Żegnaj Anno Domini 2012

Jednak dożyliśmy końca Anno Domini 2012 i już za kilka godzin zaczniemy kolejny, 2013 rok nowej ery. Długo się zastawiałem cóż mógłbym wam napisać na tego 31 grudnia. Zwykły tekst jak co dzień? Ranking podsumowujący najlepsze płyty kończącego się roku? Tak długo planowaną recenzję "Radia Pezet"? Cóż, i na to przyjdzie czas. Tymczasem zakończmy Anno Domini 2012 w moim, "egzystencjalnym" stylu.

Rok ten był dla mnie nadzwyczaj ambiwalentnym przeżyciem. Poczynając od największych sukcesów, przez działania neutralne, kończąc na tych gorszych chwilach. Myślałem długo, jak ocenić go patrząc na poprzednie lata. Zastanawiałem się szczerze, czy był to najgorszy rok w mym istnieniu. Jednakże nie. Był on wręcz najlepszy z dotychczasowych. Pomimo tego, że część planów dotyczących jego zakończenia przepadła, dalej pozostaje z dobrą wizją na przyszłość. Ty, Drogi Czytelniku, wraz z blogiem zajmujecie bardzo ważną pozycję w tymże "objawieniu".

Ale, przestańmy już z takimi wręcz paranormalnymi gadkami. O czym warto wspomnieć, to fakt, iż w tym roku powróciłem do chętnego i dość regularnego czytania książek. Zafascynowany szczególnie Murakamim i Bukowskim zagłębiam się w coraz to ciekawsze sfery literatury. Gry dalej pozostają w cieniu swych dawnych rządów mym światem. Choć wiadomo, że pre-ordery między innymi nowych "Mass Effecta" i "Halo" musiały zostać zamówione. W przyszłym roku liczy się szczególnie "Grand Theft Auto V". Co do muzyki - skupiałem się na rapie, szukając też jednak innych rozwiązań. Ostatni kwartał roku 2012 to szczególna fascynacja The Weekndem, zakończona kupnem jego "Trylogii". Wsłuchiwałem się również w Izę Lach, Brodkę oraz She & Him, oprócz tego wgłębiając się w nowości amerykańskiego rapu. O Polakach też nie zapomniałem, dalej brnąc ostro zarówno w podziemie, jak i mainstream. Seriale i filmy zagościły w mym serduchu na dobre. Gdy to czytacie, jest duża szansa, że skończyłem już legendarne "Twin Peaks", a w przyszłym roku dalej brniemy w "How I Met Your Mother", "Walking Dead" oraz "New Girl". Na dniach muszę wybrać się na "Hobbita".

Czego możecie spodziewać się w przyszłym roku na blogu? Na pewno zmiany szablonu, co stanie się w styczniu lub w lutym. Myślę również nad podróżą zagraniczną, która mogłaby dostarczyć wielu ciekawych materiałów na bloga. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, im późniejsza pora roku, tym bliżej blog będzie stawał obok terminu "lifestyle". To jednak nie czas na zdradzanie dokładniejszych planów.

Dołączając do poprzednich życzeń - szczęśliwego Nowego Roku i byście godnie dążyli w nim ku swoim celom. Adieu 2012.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Najlepsza zabawka dzieciństwa

Jest wiele minusów dorosłości. Z dzieciństwa można wspominać chociażby beztroskę, dawnych znajomych, miejsca oraz... zabawki. Z każdym kolejnym rokiem na półkach sklepowych widzimy coraz to nowsze gadżety dla dzieciaków. Hity sprzed kilku lat trudno jest znaleźć, a jeśli już to są one o wiele tańsze niż kiedyś. Młodziaki  dostają dziś komputery, tablety, smartphone'y. Większość dorosłych nie może liczyć na taki gest Świętego Mikołaja. A mi tęskno. Tęskno mi do jednej szczególnie ważnej dla mnie grupy zabawek - klocków Lego.

Przypomniało mi się o nich, gdy ostatnio całkiem pokaźny zestaw znalazł pod choinką mój młodszy brat. Spojrzałem na niebieskie pudełko z charakterystycznym, czerwonym logo i wiedziałem, że to ja chcę mu pomóc zbudować pokazane na obrazku helikopter i limuzynę. W pierwszy dzień świąt rozrzuciłem z nim na podłodze całą zawartość prezentu i zacząłem budować. Zgodnie z instrukcją, krok po kroku, śmiejąc się do siebie samego. Po niecałej godzinie wszystko było gotowe. Oddałem pojazdy do użytku brata. Nie chciałem się tym bawić. Moim celem było budowanie.

Powróciłem do przeszłości. Czasów, gdy od grania w gry wideo, poczytania książki, użalania się nad sobą, wyjścia na piwo, czy zachlania się do reszty wolałem wziąć kosz z klockami Lego i budować. Czasem według instrukcji, czasem po prostu samemu wymyślając różnorodne konfiguracje. Tworzyłem sceny z "Gwiezdnych Wojen", choć chyba nigdy niczego z oficjalnej kolekcji "Lego Star Wars" nie miałem. Budowałem wielkie samoloty i symulowałem życie rozbitków w dżungli. Wymyśliłem to szybciej niż J.J. Abrams swoich "Zagubionych".

Gdy będę miał swoje dzieci, będę je wychowywał w kulcie zabawek. Niech grają na konsolach, zagłębią się również w wirtualny świat, ale niech nie zapominają również o klasycznych gadżetach. Będą dostawać klocki Lego od małego. A gdy ja będę stary, pomogą mi zbudować z nich wielką Gwiazdę Śmierci.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

Krótko i na temat - głosy gdańskiego zoo

Od lat wiadomo, że humor tych bardziej poważnych serwisów informacyjnych jest w większości bardzo suchy. Do politycznych, czy ekonomicznych niusów trudno jest wrzucić żart. Jeśli nadarzy się więc okazja, to redaktorzy piszą raczej coś słabego, bo kolejna szansa na pokazanie się z bardziej humorzastej strony może się szybko nie nadarzyć. Z dystansem podszedłem więc do znalezionego w sieci filmiku, w którym pracownicy serwisu Trojmiasto.pl podłożyli głos pod podopiecznych gdańskiego zoo. Miało być śmiesznie. I rzeczywiście tak jest! Sprawdźcie filmik koniecznie. Chcę więcej tego typu inicjatyw!

0 komentarze:

Konceptowe pierwowzory postaci filmowych

Uwielbiam znajdować różne ciekawostki w głębinach internetów. Zawsze miło jest, gdy surfujesz sobie jak po oceanicznych falach i nagle natykasz się na coś wyjątkowo interesującego. Dziś właśnie będzie taki post bazujący na moich sieciowych odkryciach. Szperając ostatnio na Reddicie, natrafiłem bowiem na... kompilację rysunków koncepcyjnych postaci filmowych. I to jeszcze tych co kojarzę! Zwycięstwo dnia.

Reddit był związany z albumem na Imguru, na który jak najszybciej się dostałem. Spojrzenie na pierwszy obrazek rozpoczęło spaczenie mego umysłu. Oto klasyczny Shrek, a tuż obok niego jego pierwowzór - okropny, przechlany tanimi winiaczami ogr z ubytkami w zębach. Gdyby to trafiło do filmu mielibyśmy chyba jedną z najbardziej odpychających pozytywnych postaci w animacjach.

Dalej jest mój faworyt - Yoda. Czy ktokolwiek sądził, że zielony mistrz Jedi, znany nie tylko znawcom "Star Wars", wyglądał pierwotnie tak jak na tym zdjęciu? Osobiście widzę w tym wyjątkowe połączenie Świętego Mikołaja, elfa, latynoskiego pięknisia oraz Kota w butach. I jeszcze ten magiczny patyk w jego dłoniach. Ciekawe jak sprawowałby się przeciwko mieczom świetlnym? Swoją drogą, wiedzieliście, że Yoda miał się pierwotnie nazywać Buffy? Sam Lucas to wymyślił. Po więcej ciekawostek związanych ze światem "Gwiezdnych Wojen" zapraszam TUTAJ.

Dalsze pierwowzory postaci ze wspomnianego strony nie są już tak bekowe. Poza jeszcze jedną. Ponownie wchodzimy w świat "Star Wars", mowa bowiem o Chewbacce. Ten z kolei jednoznacznie kojarzy mi się z rasą Vorche'ów z serii "Mass Effect". Nie jestem pewien, czy któryś z tych pierwowzorów godnie by zastąpił znaną nam wersję danej postaci. No może Azazel, bo z tymi rogami wygląda skurwysyńsko dobrze. A i pierwotna wersja laski z "Avatara" wygląda ciekawie. Trochę taki niebieskawy Slender.

Ale, ale! To nie wszystko, znalazłem też bowiem podobną listę, jednak z postaciami stricte disneyowskimi. Tu nie ma takiego szału jak w przypadku poprzedniego zestawienia, no ale chociażby Dżin z "Alladyna" wygląda naprawdę świetnie. Problem w tym, że nie pasuje do bajki dla dzieci. Gdyby Burton chciał zrobić swoją wersję tegoż hitu, mógłby jak najbardziej nawiązać do wspomnianego konceptu. Męska wersja Mulan też się rzuca w oczy. Czyżby Disney szykował animowaną "Tajemnicę Brokeback Mountain"?

A na koniec dla potwierdzenia - tak, to są oryginalne pierwowzory waszych ukochanych postaci. U mad?

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Kiedyś napiszę wkurwioną autobiografię

Tak mi się w święta pojawiło takie marzenie ze szczerego serducha, ale pomyślałem, że wrzucenie o tym posta zostawię sobie na okres pobożonarodzeniowy. Nie chciałem psuć radosnego klimatu i faktu, że niektóre zwierzęta zaczęły gadać ludzkim głosem. Marzenie, by napisać kiedyś o wszystkim tym co mnie teraz wkurwia w ludziach. Ot tak przejechać krwawym piórem po wszelkich głupich pizdach, głupich chujach i innych dziwacznych stworach.

Nie żeby to było objeżdżanie dupy, co to, to nie. Ludzie w większości znają moją opinię na ich temat i jeśli kogoś uważam za ścierwo, to wiedzą z jakich powodów. Jak ktoś popełnił błąd to też to wypominam. Nie chcę być Nergalem, który ponoć w książce nieźle zjechał Dodę, bez informowania jej o swej opinii na jej temat. Potwierdzę jak przeczytam. Poza tym w mojej historii musiałyby pojawić się również pozytywne postaci, więc spokojnie drodzy Przyjaciel - i na Was znajdzie się tu miejsce.

Nie wiem jeszcze w jaki sposób bym to ujął. Raczej nie napisałbym wprost: "była osoba X, która wkurwiła mnie z powodu Y". To by było zbyt proste i zbyt mało pomysłowe. Myślę, że najlepszym sposobem byłaby powieść z trochę podkolorowanymi i pomieszanymi wątkami autobiograficznymi. Tak, żeby czytało się to dobrze zwykłym śmiertelnikom, a i by pierwowzory postaci nerwowo odszukiwały wątki dotyczące ich samych. Nawet bym im podesłał pocztą wersję z autografem i dedykacją.

Wyszło trochę takie "angry German kid mode", no ale czasem człek musi gdzieś swą agresję wyładować, czyż nie? Także no, pamiętajcie o mnie w przyszłości drodzy wrogowie, czy też po prostu denerwujący mnie ludzie. Kto wie, może to właśnie do Ciebie trafi kiedyś egzemplarz książki, w której jedna z postaci będzie Twym odbiciem. Jak już fejm będzie się zgadzał to przypomnij sobie ten post. Nie zapomnę o Tobie, pewnych rzeczy się nie zapomina.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Murakami w opowiadaniach - Ślepa wierzba i śpiąca kobieta

Ostatnimi czasy zauważyłem jak dobrym pomysłem jest zakupienie zbioru opowiadań. Kilkudziesięciostronicowy utwór można łyknąć od czasu do czasu i nie ma potrzeby martwić się, że następny raz po książkę sięgniemy np. za miesiąc. Nie będziemy musieli bowiem pamiętać poprzedniego fragmentu zbioru, by połapać się w fabule kolejnego. W każdym mamy przecież coś zupełnie innego. Dlatego też niezmiernie cieszę się, że kupiłem antologię "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" Harukiego Murakamiego, który - choć kilkukrotnie nominowany - dziwnym trafem do dziś nie otrzymał literackiej Nagrody Nobla.

Długo zajęło mi czytanie wspomnianego zbioru. Jeśli dobrze pamiętam, to zakupiłem go jeszcze w wakacje, wtedy też zacząłem czytać. Skończyłem jednak dopiero w okolicach trzeciego weekendu grudnia. Nie dlatego, że opowiadania tu zawarte są nudne. Bo są przyjemne. Problem w tym, że zawsze obok miałem też dłuższą powieść do przeczytania i to na niej się skupiałem, by nie zapomnieć fabuły. Na szczęście mimo, iż minęło trochę czasu, dalej pamiętam część dawniej czytanych opowiadań. To znaczy, że zapadają w pamięć. A przynajmniej mi.

Warto pamiętać, iż "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" zawiera utwory z długiego przedziału czasowego, właściwie od początków twórczości Murakamiego do czasów współczesnych. Jesteśmy więc świadkami rozwijania się stylu pisarza, w tym od krótkich "szkiców" do obszernych opowiadań. Jak to u Japończyka, mamy mnóstwo symboliki, absurdalnej fantastyki wrzuconej w świat realny i oczywiście bohaterów samotników. W części opowiadań Murakami wrzuca charakterystyczne dla siebie, "dziwne" rzeczy (choć daleko temu do chociażby "Przygody z owcą"), w innych jest opowiedziane wszystko dość realistycznie. Najlepszym przykładem tej drugiej kategorii jest chyba "Przypadkowy podróżny", wyciągnięty wprost z życia pisarza i jego znajomego. Wspominałem o tym TUTAJ.

Mam wrażenie, że autor nad wyraz upodobał sobie Tokio i kraje nadmorskie (choćby Grecja i Hawaje), gdyż w większości to w tych miejscach dzieje się akcja opowiadań. Czasem jednak fabuła nie jest konkretnie umiejscowiona. Mamy budynek, ale nie wiemy gdzie konkretnie on jest. Część opowiadań ma "letni" klimat, inne dość "zimowy". Dla mnie to bardzo ważne i dlatego sądzę, że część utworów bardziej by mi się spodobała, gdybym skończył antologię już w wakacje. Dużo miejsca poświęcone jest również uwielbianej przez Murakamiego muzyce - jazzowi. To miły smaczek, jeśli ktoś również lubi słuchać tegoż gatunku.

"Ślepą wierzbę i śpiącą kobietę" osobiście nazwałbym "zbiorem przyjemnych opowiadań". Jest to lektura dla wiernych czytelników japońskiego pisarza i zdecydowanie nie polecam od niej zaczynać swej przygody z nim. Pokręcenie zwykłych opowiadań z mniej przystępnymi, charakterystycznymi dla Murakamiego motywami może szybko odrzucić. Tu nie ma dużej dozy absurdu, a w większości czyste filozofowanie. Sięgnijcie lepiej po którąś powieść, choćby "Kafkę nad morzem". Opisywaną antologię zostawcie sobie pod koniec przygody z Harukim.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Lesbijki, dawca spermy i dzieci z probówki - Wszystko w porządku?

Nie, to nie będzie tekst moralistyczny, religijny, czy naukowy. To po prostu opinia na temat filmu "Wszystko w porządku" (w oryginale "The Kids Are All Right". Nominowanego w 2011 roku do Oskara, zwycięzcę Złotych Globów w kategorii "komedia/musical" oraz za rolę Annette Bening. Liczyłem, że będzie to coś w rodzaju niedawno recenzowanego "Pół na pół". Ot taki przyjemny komediodramacik do piwka i popcornu. W sumie to się nie myliłem. Ale mimo tego trochę zawiodłem.

Film opowiada historię rodziny, której trzon stanowi lesbijska para - pielęgniarka Nic (wspomniana wcześniej Annette Bening) oraz "ogrodniczka" Jules (Julianne Moore). Zapłodniły się one in vitro, dzięki czemu wydały na świat dwójkę dzieci - Joni (Mia Wasikowska, grała Alicję w burtonowskiej adaptacji) oraz Lasera (Josh Hutcherson). Pewnego dnia dzieciaki postanawiają poznać swojego biologicznego ojca. Okazuje się nim niejaki Paul (Mark Ruffalo), który dość szybko zdobywa uznanie wśród większości rodziny. Spotkanie, wspólne wypady, obiady - czysta sielanka. Jak to jednak zwykle w filmach bywa, w pewnym momencie przestaje być tak różowo.

Najpierw do twórców leci props za bardzo dobry dobór aktorów. Odtwórczynie głównych ról wyglądają jak rasowe lesby i świetnie pasują do głównych bohaterek. Bardzo dobrze i przekonująco grają, choć czasem ich miny przypominają aktorów "Trudnych Spraw" próbujących się nad wyraz dramatycznie zaprezentować. Plus leci również dla Marka Ruffalo. A dzieciaki? Zagrały jak to im podobni - czasem sztucznie, czasem w miarę okej. Chociaż bywa, że twarz Wasikowskiej ma tak cholernie dziwaczny wyraz, że ma się ochotę wyłączyć film. Jakby była nieźle na haju i cieszyła się z przywalenia jej w twarz gorącym żelazkiem.

Scenariusz jest naprawdę ciekawie napisany. Można było z tego zrobić romansidło, a udał się komediodramat pokazujący problemy rodziny - nie tylko homoseksualnej, ale każdej. Niezrozumienie jej członków wobec siebie, stawanie wobec ciężkich wyborów, nadmierna troska o dzieci i rzeczy, o których nie będę wspominać, bo stanowiłyby mocny spoiler. Szkoda, że tak słabo zaprezentowano problemy dzieciaków z ich rówieśnikami. U Lasera wypada to nie tak źle, ale historia Joni toczy się trochę "z dupy". No i końcówka jest tragiczna. Paul został kompletnie zlany i nie wiemy jak wyglądała jego dalsza sytuacja. Szkoda mi go trochę. Sam się sobie dziwię. Uśmiech lesbijek jeszcze bardziej mnie dobił. Paula pewnie też. "Wszystko w porządku".

Jest kilka dobrych momentów, film ogląda się przyjemnie, jest niewymagający i luźny. Ale na pewno nie na poziomie jakiejkolwiek prestiżowej nagrody. Jeśli jest jakiś powód, dla którego "Wszystko w porządku" otrzymało wszelkie odznaczenia, to widzę jeden - współczesny i "nowoczesny" temat. Nic w sumie nie mam do lesbijek, dawców spermy i tego całego in vitro. Ale czy naprawdę poruszenie takiej tematyki musi wybić średni film do kanonu najważniejszych tworów roku? Obejrzyjcie jak nie macie innego pomysłu. Ostatnio o wiele bardziej podobał mi się "Pół na pół".

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

1 komentarze:

Życzenia świąteczne

Drodzy Czytelnicy,

To pierwsze w historii bloga MajkOnMajk święta Bożego Narodzenia i zbliżające się rozpoczęcie Nowego Roku. Nie minęły nawet dwa miesiące od jego powstania. Myślę jednak, że ten okres był wyjątkowo obfity jak na raczkowanie bloga. Na początku życzę więc zarówno sobie i Wam, by kolejne etapy istnienia MajkOnMajk były jeszcze wspanialsze.

Życzę wam miłości i zdrowia. "Standard", ktoś mógłby powiedzieć. Jednak te dwie wartości szczególnie nasuwają mi się po obejrzeniu filmu "Miłość", na temat którego coś na pewno pojawi się w niedługim czasie na blogu. Życzę przyjaźni, bo tej nigdy nie powinno zabraknąć. Dzięki niej potrafimy utrzymać się w najtrudniejszych sytuacjach. Nie wyobrażam sobie życia bez Przyjaciół. Pozdrawiam was wszystkich szczególnie.

Życzę umiejętności wybaczania i otrzymywania wybaczenia. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, Wigilia to "piękny dzień, żeby wreszcie zadzwonić". Okres świąteczny to także świetny moment do złapania oddechu w życiu. Obejrzyjcie ciekawy film, posłuchajcie nieprzesłuchanej jeszcze płyty, pograjcie w grę, przeczytajcie książkę. Rekomendacji na MajkOnMajk pod dostatkiem. Mam nadzieję, że nowości, które będę mógł polecić pojawią się w przyszłym roku w ilościach hurtowych.

Nie bądźcie chytrzy jak słynna baba z Radomia, róbcie w życiu to co pragniecie, nawet jeśli to "granie w grę" w Sylwestra, nie przejmujcie się opiniami innych. Stay Fly with MajkOnMajk.

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku.

Wasz Bloger, Mikołaj.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Świąteczne kolędowanie z Cee Loo Greenem i She & Him

Z czym wam się kojarzą święta? Ze śniegiem? Prezentami? Jedzeniem? Rodzinną atmosferą? Mi chyba najbardziej z kolędami. Powrót do rodzinnego domu w okresie świątecznym zawsze z nimi się łączy. Wchodzę do środka i słyszę charakterystyczne piosnki dobiegające z radia. "Dzisiaj w Betlejem", "Cicha noc" i inne hiciory. Przyjemne tło, dzięki któremu wiadomo, że zbliżają się święta. I na pogodę za oknem jakoś przyjemniej się patrzy.

Od dawna jednak nie próbowałem puszczać kolęd samowolnie. Wystarczało mi słuchanie ich echa z innych pokojów. W tym roku jednak się przełamałem i postanowiłem, że sprawdzę jakieś świąteczne szlagiery. Żeby jednak wprowadzić trochę innowacji, postawiłem na anglojęzyczne płyty. Tym samym miałem przyjemność zachwycić się dwoma wspaniałymi płytami - "Cee Lo's Magic Moment" Cee Lo Greena oraz "A Very She & Him Christmas" autorstwa tytułowego duetu She & Him.

Cee Lo Green - "Cee Lo's Magic Moment"

Na samym początku rozwieję wszelkie wątpliwości - tak, to ten sam koleś, co nagrał słynne "Fuck You". Afroamerykański grubasek związany jest gatunkowo z soulem, rnb, a nawet hip-hopem. Znany jest również z duetu Gnarls Barkley, mi najbardziej kojarzącego się z kawałkiem "Crazy". Znając pobieżnie dokonania Cee Lo, zdziwiłem się, gdy usłyszałem, że wydał on w tym roku płytę ze świątecznymi kawałkami. Wiedziałem jednak, że będę musiał ją przesłuchać.

Tym samym wkręciłem się niezmiernie w "Cee Lo's Magic Moment". Jest to wspaniała płyta, przekazująca nam wiele klasyków świątecznych w soulowo-popowej otoczce. Duża zasługa w tym oczywiście głównego wykonawcy, którego "gospelowy" głos nadaje charakterystycznego klimatu. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są skoczne kawałki w rodzaju otwierającego płytę "What Christmas Means To Me", trochę spokojniejsze, takie jak "Please Come Home For Christmas", a nawet wręcz "refleksyjne", z moim ulubionym "Mary, Did You Know?" na czele. Jest nawet kawałek z... Muppetami! Tracklista jest świetnie dobrana - na początku mamy energetyczne piosnki, a na końcu te "wyciszające". Zamieniłbym co najwyżej przedostatnią, trzynastą pozycję, czyli "Merry Christmas, Baby" z Rodem Stewartem. Dziwnie słucha się tego w otoczeniu spokojniejszych utworów z końcówki.

Polecam serdecznie całą płytę. Chciałbym, żeby ktoś tego typu projekt zrobił u nas, z rodzimymi kolędami. Te wszystkie Zakopowery i inne Rubiki do mnie nie trafiają.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
She & Him - "A Very She & Him Christmas"

O duecie She & Him na blogu już było. Wspominałem też wtedy, że z okazji zbliżających się świąt, mam zamiar przesłuchać wydaną w ubiegłym roku płytę "A Very She & Him Christmas". Jak widzicie, plan się udał, a ja, tak w przypadku Cee Lo Greena, zachwyciłem się wydawnictwem.

Świąteczny projekt Zooey Deschanel i M. Warda to jednak coś zupełnie innego niż "Magic Moment". Utwory tu wykonane są w staromodnym stylu i brzmią podobnie do "normalnych" utworów mojego ulubionego duetu. Indie folkowe kompozycje zostały jednak przygotowane w taki sposób, że czuć w nich wyjątkowy klimat Bożego Narodzenia. To idealna płyta na śnieżne noce, gdy zbliżamy się do pójścia spać. Piękne, usypiające (jednak bynajmniej nie z nudów) utwory, pełne ciepła. Aż chciałoby się mieć to wydawnictwo na winylu, a obok siebie... kominek.

Trudno mi wyróżnić konkretne utwory w całej płycie, bo całość brzmi najlepiej jednocześnie. To po prostu trzeba słuchać poczynając od otwierającego "The Christmas Waltz", aż po ostatni, dwunasty kawałek - "The Christmas Song". "Baby, It's Cold Outside" pojawia się zarówno u Cee Lo, jak i na płycie She & Him, lecz to wersja Deschanel i Warda podoba mi się bardziej. To jednakże raczej kwestia subiektywna. Najbardziej energetycznym kawałkiem na płycie jest chyba "Rockin' Around The Christmas Tree", ale również i on posiada pewnego rodzaju spokój w sobie.

Ponownie polecam i ponownie pragnę, by coś takiego zrobił ktoś z Polski. Puśćcie "A Very She & Him Christmas" swoim babciom i dziadkom, może przypomną sobie klimat świąt swoich młodzieńczych świąt.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Krótko i na temat - historia erotycznego moda do San Andreas

Nie lubię czytać długich artykułów. Trochę czasu to zajmuje, a w dużej mierze większa ich część stanowi swoiste lanie wody w celu zapełnienia jak największej przestrzeni. Pewnie jest to jeden z powodów, dla którego na blogu teksty nie są jakieś nad wyraz obfite. Wolę otrzymywać i podawać wszystko wprost, bez zabawy w powiększanie wpisów niepotrzebnymi rzeczami.

Czasem jednak trafia się na post przedługi, lecz interesujący. Rzucasz całą pracę jaką masz do wykonania i czytasz to niczym dobrą powieść. Ostatnio dla mnie takim tekstem była historia słynnego modu "Hot Coffee" do gry "Grand Theft Auto: San Andreas". Dodatek ten wprowadzał ukryte przez twórców treści seksualne w grze. TUTAJ chociażby można zobaczyć jego działanie. Jak się okazuje, cała historia związana z powstaniem modu jest wyjątkowo ciekawa i zawiła. Całość przeczytacie na polskim Eurogamerze. Swoją drogą nawet nie wiedziałem, że mamy swoją wersję tego popularnego serwisu. Miło.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Damn you DRM!

Nigdy wcześniej problemów związanych z DRM nie miałem. Wiedziałem, że niektórzy internauci często narzekali na tego typu zabezpieczenia. Mnie nie jednak to omijało. W gry gram na konsoli, muzykę mam w iTunes, a i w przypadku filmów nie sprawiało mi to żadnego problemu. Nie wiem nawet sam, ile rzeczy w moim domu mam zabezpieczonych przez DRM.

Wszystko zmieniło się jednak jakieś dwa dni temu. Na facebookowym fanpage'u Wydawnictwa Insignis (od zawsze wielki props dla nich!) udało mi się zgarnąć kod na pobranie z iTunes książki "Czas zmierzchu" Dmitrija Głuchowskiego, twórcy lubianego przeze mnie "Metro 2033" i całego uniwersum tegoż tytułu. Miło zawsze dostać coś za darmo, tym bardziej, gdy książkę miałem ochotę nawet kupić. Niestety, nie wszystko poszło po mojej myśli.

Postanowiłem bowiem, że e-booka tegoż chciałbym przeczytać na Kindle, a nie iPadzie. Miałem nadzieję, że jedyne co będę musiał zrobić to zmienić format z .epub na .mobi. Myliłem się. Zapomniałem bowiem kompletnie o fakcie posiadania przez iTunesowe książki zabezpieczeń DRM. Rychło ruszyłem więc na poszukiwanie rozwiązania u wujka Google. Ściągałem programy, pluginy do Calibre (to taki "menadżer ebooków"), jakieś pythonowe skrypty. Nic nie pomogło. Nie wiem jak z tego cholerstwa ściągnąć DRM.

To chyba byłoby w sumie nie do końca legalne, ale whatever. Książkę mam, chce ją po prostu przeczytać na innym, wygodniejszym do tego celu urządzeniu. Apple tego nie chce. Choć, że oni tak zrobili to akurat mnie nie zdziwiło. Ale to może niech chociaż zrobią własny czytnik z e-papierem. Wtedy sobie go kupię i będę miał gdzieś wasze DRM. Ale na razie wolę czytać na Kindle niż iPadzie.

Oczywiście będę wdzięczny jeśli ktokolwiek zna rozwiązanie mojego problemu i zechce się takowym podzielić.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

4 komentarze:

Nie lubię brzydkich ludzi

Zawsze chciałem napisać o tym, że nie lubię brzydkich ludzi. Takich naprawdę brzydkich. Jak patrzę na twarz z jakimiś dziwnymi ubytkami, tudzież dodatkami, to mam ochotę zwymiotować. Pełno krost, dziur, przekrzywień, sflaczałej skóry, jakichkolwiek elementów związanych z rudością. Szczególnie to boli u młodych, bo na starość i tak z nas nikt nie będzie wyglądał jak jakiś George Clooney. Tak, wiem, "brzydal".

Szczególnie brzydkie ryje kłują w miejscach publicznych. Taki przystanek autobusowy chociażby. Stoisz tam jakiś czas i mimowolnie patrzysz na otaczający Cię lud. I bum - natrafiasz na jakiegoś dziwnego mutanta. Dziewczyna, na oko siedemnastoletnia, cała w czymś przypominającym połączenie wysypki od ospy i piegami. Do tego dolną część szczęki ma opuszczoną i pokazuje w całej okazałości swoje czarno-żółte zęby. Z przerwą między jedynkami.

Odwracasz wzrok. Dwudziestoletni koleś. Przekrzywiony nos, uwidocznione wysokie czoło, czapeczka Orlenu, czy innego BP. Przegryza kupionego w pobliskim fast-foodzie hamburgera, szeroko otwierając usta przy każdym fragmencie procesu żucia. Czerwono-biały sos spływa mu po brodzie. Mniam!

Próbujesz wypatrzyć coś normalniejszego. Niestety w tłumie nie możesz dostrzec nic, gdyż za każdym razem  wzrok przyciągany jest przez jednego z potworów. Jest zima. Musisz stać na przystanku jeszcze więcej czasu niż normalnie, bo przez gorsze warunki drogowe autobus się spóźnia. I cały czas po prawej masz jeden brzydki ryj, a po lewej drugi. Pojawia się kolejny mutant na wprost. Jego już nie będę opisywał, bo zaraz się zrzygam.

Drodzy brzydcy ludzi. Nie wychodźcie na dwór, zakładajcie torby na głowę albo udajcie się do chirurga plastycznego. Choć nie wiem, czy nawet on coś zdziała. Naprawdę, swoim wyglądem szkodzicie społeczeństwu bardziej niż palacze. Bo w przeciwieństwie do nich niszczycie nam nie zdrowie fizyczne, a psychiczne.

Wrzucam zdjęcie Bukowskiego, bo na tym ma wyjątkowo brzydką twarz, a przed chwilą czytałem właśnie jedno z jego opowiadań. Ale w tym wpisie mowa o o wiele okropniejszych ludziach. Tak, tacy istnieją. Może to ja mam jakieś (nie)szczęście do spotykania ich na swej drodze? Ech.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

2 komentarze:

Pół na pół - między życiem a śmiercią

Po ostatnim seansie "Mulholland Drive" postanowiłem w ostatni weekend obejrzeć sobie coś normalniejszego i takiego "luźnego". Coś z elementami humorystycznymi, ale także wzruszającymi, czy też dramatycznymi. Najlepszy byłby więc jakiś... komediodramat. Postanowiłem sprawdzić nominacje do Złotych Globów z ostatnich lat i wybrać coś czego jeszcze nie oglądałem. Padło na ubiegłoroczny twór - "Pół na pół".

"50/50" bazuje ponoć w pewnym stopniu na rzeczywistej historii. Głównym bohaterem jest niejaki Adam (w tej roli Joseph Gordon-Levitt, którego można kojarzyć choćby z ostatniego "Batmana"). Pracownik radia, nad wyraz szanujący swoje życie. Nie pali, nie przechodzi przez pasy na czerwonym świetle, a nawet nie ma prawa jazdy. Unika sytuacji zagrażających życiu ponad wszystko. Mimo to pewnego dnia dowiaduje się, że zdiagnozowano u niego raka kręgosłupa. Jego szanse na wyleczenie to tytułowe "pół na pół". Początkowe zdziwienie przeradza się w próbę akceptacji choroby. Pragną pomóc mu między innymi jego przyjaciel Kyle (Seth Rogen), dziewczyna Rachael (Bryce Dallas Howard) oraz psychoterapeutka (Anna Kendrick). Na jego drodze pojawiają się jednak coraz to nowe problemy.

Wiele osób zachwyca się nad grą Gordona-Levitta. Osobiście uważam takie opinie za zdecydowanie przesadne. Zdarzają się momenty, podczas których Joseph wypada naprawdę świetnie i chce się pogratulować twórcom za jego wybór do roli Adama. Niestety od czasu do czasu jest on strasznie... "bezemocjonalny". W jednej scenie to pasuje, w innej Gordon-Levitt nie potrafi wg mnie tego zbyt dobrze odegrać. Możliwe, że do wina zbyt sztywnego scenariusza, who knows. Nie można jednak ukryć, iż Joseph wprowadza do postaci głównego bohatera pewnego rodzaju ciepło i zainteresowanie nim. Dość łatwo można się przywiązać do Adama. Jeśli chodzi o innych aktorów to oczywiście zaplusował humorystyczny Seth Rogen w roli Kyle'a. Anna Kendrick też się nieźle spisała, ciekawy jest jej ciągły wyraz twarzy mówiący coś w rodzaju "I'm so fuckin high, hehehe". Z kolei Bryce Dallas Howard to taka suka i głupia pizda z samej twarzy i gry aktorskiej, że szybko znienawidziłem bohaterkę, którą odgrywa. Oraz samą aktorkę.

Nie będę ukrywał, iż nie rozumiem, dlaczego film Jonathana Levine otrzymał nominację do Złotych Globów. Nie będę też ukrywał, że film mi się podobał. Problem jednak w tym, iż takich tworów jest naprawdę dużo. Mimo wszystko bardzo pozytywnie mogę odnieść się do połączenia dramatyzmu z komedią w "50/50". Nie ma co prawda scen, przy których łzy ciekną strumieniami, a i jeśli chodzi o humor to nie ma szans na tarzanie się po podłodze ze śmiechu. Miejsce na wzruszenie i uśmiech pod nosem jednak jest. Szczególnie plus dla twórców leci za rozładowywanie dramatyzmu humorystycznymi wstawkami w finale. Warto obejrzeć, jeśli chcecie po prostu oderwać się od świata i przyjemnie spędzić czas przy piwku i popcornie. Nie liczcie jednak na nic wybitnego.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Nie tknę Pięćdziesięciu twarzy Greya

Najpierw krótko dla nieświadomych czytelników. What the hell is "Fifty shades of Grey"? Jest to książka niejakiej E.L. James. Na początku była to kontynuacja przygód bohaterów "Zmierzchu", która pojawiała się na blogu autorki, ale wpisy zostały usunięte z uwagi na fakt bycia "zbyt pornograficznymi". Jak możecie się więc domyślać, był to wyjątkowo nietypowy fanfic. "Pisarka" postanowiła jednak, że zawalczy o swoje i wydała książkę, oczywiście odcinając się od świata wykreowanego przez Stephanie Meyer. Powstała więc historia romansu niewinnej studentki i zamożnego biznesmena. Oto "Pięćdziesiąt twarzy Greya", książka, która stała się nieoczekiwanie przebojem na światowych listach bestsellerów.

To koniec wstępu dla nieświadomych czytelników. Jeśli komuś mało, odsyłam do poszperania w internetach. Przejdźmy do sedna sprawy. Szczerze zastanawiałem się, czy nie przeczytać tej uwielbianej przez nastolatki, a zjeżdżanej przez dojrzalszych literacko czytelników książki. Ot tak, jak to zrobiłem ze "Zmierzchem" - by po prostu sprawdzić, z czym to się je. Dziś jednak trafiłem na ciekawe filmiki na YouTubie, poruszające temat tworu E.L. James. Dzięki niemu wiem, że sięgnięcie po "Pięćdziesiąt twarzy Greya" byłoby jednym z moich najgorszych posunięć literackich.

Najpierw trafiłem na wideo dwójki Polaków, jak mniemam podchodzących pod dwudziestkę. Na samym początku dowiadujemy się, iż podjęli oni wyzwanie jednej z zagranicznych vlogerek. Polega ono na głośnym odczytaniu fragmentów "Pięćdziesięciu twarzy Greya" bez śmiechu, czy innych tego typu elementów. Miał być to mój pierwszy kontakt z treścią słynnej powieści, więc wsłuchiwałem się nad wyraz w głosy dobiegające z głośników.

Już po pierwszym fragmencie zacząłem dziękować wszelkim panującym na świecie siłom, że nie dane mi było samemu próbować przeczytać tego - powiedzmy sobie szczerze - ścierwa. Nie chodzi tu o samą fabułę, która się wydaje co najmniej debilna, ale o styl "pisarki", który zakrawa o opowiadanka pisane przez kilkulatków. Albo i gorzej. Proste zdania, wciąż powtarzające się te same zwroty oraz próba wrzucenia inteligentnie brzmiących słów, by upiększyć całość. To jest po prostu słabe. Nawet książeczki dla kilkuletnich dzieci wydają się mięć większą wartość literacką.

Pomyślałem jednak - a nuż to jednak wina jedynie polskiego tłumaczenia. Sięgnąłem więc po wideo vlogerki, która rzuciła to horrendalnie trudne zadanie. Na całe szczęście pomogła mi ona zdecydowanie odpuścić pomysł spróbowania "Pięćdziesięciu twarzy Greya" choćby w oryginale. Twór ten nawet po angielsku brzmi co najmniej niestrawnie. Mam wrażenie, że scenariusze niektórych pornosów są lepiej napisane.

Drodzy vlogerzy, dziękuję wam za wybicie z mej głowy pomysłu przeczytania tego czegoś napisanego przez E.L. James. Współczuję każdemu kto pragnął zrobić tak jak ja i po prostu wyrobić sobie opinię na temat przygód Greya i jego młodocianej dziwki. Takiego gówna się po prostu nie tyka. Ludzie, którzy kupiliście tę szmirę i się nią zachwycacie - gdzie wy macie do cholery swoje mózgi? I don't want to live on this planet anymore.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: manaleak.com

13 komentarze:

Najważniejsze koty roku

Wszyscy wiedzą, że w internetach kocha się koty. Było już o tym raz, gdy mogliśmy oglądać na żywo życie grupki zwierzęcej rodzinki (teraz już cała została adoptowana do innego domu i nie ma takiej możliwości, są tylko archiwalne nagrania). Dziś z kolei szperając w sieci natrafiłem na kolejną tego typu rzecz. Ranking trzydziestu najważniejszych kotów tego roku.

Tak jak zapewne się domyślacie, w internetach oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko listę najśmieszniejszych sierściuchów, których zdjęcia/filmiki wyciekły w tym roku. Całość zresztą otwiera kot, który mówi wszystko na ten temat. Ubrany w różową sukienkę, opierający się o balustradę i ewidentnie nieszczęśliwy ze swego losu.

Potem jest jeszcze lepiej. Żeby pokazać mniej więcej przekrój beki, przytoczę moich ulubieńców. Jest więc filmik z grubym zwierzakiem pomagającym właścicielowi robić pompki. Mamy także kocią wersję admirała Jenkinsa, na którą kiedyś w sieci się już natknąłem. W postaci mema jak mniemam. Dalej mamy Hanka, kota, którego znacie jeśli interesowaliście się wyborami w Stanach. Był on jednym z kandydatów do senatu. Takiego dystansu nie posiadają jeszcze niestety polscy wyborcy. A Hank ma nawet swoją stronę, bloga, Twittera i inne pierdoły - klik. Jedziemy do przodu. Jest więc koci odpowiednik Chrisa Hansena (takiego amerykańskiego dziennikarza). Gdybym kiedyś był przesłuchiwany to byle nie przez tego kota. Zdradzę wam też pierwsze miejsce - największy foch w historii zwierząt. Jego mordkę znajdziecie na samym dole wpisu. Całą listę zaś macie w linku w pierwszym akapicie.

Też kiedyś miałem kota. Może nie był taki śmieszny jak te popularne w internetach, ale dobry chłop z niego był. Porządny obywatel, potrafił zająć się sobą, ale i od zabaw z właścicielami nie stronił. Odszedł, gdy na posesję przybył nowy mieszkaniec - pies. Ah, ci wielcy "najlepsi przyjaciele człowieka". Koty i tak są od was lepsze! Dobry pomysł na tekst swoją drogą - "koty vs psy". Kiedyś napiszę, wierzę.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: BuzzFeed.com

0 komentarze:

Przypadki

Na pomysł napisania tego wpisu wpadłem czytając opowiadanie "Przypadkowy podróżny" Harukiego Murakamiego ze zbioru "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta". Wspominałem o nim w jednym z poprzednich tekstów i swoją drogą zbliżam się do jego skończenia, a więc zapewne coś skrobnę na ten temat na blogu w najbliższym czasie. Jeśli macie możliwość - przeczytajcie to niedługie opowiadanie przed przejściem do reszty wpisu. Nie jest to jednak konieczne.

Murakami opowiada w "Przypadkowym podróżnym" najpierw dwie historie ze swego życia, a następnie jedną, dłuższą, dotyczącą jego znajomego stroiciela pianin. Na moją chęć napisania dzisiejszego wpisu wpłynęły chyba jednak bardziej wydarzenia, których doświadczył sam autor. Pozwolę sobie je pokrótce streścić.

Pierwsza historia dotyczy pobytu Murakamiego na występie Tommy'ego Flanagana, amerykańskiego pianisty jazzowego. Był to ulubiony tego typu muzyk Japończyka, tym bardziej zasmucał go fakt, iż koncert nie miał w sobie "tego czegoś". Haruki marzył, by dla poprawienia całości Flanagan zagrał dwa bardzo rzadko wykonywane utwory - "Star-Crossed Lovers" oraz "Barbados". Wiedział, że nie ma żadnych szans, by muzyk podszedł do azjatyckiego pisarza i zapytał się o jego zdanie. Murakami z kolei, jak można wywnioskować, wstydził się podejść ot tak do idola. Tymczasem dwoma ostatnimi utworami zagranymi przez Flanagana były właśnie te wymarzone przez Japończyka. Ten z kolei "z kieliszkiem w ręku siedział jak oniemiały".

Druga opowieść również utrzymana jest w jazzowych klimatach i miała miejsce w okolicach pierwszego. Pewnego dnia Murakami nabył płytę "10 to 4 at the 5 Spot" (czyli "Za dziesięć czwarta w klubie 5 Spot"). W bardzo okazyjnej cenie. Gdy Haruki wychodził ze sklepu podszedł do niego młodzieniec i zapytał o godzinę. Nasz bohater spojrzał na zegarek i beznamiętnie odpowiedział "10 to 4". Dopiero po chwili zorientował się, co też mu się przytrafiło.

Zbiegi okoliczności. Jak sam Murakami zaznaczył - nie zmieniły one jego życia. Były po prostu ciekawym urozmaiceniem, w które nie każdy mu wierzył. Podobne historyjki, może i o mniejszej wadze, spotykają nas każdego. Na przykład gdy spytamy kogoś, czego właśnie słucha i okaże się, że tego samego wykonawcy, czy może nawet utworu, który grzmi właśnie w naszych słuchawkach. Albo gdy wypowiemy to samo słowo ze znajomym w tym samym czasie. Automatycznie na naszej twarzy pojawia się uśmiech. I choć takie wydarzenia nie zmieniają tak naprawdę nic w naszym życiu, urozmaicają je choć na chwilę. Nie musimy ich zapamiętać, mogą one poprawić nasz humor choćby na kilka sekund. Zawsze coś.

Są też większe przypadki, bardziej wpadające w pamięć. Lubię dawać dość tragiczne przykłady, więc o taki teraz się zaczepię. Czasem w mediach słyszymy wypowiedzi osób po jakiejś katastrofie, które mówią rzeczy w rodzaju: "miałam jechać tym pociągiem", "w ostatniej chwili z powodu choroby musiałam odwołać lot". Takie rzeczy ci ludzie zapamiętają na zawsze. Niektórych takie momenty mogą doprowadzić do choroby psychicznej, inni nawrócą się i zaczną dziękować Bogu za ocalenie.

Jedni sądzą, że to los z góry prowadzi ich przez tego typu sytuacje. Ja chyba w to nie wierzę. Czyste przypadki często tworzą w naszym życiu momenty radości, zadziwienia, czasem też jednak złości i smutku. Chciałbym kiedyś, by dotknęło mnie takie wydarzenie jak Murakamiego. Bym mógł przyjść do domu zadziwiony i napisać o tym wpis na blogu. Bym pamiętał o tym do końca życia. Bym miał przyjemną, dla wielu nadnaturalną, chwilę do wspominania.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Szymonie Majewski, nie idź tą drogą

A najlepiej w ogóle zacznij przygotowywać się do emeryturki. Szymon Majewski skończył się na... Hm. Kiedy dokładnie to teraz dość trudne pytanie. Wydaje mi się, że jakoś po pierwszym, czy drugim sezonie jego imiennego show na TVNie. Największy szacun dla niego dalej leci za program, którego pewnie wielu młodszych w ogóle nie kojarzy - "Mamy Cię!". To dopiero po jego zakończeniu pojawił się "Szymon Majewski Show", którego formuła z każdym kolejnym rokiem stawała się coraz to bardziej nużąca.

Zauważył to też TVN i zrzucił program z ramówki. Zamiast niego wprowadzono "HDw3D Telewision", w którym Majewski musiał dzielić się prowadzeniem z niejakim Bilguunem Ariunbaatarem. Fenomenu tego drugiego nie rozumiem bardziej niż hajpu na aktualnego Szymona. Tym bardziej nie zdziwił mnie fakt, iż program okazał się jeszcze gorszy niż ostatnie sezony solowego projektu Majewskiego, więc ten ponownie dostał czas antenowy dla siebie. "Szymon na żywo" padł po około trzech miesiącach. Polskiemu satyrykowi została jeszcze audycja w Radiu Eska. Niestety, jedyną zjadliwą rzeczą w "Szymorningu" jest gorsza wersja "Mamy Cię!".

Spaliło mu się mieszkanie, po ośmiu latach stracił miejsce w TVNie, jego posada w radiu pewnie też nie jest najbezpieczniejsza. Mimo to, Majewski się nie poddaje. Nie chcą go w telewizji, więc przerzucił się na... YouTube.


To co widzicie wyżej to, powiedzmy to sobie wprost, najgorszy projekt Szymona do tej pory. W telewizji miał chociaż jakieś efekty, gości, coś co przyciągało uwagę. Tutaj widzimy kolesia w starej szopie, który tylko stoi i opowiada suchary. Chociaż może "suchary" to zbyt słabe słowo. Po usłyszeniu takiego możemy chociaż zaśmiać się z jego żałosności. W czasie oglądania "SuperSamu" zostaje nam co najwyżej zrobienie facepalmu i powiedzenie pod nosem: "ja pierdolę". Ja tak zrobiłem.

Obejrzyjcie sobie nowy program Majewskiego, żeby zobaczyć jak ktoś całkiem zabawny może się stoczyć oraz jak trudno jest mu przerzucić się na humor panujący w aktualnych czasach. Bo sorry Szymon, ale to co gadasz było śmieszne w pierwszym sezonie Twojego imiennego show. Formuła wyczerpana. Może jesteś już po prostu na to za stary? Nie wierzę, że coś dobrego wyjdzie z "SuperSamu". Ani jakiegokolwiek innego, przyszłego programu Majewskiego. Chciałbym się mylić.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

1 komentarze:

Krótko i na temat - Assassin's Creed w realu

Wiem, że to drugie "krótko i na temat" w tym tygodniu. Przykro mi, ale chciałem jakoś odejść od ostatnio mocno wałkowanego tematu muzycznego, a żadnego z moich pomysłów na tekst nie byłem w stanie przelać na pełnoprawny wpis. W weekend mam zamiar usiąść i skrobnąć kilka porządniejszych "artykulików". Może wreszcie uda się powrócić do tematyki "egzystencjalnej" - w ubiegłym tygodniu mocno eksploatowanej, a w tym jeszcze niewykorzystanej.

No ale przejdźmy do rzeczy, bo znalazłem dziś w internetach cudowny przykład fanatyzmu growego. Dwa świetnie wykonane filmiki ukazujące jak wyglądałyby przygody słynnych Asasynów w rzeczywistym świecie. Jest parkour po lesie nawiązujący do najnowszej odsłony gry Ubisoftu (aż się chce odpalić "trójkę" ponownie) oraz trochę biegania po mieście, przypominającego przygody Desmonda (fani AC wiedzą, o kogo chodzi), czy bohaterki "Mirror's Edge". Patrzę i się nie mogę nadziwić, że niektóre akcje, które dotąd robiłem w wirtualnym świecie, da się wykonać w rzeczywistości. Tylko Skok Wiary mógłby być, hm... zabójczy?

A swoją drogą, jeśli ktoś posiada link do sklepu (najlepiej polskiego) sprzedającego takie płaszcze Asasynów jak na filmiku - podeślijcie mi. Z chęcią bym pozadziwiał ludzi chodząc w czymś takim po mieście.


0 komentarze:

Nie pytaj kto to jest Wuzet, ani skąd on jest

Szpadyzor Records zaczęło ostatnio porządnie przejmować ludzi, których zdecydowanie nie spodziewalibyśmy się w tej wytwórni. Najpierw wydali płytę Mielzky'ego, a teraz jeszcze mocniej zanurzyli się w podziemiu. I wyciągnęli Wuzeta - rapera bardzo słabo znanego, nawet na forum Ślizgu. Ci jednak, którzy kojarzą tego przebywającego w UK artystę zapewne dość często go słuchają.

No to kim jest ten cały Wuzet? Chłopakiem wykonującym rzadko eksploatowany w Polsce grime. Najbardziej chyba kojarzony jest ze swojego ostatniego mixtape'u "Dzieci Basu", stworzonego wraz z Auricomem. Każdy z dwudziestu dwóch kawałków - jednych krótszych, drugich dłuższych - reprezentuje bardzo dobry poziom elektronicznej strony rapu. Wiele osób uważa mixtape za o wiele lepszy od słynnego "Radia Pezet". Osobiście się z tym nie zgadzam, ale o tym dlaczego tak jest przekonacie się, gdy wreszcie usiądę do napisania recenzji ostatniego albumu Pawła Kaplińskiego. Mam nadzieję, że ogarnę to jeszcze w tym roku.


Mimo to, szczerze polecam przesłuchanie "Dzieci Basu". Szczególnie tym osobom, które wrzucają pod wpisami na Facebooku o zasileniu przez Wuzeta załogi Szpadyzor Records komentarze w stylu "KTO TO JEST?", "chujowe, nie słuchałem", "ale marne, miał być Sitek". Z tym ostatnim to też jest ciekawy motyw. Chłopak nie wydał jeszcze od tak dawna zapowiadanej płyty, pojawił się na kilku featach i od razu został bożyszczem nastoletnich fanów rapu. Ma on charyzmę, ma głos, ma flow. Ale naprawdę - poczekajmy na to co zaprezentuje na swoim LP. Bo tak jak część osób mam wrażenie, że może on nie utrzymać ciężaru całej solówki dla siebie. No i zapamiętajcie, że Sitek jest w Lucy Dice i to tam ma wydać swoją płytę. Nie czekajcie na jego dojście do Szpadyzorów.

Tymczasem idźcie słuchać Wuzeta. Przestańcie być dziećmi słabego rapu, zostańcie "Dziećmi Basu".

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Krótko i na temat - wywiad z Freddiem Mercury

W ubiegłym tygodniu podrzuciłem na blogu wideo z dyskusją pomiędzy Wojciechem Cejrowskim a Szymonem Hołownią. Dziś z kolei, w mym ulubionym serwisie Wykop.pl (to nie żaden product placement, serio go lubię), natknąłem się na wywiad z wokalistą Queen, Freddiem Mercury. Warto obejrzeć nie tylko ze względu na fakt, iż jest to jedno z nielicznych zarejestrowanych kamerą spotkań ze słynnym muzykiem, ale także zważając na samą treść rozmowy. To tutaj właśnie padają całkiem popularne słowa wypowiedziane przez Mercury'ego: "Jestem muzyczną prostytutką". Poza tym możemy posłuchać między innymi o współpracy z takimi tuzami jak Bowie, czy Jackson. Wywiad pochodzi z roku 1984 i dostępny jest na YouTube w dwóch częściach, z polskimi napisami (można było je zrobić lepiej, ale i bez znajomości angielskiego da się połapać).


0 komentarze:

Superman? Nah, too gay.

Nigdy nie jarałem się Supermanem. No cholera, koleś lata w lateksowym wdzianku, wyjątkowo wkurwiającym mnie stroju, ma mordę umięśnionej wersji Kena i strzela laserkami blasterkami z oczu. Zawsze jarałem się Batmanem i Spidermanem. Niby też nosili te swoje lateksowe stroje, ale jakoś bardziej przypadł mi do gustu Człowiek-Nietoperz z super-gadżetami i Człowiek-Pająk z racji tego, że wyglądał z postury jak normalny koleś i... strzelał czymś białym. Ekhem. No i Wolverine jeszcze był spoko. Te pazury wychodzące z rąk to jeden z najlepszych motywów w historii superbohaterów.

Ale, ale! Wracając do Supermana. Kiedyś starałem się spróbować, z czym to się je. Włączyłem któryś z filmów kinowych. Nie dałem rady. Włączyłem serial animowany. Też nie dałem. To ewidentnie nie jest bohater dla mnie. Cichą nadzieję zacząłem wiązać od pobytu na nocnej premierze "The Dark Knight Rises", kiedy to przed seansem puszczono krótki trailer "Man of Steel", czyli nowego filmu właśnie z Supermanem. Ten lot w powietrze nic kompletnie niepokazujący - to było coś! Dzisiejszego dnia pojawił się kolejny zwiastun...


Od samego początku zapowiadało się świetnie. Sceny zapłakanego chłopca przeplatające się z zarośniętym dwudziesto/trzydziestolatkiem. Jakaś tajemnicza akcja z wypadkiem autobusu szkolnego, powiązana oczywiście z głównym bohaterem. No i nagle w ten klimat wchodzą nogi Supermana na lodowej tafli. Mówię: ok, wytrzymam ten sztuczny strój. W sumie nawet nie wygląda tak źle jak dawniej. Choć i tak wali lateksem po oczach. Ale bum! Wjeżdża wygolona jak pupcia niemowlaka morda ze starannie wyżelowanymi włoskami. Damn you, Snyder! Zrobiłeś zajebistych "300" i "Watchmen", a mimo wszystko psujesz tego cholernie badassowego Clarka i robisz z niego modela rodem z pokazów mody.

Zasmuciłem się niezmiernie. Wiem, że fani łykną takie odwzorowanie swego superbohatera jak pelikany, no ale ja przez pierwszą minutę czułem się, jakby zapowiadano mi coś zupełnie nowego niż dotychczasowe filmy z Supermanem. Może jednak i tak rzeczywiście będzie, poza oczywiście zawsze tak samo wyglądającą mordą głównego hiroła. Poczekam i obejrzę. A nuż jednak wytrzymam ten przyprawiający mnie o mdłości widok.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Ciemna strona mody

Wchodzę na Onet codziennie i to raczej rzadko po to, żeby przeczytać wszystkie dostępne wiadomości polityczno-gospodarczo-biznesowe. Ot, nawykłem już do tego, że wchodzę na ten jeden z największych polskich portali i patrzę się stronę główną. Czasem czytam tylko nagłówki i przełączam się na Facebooka tudzież inną stronę. Bywa też jednak, że zostaję tam na dłużej przykuty jakimś popierdółkowatym tytułem. W stylu... "Te ubrania mogą szokować".

Sam temat mnie zainteresował, ale jako, że za dziennikarstwem onetowskim w takich przypadkach nie przepadam, ruszyłem po większą wiedzę do reszty internetów. "No ale o czym w ogóle mowa?"- spyta ktoś, kto nie przeczytał wcześniej zalinkowanego artykułu. O ciuszki oczywiście. Suknie, czapki, a nawet akcesoria w stylu naszyjników. Ale w końcu mają szokować, czyż nie?

No i szokują. Wykorzystaniem martwych ciał zwierząt zebranych na drogach ponoć własnoręcznie przez projektantkę, niejaką Jess Easton. Poszperałem i okazało się, że otworzyła ona ze swoim znajomym sklep, w którym nie tylko można nabyć opisywane stroje, ale także inne dziwne, ktoś mógłby wręcz rzec "chore", popierdółki w rodzaju ludzkich szkieletów, czy oldschoolowych (lub jak to oni piszą "wintydż") protez rąk, wyglądających jak zabawka do masturbacji. Większość tego typu rzeczy jest już wyprzedana, więc jednak są pojebańcy lubiący trzymać takie rzeczy w domu.

Mniej chętnych jest chyba na ciuszki, czemu w sumie się nie dziwię, no bo jednak wyjść na zewnątrz w półmetrowej czapce zrobionej z mewiego skrzydła/piór czy baranich rogach może być aż nazbyt dziwne. Nie każdy jest Lady Gagą, paradującą w mięsnej sukience. To nadaje się do szokowania, nie chodzenia po ulicy. Już na niektórych ludzi przesyconych hipsterstwem ciężko się patrzy. Męskie spódniczki i tym podobne rzeczy.

Choć w sumie te baranie rogi bym chętnie nabył. Albo naszyjnik z ludzkich żeber. Niestety, on już został sprzedany. A może sam zacznę szukać martwych zwierząt przy drogach? Zrobienie ciuchu z takiego kota czy psa może być bardziej opłacalne niż podrzucenie go do chińskiej restauracji. Gonna think about it.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: eatonnott.co.uk

0 komentarze:

Pierwsze wrażenia z 10-letniego Vice City

Czekałem, czekałem, no i się doczekałem. W Mikołajki, szóstego grudnia swą premierę miała mobilna wersja kultowego "Grand Theft Auto: Vice City". Pięć euro zdjęte z karty, ponad gigabajtowy plik ściągnięty, słuchawki na uszach, wygodne łóżko i kawa - tak zacząłem w ten weekend swój sobotni poranek. Na moim iPadzie drugiej generacji wylądowały przygody Tommy'ego Vercetti.

Już na samym intro zaczął się ślinotok. Potem wstępne filmiki w grze i nareszcie można zająć się czystą rozgrywką. Wsiadam do auta i jadę przejechać się po Vice City. Już kilka pierwszych zakrętów podpowiada mi, że panowie z Rockstar poprawili sterowanie autem w stosunku do mobilnej "trójki". Sprawdzam motocykle. Przyjemnie, na prostej drodze da się swobodnie manewrować, trudniej jest przy skrętach, ale powoli się przyzwyczajam. Zdążyłem też przetestować jak wygląda kontrola nad zdalnie sterowanym helikopterkiem w jednej z pierwszych misji. Ci co grali wcześniej w VC będą wiedzieli o co chodzi. Mi ta misja bardzo zapadła w pamięć, bo w latach swojej młodości i pierwszych styczności z komputerem strasznie mnie denerwowała. Tu ją przeszedłem bez problemów za pierwszym razem, więc jest okej. Jeśli chodzi o poruszanie się piechotą to nie odczuwam różnic w stosunku do ipadowego GTAIII. Nic nie zastąpi pada, ale nie jest źle. Podobno da się łatwiej celować z broni palnej, jednakże jakoś nie udało mi się od razu nacelować w wybuchową beczkę, otoczony przez tłum atakujących mnie robotników. Może, gdy strzelaniny wejdą do porządku dziennego ten myk rzeczywiście się sprawdzi. Na razie mimo to czuję, że da się bezstresowo przejść całą grę na ekranie dotykowym.

Grafika jest w porządku. Wydaje mi się, że jest nawet ładniej od wersji pecetowej (bez żadnych modów oczywiście). Nie wspominając o edycji "peesdwójkowej". Na moim iPadzie drugiej generacji gra czasem przycina, ale ponoć to zdarza się nawet na nowszych urządzeniach. Bywają też jednak sytuacje, kiedy klatki nie spadają i wszystko wypada bardzo płynnie. No ale mimo wszystko tutaj najważniejszy jest klimat, który tworzy cała otoczka gry, w tym fenomenalnie dobrana muzyka. Pisząc ten tekst słucham kawałków z radia Fever 105. Tego mi brakowało od dawien dawna. Jedyne co mnie osobiście drażni to czasem słabej jakości nagrania lektorów, ale da się to przeżyć. Przynajmniej wracają wspomnienia sprzed dziesięciu lat i te charczące odgłosy z głośników.

Cudowność tej gry nie zniknęła przy konwersji na ekrany dotykowe. Jasne, gra się trudniej, ale klimat nie wyparował. Nic tak nie poprawia humoru jak rockstarowy vibe. Warto wydać te pięć euro, by, gdy za oknem śnieg, poczuć siłę życia w Vice City. Ostatnio bardzo rzadko grywam na iPadzie, mobilnych wersji "trójki" i "Chinatown Wars" do dziś nie przeszedłem, ale mam nadzieję, że przygody Tommy'ego Vercetti uda mi się skończyć. To co - za dwa lata "Grand Theft Auto: San Andreas 10th Anniversary"? Czekam z wiadomo czym, wiadomo gdzie.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Swagowy tydzień w polskim rapie

Chyba nie mieliśmy jeszcze nigdy tego typu tygodnia w polskim rapie. "Fresz", "swag" - nazywajcie to jak chcecie. Mówię o pojawieniu się jednocześnie całkiem pokaźnej liczby newschoolowych utworów od rodzimych wykonawców. Jako fan nowych brzmień jestem tym faktem bardzo zadowolony, tym bardziej, że poziom utworów jest wysoki.

Zaczęło się w ostatnią niedzielę, kiedy to po wydaniu hitowego blendu, 2sty wypuścił na YouTube klip z trzema fragmentami różnych kawałków. Jak sam raper zapowiedział, prezentuje on w jakim kierunku podąży on po wydaniu zapowiadanego od dość dawna krążka "Puzzle". Pierwsza część to zwrotka 2stego z "Pyk Pyk 3" nagranego w tym roku z Mielzkym i Gedzem. Fanów nie powinna ta część niczym zaskoczyć. Drugi fragment to nagranie na bicie z "Crazy" Kid Inka. Tłuścioch ładnie płynie po bicie i nie jest to zły utworek, dlatego mówienie, że to najgorsza ze wszystkich części tegoż klipu brzmi dziwnie. Tak jednak właśnie jest. Następny fragment na podkładzie od T.I.'a niszczy jednak wszystko. Świetnie pojechana zwrotka z wkręcającym się refrenem. Przez 2stego gejom pospadały sandały - co za benger!


Później dostaliśmy płytkę Beeresa - "Klub Wyklętych Futurystów". Na razie nie miałem jeszcze okazji przesłuchać całości zbyt wiele razy, a i przez ten nie wkręciło mi się nic poza singlami ("Za późno" oraz "Dobranoc Pani Paris") i kawałkiem z Tetrisem. Mam nadzieję jednak, że jaranko będzie obecne, bo Beeres to jeszcze inne podejście do newschoolu niż 2sty. Mniej bengerowe, bardziej "smutnawe", "drejkowe", trochę przypominające niektóre kawałki z ostatniej płyty Venoma. Tylko ten ostatni trochę lepiej śpiewa. O Panu OVO nie wspominając. Mimo wszystko kolejna luka w polskim rapie zaczyna się zapełniać.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Trzecia rzecz to znowu jeszcze inne podejście do rapu. Ogromne zaskoczenie, bo po tytuł polskich odpowiedników A$AP Rocky'ego i Clamsa Casino chcą sięgnąć... Ras i Ment tworzący duet - a jakżeby inaczej - Rasmentalism! Informacja o przyjęciu ekipy do gwardii Asfalt Records + jeden z najbardziej swagowych kawałków w polskim rapie to jedna z najlepszych informacji tegorocznych Mikołajek. Fresz!

0 komentarze:

Mężczyzna sam decyduje, kiedy umrze

Podobno coś takiego zwykł mawiać Ernest Hemingway przed swoją śmiercią samobójczą. Dokładnego cytatu niestety nie pamiętam. Słowa Noblisty wydają się jednak choć częściowo głosić prawdę. Nie powinniśmy ich jednak brać aż nazbyt dosłownie. Bowiem nie tylko prawdziwy mężczyzna, ale też każdy człowiek, powinien wiedzieć, kiedy może zejść ze sceny z dumą. Wyjdź z podniesioną głową, a wszyscy zamrą.

Do czego dążę? Do tego, że próby samobójcze "spowodowane" przez innych ludzi są idiotyczne. Co pokazuje człowiek, który poddaje się przez debili? Jedynie swoją słabość. Jaki jest sens wpakowania sobie kulki w łeb, powieszenia się, czy skoczenia z dachu w takiej sytuacji? Tak bardzo zależy Ci, by ludzie za Tobą płakali? Tak bardzo chcesz, by żyli oni ze świadomością, że to właśnie przez nich się zabiłeś? Okej, to drugie miałoby sens, ale naprawdę jest mnóstwo o wiele lepszych opcji na odegranie się na psychice oponentów. Wyjdź z podniesioną głową, a wszyscy zamrą.

Dlaczego ludzie skaczą jak Magik? Bo zostało im złamane kruche serce. Bo stracili kogoś bliskiego. Bo nie są akceptowani przez społeczeństwo. Bo spróbowali rzekomo wszystkich sposobów na wyciągnięcie się z depresji. Ale czy nie lepiej walczyć do końca? Czy nie lepiej pokazać fucka wszystkim przeciwnościom i mimo co najwyżej promyka szansy walczyć o lepsze życie, czy też jego dumne zakończenie? Wyjdź z podniesioną głową, a wszyscy zamrą.

Zrozumiałem słowa Ernesta. Mężczyzna ma prawo zdecydować, czy chce umrzeć z własnej ręki, jeśli dokona wielkich rzeczy. Jeśli pomimo wielu przeciwności, mimo nawet pojawiających się czasem u faceta łez, mimo zaglądania do książki z napisem "Poradnik samobójców" (nie wiem, czy coś takiego istnieje, ale nie zdziwiłoby mnie to), wiecie co on robi? Wychodzi z podniesioną głową, a wszyscy zamierają.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com

0 komentarze:

Drogi Święty Mikołaju

Nie byłem w tym roku grzeczny i nie ukrywam tego. Powinieneś lepsze prezenty dać innym ludziom, na przykład tym, którzy są wobec reszty społeczeństwa w porządku, nie robią problemów, nie chlają do porzygania, nie ćpią, nie są fanatykami Jarka Kaczyńskiego. I w sumie to jest moje życzenie - byś dawał prezenty ludziom dobrym.

Niestety po Twoim czerwonym nosie poznaję, że jesteś nieźle nawalony podczas procesu przygotowywania i dowożenia prezentów. To nie fair, że masz immunitet i nikt Ci jeszcze nie wlepił mandatu. Może wtedy byś przestał pić tę swoją gorzałę i lepiej przyjrzał się ludzkim uczynkom. Może zacząłbyś spełniać marzenia ludzi dobrych, a nie tych wszystkich znienawidzonych przeze mnie typów, którzy wmawiają sobie, że są przedobrzy, a tak naprawdę łamią wszelkie zasady moralne.

I nawet nie mówię o tych wielkich dyktatorach w biedniejszych niż Polska (tak, są takie, nawet całkiem dużo) krajach. Musieli przekupić albo Ciebie, albo Rudolfa za to, że im się tak dobrze żyje. Ale nawet przebierając w zwykłym społeczeństwie znajdujemy ludzi, którzy gdyby dostali władzę takiego Kim Dżong Una wykorzystaliby ją podobnie. Choć wmawiają Ci, że są przeciwko wszelkiemu złu. Największa beka to jest i tak z tych wszystkich ludzików nazywających się katolikami, a nie potrafiącymi przestrzegać nawet dekalogu. Smutno mi się robi, gdy takich widzę, bo często są to Ci narzucający wiarę innym.

Jednakże są też normalni chrześcijanie. Serio. Daj im pan, panie Święty Mikołaju coś ładnego. Daj prezenty dobrym ludziom. A wszystkim złym? Bolesny seks analny lub też po prostu rozum. Może za rok będą bardziej godni otrzymania zwykłego prezentu.

Też poproszę o rozum, bo bywa, że mój w niektórych sytuacjach już szwankuje. Ho ho ho!

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com

2 komentarze:

Moje cztery pory roku

Jesień

Najgorsza pora roku. To koniec ciepła, początek zimnych dni. Wszystko obumiera, obumiera także człowiek. Patrzymy na śmierć za oknem. Popadamy w nostalgię, coraz częściej zostajemy sami w domu i tam umieramy. Nie słuchamy już radosnych letnich piosenek, przerzucamy się na melancholię. Schowałem Dinal, Ortegę Cartel, Okoliczny Element. Puściłem Bisza, Izę Lach, The Weeknd.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com
Zima

Jesteśmy już przyzwyczajeni do zimnych dni. Wszystko nie żyje, jesteśmy skuci lodem, czekając, by coś radosnego nas roztopiło. Piękny bywa jedynie śnieg, ten w miejscach, po których w tym okresie ludzka noga rzadko stąpa. W miastach wszystko jest brudne, białe piękno zamienia się w gnój. Jest zupełnie jak społeczeństwo. Potrzebujemy izolacji od świata, a to nie robi nam dobrze. Szukamy większej ilości przytłaczających kawałków. Dokładam Indigo Tree, Trenta Reznora z Atticusem Rossem, Pezeta na bitach Noona.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com
Wiosna

Wszystko się odradza. Zapominamy o zimnych dniach, zrzucamy coraz większą ilość ubrań. Głęboko wdychamy świeże powietrze nowego roku. Polepsza się nam nastrój, częściej chodzimy uśmiechnięci, zachwyca nas zieleń wokół nas. Każdy milimetr stopionego śniegu przybliża nas do szczęścia. Zostawiamy stare problemy, nie mamy czasu się nad nimi zastanawiać. Zaczynamy życie. Potrzebujemy radośniejszych kawałków. Biorę Wiza Khalifę, She & Him, Rasmentalism.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com
Lato

Życie w pełni. Nie chcemy siedzieć w domu. Chcemy "pić, palić i bawić się całą noc". Nie myślimy o problemach, bo nie mamy na to czasu. Te przypomną nam się dopiero jesienią. Na razie po prostu żyjmy. Żyjmy słońcem, ciepłym deszczem, burzami. I słuchajmy pozytywnej muzyki. Przywracam do odtwarzacza Dinal, Ortegę Cartel i Okoliczny Element.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com
PS. Pisząc ten tekst słuchałem płytki duetu Bisz/Kosa, pt. "Zimy EP".

0 komentarze:

Krótko i na temat - Hołownia vs Cejrowski

Dawno nie było wpisu z kategorii "krótko i na temat", dlatego dziś czas odpocząć od długich wpisów. Obejrzałem bowiem ciekawą dyskusję pomiędzy prowadzącym program na religia.tv Szymonem Hołownią oraz jego gościem Wojciechem Cejrowskim, którą chciałbym się z wami podzielić. Odbyła się ona jakieś pół roku temu, ale ja odkryłem ją dopiero dziś. Bardzo intrygująca konwersacja, w którym każdy z biorących w niej udział ma w jakimś stopniu rację, choć osobiście wydaje mi się, że pan Cejrowski trochę się "pogmatwał" w niektórych momentach.

Nie zwracajcie uwagi na debilny tytuł i opis youtubowego filmiku - to sprawka fanatyków Korwina.

0 komentarze:

Hemingwayu, gdzie jesteś?

Mam ochotę poczytać książki Hemingwaya. Już od dłuższego czasu się do tego zabierałem, ale ostatnio los jakby zbliża mnie do tej postaci. Od fascynacji Bukowskim, który czytywał dzieła amerykańskiego Noblisty, przez odcinek serialu "New Girl", gdzie zostało o nim wspomniane, aż po dzisiejszą poranną lekturę artykułu w magazynie "Logo", traktującego o jego biografii. Cały świat chce, żebym poznał Hemingwaya od innej strony niż wałkowanego w szkołach "Starego człowieka i morze".

No, prawie cały. Nie chcą bowiem mojej kasy polscy wydawcy książkowi. Jak to do cholery możliwe, że wydawane są jakieś ścierwa, które w dużej mierze nie mają nawet szans na zainteresowanie nastolatków łykających takie szmiry jak pelikany, a na półkach brakuje kogoś takiego jak Hemingway? Sprawdziłem. Nie ma jego twórczości nawet na stronie Empiku, poza kilkoma utworami w wersjach anglo- i niemieckojęzycznej oraz polskim audiobookiem "Starego człowieka".

Jeszcze wcześniej, przed sprawdzeniem normalnych sklepów, uderzyłem na strony z ebookami. Woblink, Virtualo, Legimi, whatever. Nikt z nich nie ma na wirtualnych półkach choćby jednej książki Hemingwaya. Na Allegro są tylko używki. Dlaczego? Wydaje mi się, że dobra promocja i w miarę niska cena mogłyby wprowadzić te utwory nawet na szczyty empikowskich list. No i przydałoby się młodych nauczyć, że tak niechętnie czytana przez nich lektura to nie jedyny utwór słynnego Noblisty.

Co więc mi pozostaje? Książki po angielsku za sześć dyszek, używki z Allegro za pięć złotych albo ściąganie pirackich ebooków z Chomika. Chyba, że ktoś pomyśli o wydaniu Hemingwaya tak, jak wydano Bukowskiego. Tylko znając moje samozaparcie w takich sprawach i lenistwo polskich wydawców zanim to nastąpi zdążę przeczytać wszystkie jego utwory.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

8 komentarze:

Wszystko jest tak, jak teraz. Z wyjątkiem światła.

Oglądałem trochę pokręconych filmów. Na mojej liście znajduje się nawet "Paprika" - anime, na którym prawdopodobnie w jakiś sposób bazowali twórcy "Incepcji". Obejrzałem też co nieco od Darrena Aronofsky'ego. Ale takiej schizy jak przy wczorajszym oglądaniu "Mulholland Drive" Davida Lyncha dawno nie miałem.

Szczerze mówiąc nie wiem jak mam opisać zachęcająco fabułę tegoż filmu. Najchętniej to bym nic nie powiedział i nakazał po prostu iść to zobaczyć. Bo problem w tym, że nawet wydawnicze opisy nie odzwierciadlają tego filmu. Całość zaczyna się wypadkiem samochodowym, z którego przeżywa raptem jedna osoba - tajemnicza brunetka (Laura Harring). Kolejni główni bohaterowie w filmie to przybywająca do Los Angeles z chęcią zrobienia aktorskiej kariery blondynka Betty (Naomi Watts) oraz reżyser filmowy Adam Kesher (Justin Theroux). Poza tym jest wiele innych wątków, które na pierwszy rzut oka zostały wrzucone kompletnie "z dupy". Ale to w końcu tylko "pierwszy rzut oka".

Szkopuł w tym, że jakoś od połowy filmu będziecie mieli wrażenie, że zostaliście w coś wkręceni i tak naprawdę ta fabuła z opisu nie ma znaczenia. I to właśnie wtedy zaczyna się jazda. Najpierw trzeba jednak przetrwać wleczącą się pierwsze godzinę. Może to ja miałem zły dzień do oglądania filmów, ale po prostu przez pierwszą 1/3 seansu miałem ochotę wyłączyć telewizor i zająć się czymś innym. Postanowiłem, że w drugiej połowie zrobię sobie odpoczynek. Nie wiedziałem jednak, iż potem po prostu nie da oderwać się od ekranu.

"Mulholland Drive" trzyma w napięciu. Trzyma w napięciu tak jak nie potrafią tego zrobić współczesne horrory. Thriller Lyncha wypada w tym przypadku po prostu kilka razy lepiej. Nawet w pierwszej połowie. O drugiej już nie wspominam, bo tam nawet scena kilkuminutowego śpiewu na scenie nie pozwala Ci oderwać wzroku. A oprócz tego to wszechobecne milczenie. Może się mylę, ale miałem wrażenie, że większość filmu to po prostu cholerna cisza, podczas której człowiek zastanawia się co ze sobą zrobić i czego oczekiwać. W tym filmie straszne nie są jako takie sytuacje, lecz samo "niepokojące" napięcie.

Dlaczego ten film TRZEBA obejrzeć? Bo po obejrzeniu zastanawiasz się gdzie jesteś i co żeś oglądał. A potem wciąż "przerażony" szukasz w Googlach wyjaśnienia tego całego cholerstwa. I wciąż nie do końca rozumiesz o co chodzi. Aha - oglądajcie "Mulholland Drive" samemu. Noc, pogaszone światła, Ty i ekran. Może ktoś w czasie filmu powie sobie coś w rodzaju "Boże, czemu tu nikogo ze mną nie ma?", ale po seansie przyznacie mi rację, że lepiej to przeżyć na osobności. Ja tymczasem biorę się dalej za filmografię Lyncha. Konkretniej kultowy "Twin Peaks", którego nigdy nie obejrzałem całego. Wiem, zgrzeszyłem. Czas odmówić pokutę.

A, no i warto obejrzeć "MD" także dla cycków oraz scen lesbijskiego seksu i masturbacji Naomi Watts. Lynch, Ty Zboczuchu.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Pezet znów w reklamie

To już trzeci raz w tym roku, gdy Pezet promuje swym utworem konkretną markę. Do tej pory mieliśmy "Chmurę" nagraną na potrzeby reklamy Microsoft SkyDrive na oldschoolowym bicie od duetu TastyBeatz oraz "Miejski Sound" związany z marką J&B, którego produkcją zajął się Auer, znany w szczególności ze swoich okołodubstepowych tworów. Oba te utwory niszczą tak z połowę "Radia Pezet", płyty osobiście przeze mnie lubianej, w przeciwieństwie do większości stałych słuchaczy rapu. A za co hajs zgarnął Kapliński tym razem?


Za udział w projekcie Reebok Classic Trax. Ma to być label wspierający artystów tworzących wszelakie gatunki muzyczne. Przed Pezetem w ramach tej akcji pojawił się kawałek "Creative People" od dziewczyn z zapomnianego już chyba "Sistars" oraz tria producenckiego Hush Hush Pony. Całkiem niezły swoją drogą. A potem nastał czas na warszawskiego rapera. I osobę, z którą miał współpracować - Jimka.

"Kto to w ogóle jest?" - ktoś zapyta. Nie zdziwię się, bo sam przed zapowiedzią kawałka z Pezetem nic o tym człowieku nie wiedziałem. Warto było jednak naprawić swą niewiedzę. Jak się okazało, Jimek wygrał konkurs na remix kawałka Beyonce, co najbardziej go wybiło. Przygotował też muzykę do polskich seriali: "Tancerze" oraz "Ranczo". Prywatnie zaś to Radzimir Dębski, syn Krzesimira Dębskiego. Zgadza się, TEGO Krzesimira Dębskiego. Widać, idzie chłopak w ślady ojca. Zresztą nawet trochę podobny do niego jest.

No ale jak wreszcie wypadł wspólny kawałek Pezeta i Jimka? Świetnie. Duża zasługa tutaj właśnie producenta, który stworzył jeden z najlepszych bitów tego roku w polskim rapie. Nagrany zdaje się w większości na żywych instrumentach, które jednak brzmią trochę jak takie prawdziwie brudne sample. Świetne motyw pianina, gitarowe wejścia i surowo brzmiąca perkusja. Nawet BobAir zachwycał się tym po premierze na forum Ślizgu.

Od strony wokalnej również jest dobrze. Zachwycające jest to jak na każdym kawałku Pezet ostatnio brzmi zupełnie inaczej. Warto przesłuchać sobie dla przykładu jego featy na Mixturze, u Czarnego, czy właśnie w dziś opisywanym utworze - "Nie Muszę Wracać". Piekielnie dobre flow z bardzo dobrze poskładanymi rymami. I wkręcający się refren, tym razem na wyższym poziomie od słynnego "jesteś moją Supergirl, jesteś moją Catwoman". Jedynie do przyspieszeń w drugiej zwrotce można się przyczepić. No i bywają fragmenty, że wokal aż domaga się, by go podgłośnić. 

Swoją drogą ciekawy jest sam ten fakt takiego uczestnictwa Pezeta w reklamach. Chyba nie ma innego rapera w Polsce tak aktywnego w tej formie w mediach. Ale póki robione jest to na wysokim poziomie - nie mam do tego zastrzeżeń. Żeby tylko na następnej płycie Kapliński postarał się o taką formę jak w kawałkach na zamówienie.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze: