinkiem serii "Raperzy czytają". Epizod siedemdziesiąty ósmy stoi pod znakiem Roniego, dość świeżej postaci na scenie. Do tej pory pracował on między innymi nad projektami "Mini EP" (we współpracy z Gnievnym), a także "Spadające gwiazdy EP" (tworzone wraz z Pyciem). Obecnie Roni pracuje natomiast nad swoim solowym projektem, zatytułowanym "Zimny błękit". Promuje go między innymi singiel "Mylne wyobrażenia", na którym gościnnie udzielili się Junes oraz Chok.

Co zaś Roni ma do powiedzenia na temat literatury?

Książki... Temat znany mi już od najmłodszych lat, ponieważ w mojej rodzinie bardzo lubiono tę formę spędzania wolnego czasu. Na początku nie wykazywałem jakiegoś szczególnego zainteresowania czytaniem i zupełnie się do niego nie garnąłem, jednak w końcu nadszedł ten przełomowy moment. Ostatni dzień roku szkolnego i uroczyste zakończenie drugiej klasy szkoły podstawowej. Za dobre wyniki w nauce dostałem nagrodę - książkę. Na początku nie byłem zadowolony, bo widziałem że koledzy dostali paletki do ping-ponga, albo maskę do nurkowania, ale po powrocie do domu zacząłem oglądać moją zdobycz, a była nią "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek"  Hanny Ożogowskiej. Muszę po latach stwierdzić, że ta książka idealnie wprowadziła mnie w świat literatury. Przeczytałem ją jednego dnia i byłem zafascynowany. Moja wyobraźnia nigdy nie działała tak dobrze, nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że właśnie te czytanie tak mi ją wyostrzy. 

Teraz już poszło z górki i zacząłem czytać hurtowo. Przerobiłem prawie wszystkie przygody Tomka i jego przyjaciół napisane przez Alfreda Szklarskiego. Ze szkolnej biblioteki wypożyczałem setki książek przygodowych, których tytułów już teraz nie jestem w stanie wymienić. Uwielbiałem czytać. Wraz z wiekiem sięgałem po literaturę nieco poważniejszą i bardziej regionalną. Tereny, na których wówczas mieszkałem, to dawne okolice działań polskiej partyzantki, więc nie trudno się domyślić, że szybko wgłębiłem się w tematykę wojenną. Szczególną uwagę zwróciłem na utwory Aleksandra Omiljanowicza, między innymi "Wyrok", "Duch Białowieży", czy "Azyl w Dżungli". To książki zdecydowanie godne polecenia, nie tylko dla osób, których ciekawi tematyka wojenna, ale dla wszystkich, którzy szukają dobrze napisanej literatury z ciekawą fabuła i szybką akcją. 

Kolejny etap to fascynacja Harrym Potterem i chyba tutaj nie muszę za dużo opisywać, każdy wie o czym mówię. Magiczna seria, setki godzin spędzone na czytaniu z wypiekami na twarzy :) 

Filologia polska – mój kierunek studiów. Pierwszy raz miałem dosyć czytania. Materiału było tak wiele, a książek do przeczytania tak dużo, że nie czerpałem z tego żadnej przyjemności. Jednak w natłoku autorów do przerobienia i ich dzieł znalazłem parę nazwisk, które zasługują na szczególną uwagę. Orwell, Kafka, Wilde. Po przeczytaniu "Procesu" siedziałem przez parę godzin w ciszy i zastanawiałem się co się stało. Daaaamn, dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia! Klimat, który został w niej zbudowany, sprawia, że przez jakiś czas sam doszukiwałem się wszędzie teorii spiskowych i inwigilacji mojej osoby. "Portret Doriana Graya" Wilda i "Rok 1984" Orwella to również świetne lektury. 

Tematyka książek, które mnie interesowały, a które czytałem poza studiami, była bardzo szeroka. Od kryminałów z Sherlockiem Holmesem w roli głównej, po opowieści grozy Lovecrafta "Zew Cthulhu". Ostatnią książką, która przeczytałem był, któryś z tomów "Gry o tron" Martina i muszę przyznać, że bardzo dobrze się to czyta i na pewno będę kontynuował i systematycznie zapoznawał się z kolejnymi tomami. Obecnie trochę mniej czasu spędzam na czytaniu, ale mam wiele tytułów, które chciałbym jeszcze sprawdzić, bo nie znać niektórych klasyków, to niezła siara i aż wstyd, ale jeszcze do tej pory nie przeczytałem "Władcy Pierścieni" Tolkiena czy "Wiedźmina" Sapkowskiego :/ W autobusach, tramwajach, w zasadzie gdzie tylko się da, czytam aktualnie książkę "Jerzy Dudek. Pod Presją" Pawła Habrata :) 

Dzięki za zaproszenie i zapraszam na mój fanpage. Pozdrówki!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)


0 komentarze:

Tarzan. Król dżungli

Znasz to uczucie, gdy przychodzisz do kina z myślą o pójściu na konkretny film i okazuje się, iż coś na sali jest popsute i swojego wymarzonego tworu nie obejrzysz? Mam nadzieję, że nie. Ja niestety ostatnio taką przygodę przeżyłem, przez co zostałem zmuszony do nagłej zmiany planów i wybraniu innego filmu. Gdy jednak do kina trafiłeś z młodszym bratem, wybór ten automatycznie zawęża się do niezbyt wielu produkcji. Nie pozostaje Ci więc innego, jak wybranie pierwszego z brzegu tytułu. Niech tylko bogowie bronią Cię przed tym, by tym tytułem okazał się "Tarzan. Król dżungli".


Opowieść o Tarzanie jest powszechnie znana i lubiana. Mojemu pokoleniu na pewno najbardziej kojarzy się ona z disneyowską animacją sprzed piętnastu (sic!) lat. Tamten "Tarzan" był jedną z moich ulubionych bajek w dzieciństwie. Z ogromnym dystansem podchodziłem więc do kolejnej próby przełożenia tej historii na język animacji, tym bardziej, że całość była dość mocno krytykowana. I wyszło na to, iż wszystkie moje obawy były jak najbardziej uzasadnione.

Przed seansem mogłoby się Wam wydawać, że wiecie właściwie wszystko na temat warstwy fabularnej, jaka w nowym "Tarzanie" zostanie zaprezentowana. W tym aspekcie występuje jednak jedyny przejaw inwencji twórczej autorów filmu. Oto bowiem całość zostaje nie dość, że wrzucona do realiów nam bardziej współczesnych, to jeszcze dodany zostaje motyw poszukiwania kosmicznego meteorytu. Ostatecznie jednak okazuje się, iż ten pierwszy element nie wnosi praktycznie nic, a drugi jedynie całą fabułę robi bardziej zamotaną.

Ja bowiem po obejrzeniu całości (w katuszach ogromnych), ciągle nie wiem, o czym "Tarzan. Król dżungli" był. Pierwsza myśl - o samym Tarzanie, rzecz jasna. Ale tak naprawdę historii jego jest tu nad wyraz mało, a jego relacje z wychowującymi go małpami są przedstawione tak po macoszemu, że aż smutno się robi, oglądając to. Pomysł drugi przychodzi tym samym - może to film o tym wielkim meteorycie z kosmosu? Ale znów - bardzo tu o nim mało, a na dodatek ostatecznie i tak nic konkretnego się o nim nie dowiadujemy. Doszedłem więc wreszcie do prawdy finalnej - "Tarzan. Król dżungli" to po prostu długometrażowy poradnik, odpowiadający na pytanie: "Jak zrobić jedną z najgorszych animacji w historii?".

Bo ja naprawdę w życiu trochę "bajek" się naoglądałem i wśród ich wszystkich nowy "Tarzan" rzeczywiście znajduje się gdzieś u dołu mego rankingu. Poza fabułą ponarzekać można jeszcze na wiele innych rzeczy. Pierwsza rzecz to oczywiście sam wygląd całości. Całość ma raptem kilka przebłysków, które - przyznaję bez bicia - cieszą w jakiś sposób oko. Reszta jednak to popłuczyny w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Mam wrażenie, że ekipa tworząca tę produkcję początkowo składała się z kolesi, których szczyt umiejętności graficznych umiejscowiony był gdzieś na pograniczu pierwszego i drugiego PlayStation. Oni wymyślili sobie, iż zrobią nowego "Tarzana" i zrobią na tym kupę kasy. Potem jednak stwierdzili, że trzeba to jakoś choć trochę ładniej opakować i zatrudnili dodatkowych ludzi, którym powiedzieli: "dorzućcie tu jakiś motyw kompletnie z dupy (tak, mówię tu o meteorycie) i zróbcie jakąś lepszą grafikę niż my". Oni jednak też mistrzami totalnymi nie byli, toteż postanowili stworzyć wiele scen w ciemnościach. Bo takie zrobić o wiele łatwiej.

Mam wymieniać więcej minusów? Okej - dubbing to w tym przypadku standard. Nowy "Tarzan" dostał chyba jego wyjątkowo budżetową wersję. Za przykład weźmy jedną scenę, gdy Jane (wiecie, ta dupeczka głównego bohatera), po ugryzieniu przez węża wydaje odgłosy orgazmu. Cały film jest zresztą przeraźliwie nieśmieszny, a nawet w jakiś sposób przygnębiający. To ma być animacja dla dzieciaków? I don't think so.

Oczywiście, możecie jeszcze posądzać mnie o to, że przecież jestem dorosłym facetem i nic nie wiem o współczesnych potrzebach dzieciaków i ich ulubionych animacjach. Na zakończenie recenzji oddaję więc głos mojemu młodszemu bratu, który po dziesięciu minutach już miał ochotę wyjść z kina, po piętnastu zaczął zasypiać, a w pewnym momencie rzucił: "muszę przyznać, że głupi ten film". Potwierdzam. Omijajcie ten gniot z daleka, obejrzyjcie lepiej disneyowską wersję po raz setny.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Bez zmian, Panie Bałtycki

Od dzieciństwa byłem regularnie zabierany przez rodziców nad polskie morze, za co zresztą do dziś jestem im wdzięczny. Już wtedy, mając raptem parę lat, zdawałem się bowiem być w jakimś stopniu z nadmorską bryzą skumplowany. Pasowaliśmy do siebie - można rzec - jak dwie krople wody. I do dziś ciągle coś z tego zostało, bo gdy tylko słyszę słowo "wakacje", pierwsze co widzę przed oczyma to plaża i morze.

Miałem jednak przez jakiś czas przerwę od tej regularnej styczności z typowym nadmorskim miasteczkiem w Polsce. Czy było mi tęskno? Mimo tego, że dziś ulubionym celem podróży Polaków zdają się być Egipt i reszta ciepłych krajów - owszem. Wróciłem więc tam, gdzie moje miejsce. Jestem nad polskim morzem i czuję się tak samo jak ponad dziesięć lat temu.

Bo nic się tu w zasadzie nie zmieniło. Jestem w innym mieście niż dawniej, a i tak odczuwam tu ten sam charakterystyczny, niepodrabialny jakkolwiek klimat. Bo owszem - polskie morze ma coś, czego nie mają inne nadmorskie kraje. Coś własnego, charakterystycznego, trochę trudnego do ujęcia w słowach. Na pierwszy rzut oka do określenia jednak wyjątkowo łatwego. Słowem najlepszym do nazwania klimatu polskiego morza wydaje się bowiem "tandeta".

Ciągle podstawowym symbolem naszych nadmorskich krain są stragany z licznymi pierdołami. Teoretycznie zmieniły się zabawki, bo przecież teraz dzieciaki szaleją za czymś innym niż moje pokolenie. W praktyce jednak zmiana dotyka jedynie nazewnictwa danych zabawkowych serii. Bo wciąż podstawą straganów jest udowodnienie, że chińskie podróbki hitów ze Smyka można dostać za kilkukrotnie mniejszą cenę niż oryginały. A dzieciaki zadowolone będą na podobnym poziomie.

Nie zmieniła się także gastronomia polskiego morza. Tu ciągle królują nie wymyślne restauracje, a smażalnie ryb, z podstawowym składem menu, wliczającym uwielbianego przez Polaków fileta z dorsza. Fast-foody zmieniły się też tylko na pozór - kiedyś zapychaliśmy się "amerykańskimi" hamburgerami, dziś mamy "tureckie" kebaby. Obie te rzeczy składają się z buły, mięcha, surówki i ewentualnie jakichś warzyw. A od czasu do czasu pojawiają się między kolejnymi fast-foodami i smażalniami jeszcze jedne wyjątkowe miejsca gastronomiczne - budki serwujące wielkie pajdy chleba ze smalcem i boczkiem. Ach, no i koniecznie cebulą, jakżeby inaczej!

A wśród tych straganów i budek z żarciem krążą ludzie. Również w dużej mierze niezmienni w stosunku do lat dawnych. Wszędzie podobne twarze, podobne zachowania, podobne zajawka na tandetę. Niby ubraniowo trochę się tu pozmieniało, bo na nogach często spotyka się Conversy i Ajer Maxy. Spokojnie jednak - sandałów w kombinacji ze skarpetami ciągle jest wystarczająco dużo, by zrobić z tego pokaźne modowe show.

Możecie podsumować mój wywód: "narzeka. Narzeka na Polaków, jak Typowy Polak". Mylicie się jednak, Moi Mili! Bo nie o narzekanie tu chodzi, a oddanie hołdu temu klimatowi polskiego morza! Ociekającego tandetą, chamstwem i wiochą, pewnie. Ale ja w tym dostrzegam jednak jakieś piękno. Piękno, bo to klimat - jak wspomniałem już wcześniej - niepodrabialny, charakterystyczny, zapadający w pamięć.

I gdy widzę tych ludzi noszących skarpety z sandałami, ociekającymi tłuszczem po smażonej rybie i przeglądającymi tandetę na straganach, to wiem już, że jestem nad polskim morzem. And I'm lovin it! Za wspomnienia i nie tylko.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Brakuje Ci 13 posterunku? Sprawdź Brooklyn 9-9!


Wiele było polskich seriali, które w dzieciństwie oglądało się z ciągłym bananem na twarzy. Mieliśmy swoją wersję "Miodowych lat", "Rodzinę zastępczą" czy nawet i taki "Świat według Kiepskich", który dziś - przyznaję - niezbyt już trawię. Był też jednak pewien sitcom, który (co ciekawe) okazał się pierwszym tego typu tworem nakręconym w pełni w naszym pięknym kraju. O czym mowa? Jak już zauważyliście w tytule - mówimy o "13 posterunku"!

Któż z nas nie pamięta tego kultowego polskiego sitcomu? Któż z nas nie śmiał się z kolejnych wyczynów Cezarego Cezarego i reszty szalonych policjantów? Serial ten miał przede wszystkim bardzo charakterystyczne klimat i fabułę, nieprzerabiane potem setki razy w innych tworach polskich telewizji (jak to dziś często bywa).

I to właśnie wspomnienie tego legendarnego tworu namówiło mnie ostatecznie do sięgnięcia po "Brooklyn Nine-Nine". Sitcom pachnący jeszcze świeżością, mający na koncie raptem jeden sezon i drugi w drodze (premiera - jak to standardowo bywa - we wrześniu). Oczekiwałem od niego przyzwoitego poziomu, który zapewniłby chwilowy odpoczynek od seriali, w których każdy odcinek trwa po godzinie. A co dostałem ostatecznie? Serial jeszcze lepszy niż się spodziewałem!


"Brooklyn Nine-Nine" to opowieść o grupce policjantów z tytułowego 99. posterunku w Nowym Jorku. Ich kolejne dni w pracy przebiegają nie tylko na rozwiązywaniu kolejnych spraw, ale - czy to intencjonalnie, czy też nie - jednocześnie wprowadzaniu do tych historii mnóstwa zabawnych sytuacji. Trudno się jednak dziwić, że te występują, gdy cała grupka okazuje się tak szalona.

W pewnym sensie głównym bohaterem serialu i jego twarzą jest detektyw Jake Peralta, typowy śmieszek, który uwielbia wszystko obracać w żart. To trochę taki "klasowy błazen", do wszystkiego i wszystkich (nawet przełożonych) podchodzący lekceważąco i z humorem. Czy to oznacza jednak, że jest on złym gliną? Nic bardziej mylnego - jest najlepszy w całym wydziale!

Reszta bohaterów również dotrzymuje mu kroku: jest umięśniony sierżant Terry, ciamajdowaty Boyle, seksowna Amy Santiago, lodowata Rosa Diaz, a także opryskliwa asystentka Gina. Charakterystyczną dwójką są również dwaj starsi policjanci, totalne łamagi, nieogarniające zupełnie rzeczywistości wokół nich - Scully i Hitchcock. Ach, no i mamy także kapitana Raymonda Holta, który dopiero co został przydzielony do 99. posterunku i ma w planach zdyscyplinowanie reszty załogi, w szczególności zaś Peraltę. Czy mu się to uda? Cóż - to już warto sprawdzić samemu.

A obiecuję Wam: gdy tylko obejrzycie pierwszy odcinek, reszta sezonu zleci jak z bicza strzelił. Przygody szalonej grupki z 99. posterunku niesamowicie wciągają, a przede wszystkim potężnie bawią. Nie raz i nie dwa dane mi było zaśmiać się na głos... podczas jednego odcinka. Moich wszystkich wybuchów śmiechu w ciągu całego sezonu trudno byłoby zliczyć. To humor w dużej mierze prosty, ale jednocześnie bardzo dosłownie przyjemny dla każdego.


We wciąganiu przez serial pomaga również jego umiejętne prowadzenie fabuły. Teoretycznie każdy odcinek ma inny motyw przewodni (zwykle nawet i kilka!), ale jednocześnie wszystkie je łączy jakaś wspólna historia. Wiecie - jak to w klasycznym sitcomie. Zdumiony jednak jestem, jak z taką ilością głównych postaci udało się twórcom każdej z nich przypisać konkretną historię, również odkrywaną w kolejnych odcinkach. Oczywiście ciągle najważniejszym bohaterem jest Peralta, ale i reszta ma tu sporo do powiedzenia i łatwo zapada w pamięć.

Ja polubiłem automatycznie wszystkich bez wyjątku. Zapamiętałem od razu ich imiona, podłapałem wzajemne relacje. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że każda z tych postaci już na początku swojego wystąpienia zdołała mnie rozbawić. Każda z nich jest charakterystyczna i mam problem jedynie z rozgryzieniem Scully'ego i Hitchcocka. To znaczy - nie potrafię określić, który z nich jest głupszy.

Mi cały sezon "Brooklyn Nine-Nine" mignął w mgnieniu oka i z niecierpliwością czekam na kolejny sezon. Dawno się tak porządnie nie ubawiłem przy sitcomie - serio! Gdy wiele z największych hitów zmienia się trochę bardziej w twory obyczajowe, "Brooklyn 9-9" ciągle potrafi bawić do łez. Polecam zdecydowanie każdemu fanowi porządnych gagów i prześmiesznych historii.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Justin Timberlake w Polsce

Bardzo rzadko udaje mi się spełnić swoje koncertowe marzenia. Zazwyczaj, gdy zostaje zapowiedziane polskie show jakiegoś lubianego przeze mnie artysty, mówię początkowo: "MUSZĘ TAM BYĆ!". Potem jednak, standardowo, o całej sprawie zapominam i chęci mi mijają. Czasem - rzadko, bo rzadko, ale jednak - udaje mi się jednak dotrzymać kroku postawionemu sobie celowi.

Rok temu przejechałem więc pół Polski specjalnie na jeden dzień Open'era, tylko po to, by zobaczyć rapowego mistrza, Kendricka Lamara. Nie był to koncert perfekcyjny, ale wyszedłem z niego totalnie wykończony i usatysfakcjonowany. W tym roku postanowiłem więc ponownie pojawić się na jakimś jednym, wyjątkowym show, by spełniać chociaż jedno koncertowe marzenia na dwanaście miesięcy. 

Dlatego, gdy tylko pojawiły się bilety na występ Justina Timberlake'a w Gdańsku, dokonałem zakupu już w pierwszych dniach sprzedaży. Powiedziałem "dość" wszelkim wymówkom i postanowiłem wybrać się w sierpniu do Trójmiasta cokolwiek by się nie działo. Kilka razy pojawiały się drobne wątpliwości, ale mimo wszystko trzymałem się swojego celu. I tak oto pojawiłem się pod PGE Areną parę godzin przed koncertem i wystałem sobie miejsce praktycznie tuż przy barierkach płyty.

Mógłbym z tego postu zrobić klasyczną relację. Mógłbym, ale postanowiłem tradycyjny koncept odrobinę zmienić. Chciałbym Wam bowiem przede wszystkim powiedzieć, że występ Timberlake'a nie był typowym koncertem, jakich dziś najwięcej. Panowało tu zupełnie inna atmosfera niż na wszystkich festiwalach, nie wspominając już o zabawach w klubach. To było prawdziwe show.

Takie do oglądania, słuchania, podziwiania. Okraszone nie tylko fantastyczną oprawą dźwiękową, ale i graficzną. Zabawa biła tutaj właśnie od sceny - tam tańczyli wszyscy, od Justina począwszy, przez jego chórek, na gitarzyście ze swoimi solówkami kończąc. To show, nadające się właśnie do tego, co wspomniałem wcześniej - podziwiania.

Bo może na nagraniach ten tłum pod sceną będzie wyglądał fantastycznie - bo ogrom ludzi, bo ludzie w Golden Circle trzymali kilka transparentów, bo na trzeciej piosence wszyscy podnieśli rozdawane przed wejściami serca z napisem "WE LOVE YOU JUSTIN", a na innym kawałku cała arena podniosła w górę świecące telefony, które autentycznie rozjaśniły całość, jakby nagle nastąpił dzień. To były momenty, które pewnie zapamiętam na długo i przez media będą pokazywane jako symbol oddania fanów.

Fanów, którzy w taki właśnie sposób stali się częścią tego performance'u, opracowanego od początku do końca. Kolejną częścią show, które chce się oglądać z uśmiechem na ustach i entuzjastycznym kiwaniem głową. Ale przez to nie był to typowy koncert, do jakich ja jestem przyzwyczajony i jakie chyba ubóstwiam bardziej.

Wokół mnie mnóstwo było nastoletnich fanek, które przez cały koncert stały, wyśpiewując z Justinem jego hity, czasem machając ręką czy klaszcząc. Z kilkoma osobami udało mi się podskoczyć raz czy dwa. A przecież taka muzyka powinna porywać do tańca cały czas! Ludzie powinni wiwatować, tańczyć, podskakiwać, a nie stać jakby obserwując start promu kosmicznego i nagrywać to telefonami. Tak przy okazji, Ty idioto, który stałeś przede mną i "kamerowałeś" praktycznie cały koncert swoim smartfonem, zasłaniając widok wszystkim niskim dziewczynom w okolicy - mam nadzieję, że te nagrania przepadną, a Ty skończysz z całodniową biegunką. 

Do dziś pamiętam, jak spocony wyszedłem ze wspomnianego już koncertu Kendricka. To nie był najbardziej hajpowany występ Open'era, a sam raper ewidentnie nie dał z siebie wszystkiego. Ale ludzie się naprawdę BAWILI, non stop wymachując łapami, podskakując i śpiewając. U Justina tak naprawdę było tylko to ostatnie.

Myślę tym samym, że Ci, którzy siedzieli na trybunach, wcale nie mieli tak źle. Siedzieli, obserwowali show, niczym w kinie czy teatrze. Bo trochę na takiej zasadzie to właśnie było. Nie mówię, że nie jestem zadowolony z tego koncertu. Mogło być lepiej pod wieloma względami (w Polsce dostaliśmy festiwalową setlistę i scenę, a nie prawdziwe "The 20/20 Experience"), ale mimo wszystko za kilka momentów zapamiętam to show prawdopodobnie do końca swojego życia. Ja zwyczajnie przyzwyczajony jestem do trochę innego typu koncertów. Ale warto było się do Gdańska wybrać i to show na własne oczy zobaczyć. Nie będę ukrywał - chętnie przeżyłbym to jeszcze raz. 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Szlachta z siodła wysadzona

Kojarzycie sprawę Morskiego Oka, wałkowaną w ciągu ostatnich tygodni przez media? W tamtejszych okolicach zmarł niedawno koń, który był wykorzystywany do wwożenia turystów na górski szczyt. Jak podali lekarze po zbadaniu zwłok - zwierzę zmarło z przemęczenia. I to właśnie dało od razu ludziom (nie tylko internautom, ale i osobom wypowiadającym się w telewizji) pretekst do opowiadania głupot.

To znaczy - wyjaśnijmy już sobie to na początku - to rzeczywiście źle, gdy zwierzę traktowane jest niedbale i umiera z przemęczenia. Daleko mi do uwag najbardziej zagorzałych maniaków fauny, którzy najchętniej zapewne w ogóle zabroniliby wykorzystywania ich do pracy i skupili się na głaskaniu oraz tuleniu swych super stworzonek. Mimo tego, problem nadmiernej eksploatacji zwierząt dostrzec potrafię i jak zwykle smutno mi, że został on zauważony dopiero po fakcie.

W tym przypadku chodzi mi bowiem nie o sam problem zwierzęcy, ale narzekanie ludzi na... ludzi. Bo i takie głosy liczne się pojawiły. Oto "mądre głowy" zaczęły głosić uwagi, że problemem są sami korzystający z konnych zaprzęgów. Były słowa trochę bardziej powściągliwe, były i takie, do których świetnie wpasowałoby się splunięcie na drugą osobę i obsmarowanie ją jadem od góry do dołu.

"Bo jak to tak można w górach jeździć z zaprzęgu, a nie samemu wchodzić na szczyt?!". Tego typu komentarzy pojawiło się w sieci ostatnimi czasy miliard+1. Od razu pojawiały się historie zapalonych górołamaczy, którzy to co roku wybierają się na coraz trudniejsze szlaki i zdobywają kolejne szczyty. Opowiadają o tym, jak zarazili taką zajawką swoje pięcioletnie dzieciaki.

Jednego jednak zrozumieć nie mogą - że komuś może się to nie podobać. W telewizji zobaczyłem krótką wypowiedź mężczyzny siedzącego w dorożce w okolicach Morskiego Oka, zapytanego agresywnie przez dziennikarkę: "a dlaczego Pan nie wejdzie na nogach?". Brakowało tylko dopowiedzenia: "jak NORMALNY CZŁOWIEK". Facet zaskoczony zaczął się tłumaczyć, że chodzi już cały dzień, kondycja nie taka, nogi bolą.

A tu nawet nie w tych rzeczach tkwi sedno. Odłóżmy na bok problem zmęczenia czy bolących nóg. Bo ktoś zwyczajnie może NIE CHCIEĆ wchodzić na górę na piechotę. I zaraz się znajdzie jakiś spryciula, który rzeknie: "no to po co on pojechał w góry?". Ja więc spytam: "a co Cię to, do cholery, w ogóle obchodzi?".

Nieważne, że ktoś pojedzie tam po prostu pooglądać krajobrazy, odetchnąć tamtejszym powietrzem czy nawet i zjeść oscypka. Jeśli nie chce chodzić po górach, a ma szansę dostać się na szczyt innym sposobem i ma pragnienie z takiej opcji skorzystać, to nikt nie może mu tego zabronić. Mógłbym rzec: "deal with it", ale dobrze wiem, że i tak codziennie pojawi się jakiś turysta w skarpetach i sandałach z nienawiścią patrzący na ludzi w konnym zaprzęgu. I nie będzie mu chodziło wcale o zdrowie zwierząt, tylko o to, by mieć z kogo się ponabijać i poczuć się lepszym od niego. Że bez powodu i konkretnego argumentu? Oj tam, oj tam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

3 komentarze:

Admiralette: Księga Pierwsza

Na ten poniedziałek miałem już przygotowaną recenzję zupełnie innej książki. Była napisana, prawie w pełni gotowa do publikacji na blogu. Parę dni przed tym, mój początkowy plan jednak upadł. Oto bowiem swą pierwszą książkę wydał jeden z moich ulubionych polskich blogerów - Andrzej Tucholski z JestKultura.pl. "Admiralette: Księga Pierwsza" zapowiadane było jako morskie fantasy w najlepszym wydaniu. Czy oczekiwania fanów blogera zostały spełnione? O tym w dalszej części recenzji.

Koncept wydaje się całkiem intrygujący. Po morzach i oceanach wymyślonego świata pływa Flota. To ogromne skupisko statków, będące w praktyce czymś w rodzaju przemieszczającego się z dnia na dzień państwa. Czasem załodze zdarza się dobić do portów, by uzupełnić zapasy, większość czasu jednak wszyscy spędzają na wodach, unikając sztormów i innych zagrożeń, mogących zakłócić żywot wielonarodowego państwa na morzu.

Na tło zarzucona zostaje historia głównej bohaterki, Sephiry, będącej córką Admirała całej Floty, rządzącego nią z pomocą sprawdzonych doradców. Dziewczynę poznajemy jako trochę zbuntowaną nastolatkę, "cierpiącą" na typowy okres dojrzewania. Razem z nią spędzimy w "Księdze Pierwszej" trzy opowieści, po początkowej zapowiedzi wydające się oddzielnymi historiami, w praktyce będącymi jednak jedną, spójną historią.

Pomysł sam w sobie wydawał mi się dość ciekawy. To znaczy - tak widziała mi się historia samej Floty, tło dla dostarczonej tu opowieści. Opowiastka o Sephirze od początku zdawała mi się bowiem dość mocno trącającą o schematy baśnią, czerpiącą garściami z typowych książek reprezentujących młodzieżowe fantasy. I niestety, całość ostatecznie takim właśnie tworem się okazuje.

Początki z "Admiralette" są naprawdę trudne. Załamywałem wręcz ręce nad tym tytułem, początkowo szczególnie będąc rozdrażnionym stylem pisarskim Andrzeja. Dużo tu totalnie niepotrzebnych opisów oraz - co gorsza - jeszcze bardziej zbędnych dopowiedzeń, podczas których czytania czułem się, jakby był to tytuł skierowany do dziecka zaczynającego przygody z książkami, domagającego się podania dosłownie wszystkiego na tacy. Dialogi? Dość sztuczne. Parę żartów, które przewinęły się przez całą historię? W większości suchary.

Do tego jeszcze ta opowiastka, pachnącą kolejnym sztucznie hajpowanym młodzieżowym fantasy. Na szczęście nie została ona sknocona całkowicie i - jak to zwykle w przypadku takich pozycji bywa - ostatecznie w jakiś sposób zaczyna intrygować. Oczywiście nie jakoś nadzwyczajnie, ale wystarczająco mocno, by jednak książki na bok nie odłożyć i dokończyć tę krótkawą historię w niej zamieszczoną. 

Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia zwyczajnie z powiastką słabą. Słabą w dwóch najważniejszych aspektach - fabularnym oraz stylistycznym. Próbowałem się doszukać plusów, jednak było to zadanie nad wyraz uciążliwe i trudne do zrealizowania. Całość zdaje się być napisana na szybko, "na odwal się". A nie tego jednak od powieści, za którą jest mi dane płacić, oczekuję.

Naprawdę smutno mi się pisało te wszystkie krytyczne słowa na temat "Admiralette". Bardzo szanuję Andrzeja jako blogera, toteż liczyłem na to, że będę miał kolejny powód, by go na MajkOnMajk pochwalić. Niestety - pisanie książek nie idzie mu tak dobrze jak intrygowanie Czytelników swoimi postami. Czy uda się mu jeszcze wyrobić? Mam szczerą nadzieję, że tak. Na razie werdykt z mojej strony jest jeden - jeśli nie jesteś fanem blogowania Andrzeja, nie ma niczego, co mogłoby Cię zachęcić do przeczytania "Admiralette".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Raperzy czytają #77 - Arski

Po tygodniowej przerwie, seria "Raperzy czytają" wraca na salony. Tym razem gościem cyklu jest Arski, pochodzący ze Słupska. Ma on na koncie sporo różnorodnego materiału, do którego zalicza się między innymi EP "Czas zamarł", przygotowane wspólnie z Koelem, a także płyta "Egoista", tworzona wraz z producentem Zielichowskim. Ta ostatnia wydana została nakładem labelu Vibe2NES, którego Arski jest członkiem.

Co natomiast dzisiejszy gość ma do powiedzenia w sprawie książek?

Jeśli chodzi o książki, mówiąc szczerze, nie było nam ze sobą po drodze - czy to brak czasu, czy narzucone przymusowo lektury w młodzieńczych latach, na które większość klasy na lekcjach polskiego reagowała słowami: "Ile to ma stron?! co? 300 stron w trzy dni?", czy po prostu brak fascynacji daną książka, którą czy to rodzina, czy znajomi polecali. Jednak nie jest też tak, że książki widuję tylko w Empiku, jak przeglądam, co polski mainstream rapowy obecnie oferuje. Jedno jest pewne - z tymi najpopularniejszymi tytułami nie miałem styczności. 

Dużo czasu poświęciłem na książki typu "Potęga podświadomości". Zupełnie przypadkiem natknąłem się na to wydanie, jednak okazało się, że jest to coś, co mnie wciągnęło. Co prawda do dziś nie udało mi się tego wykorzystać w praktyce, jednak fajnie było przez chwile wierzyć w moc podświadomości. Przeczytałem też kilka książek o mowie ciała. Mimo braku jakiejkolwiek fascynacji psychologią, takie książki wydawały się dla mnie ciekawe. 

Poza tym, z racji tego, iż moja Chrzestna prowadzi swoje własne wydawnictwo "Dobra Literatura" (kryptoreklama) i sam przez pewien okres pomagałem jej z wysyłkami książek oraz tym podobnymi rzeczami, miałem sporo tytułów w domu. Do kilku zajrzałem, do kilku zajrzeć nawet nie próbowałem. Niektóre mnie wciągnęły bardziej, niektóre mniej. Na pewno mogę wam polecić "Dni trawy". Z tego wydawnictwa raczej większość tytułów jest bardziej skierowana do kobiet, ale myślę, że ten konkretny tytuł może się spodobać każdemu. 

Ostatnią pozycją (dla mnie najciekawszą wśród książek, które przeczytałem w swoim życiu) będą książki o mafii, oparte na faktach. Ogólnie bardzo lubię tytuły nawiązujące do prawdziwych wydarzeń i ujawniające coś, czego wcześniej nie wiedziałem lub miałem o tym zupełnie mylne wyobrażenie. Jednym z ostatnich tytułów z tego gatunku, jakie przeczytałem, był "Masa o kobietach polskiej mafii". Wciągnął on mnie tak, że przeleciałem przez całość za jednym razem. Jeżeli ktoś, kto to czyta, interesuje się czasami, kiedy w Polsce trzymał władze Pruszków i zastanawia się, jak to wyglądało z bliska, to na pewno polecam ten tytuł. Mam nadzieję, że będą jeszcze podobne książki od Masy. "Alfabet mafii" przy tym to bajka dla dzieci.

Dzięki za zaproszenie, pozdrawiam!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Strażnicy Galaktyki

W światku komiksów zdaję się być większym fanem DC niż Marvela, jednak również produkty tego drugiego wydawnictwa szanuję i lubię. Tym samym pochodzenie "Strażników Galaktyki" było dodatkowym atutem, który do tej produkcji mnie przyciągnął. A przyznać muszę - obejrzeć nowy filmowy twór Marvela miałem ochotę już po zobaczeniu pierwszego zwiastuna. Od początku zresztą wierzyłem, że ta adaptacja - coby nie mówić - raczej niezbyt znanego w mainstreamie komiksu, okaże się prawdziwym hitem.


Tytułowi "Strażnicy Galaktyki" to zbiorowisko pięciu bardzo różnorodnych bohaterów. Swoistym głównym herosem jest tu niejaki Peter Quill, sam określający się mianem Star-Lorda, uprowadzony w dzieciństwie z Ziemi i wyszkolony na Łowcę. Pewnego razu otrzymuje on zadanie odnalezienia jednego z tych mega-uber-legendarnych artefaktów. Za wykonanie misji ma otrzymać sowite wynagrodzenie, co też staje się dodatkowym impulsem do zaryzykowania życia dla głupiej, metalowej kulki.

Jak to zwykle bywa - nie wszystko idzie po pierwotnej myśli Petera. Do kuli chce dotrzeć jeden z największych zbrodniarzy galaktyki i wykorzystać go do własnych, standardowo bardzo niecnych celów. Przypadkowo sformowana grupka pięciu kosmicznych przestępców, nagle musi więc stanąć po stronie dobra i uratować świat przed zniszczeniem. A kto, oprócz Star-Lorda, znajduje się w tej szalonej ekipie? Jest zielona Rihanna, jest zmutowany szop, jest koleś-drzewo, który potrafi powiedzieć jedynie: "Jestem Groot" oraz głupkowaty mięśniak, nie znający słowa "metafora", zwący się Drax. Przyznacie - nie można było znaleźć lepszych osobników do ratowania galaktyki.

Zapewne część osób zauważyła już, że twór ten standardowo zahacza o pewne sprawdzone schematy, które w tego typu filmach są powielane dość często. "Strażnicy" jednak zdają się tego nie ukrywać, a nawet i od czasu do czasu z tych standardowych scen i motywów się nabijają. Bo o to w dużej mierze w tym filmie chodzi - o czysty fun, śmiech i dobrą zabawę.

I w takiej właśnie konwencji opowieść o piątce złoczyńców sprawdza się świetnie. "Strażnicy" mają tak naprawdę wszystko, co film taki powinien mieć. Nie ma tu przynudzania czy silenia się na powagę, co było dużym minusem ostatniego "Supermana". Nie ma robienia z filmu o superbohaterach metaforycznego przekazu z pięćdziesięcioma dnami. Jest za to trochę gagów, mnóstwo skopanych tyłków i naprawdę wiele świetnie przygotowanych scen.

Oczywiście, standardowo pojawiły się przy tej produkcji głosy pokroju: "o rany, przecież to jest film roku/największe objawienie kinematografii/cud nad cudami". Ja, nawet jako fan sci-fi, komiksowych superbohaterów i całej reszty tego typu stuffu, potrafię jednak ze szczerego serca powiedzieć - nope, to nie jest aż tak świetny produkt. Ale dostałem wszystko to, czego po nim oczekiwałem i z kina wyszedłem w pełni usatysfakcjonowany.

"Strażników Galaktyki" ogląda się jednym tchem - od pierwszego spojrzenia na ekran, wzrok pozostaje cały czas na nim skupiony. Według mnie to film dla każdego, ale na pewno znajdą się jacyś "yntelygentni" malkontenci, którzy będą z pogardą na kolejny superbohaterski hit patrzeć. Ja wam jednak "Strażników" w pełni polecam i zachęcam do skoczenia na stosowny seans do kina. A potem pozostaje nam czekać na kolejną część i liczyć na to, że twórcy nie spieprzą jej, jak to obecnie robi się z sequelami wielu innych produkcji.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Nike Free Flyknit 4.0 - buty jeszcze wygodniejsze niż Free Runy

Trochę ponad rok po rozpoczęciu biegania i zakupieniu swoich pierwszy butów przeznaczonych stricte do tego celu, postanowiłem nabyć kolejną parę. Nie, żeby Nike Free Run okazały się już niezdatne do użytku - co to, to nie! Pomimo przebiegnięcia w nich setek kilometrów w upale, deszczu i śniegu, jedyny poważny ślad użytkowania, to jedno pęknięcie materiału, które nie przeszkadza zupełnie w niczym. Free Runy więc swój test wytrzymałości zdały i na pewno jeszcze nie raz będę w nich biegał.

Kiedyś jednak pewnie wreszcie i one padną, dlatego na wszelki wypadek postanowiłem się zabezpieczyć już teraz. Zdecydowałem się tym samym na zakup kolejnej pary butów do biegania, której będę używał na razie w trochę łagodniejszych warunkach, a Free Runy pozostawię sobie na tarzanie się w deszczu i śniegu. Wiedziałem już od jakiegoś czasu, że tym razem zainwestuję w kolejny innowatorski system od Nike, określany mianem Flyknit.

Cóż to w ogóle jest? - spytacie. Flyknit to system, którego sednem jest bardzo elastyczny materiał, idealnie dopasowujący się do stopy. W założeniu ma on przypominać nie klasycznego buta, a raczej coś w rodzaju skarpety. Przy odpowiednio dobranym rozmiarze nie ma mowy o zsuwaniu się obuwia ze stopy, bo całość trzyma się kurczowo naszej nogi.

Początkowo chciałem wybrać model Nike Free Flyknit z podeszwą 3.0, z racji tego, iż zwyczajnie jego design mocno utkwił mi w pamięci. Podczas przebieżki po sklepach Nike, jeden z pracowników doradził mi jednak, bym zszedł z dotychczasowego poziomu podeszwy 5.0 raptem o jeden niżej, do poziomu 4.0. Jako że zbiegło się to z premierą modelu Free Flyknit właśnie z systemem 4.0, zacząłem się coraz bardziej przyglądać także i tej wersji.

But kupiłem ostatecznie po sporawej obniżce (z trochę ponad czterystu złotych na około trzysta), która zresztą ciągle obowiązuje w licznych sklepach firmowych Nike. Długo przesiedziałem pełen wątpliwości, ostatecznie jednak dałem się skusić na zakup, po czym z radością oraz nowym obuwiem pod pachą wróciłem do mieszkania. Postanowiłem wypróbować buty jeszcze tego samego dnia, by od razu wyrobić sobie o nich zdanie.

Po około dwóch miesiącach testów mogę wreszcie wydać konkretny werdykt. I - jak wspomniałem już w tytule - najlepszym wyznacznikiem jakości tego obuwia będzie najprawdopodobniej fakt, że model Free Flyknit okazał się jeszcze wygodniejszy od Free Runów! Do dziś pamiętam, jakim szokiem były dla mnie pierwsze kroki w tych ostatnich, więc muszę przyznać, że różnica pomiędzy nimi a moim nowszym nabytkiem również mnie niesamowicie zadziwiła!

Bo różnica jest - i to naprawdę całkiem spora. Przede wszystkim niesamowitą sprawą jest wspomniany już system Flyknit. Działa on dokładnie tak, jak głoszą PR-owe gadki: ten but wkłada się i nosi jak skarpetkę. Całość opina stopę ze wszystkich stron, naprawdę świetnie dopasowując się do niej. Ruch bosej nogi został jeszcze lepiej odwzorowany niż we Free Runach.

To jednak nie koniec atutów systemu Flyknit. Zapewnia on bowiem również dwie inne istotne rzeczy. Pierwszą z nich jest lekkość. Nie mam pod ręką żadne hiperdokładnej wagi, ale "na oko" jest to najlżejszy but ze wszystkich, jakie miałem kiedykolwiek na nodze. To oczywiście wiąże się z drugim istotnym atutem system Flyknit - przewiewnością. Właśnie dzięki temu wszystkie buty z tym systemem uznawane są za idealne modele na lato. Nie dziwi więc, że ostatnio Nike przygotowało również Roshe Runy w wersji Flyknit.

Druga sprawa, którą koniecznie trzeba poruszyć przy recenzji Free Flyknitów, to oczywiście podeszwa. Opcja 4.0 rzeczywiście daje gwarancję jeszcze większej elastyczności całego buta, a do tego - pomimo mniejszej amortyzacji - zapewnia, według mnie, wygodniejszy bieg. Stopa jest jeszcze bliżej podłoża, ale mimo tego rzadziej po biegu miałem poobcierane i obolałe nogi, nawet podczas największych upałów.

Trzeba jednak zwrócić również uwagę, że Nike zmieniło trochę wygląd wszystkich swoich podeszew w ostatnich modelach. W ubiegłym roku (a zatem i w moich Free Runach) było one bardziej "rozwlekłe", wystające nawet trochę poza krawędź cholewki buta. Tym razem podeszwy jednak zmniejszono i bardziej ściśnięto. Co to daje? Przede wszystkim mniej kamieni i innych małych popierdółek, wchodzących w przerwy w podeszwie buta. Nie trzeba więc już po każdym biegu dokładnie pozbywać się tego typu rzeczy, gdyż zwyczajnie nie ma dla nich miejsca w nowym systemie.

Nie muszę więc chyba podkreślać, jak bardzo zadowolony jestem z modelu Free Flyknit 4.0. Jeśli ludzie w Nike w dalszym ciągu będą tak ulepszali swoje obuwie, z niecierpliwością czekam na to, co zaserwują nam kolejnym razem. Pomiędzy Free Runami a Free Flyknitami zrobiono naprawdę dużą różnicę, więc liczę na to, że podobny progres będzie miał miejsce także w kolejnych latach.

Najwięcej radochy z tego buta wyciągną oczywiście biegacze, ale i "normalnym" ludziom powinien on być przydatny. Design również się polepszył w stosunku do Free Runów, można więc z jeszcze większą przyjemnością w tego typu obuwiu zwyczajnie przechadzać się po mieście. Wygląda to fajnie, a na dodatek jest cholernie wygodne. Czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

10 komentarze: