Czas żniw

Gdy pewnego dnia dostałem maila z propozycją zrecenzowania "Czasu żniw", nie do końca byłem pewien, czy ofertę przyjąć. Z jednej strony opis zapowiadał coś ciekawego, z drugiej zaś przypominał mi on wiele innych przykładów kiepskiego, młodzieżowego fantasy. Zdecydowałem się jednak przygarnąć książkę i zrecenzować ją dla Was jeszcze przed premierą. Jaki jest ostateczny wyrok?

Akcja książki umiejscowiona jest w roku 2059, w Londynie, przemienionym w metropolię zwaną Sajonem. Powstała ona, by umiejętnie oddzielać od zwykłych ludzi tych, którzy posiadają umiejętności związane z jasnowidzeniem. Do wyklętych należy także główna bohaterka, niejaka Page, członkini tamtejszego Syndykatu. Pewnego dnia zostaje ona zaatakowana przez władze i zabrana do umieszczonej na terenie Oksfordu kolonii karnej.

Na samym początku mej przygody z "Czasem żniw", utwierdzałem się jedynie w swych wątpliwościach. Książka nie zapowiadała się na nic nadzwyczaj ciekawego, a jedynie kolejny przykład młodzieżowego fantasy od niewyrobionej, młodej pisarki. W głowie zaczynałem mieć powoli ułożoną recenzję pełną krytyki. Był tylko jeden "problem"...

Tego typu książki - czego by o nich nie powiedzieć - często najzwyczajniej w świecie wciągają. Tak jest i w tym przypadku. Choć do sporej ilości rzeczy mogę się przyczepić, to mimo wszystko chciałem poznać dalsze losy Page i jej znajomych. Dzieje się tak z powodu prostego, nieskomplikowanego podania fabuły. Błahostka nie może odwrócić naszej uwagi, bo w "Czasie żniw" cały czas coś się dzieje. Nie ma miejsca na przemyślenia - liczy się akcja.

Z jednej strony to dobrze (bo książka broni się swoją umiejętnością wciągnięcia czytelnika), z drugiej źle, bo potęguje to wrażenie niewyróżniania się tego tytułu od reszty podobnej literatury. Oczywiście, jest kilka ciekawych motywów, które na pierwszy rzut oka z uznaniem zachwalamy. Gdy jednak usiądzie się nad nimi na dłużej, odkrywa się, iż są to tak naprawdę elementy zaczerpnięte z wielu innych utworów.

Przez większą część powieści byłem zadowolony z faktu, że w jednym konkretnym aspekcie autorka nie poszła za resztą jej podobnych. Mowa oczywiście o wątku miłosnym. Nie żebym miał coś do ich ogółu, są przecież naprawdę dobre motywy tego typu w literaturze. Problematyczne są one natomiast w przypadku młodzieżowego fantasy. W przytłaczającej większości miłość w takich książkach jest do bólu infantylna i nudna. Niestety, ostatecznie również i w "Czasie żniw" dostajemy porcję płaczków i "ekscytujących" doznań erotycznych rodem ze "Zmierzchu". Szkoda, bo bez tego całość wypadłaby, moim zdaniem, zdecydowanie lepiej

Dziwnie się trochę czuję oceniając ten tytuł, bo wiem, że to po prostu nie jest typ literatury dla mnie. Jeśli jesteś facetem - raczej sobie odpuść. Jeśli jesteś kobietą, to istnieje jakaś szansa, iż "Czas żniw" Ci się spodoba. Jeśli natomiast jesteś kilkunastoletnią dziewczyną, to mamy wysokie prawdopodobieństwo narodzenia się u Ciebie ogromnej fascynacji wobec tego tytułu. 

Wniosek? Masz siostrę/kuzynkę/chrześniaczkę w gimnazjum? Po listopadowej premierze kup jej na prezent "Czas żniw". A jeśli znajdziesz kilka dni luźniejszych przed tym, jak upominek jej podarujesz, może najpierw sam(a) daj się porwać w tę - nota bene - wciągającą historyjkę.

PS. Książkę do recenzji dostarczyło Wydawnictwo SQN, za co serdecznie dziękuję.

Książkę z taką okładką znajdziecie w sklepach w listopadzie. Trochę szkoda, bo wersja recenzencka dostała o wiele lepszą, minimalistyczną oprawę.

0 komentarze:

Raperzy czytają #38 - Kotzi

Dzisiejszym gościem akcji jest radomski MC Kotzi. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów swojego miasta. Pisać teksty zaczynał już w roku 1999, a pierwsze demo, nagrane wraz z Kaczmarem i Ignacem i wypuszczone pod szyldem U.S.P.M (Używaj Sobie Póki Możesz), pojawiło się trzy lata później. Dziś Kotzi znany jest najbardziej z wydanego niedawno, dobrze ocenianego longplaya "Rapdom" oraz współpracy z KęKę, między innymi pod postacią duetów nazwanych KoKę i Boa's.

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Pierwszą książką, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i czytałem ją później kilka razy, była "Bracia Lwie Serce" Astrid Lindgren. I to była jedna z pierwszych książek, jakie w ogóle przeczytałem.

Mniej więcej w tym czasie odkryłem też "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" i "Baśnie braci Grimm". Bardzo podobała mi się też "Lew, czarownica i stara szafa" C. S. Lewisa. Ze szkolnych lektur oczywiście "W pustyni i w puszczy", "Mitologia", "Robinson Crusoe", "Krzyżacy", "Kamienie na szaniec", "Dywizjon 303", "Rozmowy z katem". Potem w liceum najbardziej w pamięci utkwiły mi "Dżuma","Inny świat" (moje osobiste top 10), "Zbrodnia i kara", "Przedwiośnie", "Wesele", "Popiół i diament". To tak z brzegu.

Ze studiów najbardziej pamiętam "Na nieludzkiej ziemi" J. Czapskiego. Bardzo podobał mi się "Faraon" Prusa, "Cham" Orzeszkowej czy "Sanatorium pod klepsydrą" Schulza. Najbardziej pokręconą książką było "Próchno" Wacława Berenta. Z zagranicznych ogromne wrażenie zrobił na mnie "Portret Doriana Graya" Oscara Wilde'a.

Jeśli chodzi o literaturę, którą poniekąd odkryłem sam, to szczerze polecam oczywiście trylogię Stanisława Grzesiuka czyli "Boso, ale w ostrogach", "Pięć lat Kacetu" i "Na marginesie życia". Innym polskim pisarzem, z którym warto się zapoznać, jest Andrzej Stasiuk. Pierwszą jego książką, którą przeczytałem (i to kilka razy) są "Mury Hebronu". To jedna z tych książek, które poszły w obieg i pochłonęli je w jeden wieczór nawet ci, którzy w życiu przeczytali tylko "Antka". Super jest też jego "Jadąc do Babadag" - o tych bardziej dzikich miejscach Europy Wschodniej. 

Trzeci polski autor, którego prozę się dosłownie pochłania, to Sergiusz Piasecki. Wymienię kilka jego pozycji obowiązkowych, jak trylogia złodziejska: "Jabłuszko", "Spojrzę ja w okno" i "Nikt nie da nam zbawienia". To jest mega. Z bardziej znanych wymienię książkę "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" i to jest pierwsze co od niego czytałem, oraz "Zapiski oficera armii czerwonej" (uwaga zajebista, ale wkurwia)  czy satyra "7 pigułek Lucyfera". Obecnie jestem w trakcie kompletowania jego dzieł i jest to mój zdecydowany nr 1 na dziś. 

Nie mógłbym pominąć Waldemara Łysiaka, którego też staram się czytać, a najbardziej podobał mi się jego "Dobry". Szczerze polecam też pozycję "Zły" Tyrmanda. Super książki. Próbowałem też czytać Lema, ostatnio parę lat temu "Sex wars", zbiór esejów. Jak dla mnie ciężka literatura, ale warto mieć swój pogląd. Można wyłowić trochę ciekawostek np. z futurologii. Wymienię też "Podróże z Herodotem" i "Lapidaria" Kapuścińskiego. Jak chcecie poczuć troszkę klimatu mojego miasta, to sprawdźcie sobie tytuł "Paczka Radomskich". Obowiązkową pozycją z zagranicznych jest oczywiście "Ojciec chrzestny" czy "Omerta" od Puzo. Dobrze czytało mi się też "Przesyłkę z Salonik" Ludluma czy "Alchemika" Coelho.

Na koniec dorzucić mogę jeszcze wszystkie części "Harry'ego Pottera" Wszystkie te książki jakoś mnie ukształtowały, każda na swój sposób. Wszystkie mogę polecić. Jestem świadomy, że mam jeszcze duże braki choćby w klasykach, ale mam nadzieję to nadrobić. Oczywiście to nie wszystko co przeczytałem, ale to co mi najbardziej utkwiło w pamięci. Czytajcie książki, bo bez tego bieda!

Pozdrawiam i zapraszam na swój fanpage
Kotzi Rapdom 

PS. Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają", zalajkuj facebookowy fanpage bloga, by być na bieżąco z jej następnymi odcinkami oraz resztą notek.

0 komentarze:

Na własne ryzyko

Przed wczorajszym wypadem do kina skutecznie powstrzymało mnie przeziębienie. Zamiast skupienia się na nowościach, postanowiłem więc cofnąć się do jakiegoś filmu sprzed kilku miesięcy. Padło na twór zatytułowany "Na własne ryzyko" (w oryginale "Safety Not Guaranteed"). Przekonały mnie do niego dwie rzeczy: za jego produkcję miał odpowiadać twórca "Małej Miss", a jedna z głównych ról została przydzielona Jake'owi Jonhsonowi, występującego w serialu "New Girl" u boku Zooey Deschanel. Czy film sprawdził się w oczach chorującego blogera?


Fabula jest całkiem ciekawa, a do tego nietypowa. Dziennikarz (Jake Johnson) i dwójka stażystów (Aubrey Plaza oraz Karan Soni) wybierają się do małego miasteczka, gdzie pewien dziwny facet (Mark Duplass) szuka współpracownika do... podróży w czasie. Z racji płci, misja potajemnego zebrania od niego informacji spada na młodą redaktorkę. Ta zaczyna powoli zdobywać zaufanie miejscowego dziwaka i dowiaduje się wielu istotnych informacji na temat jego przedsięwzięcia.

Jeśli liczycie na film science-fiction, to trafiliście raczej pod zły adres. Jasne, motyw podróży w czasie istnieje, ale tak naprawdę nie o niego tu chodzi. "Na własne ryzyko" trudno tak naprawdę zakwalifikować do konkretnego gatunku. Są gagi, ale za mało, by nazwać go komedią. Jest (niejeden) motyw miłosny, ale trudno to nazwać romansidłem. Tak bowiem filmowi do romansidła daleko, że nawet hasłem "komedia romantyczna" nie można go określić.

"Na własne ryzyko" to po prostu taka luźna produkcja, od której nie należy wymagać zbyt wiele. Wrażenie to potęguje fakt, że cała główna akcja jawi się nam się przed oczami prawie od początku filmu. Wstęp miga przed oczami bardzo szybko, ale dostarcza on zwięźle wszelkich informacji, jakie przydadzą nam się w seansie. Film nie trwa nawet półtorej godziny, ale twórcy wykorzystali perfekcyjnie dany im czas. Nie ma mowy ani o niedosycie, ani tym bardziej o sztucznym rozciągnięciu całości.

Aktorzy nie popisali się niczym nadzwyczajnym, jednak dobrze spełnili swoje role. Aubrey Plaza dostała postać trochę nijaką, ale dorzuciła do niej porcję siebie, która nadała charakteru młodej stażystce. Jake Johnson jest w sporej mierze tu taki, jak odgrywany przez niego Nick z "New Girl". No, może tutejszy pan dziennikarz jest trochę mniej zrzędliwy. Przyczepić się mogę jedynie do Marka Duplassa. Mam wrażenie, że za mało w nim świra, na jakiego miał być wykreowany.

Nie oglądając "Na własne ryzyko" nie popełnicie grzechu. Nie popełnicie go również wtedy, gdy jednak skusicie się na seans. To taka produkcja w rodzaju "nie mam pomysłu, co obejrzeć, więc puszczę sobie coś luźnego na odmóżdżenie". W tej kategorii recenzowany twór sprawdza się nieźle. Tylko tyle i aż tyle. 

2 komentarze:

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #5

Za nami już niestety lato, które zostało zastąpione zimnymi dniami. Oznacza to szczególnie jedną rzecz - mniej czasu wolnego spędzać będziemy na dworze. Uczniowie znów dostaną w swe ręce prace domowe i materiał do nauczenia się na sprawdzian, a starsi wygodnie usiądą w fotelu z książką, by odpocząć po ciężkim dniu w pracy. By wesprzeć i tych zdobywających wiedzę, i tych relaksujących się czytaniem, postanowiłem podrzucić Wam kolejny odcinek serii "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki". Poprzednie wpisy cyklu znajdziecie kolejno TU, TU, TU i jeszcze TU. Bez zbędnych słów, przejdźmy do sedna dzisiejszej notki.

Bvdub - "A Careful Ecstasy"

Muzyka Bvduba na tym krążku to połączenie dość zaskakuję. Dostajemy bowiem porcję pięknych dźwięków ambientowych, okraszonych partiami kojarzącymi się z dubem. Od czasu do czasu dorzucane są nawet drobne wokale, nieprzeszkadzające jednak w skupieniu się na lekturze. Płyta to niby raptem sześć kawałków, jednak najkrótszy z nich trwa siedem, a najdłuższy aż prawie szesnaście minut. Klimat odrobinę psychodeliczny, nadaje się w sam raz do czytania nocą, przy lampce zapalonej nad głową. Krążek do odsłuchu na Spotify.

Przykładowe utwory:


J. J. Johnson - "Blue Trombone"

Czego nie może zabraknąć na jesiennej playliście? Na pewno jazzu. W tym przypadku polecam jeden z moich ulubionych albumów z gatunku (wciąż będącego jednak dla mnie niestety sporą tajemnicą). Nazwa krążka wzięła się od puzonu (po angielsku właśnie "trombone"), na którym gra główny bohater płyty, czyli sam J. J. Johnson. U jego boku wiele znanych osobistości, w tym choćby Tommy Flanagan. Do jesiennego klimatu pasuje idealnie. Jedynie rozpalonego kominka brakuje. "Blue Trombone" przesłuchać można chociażby na Spotify.

Przykładowe utwory:


ProleteR - "Feeding the lions EP"

Moje najnowsze odkrycie. ProleteR to na pierwszy rzut oka jedynie zwyczajny beatmaker, tnący utwory jazzowe i dorzucający do nich bardziej hip hopowe bębny. Materiał ten wyróżnia się jednak świetnie dobranymi samplami, poukładanymi w logiczną całość. Z jednej strony to album jesienny, z drugiej zaś dodający pozytywnej energii. Najlepsze jest jednak to, że możecie go ściągnąć zupełnie bezpłatnie z bandcampa autora, o TUTAJ.

Przykładowe utwory:


Arms and Sleepers - "Digital EP"

Bardzo krótki materiał, bo trwający zaledwie... około siedmiu minut. Jego wysoka jakość spowodowała jednak, że często zdarzało mi się go kilkukrotnie zapętlić. Arms and Sleepers to duet tworzący (przynajmniej w tym przypadku) muzykę ambientową. "Digital EP" to trzy kawałki, wychodzi więc na to, że zestaw "przykładowych utworów" stanowi tak naprawdę odsłuch całości. Jeśli chcecie mieć całość legalnie na dysku, wystarczy już półtora dolara.

Przykładowe utwory:
- "Aux";
- "Noir Gang" (nie znalazłem całego utworu, fragmentu zaś można posłuchać chociażby na Amazonie)


Thomas Newman - Soundtrack do filmu "Panaceum"

Jak widzicie po tytule, postanowiłem zakończyć dzisiejszy wpis ścieżką dźwiękową z filmu. Filmu, swoją drogą, który w stosownej recenzji oceniłem na dość średni. Już wtedy jednak dostrzegłem wysoką jakość dostarczonego doń soundtracku. Nie ma co się temu dziwić. Autorem muzyki jest bowiem znany kompozytor filmowy Thomas Newman, który ma za sobą między innymi współpracę nad filmami Pixara czy "Skyfall". OST można przesłuchać na Spotify.

Przykładowe utwory:

0 komentarze:

Chodź, poobrabiamy ludziom tyłki

Większość ludzi ma bardzo podobny zestaw kilku czy kilkunastu kłamstewek, którymi karmią tłumy. Spora część to takie kompletne klasyki, w rodzaju "nie zwracam uwagi na wygląd" albo "nigdy niczego nie hejtowałem". Nie wiem jak Wy, ale ja po prostu uwielbiam ich słuchać i śmiać się w duchu z ludzkiej naiwności. Mam nawet swoje ulubione powiedzonko, które tak mnie zawsze strasznie rozbawia - "nie obrabiam innym dupy".

Jak mniemam wszyscy tutaj doskonale rozumieją ten skrót myślowy, gdyby jednak było inaczej, tłumaczę, iż wspomniany zwrot oznacza po prostu "nie obgaduję innych". Zapewne wielokrotnie słyszeliście tego typu tekst w różnych wersjach. Jedni używają dokładnie takiego zwrotu, o jakim już wspomniałem, inni brną jeszcze dalej rzucając: "nigdy nie obrabiałem TOBIE dupy". Przywołując motto doktora House'a - "wszyscy kłamią".

Nie spotkałem w życiu swym osoby, której rzeczywiście nie zdarzyłoby się obgadywać drugiego człowieka za jego plecami. Byłem świadkiem obrabiania dupy przez przyjaciół, nieznajomych, dzieci, staruszków, nauczycieli, uczniów, policjantów, przestępców, katolików, ateistów. Nie ma co ukrywać - ja też czasem obgaduję innych. Wy też to robicie, ja wszystko widzę.

Zazwyczaj wyżywamy się w ten sposób na osobach, których szczerze nie lubimy. Ale nie jest to wcale wyraźna reguła. Nawet jeśli kogoś ubóstwiamy, jedna drobna sprzeczka może doprowadzić do chęci obrobienia tyłka tej osoby. A czasem i to nie jest potrzebne. Wystarczy po prostu znaleźć się w odpowiednim nastroju przy ludziach, którym możemy się w swobodny sposób wyżalić.

W większości przypadków takie akcje mam gdzieś, ale przeżyłem w życiu kilka rozmów w pewien sposób naprawdę mocno degustujących. Pamiętam, że kiedyś rozmawiałem z pewną dziewczyną, kiedy ta nagle zaczęła obgadywać swoją przyjaciółkę. Taką - zdawało mi się wtedy - najbliższą i najważniejszą wówczas dla niej. Sytuacja rozwinęła się jeszcze ciekawiej, gdy moja rozmówczyni zaczęła narzekać na to, że... ta przyjaciółka ją obgaduje. 

Och, my wspaniali hipokryci. Wtedy postanowiłem jej zwrócić uwagę: "ej, ale wiesz - teraz robisz dokładnie to samo, co ona". Na chwilę zapadła cisza, po czym dziewczyna zaczęła się tłumaczyć, że to wcale nie jest tak, a ona jednak jest lepsza i uczciwsza od tej drugiej. Pogardliwie zaśmiałem się wystarczająco głośno, by to usłyszała. Nie obraziła się. Chyba zrozumiała, że miałem rację.

Obgadywanie to obgadywanie. Deal with it. Nie ma lepszego i gorszego. Wszyscy jesteśmy tacy sami i choć rzeczywiście znam ludzi, którzy przed obrabianiem tyłka innym starają się chronić, to jednak nawet oni mają chwile słabości. Nie róbmy z siebie aniołków, bo takich na świecie nie ma. Zaśmierdziało trochę truizmem, ale mam wrażenie, że czasem i takie proste rzeczy nie do wszystkich docierają.

To teraz chodźmy wszyscy razem do baru i przy piwku poobrabiajmy ludziom dupy. Przecież i tak to na co dzień robimy w małych grupkach, więc może czas na większą otwartość?

Rozmawiające babcie - symbol obgadywania ludzi.
Źródło: Flickr.com

1 komentarze:

Wirtualnych wspomnień czar

Jestem właśnie po całkowitych przenosinach danych ze starego komputera na nowy. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo przez kilka ostatnich godzin co chwilę przypominałem sobie o jakichś rzeczach, których jeszcze na świeżym dysku nie ma. Przez cały ten czas przed oczami przepłynęło mi mnóstwo plików od dawna niewidzianych. Niektóre z nich wywołały nawet chwilę pełną rozkmin i wspomnień.

Zaczęło się od zgrywania maili do programu pocztowego. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem fanem komunikacji tego typu, więc większość tamtejszego stuffu to kolejne subskrypcje ze sklepów internetowych i dziwnych portali. Znalazło się tam jednak kilka materiałów, rzeczywiście w jakiś sposób interesujących. Widziałem przeskakujące tytuły kolejnych maili, ale nie musiałem w nie klikać - dobrze wiedziałem, co się w nich kryje.

Było trochę poczty wymienianej z redaktorami naczelnymi stron, dla których kiedyś pisałem. Stare, dobre czasy pisania o gierkach na kilkanaście tysięcy znaków. Znalazło się kilka mniej typowych informacji od sklepów internetowych, bo mówiących o wysłaniu jakiejś paczki. Z odmętów aplikacji odkopałem np. notkę o opóźnieniach w dostawie "Battlefielda 3". Gra ta miała premierę raptem jakieś dwa lata temu. Ja zaś dziś omawianej sytuacji w ogóle nie kojarzę.

Było też trochę większej prywaty. Maile z czasów gimnazjum, gdzie w załącznikach znalazłem stare prezentacje robione na zasadzie "kopiuj-wklej". Zdjęcia z czasów zapełnionych osiemnastkami. Nagie fotki od wielbicielek... No dobra, tu trochę naciągnąłem. Ale było kilka prawie nagich - nie kłamię! Uprzedzam pytania: nie, nie wstawię ich na bloga. Faceci w tej chwili posmutnieli, by bohaterki tych fotek mogły odetchnąć z ulgą.

Jeśli jednak jesteśmy przy zdjęciach - również i dla nich znalazło się miejsce na dysku nowego komputera. Postanowiłem przegrać wszystkie z telefonu. Ile ich było? Ot, raptem półtora tysiąca. Niektóre znam na pamięć, bo miałem świetnych (bez ironii) kumpli, którzy uwielbiali mnie zmuszać do przeglądania całej galerii w komórce. Za co im tak naprawdę szczerze dziękuję. Dzięki temu doceniłem wreszcie wartość robienia zdjęć.

Znalazło się też miejsce na muzykę. Przypomniałem nagle sobie o tych wszystkich artystach, których ludzie polecali mi na początku liceum. Odpaliłem płytkę Justice. Na pewno ich znacie. Zastanawiam się, czemu tak dawno ich nie słuchałem? Czemu nowych płyt wykonawców, słuchanych przeze mnie kilka lat temu, dziś nie sprawdzam w ogóle albo pozostaję jedynie przy singlach? Choć wciąż pamiętam pierwsze kawałki tych bandów, które kiedyś tak mnie zajawiły do ich sprawdzenia.

Wszystkie tego typu błahostki w jakiś sposób wywołały u mnie wspomnienia. Kto wie - może to na nich będzie w przyszłości opierała się nasza pamięć o dawnych czasach? Jasne, mamy to, co mieli nasi rodzice czy dziadkowie - materialne pamiątki, wywołane fotografie, pocztówki. Jednak my dostajemy jeszcze więcej. Dostajemy te komputerowe worki wypełnione wirtualnymi wspomnieniami. 

Chociaż nimi postaram się porządnie zaopiekować.

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Kochanie, jesteś gruba i śmierdzisz

Kiedyś miałem się za ultraromantyka. Wiecie, takiego prawdziwego Wertera XXI wieku. Do dziś nie jestem pewien, czy bardziej idiotyczne od faktu naciąganego uważania się za takowego, byłoby autentyczne hołdowanie romantycznej postawie. Na szczęście rozterki tego typu już są za mną, bo życie uczy nie tylko - no cóż - życia, ale i umiejętności coraz lepszego ogarniania własnego charakteru.

Kiedy zrozumiałem, że nie jestem romantykiem? Gdy zaczęła mnie przerażać słodycz niektórych związków. Te wieczne przytulaski, czułe słówka, fanatyczne spacery we dwójkę po łąkach przykrytych poranną rosą... Aż się rozmarzyłem. Ktoś powie: "ej, ale to jest przecież normalny związek". No cóż, Drogi Czytelniku, nie do końca.

Jest jedna cholerna rzecz, której brakuje u przesłodzonych par - dystansu. Sarkazmu. Ironii. Wszystkich tych cudownych elementów, ubóstwianych przeze mnie na każdym kroku. Gdy boisz się trochę pośmiać w takim stylu przy swoim partnerze, to znaczy, że Twój związek jest do bólu przelukrowany. Ja, cytując klasyczny internetowy żargon, w takim momencie "rzygam tęczą".

Leżenie z dziewczyną i wzajemne wtulanie się w siebie jest spoko. Pocałunki na dobranoc są spoko. Chodzenie za rękę i rozmawianie na wszystkie możliwe tematy jest spoko. Przekomarzanie się pełne ironii też.

- Ech, jestem głodna, chyba pójdę coś zjeść...
- Chcesz być jeszcze grubsza?!

Drogi mężczyzno, jeśli spotkałeś się kiedyś w podobnej sytuacji, z Twoich ust i wyrazu twarzy biła ironia, a partnerka mimo tego się obraziła - masz przerąbane. Jeśli jednak dziewoja jest normalna i wyczuła żartobliwy ton, rzucając się na Ciebie w pseudoagresywnym zrywie z pięściami gotowymi do ataku i okrzykiem "o Ty gnido" na ustach - gratulacje. Znalazłeś sobie prawdopodobnie porządną niewiastę, niebędącą ani głupią pizdą, ani przelukrowaną romantyczką.

Kiedyś spotkałem się z opinią, że tego typu zachowanie jest okazywaniem "braku szacunku" do partnera. Odwróciłem głowę i poszedłem pogadać z kimś innym. Tak określić można nazywanie własnej dziewczyny "grubasem" w negatywnym znaczeniu, a nie robienie tego, gdy jednocześnie na twarzy obu partnerów pojawia się porozumiewawcze spojrzenie. Jak dobrze sobie wszystko wypracujecie, to nawet rzucanie "kurwami" i "chujami" może stać się przyjemną odskocznią od lukrowanego świata.

Czasem myślę, że może to ja jestem jakiś nienormalny z tym swoim "antysłodkim" poglądem. A potem spotykam dziewczynę, która to wszystko rozumie i sama bierze się za tę grę pełną ironizowania. Zaś w duszy mam wrażenie, że to jest nawet lepsze niż te wszystkie romantyczne postulaty. Bo często więcej uczucia w takim nietypowym żartowaniu z siebie, niż w byciu papużkami nierozłączkami.

Źródło: Flickr.com

1 komentarze:

Steve Jobs - biografia Waltera Isaacsona

Fakt, że zabiorę się wreszcie za tę książkę, zapowiadałem już przy okazji recenzji filmu o Jobsie. Mniej więcej w połowie czułem się już wystarczająco zainspirowany, by napisać krótką notkę na temat nietypowego charakteru szefa Apple. Teraz nadszedł wreszcie czas wydania ostatecznego werdyktu. Czy "Steve Jobs" Waltera Isaacsona jest rzeczywiście aż tak dobrą pozycją, jak się mówi?

Historia w książce zawiera w sobie historię od czasu dzieciństwa głównego bohatera, aż do jego ostatnich dni. Śledzimy poczynania Jobsa na każdym kroku jego kariery, począwszy od założenia Apple, przez wyrzucenie go z firmy i powrót tamże, romanse z NeXT i Pixarem, kończąc na jego przejściu na emeryturę. Proces powstawania każdego z kultowych urządzeń ma swój oddzielny moment w książce. To więc również podróż ze świata pierwszego komputera osobistego z prawdziwego zdarzenia, do czasów smartfonów i tabletów.

Biografia ta zawiera jednak sporo więcej niż zwykły przebieg kariery Jobsa. Oddzielne miejsca zostały przygotowane dla młodzieńczych zapędów Steve'a ku frutarianizmowi i jego wycieczce do Indii, związkom, rodzinie, przyjaciołom. To także (jak mniemam) bezbłędne oddanie charakteru głównego bohatera, który co chwilę zaskakuje swoimi dziwactwami. Isaacson nie idealizuje Jobsa, a pokazuje również i jego wady, wprost pisząc o łzach uronionych zarówno przez Steve'a, jak i ludzi zranionych przez niego.

Autor odwalił naprawdę kawał dobrej roboty przy zbieraniu informacji do tego tytułu. W żadnym momencie nie miałem jakiegokolwiek uczucia niedosytu. Isaacson uzyskał informacje, których nie znajdziecie ot tak na Wikipedii, prezentując je w bardzo przystępny sposób. Dotarł do mnóstwa ludzi, w tym nawet tych z jakiegoś powodu żywiących urazę wobec Jobsa. Ostatnie słowa Steve'a na temat Billa Gatesa i odpowiedź tego drugiego, w jakiś sposób potrafią nawet wzruszyć.

Czytałem tę książkę na Kindle'u i nie czułem kompletnie jej długości. Gdy ostatnio przyjrzałem się dokładniej papierowej wersji, byłem totalnie zadziwiony. Biografia ta tak bardzo wciąga, że kompletnie nie odczuwa się tych ponad siedmiuset (!) stron. I to nie jest zasługa jedynie samej historii, ale również i sposobu, w jaki ubrał ją Walter Isaacson. Aż chce się od razu biec do księgarni sprawdzić jego inne pozycje.

Recenzowana dziś książka nie jest przeznaczona jedynie dla fanów Apple. Bo mówi o świetnej, inspirującej opowieści, wciągającej równie mocno, co najlepsze powieści. Myślę, że w moim przypadku zmieniła ona nawet delikatnie sposób patrzenia na świat. Rzadko rzucam takie słowa w przypadku książek, filmów czy gier, ale teraz nie boję się tego powiedzieć - pewnie jeszcze kiedyś po ten tytuł sięgnę. 

Świetna pozycja, polecam wszystkim bez wyjątku.

0 komentarze:

Raperzy czytają #37 - Gospel

Gospel, czyli prawdopodobnie najbardziej szalony raper w naszym kraju. Można lubić jego wyczyny na majku lub też nie, ale nie sposób zaprzeczyć mu posiadania wyjątkowo szurniętego umysłu i nietypowego podejścia do muzyki. Autor między innymi hitu "Hyc o podłogę", pochodzącego z wydanego na początku ubiegłego roku mixtape'u "Piski, zyski i wytryski", a także charakterystyczny uczestnik bitew wolnostylowych. W ostatnie wakacje pojawiło się jego drugie wydawnictwo - "Pizdy, blizny, smród bielizny". Gospel jest także Młodym Wilkiem Popkillera z drugiej edycji tej akcji.

Co więc ten nieokrzesany człowiek ma nam do powiedzenia w kwestiach literackich?

Siema piżmaki, jak na pewno wiecie, jestem niedorozwiniętym ćwierćinteligentem, czyli tak zwanym głupkiem, ale nic się samo nie robi (może oprócz wąsów) - głupota też nie. Wasze szare komórki same nie zapełnią się trylionami terabajtów całkowicie nieprzydatnych Wam informacji, z których będziecie mogli korzystać w celu podtrzymania fatycznej funkcji języka. Żeby stać się supergłupcem, trzeba skądś te głupotę czerpać.

I tu dziadzio Gutenberg przybywa z odsieczą. Ten mały skurwiel, który wymyślił druk i czym sprawił, że  tak zajebisty przedmiot, jakim jest książka, stał się dostępny nawet dla tak ubogiego parobka jak ja. Co mam więc robić? Składam te małe czarne robaczki w słowa i zdania, starając się wyłuskać sens tego, co autor miał na myśli. 

Dobór tego, co czytam jest całkowicie przypadkowy, chaotyczny i niespójny, dlatego też obok najnowszego "Życia na gorąco" i gazetek z ofertami "Biedronki", rozrzuconych koło sracza będącego mi najmilszym miejscem do konsumowania cudzych myśli, leży obecnie "Podpis księcia", autorstwa pożałowania godnego Piotra Nowaka. Będący lekkostrawnym momentami, wręcz frywolnym rozważaniem o mocy i słabości (taki filozoficzny harlekin). Zdecydowanie lepiej użyć tego tytułu jako podstawki pod garnek z ciecierzycą. 

"Przy drzwiach zamkniętych" Jean-Paula Sartre, czyli całkiem klawa sztuka zadufanego w sobie francuskiego amatora amfetaminy, który stwierdził, że szczerze pierdoli Literacką Nagrodę Nobla i której nie przyjął, twierdząc, że to stawianie człowiekowi pomniku za życia, co w jego mniemaniu jest bardzo nieetyczne. A także "Martwe dusze" Gogola,  czyli dopadły mnie wyrzuty sumienia, bo nie przeczytałem kanonu lektur obowiązkowych w liceum i teraz nadrabiam, coby moja pani polonistka nie martwiła się, że wyrosnę na złego człowieka. Zabieram się również za "Miłość przez małe m" Francesca Mirallesa, ale kot wyłaniający się z buta, który zerka na mnie z okładki, ma tak potwornego zeza, że nie mogę się przełamać, a szkoda, bo to na pewno bardzo ciekawa propozycja.

PS. Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają", zalajkuj facebookowy fanpage bloga, by być na bieżąco z jej następnymi odcinkami oraz resztą notek.

3 komentarze:

W imię

Gdy pierwszy raz zobaczyłem w kinie trailer "W imię", od razu zostałem przezeń zaintrygowany. Wydawało mi się, że może on być kolejnym niezłym, współczesnym filmem polskim. W przeciwieństwie do "Imagine", tutaj mieliśmy jednak dostać również rodzimych aktorów. Gdy po jakimś czasie dowiedziałem się, że produkcja ta porusza temat homoseksualizmu, zadziwiłem się nieco i zmieszałem. Trailer bowiem nic takiego wprost nie zapowiadał. Mimo tego postanowiłem zaryzykować. Czy było warto?


Film opowiada historię Adama (Andrzej Chyra), księdza sprawującego urząd w wiejskiej parafii. Pod jego opieką jest między innymi swoisty obóz dla chłopaków z poprawczaka. Zaczyna się z nimi trzymać Dynia (Mateusz Kościuszkiewicz), lokalny outsider. Po pewnym czasie na światło dzienne zaczynają wypływać problemy z homoseksualizmem u niektórych postaci, w tym samego głównego bohatera.

Bałem się, że tytuł ten będzie czymś w rodzaju tzw. "homopropagandy" - na szczęście stało się inaczej. "W imię" porusza problem nietypowej orientacji seksualnej, jednak ukazuje również wypieranie się i stanie w opozycji do niej. Nie wszystko kończy się tu dobrze i historia ta na pewno nie jest romantyczną sielanką. Sam ksiądz zaś to nie ot tak zwyczajny gej, a raczej człowiek z problemami, które trudno mu pogodzić w życiu.

Niewątpliwie sama tematyka będzie stanowiła dla wielu osób podstawę ku dokonaniu decyzji, czy do kina na "W imię" iść, czy też nie. Sam scenariusz - nie biorąc pod uwagę nawet problemu homoseksualizmu - uznaję osobiście za bardzo dobry, nie tylko jak na polskie, ale i światowe warunki kina ambitnego. Niewątpliwie jednak w tym przypadku nadzwyczaj mocno warto również ukazać inne atuty tego nietypowego tytułu.

Po pierwsze, świetne zdjęcia. W polskich filmach kadry są do bólu nudne i powtarzalne, tu zaś wreszcie widać krok w przód. Ciekawe ujęcia, bardzo dobrze wykorzystane sceny z luźno poruszającą się kamerą, genialnie dobrane miejscówki. Zapewne nawet w scenie seksu profesjonaliści odnaleźliby coś ciekawego. Mnie jednak odtrąca pokaz homoseksualizmu, jakkolwiek artystyczny by nie był, dlatego postanowiłem się podczas tej krótkiej chwili dyskretnie odwrócić wzrok od ekranu.

Nie sposób nie wspomnieć również o fantastycznej grze aktorskiej. Panu Chyrze zdecydowanie należą się te wszystkie nagrody, które otrzymał. Nie chodzi tu o samą odwagę, by podjąć się takiej roli, ale również i poziom, z jakim aktor ją zagrał. Chyra totalnie wcielił się w swoją postać, stając się tylko i wyłącznie nią podczas seansu. Teraz już wiem, że jeśli miałbym szukać świetnych polskich aktorów, to postawiłbym na samym początku właśnie na pana Andrzeja.

Również i reszta aktorów spisała się na medal. Kościuszkiewicz odegrał outsidera mistrzowsko, a chociażby Maja Ostaszewska stała się na te kilka scen świetnym ujęciem zagubionej, głupkowatej dziewczyny ze wsi. Coś łapie nawet w postaciach tych chłopaków z poprawczaka. Zagranych tak prawdziwie, że nie zdziwiłoby mnie, gdyby ich odtwórcy rzeczywiście pochodzili z patologicznych rodzin i kilka lat przesiedzieli w jakimś zakładzie.

Nie odbieram "W imię" jako "pokazania tego, co dzieje się za murami kościołów". Nawet jeśli to było zamysłem twórców, nie odczuwam tego w ten sposób. Na jakikolwiek konkretny problem większej grupy księży wskazuje jedynie ostatnia scena. Poza tym to jednak opowieść po prostu o problemach, w szczególności głównego bohatera. Ten film wcale nie musiałby być o homoseksualizmie, by być dobrym. Warto na niego spojrzeć, nawet jeśli Wy też - tak jak ja - trzymacie się raczej z daleka od tematów gejów czy lesbijek.

0 komentarze:

Żyjemy w czasach niepokoju, kryzysów i blablabla

Zdania podobne do tego z tytułu dzisiejszego postu, są jednymi z najbardziej wyświechtanych i trywialnych, jakie idzie nam słyszeć. Politycy, kapłani, pseudofilozofowie - wszyscy oni bardzo mocno chcą podkreślić wyjątkową okropność naszych czasów. A ja właściwie nie rozumiem dlaczego. Myślą, że odkrywają tym nową prawdę życiową? Chcą nas nastraszyć?

Bo wiecie, takie same słowa rzucali na wiatr ludzie dziesiątki, setki, a nawet tysiące lat temu. Założę się, że swoich "wielkich mędrców" mieli nawet nasi praprzodkowie. Chociaż dziś nie zrozumielibyśmy ich języka, to zapewne któreś ówczesne "ugabuga" znaczyło właśnie "żyjemy w czasach niepokoju, kryzysów i blablabla". Bo przecież byli oni narażeni na atak mamutów i dinozaurów albo też podkradanie bananów ze składziku przez małpy. 

Do 1989 w Polsce panował komunizm. Kilkadziesiąt lat do tyłu świat hulał sobie na wojenkach i zademonstrowano działanie bomby atomowej. Jeszcze wcześniej różnego rodzaju walki były na naszych terenach prawie, że codziennością. W Ameryce biła się Północ z Południem. Zawsze był powód, by nazwać konkretne czasy "pełnymi niepokoju i kryzysów". Tak samo jest też teraz.

Czy Wy w ogóle czujecie jakiś niepokój? Bo ja niezbyt. Oczywiście, rozumiem ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, nie będąc nawet czasem pewnym, czy będą mieli za co kupić jedzenie następnego dnia. Rozumiem też problemy Trzeciego Świata. Ja na całe szczęście jednak nie jestem narażony na żadne tego typu kłopoty i dopóki będę miał co wrzucić do garnka, nie będę czuł niepokoju.

No bo wobec czego mam ten niepokój czuć? Jeśli zacznie się wojna w Syrii, to ona i tak nie będzie naszego kraju dotyczyć. Gdyby ktoś postanowił rozpocząć walkę na atomówki, to i tak wszyscy zginiemy prędzej niż później. Jeśli ktoś mnie jutro za chwilę zadźga nożem na śmierć, będzie mnie to obchodziło do czasu wykrwawienia się. Na szczęście nic podobnej sytuacji nie zapowiada, więc tym bardziej siedzę przed komputerem uśmiechnięty od ucha do ucha.

Drodzy państwo rzucający tekst rodem z dzisiejszego tytułu - zamknijcie się. Wymyślcie sobie jakieś przyjemniejsze frazesy i nimi uderzajcie w tłum. Bo choć ja będę miał Waszą opinię gdzieś, to wiele osób podchwyci tę katastroficzną atmosferę i zacznie panikować w internecie. A potem zawracają oni dupę innym ludziom jakimiś krzykami, przepychaniem się i teoriami spiskowymi. 

Mam GTA V, żyję w pięknych czasach.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

iOS 7 jest spoko


We wtorek w sieci nastąpiła istna nawałnica statusów, twittów i zdjęć dotyczących "Grand Theft Auto V". Świat jednak doczekał się jeszcze jednej istotnej premiery w tym tygodniu, która dzisiejszego dnia przejęła w znaczącym stopniu facebookową tablicę. Mowa o najnowszym mobilnym systemie operacyjnym od Apple - iOS 7. W przeciwieństwie jednak do "ochów" i "achów" kierowanych ku tworowi Rockstar, tym razem dostaliśmy ogromną porcję krytyki wobec Jabłka.

Rozumiem, że komuś może się nowy wygląd nie do końca spodobać. Niektóre jego elementy rzeczywiście wydają się w pewien sposób cukierkowate, a dla wielu może nawet i dziecinne. Nowy system pasuje do iPhone'a 5C, ale już niekoniecznie współgra z bardziej "biznesowym" wyglądem reszty telefonów Apple. Mi się jednak wygląd iOS 7 spodobał i nie widzę w nim nic takiego, co wymagałoby obśmiewania go w każdym zakątku internetu.

Ba, jestem wręcz skłonny powiedzieć, że niektóre elementy graficzne wyglądają nawet lepiej niż w poprzednich wersjach. Ot, chociażby ekran zablokowanego urządzenia, który wypada według mnie fenomenalnie i naprawdę nowocześnie. Również i odświeżony wygląd menu powiadomień bardziej mi odpowiada. To wyciągane jest pociągnięciem palca od górnego krańca telefonu, zaś wykonując podobny ruch od dołu, otrzymujemy funkcjonalne i przejrzyste okno z możliwością szybkiego włączania Wi-Fi, Bluetootha czy latarki.


Również nowy wygląd aplikacji, takich jak odtwarzacz muzyki czy App Store, wydaje mi się przyjaźniejszy użytkownikowi i stanowi miłą odmianę od klasycznych opcji. Jestem nawet skłonny twierdzić, że jedyne do czego można się przyczepić w kwestii grafiki, to "osłodzenie" ikon. Dlaczego reszta rzeczy potrafi niektórych tak kłuć w oczy? Nie wiem.

Pojawiło się w sieci również narzekanie na nowy wygląd folderów i menu włączonych w tle programów. Oba te elementy zostają teraz odpalone na całym ekranie, co wiele osób uważa za marnotrawstwo czasu. Niestety nie mogę się z tym zgodzić. Foldery uruchamiają się właściwie równie szybko, co kiedyś, a do tego można do nich upchać więcej aplikacji. Z kolei w przypadku menu programów w tle, jest nawet lepiej niż dotychczas. Nie trzeba bowiem przytrzymywać ikonki programu, by ją zamknąć, a wystarczy machnąć palcem w górę, by proces ten się dokonał. 


Nowy iOS jest spoko. Byłem przed premierą nastawiony do niego trochę sceptycznie, a moim zdaniem to bardzo sympatyczny powiew świeżości dla skostniałego wyglądu systemu. Niektóre ikonki trochę odtrącają, ale paradoksalnie sam wygląd aplikacji jest bardziej minimalistyczny i nowoczesny. Twórcy wielu programów wypuścili już zresztą stosowne aplikacje, przystosowujące je do nowych standardów. To cieszy. 

Mi się iOS 7 podoba. Wybacz, cała reszto.

0 komentarze:

Run, Majk, run! - po raz drugi

Dłużsi stażem czytelnicy pamiętają zapewne opis moich zmagań po pierwszych dziesięciu tygodniach biegania. Jeśli jeszcze nie czytaliście tamtego postu, koniecznie go sprawdźcie, bo dzisiejszy wpis to jego kontynuacja. Tym razem będzie krócej, bo chciałbym jedynie w paru słowach podsumować drugie dziesięć tygodni treningu, które kończą mój plan wstępu do świata biegania. Enjoy & get inspired!

Pod koniec ubiegłego tygodnia dotarłem wreszcie do swojego celu, czyli możliwości biegania godzinę bez zatrzymania. Zaczynałem od marnych siedmiu minut biegu przeplatanych minutowymi marszami, by dojść do poziomu, którego kiedyś bym się po sobie nie spodziewał. Jeszcze te kilka miesięcy temu swoją aktywnością fizyczną przypominałem czasem brytyjskiego "couch potato", dziś zaś czuję, że nie ma dla mnie przeszkód nie do pokonania. Stałem się zupełnie innym człowiekiem.

To może brzmieć jak puste słowa, ale ludzie, którzy mają za sobą podobne wyzwania, na pewno mnie zrozumieją. Czasem nie mogę uwierzyć w swoje wyrobione mięśnie na nogach i sam fakt, że wracam po godzinie biegu do domu, nie czując prawie w ogóle zmęczenia. Dla wielu pewnie najważniejszym pytaniem jednak będzie: "a ile schudłeś?". Ponad 15 kilo. W ciągu dwudziestu tygodni. Brzmi nieźle, co? Nie spodziewałem się takiego wyniku za nic w świecie. Sam nie wiem, czy to ja jestem bardziej zadziwiony swoim aktualnym wyglądem, czy ludzie którzy mnie widzą po dłuższej przerwie.

Nie mówiłem tego w pierwszym poście, ale tutaj muszę to wyjątkowo podkreślić - podczas biegania wyjątkowo ważna jest dla mnie muzyka. Nie wyobrażam sobie przebiegnięcia tej godziny bez dobrego soundtracku. Jeśli nie wczuję się w dźwięki płynące ze słuchawek, po jakichś piętnastu minutach myślę sobie niczym Osioł ze "Shreka": "daleko jeszcze?". Natomiast gdy dobrze wpadnę w klimat, przybywam do domu po zakończeniu biegu i mówię: "cholera, chce jeszcze!". Jeśli szukacie dobrej muzyki do biegania, zajrzyjcie do jednego z wpisów, który kiedyś przygotowałem, o nazwie "Soundtrack to my run". Dziś dorzuciłbym tam sporo nowości, dlatego możliwe, że niedługo przygotuję kolejne zestawienie tego typu.

Zakończyłem swój plan dwudziestu tygodni biegania. Czy mam zamiar na tym zakończyć? Nic bardziej mylnego. Nadchodzi bardzo mroźny okres w roku, ale ja nie mam zamiaru odpuścić. Ba, w moich planach jest nawet ciągłe stopniowe zwiększanie długości treningów przez zimę. Mam jednak zamiar zmniejszyć ich liczbę z czterech do trzech tygodniowo. Po pierwsze, by mieć większą elastyczność w doborze dni do biegania, po drugie zaś, by znaleźć czas na siłownię.

Teraz czuję się, jakbym biegał od zawsze. Weszło mi to w krew i zawsze znajduję potrzebny czas dla tego, trochę paradoksalnie, relaksującego i wciągającego zajęcia. Jeśli uda mi się przetrwać przez zimę (a musi się udać), będę biegł po więcej. Półmaratony, a potem maratony? Czemu nie, chcę to!

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Nie ma mnie dla świata, czyli pierwsze wrażenia z GTA V

Mesjasz gier wideo nareszcie przyszedł do domów wyznawców. Nawet w Polsce wydarzenie to zdało się mieć ogromne znaczenie: mówiono o tym w radio, telewizji a nawet na portalach plotkarskich. Internet został dziś przejęty przez produkcję Rockstar. Zgrzeszyłbym więc, postanawiając nie pisać tego dnia o nowym "Grand Theft Auto". Oto więc jest - nie żadna recenzja, a kilka luźnych uwag na temat GTA V po dwóch godzinach grania.

Pierwsze pięć czy dziesięć minut, zupełnie nie pasuje do tego, co dostawaliśmy do tej pory w serii. Szczerze mówiąc, na samym początku myślałem sobie wręcz: "co to w ogóle, do jasnej cholery jest?". Wprowadzenie niezłe, ale zdecydowanie nie w klimacie Rockstar. Zostajemy rzuceni w sam środek akcji, kompletnie oderwani od kontekstu całej sytuacji. Gdzie to klasyczne intro? Gdzie powolne oprowadzanie nas po krainie, w której mamy spędzić tyle czasu? Gdzie to całe GTA?

Już zacząłem wieszać pierwsze psy na tej odsłonie, gdy dziwaczne wprowadzenie się zakończyło i dostaliśmy już bardziej klasyczne wejście w świat gry. Poczułem się jak w domu. Pomimo tego, że bohater nie jest znów przyjeżdżającym z daleka przybyszem i tak naprawdę jesteśmy od razu rzuceni na głęboką wodę, dostając do dyspozycji całą mapę po pierwszej misji. Bo przecież nasza postać już od dawna zna cały ten świat, więc nie ma sensu witać jej jako kogoś z nim nieobeznanego.

Czuć od początku, że to nie będzie takie GTA jak do tej pory. Piąta odslona wydaje się z jednej strony opcją przygotowaną dla osób znających każdy zakątek poprzednich części, ale z drugiej także czymś, w czym odnajdą się ludzie, mający dopiero zostać fanami serii Rockstar. Trudno tak naprawdę opisać o co chodzi - to trzeba po prostu poczuć na własnej skórze. Przygody Niko z "czwórki" może i były fenomenalne, ale to dopiero najnowsza odsłona zdaje się być prawdziwym current-genowym GTA. Bo w sporej części zrywa z tradycją i stawią na nowoczesność.

To tyle, jeśli chodzi o to, jak na razie zapatruję się na GTA V w kontekście całej serii. Warto jednak napomknąć jeszcze o paru rzeczach, które już teraz wpadły mi w pamięć. Po pierwsze - humor. Na razie tytuł ten zapowiada się na najzabawniejszą część serii Rockstar. Żarty występują hurtowo w dialogach, czy nawet zdaniach rzucanych przez przechodniów na ulicy, ale jest też mnóstwo humoru sytuacyjnego. Misję, w której jeden z bohaterów pali jointa, po czym zjawiają się przed nim atakujący go kosmici, mam już za sobą.

Świetną opcją jest także nowość w GTA, czyli zdarzenia losowe. Od czasu do czasu spotykamy się z sytuacją na mapie, w której możemy zainterweniować. Czasem będzie to możliwość powstrzymania złodzieja uciekającego z damską torebką, innym razem dwóch facetów rabujących sklep poprosi nas o podwózkę i pomoc w ucieczce przed policją. W tym momencie odrobinę zaspoileruję, zdradzając, iż jedną z tych postaci okazuje się Patrick McReary z czwartego GTA. Rockstar porzuca więc również niełączenie fabularne różnych części serii.

Modelowi jazdy bliżej do tego znanego z poprzedniej generacji niż do tego z "czwórki". Mnie to trochę razi, ale jestem chyba jedną z nielicznych osób, którym naprawdę podobało się kierowanie pojazdem przez Niko. Łatwiej jest więc jeździć, ale za to trudniej zwiać przed policją. Tu również bowiem Rockstar nawiązało do klasycznego podejścia. Szkoda, że nie pokombinowano trochę z systemami znanymi z GTA IV i "Chinatown Wars", ale dzięki temu gra się jednak trochę trudniej, co jest jak najbardziej pozytywne.

Grafika nie powala, ale jest porządnie. Ładniej niż ostatnio, choć nie ma według mnie aż tak dużych różnic w stosunku do "czwórki" jak niektórzy zapowiadali. Klimat zapowiada się wręcz fenomenalnie i już nie mogę się doczekać fanatycznego wkręcenia w ten tytuł. W mieście na głośnikach świetnie spisują się radia rapowe, a na obszarach niezabudowanych buja... wszystko. Bo tam jest po prostu pięknie. Mam wrażenie, że pozamiejskie wypady będą ogromną siłą "piątki", podobnie jak to miało miejsce w przypadku "San Andreas".

Warto było czekać z napięciem na pre-order? Tak. Warto było wierzyć, że pomimo tylu zmian, gra wciąż będzie świetna? Jak najbardziej! To moja aktualna opinia, po raptem dwóch godzinach gry. Znając jednak Rockstar, nie zmieni się ona, a dalej będzie tylko lepiej. 

Już prawie w pół do dwudziestej. Chyba czas wrócić do Los Santos.

2 komentarze:

Ostatni testament

Lubię kupować nieznane mi wcześniej książki na różnych promocjach, a potem być zaskoczony ich wysoką jakością. Ostatnio znów moje czujne oko trafiło na sporo przecen, wśród których trafiłem na recenzowany dziś "Ostatni testament". Tytuł czy nawet sam autor, były mi kompletnie nieznane, jednak zostałem zachęcony ciekawym tematem i pięćdziesięcioprocentową obniżką. Czy jednak książka spełniła pokładane w niej nadzieje?

Tak jak już wspomniałem, mocno intrygująca jest tematyka "Ostatniego testamentu". Jego głównym bohaterem jest Ben, czyli Mesjasz XXI wieku. Dosłownie. Facet rodzi się w Nowym Jorku, chodzi jego ulicami i w pewnym momencie życia odkrywa swoje powołanie, po czym zaczyna dzielić się swą boskością z innymi. Jeśli jednak spodziewacie się po nim głoszenia nauk zgodnych z którąkolwiek z wielkich religii, jesteście w błędzie.

Bóg w książce Jamesa Freya jest trudny do uchwycenia. Najbliżej chyba pasuje tu stwierdzenie, że Bóg to Miłość. To ona jest najważniejszą wartością w "Ostatnim testamencie". Ben odrzuca nauczanie przez modlitwę, czytanie ksiąg czy inne starożytne obyczaje, a zamiast tego okazuje ludziom miłość. Poprzez opiekę, dotrzymywanie towarzystwa oraz - w bardzo dużej mierze - seks. To on bowiem, według Jamesa Freya, jest najpiękniejszym okazaniem miłości do drugiego człowieka. Niezależnie czy jest to osoba przeciwnej płci, czy też tej samej.

Rozdziały to swoiste relacje różnych ludzi ze spotkań z Benem, tworzą one jednak stały ciąg fabularny. To nie zbiór luźnych opowiadań o nowym Mesjaszu, lecz historia z początkiem i końcem. Dość krótka, niezbyt wyrafinowana językowo, ale dzięki temu również dosadna i prosta w odbiorze. Czasem zdarzają się drobne nużące fragmenty, ale przez większość czasu da się jednak czytać tę książkę ze skupieniem i zaciekawieniem.

Parafrazując trochę opis z tylnej okładki polskie wersji: "Ostatni testament" nie zmienił mojego sposobu myślenia czy sposobu życia. Nie zranił. Nie przeraził. Nie rozwścieczył. Nie otworzył oczu na świat, w którym żyjemy. Może tylko trochę dotknął, ale raczej jedynie podczas samego procesu czytania. Dziś nie zastanawiam się już głębiej nad przesłaniem tego tytułu, choć wypływają z niego na pewno ciekawe prawdy.

James Frey nie jest geniuszem. Miał ciekawy pomysł, ubrał go więc w kilka słów i rzucił jako rewolucję do sklepów. Nie czyta się tego źle, ale ostatecznie okazuje się, że nie ma też w tej książce nic nadzwyczajnego. Może poza konceptem, ale i on utonął gdzieś w "zwyczajności" "Ostatniego testamentu". Ciekawi mnie, jak poradziłby sobie z tym temat jakiś naprawdę zdolny autor. Wtedy może rzeczywiście dostalibyśmy książkę, która zapadłaby w pamięć na pokolenia.

Jeśli znajdziecie "Ostatni testament" w podobnej cenie co ja (jakieś piętnaście złotych w Empiku), możecie się w niego zaopatrzyć i poczytać. Nic nie stracicie. Ale już za te trzydzieści pięć peelenów dostaniecie mnóstwo lepszych pozycji.

1 komentarze:

Raperzy czytają #36 - Tomb

Dziś gość nietypowy, bo posiadający zarówno sporą grupę fanów, jak i tych, którzy krytykują każdy jego kawałek. Tomb nie ukrywa swoich inspiracji newschoolem wprost ze Stanów, zdecydowanie skupiając się na tworzeniu rapu w tym nurcie. W większości jego tracki wypuszczane są luzem, choć aktualnie trwają prace nad pierwszym solowym projektem na legalu, który ma zostać wydany przez Stoprocent. Tomb jest również znany ze swojej współpracy z Solarem i Białasem. Przez pewien czas pracował nawet z nimi nad - nieukończonym ostatecznie - wspólnym krążkiem.

Co zaś Tomb ma do powiedzenia w kwestiach literackich? 

Zacząłem czytać książki już jako dzieciak, ponieważ mama kazała mi czytać Biblię, którą mozolnie każdego dnia jebałem strona po stronie, aż się nie skończyła. Na szczęście nie zniechęciło mnie to do czytania, wręcz zmotywowało do tego, żeby znaleźć coś ciekawego dla siebie. Zacząłem czytać i jak na wtedy, to poszło tego całkiem sporo (oczywiście nie licząc lektur szkolnych, z którymi nigdy nie miałem większych problemów, większość przeczytałem i nie żałuję). 

Zacząłem w miarę wcześnie, także pierwsze książki, po które sięgnąłem sam z siebie, nie były specjalnie dojrzałe, ale na tamten czas chłonąłem je jedna za drugą. Mowa o tematyce fantasy, przeczytałem większość przełożonych na język polski książek R.A. Salvatore i Tolkiena, w międzyczasie serię "Harry’ego Pottera" (a co!), potem parę książek Lema, ale chyba byłem jeszcze wtedy za młody, żeby czerpać pełną przyjemność z czytania jego książek. Chciałem zmienić autora i zacząłem czytać „Wiedźmina” Sapkowskiego i albo wyrosłem z tej tematyki, albo zacząłem od zbyt dobrych książek, ale to już nie było to. 

Stwierdziłem, że czas porzucić fantasy i zacząłem czytać już poważniejsze rzeczy, m.in.: „Buszujący w zbożu”, „My, dzieci z dworca ZOO”, „Przeminęło z wiatrem”, „Lolita”, „Kod Da Vinci”, „Diuna”, „Bastion”, „Zielona Mila”, „Milion małych kawałków”. Pierwsze z brzegu, które mi się przypomniały. Jak widać trochę się gubiłem, nie potrafiłem odnaleźć swojego gatunku, raczej czytałem to co „należy znać”. Porwałem się nawet na „Fear and Loathing in Las Vegas” po angielsku, bo chyba do dziś nie ma przekładu, całkiem zgrabnie poszło. Póki mieszkałem z mamą, to podkradałem jej nawet jakieś kryminały Agaty Christie, Cobena i chyba Browna, o ile dobrze pamiętam. Raz nawet Harlequina dziabnąłem, masakra. 

Następnie jakoś od słowa do słowa trafiłem na Puzo i „Ojca Chrzestnego”, i poleciałem w temat doszczętnie. „Ojciec Chrzestny”, „Omerta” i „Sycylijczyk” zrobiły na mnie największe wrażenie. Przeczytałem trochę Łysiaka, m.in. „Ostatnia kohorta”, „Najgorszy”, ale i tak najbardziej wstrząsnął mną „Lider”. Następnie w rozmowie o Łysiaku, ktoś polecił mi Bukowskiego i pierwsze co wpadło mi w ręce, to „Kobiety”. I oszalałem. Kupowałem, wypożyczałem, aż nie przeczytałem prawie wszystkiego co wydał ten geniusz. Zgrało się to jakoś z emisją „Californication” i w to też popłynąłem, ale tu nie o tym ;) Mogę jeszcze polecić trylogię Stiega Larssona, całkiem zjadliwe.

Pominąłem pełno tytułów, tekst jest mało opiniotwórczy, bo właściwie tylko nakreśliłem mniej więcej co mi wpadło w łapy, ale niech tak będzie. Teraz wracam nadrabiać Łysiaka i muszę się wziąć za rozprawy greckich filozofów, bo od dawien dawna to za mną chodzi. Elo.

PS. Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają", zalajkuj facebookowy fanpage bloga, by być na bieżąco z jej następnymi odcinkami oraz resztą notek.

2 komentarze:

Królowie lata

"Królowie lata" zaintrygowali mnie już od pierwszej wzmianki znalezionej w sieci. Na rynku jest multum gównianych filmów o nastolatkach, wzorowanych na "American Pie", o czym sam się kiedyś przekonałem. Opis tej produkcji brzmiał całkiem podobnie do tego typu tytułów, a mimo to miałem wrażenie, że może z tego wyjść coś o wiele lepszego. Kiedy amerykańskie serwisy zaczęły się o "Królach lata" rozpisywać, jako o jednym z najlepszych niezależnych filmów tego roku, uwierzyłem już całkowicie w swoje przypuszczenia.

I teraz wreszcie się doczekałem - obejrzałem tę produkcję. Nie przerywajcie czytania mojej recenzji. Chyba, że macie zamiast tego od razu rzucić się na ten świetny film. Wtedy zrozumiem.


Tak jak już wspomniałem, skrót fabularny brzmi... cóż, dość naiwnie. Dwójka wiernych sobie przyjaciół, Joe (Nick Robinson) oraz Patrick (Gabriel Basso), wraz z błąkającym się wokół nich dziwakiem Biaggio (Moises Arias), postanawiają zbudować w środku lasu chatkę. Zamierzają uciec z domów i w niej zamieszkać. Wizje sielankowego życia, polowania na groźną zwierzynę czy bronienia swojego terytorium, brzmią dla nich jak prawdziwy test męskości. Nie ma co się dziwić - chłopaki mają w końcu raptem po piętnaście lat.

Po formalnościach, nadszedł czas, bym wytłumaczył Wam, dlaczego ten film jest świetny. Co trzeba powiedzieć na wstępie - scenariusz jest wielokrotnie lepszy od jego zdawkowego skrótu. Jego autor, niejaki Chris Galleta, tak naprawdę debiutuje w kinematografii i muszę przyznać, że jeśli dalej będzie w takiej formie, to powinien zajść cholernie daleko. Dawno nikt nie stworzył tego typu scenariusza na tak wysokim poziomie.

Jest humor. I to nie taki rodem z "American Pie" czy tych wszystkich "Projektów X". Tamtejsze prostactwo to zupełnie inny biegun w porównaniu do "Królów lata". Dialogi bywają tak przezabawne, że kilka razy naprawdę głośno zawyłem ze śmiechu. Nie uśmiechałem się pod nosem, tylko autentycznie zaczynałem wyć wniebogłosy. Czasem zresztą niepotrzebne są nawet dialogi - same sytuacje powodują szczerzenie się do ekranu.

Duża zasługa w tym kreacji paru z postaci. Co ciekawe, w dużej mierze mowa tu o bohaterach drugoplanowych. Ojciec Joego (Nick Offerman) spisuje się wręcz idealnie w roli sarkastycznego, oschłego starego pierdziela, a rodzice Patricka (Marc Evan Jackson oraz Megan Mullaly) tworzą piękną krytykę wielu współczesnych, przewrażliwionych rodzin. Postać Biaggio jest zaś jedną z najlepszych osobowości, jakie ostatnio widziałem w filmach. Tak porąbanego, ale i sympatycznego kolesia trudno znaleźć gdziekolwiek indziej.

Ponarzekać można jedynie na fakt, według mnie, zbyt mało dociekliwego spojrzenia na postać Patricka oraz Kelly (Erin Moriarty). Ta druga jest do bólu typową blondynką, która w każdym filmie zachowuje się tak samo. A szkoda, bo z racji jakości całości, "Królowie lata" aż proszą się o dostarczenie do reszty obsady jakiejś naprawdę intrygującej postaci kobiecej. Kelly może i dobrze pokazuje zamysł twórców co do schematu piętnastoletniej dziewczyny, ale można by naprawdę przygotować coś zaskakującego.

Wracając jednak do pozytywów. Ten film to nie tylko czysta komedia, dlatego ważne jest, że twórcom udało się również świetnie spojrzeć na smutniejszą stronę tej historii. Na pierwszy rzut oka jakże naiwną, typową dla świata piętnastolatków, ale przekazaną w wyjątkowy sposób. Choć kto wie, czy wyjątkowości tej nie tworzy wcale scenariusz, a...

... klimat. Rzecz, bez której ten film nie byłby aż tak dobrze przeze mnie postrzegany. Tworzony nie tylko przez scenariusz czy dobór miejscówek, ale i perfekcyjne zdjęcia. Już na samym początku seansu dostajemy scenę wygrywania muzyki na starej rurze, która powraca mniej więcej w połowie filmu, doprawiona hipnotyzującymi klatkami z życia bohaterów w środku lasu. A do tej fenomenalnej mieszanki dorzucono jeszcze nietypowy i reprezentujący bardzo dobry poziom soundtrack. Z góry potwierdzam - jest na Spotify.

Jeśli byłeś kiedyś podobnym piętnastolatkiem do chłopaków z "Królów lata", podczas seansu wpadniesz w ekstazę identyczną do mojej. Jeśli nie, to może dzięki temu filmowi zrozumiesz, jak piękny i pełen przygód bywa ten okres czasu. Przemiodna produkcja dla każdego, w sam raz na odpoczynek od całego otaczającego człowieka świata. Na pewno "Królów lata" obejrzę jeszcze nieraz. Ba, mam to ochotę zrobić nawet teraz. 

Polecam bardziej od większości recenzowanych na tym blogu filmów. Serio.

4 komentarze:

Nie umówiłbym się z Dianą

Za tydzień w kinach pojawi się przez wielu mocno wyczekiwany film o księżnej Dianie. Jeśli będzie okazja, to na niego skoczę, choć mam w planach skupienie się na innych tytułach. Na przykład jutro powinniście koniecznie sprawdzić filmową recenzję, która wrzucę na bloga, bo oceniany przeze mnie twór jest naprawdę super. Ale hej, przecież miało być dziś o Dianie - wróćmy więc do niej.

W ekranizacji jej życia główną rolę dostała Naomi Watts. Nie ma co się dziwić, aktorka ta jest nie dość, że ładna, to na dodatek stała się już pewnego rodzaju marką, która na pewno przyciągnie trochę osób przed ekrany kin. Tylko wiecie, pewien fakt mnie wręcz bawi. Naomi jest ładniejsza od osoby, którą sama w tym filmie odgrywa.

Nigdy jakoś nie interesowałem się Dianą. Zmarła trzy lata po moich narodzinach, więc nie miałem czasu ani płakać z powodu jej śmierci, ani nie czułem zainteresowania co do pierwszych żałobnych rocznic. Znałem jedynie podstawowe fakty z jej życia i obiegowe opinie krążące zawsze przy okazji artykułów o niej. Wśród nich była jedna, która w jakiś sposób mnie zaintrygowała - ponoć Diana była piękna.

Do tej pory nie zwracałem zbytniej uwagi na wygląd księżnej, więc postanowiłem wygooglować sobie jej zdjęcia. To co zobaczyłem, kompletnie mnie zadziwiło. Bo na pewno nie określiłbym Diany "piękną". Pierwsze co mi rzuciło się w oczy to okropny nos i skojarzenie z jakąś dziwną postacią ze świata filmu. Już nawet wiem, o kogo dokładnie mi chodziło. Pamiętacie taką produkcję, w której Robin Williams przebierał się za kobietę? Cóż, Diana skojarzyła mi się właśnie z panią Doubtfire.

Nie umówiłbym się z księżną. Wybaczcie mi o wszyscy wielce oburzeni, ale dla mnie była ona po prostu brzydka. Wydaje mi się, że gdyby nie jej powiązania z rodziną królewską, mało kto nazwałby Dianę "piękną". Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, iż w tamtych czasach kanon urody był aż tak inny. Zmienić może się spojrzenie na fryzury, talię czy poziom ogolenia miejsc intymnych, ale brzydka twarz pozostanie brzydką twarzą.

Sorry Diana, Naomi jest ładniejsza. Kate Williama też.

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Przegląd prasy: Lag


"Przegląd prasy" to nowy, nieregularny cykl na blogu. Może będzie się pojawiał raz w miesiącu, może raz na kwartał - zobaczymy,  jak to wyjdzie w praniu. Spory czas temu wypadłem z obiegu, jeśli chodzi o prasę i mam zamiar nadrobić to motywując się tego typu wpisami. W każdym odcinku cyklu pisał będę o jednym konkretnym magazynie, który zacząłem obserwować, opierając się w szczególności na jego ostatnim numerze. Na początek coś dla fanów nietypowego podejścia do gier wideo.

Bardzo możliwe, że na "Lag" nigdy bym nie natrafił, gdyby nie fakt uczestnictwa w tym projekcie kilku znanych mi osób. W okolicach premiery pierwszego numeru ktoś ze znajomych wrzucił link na Facebooka, zajrzałem do niego i pomyślałem sobie: "wow, to ma cholerny potencjał!". Bez jakichkolwiek wątpliwości postanowiłem zainwestować w pierwszy numer. Po jego przeczytaniu stwierdziłem, że było warto i zacząłem czekać na następne ruchy redakcji.

Drugi "Lag" pojawił się dopiero w czerwcu, a przez moje zagapienie się, trafił on do mnie dopiero na pograniczu sierpnia i września. Teraz żałuję, bo kolejny numer tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zdecydowanie warto. Więcej stron niż w pierwszym stworzyło miejsce nie tylko dla dodatkowych artykułów, ale i spowodowało zwiększenie objętości innych. Ale właściwie - czym jest ten cały "Lag"?

To podejście do świata gier, o które trudno w innych magazynach. Nie znajdziecie tu zapowiedzi przyszłorocznych blockbusterów, recenzji najnowszych hitów czy relacji z wielkich targów. Zamiast tego otrzymujemy garść felietonów poruszających tematy, które wielu osobom w ogóle nie wpadłyby do głowy. Drugi numer to aż czternaście artykułów, jakich nie znajdziecie gdziekolwiek indziej.


Dostajemy chociażby bardzo wciągający tekst o e-sporcie w Korei Południowej. Jeśli interesujecie się tym zagadnieniem, może wszystko wyda Wam się w tym artykule oczywistym, ale dla mnie była to intrygująca, kilkustronicowa historia, która nadawałyby się świetnie jako podstawowy szkic jakiegoś filmu czy książki. Poza tym, nie sposób nie wspomnieć o historii faceta uzależnionego od "Pasjansa" i wciągania amfy. Nawet jeśli opowieść ta nie jest prawdziwa, to autorowi i tak się należą brawa za jej opisanie.

Jest też również coś dotyczące stricte rodzimego podwórka, czyli historia początków gier wideo w Polsce. Czy może raczej nie tyle samych gier, co społeczności zajmującej się nimi - osobników zwanych "bit ludźmi". Podczas czytania tego, byłem akurat na początku biografii Jobsa i te dwie rzeczy sprawiły, że zacząłem sobie myśleć: "ciekawe musiało być nerdowskie życie w tamtych czasach". 

Są też teksty trochę przynudzające, ale na szczęście nie jest ich zbyt wiele. Jeśli miałbym wskazać problem tego typu artykułów, to ich banalność. Dla przykładu, może gdzieś indziej felieton o "growym kacu" spisałby się nieźle, ale chociażby przy tekstach wspomnianych wyżej, wypada on po prostu blado. Na szczęście w drugim numerze nie pojawił się już tekst Niekrytego Krytyka. Dlaczego "na szczęście"? Bo jego "felieton" z pierwszego numeru był po prostu słaby.


Oprócz interesujących artykułów, "Lag" wyróżnia również coś jeszcze - design. Postawiono na minimalizm, na sporej ilości stron dostajemy praktycznie sam tekst, a gdy już pojawia się jakiś obrazek, to jest to (zazwyczaj) świetna ilustracja stworzona specjalnie na potrzeby magazynu. Jak to wszystko wygląda, możecie zaobserwować na paru zdjęciach, które podkradłem z oficjalnej strony "Laga". Według mnie jest naprawdę świetnie.

Pochwalić należy też wydanie całości. W mało którym wydawnictwie dostajemy tak świetnej jakości okładkę i papier. Nawet jeśli wydaje Wam się taka rzecz nieistotnym szczegółem, to zaufajcie mi - kiedy dotkniecie "Laga", zmieni się Wasz pogląd na możliwości wydawania prasy. A dla innych fanów podobnych odczuć estetycznych, potwierdzam - magazyn pachnie świetnie. Lepiej niż wiele książek prosto z drukarni.

Zakończmy jednak te - dla wielu chore - ekscytacje i wróćmy do konkretów. Jeśli chcecie poczytać coś naprawdę ciekawego na temat gier, "Lag" jest dla Was. Nie ma w Polsce (a może i na świecie?) drugiego takiego magazynu. To produkt dość niszowy, nie znajdziecie go więc na sklepowych półkach. Możecie za to zamówić go w sieci za szesnaście złotych. Cena może wydawać się na pierwszy rzut oka trochę wygórowana, ale gdy dostaniecie swoją przesyłkę, zrozumiecie, że zdecydowanie warto. Zaufajcie mi. Polecam.

0 komentarze:

Urodzony 11 września

Mam dziś urodziny. Wiem, że wiele osób nie lubi tych wyjątkowych dni w swoim życiu, ale ja jakoś zawsze czuję się szczęśliwie jedenastego września. Nie żeby to było nadzwyczajne świętowanie, ale od paru lat zawsze z tej okazji kilka połówek zostaje ze znajomymi obalonych. Ja się cieszę z tego, że mam urodziny, reszta się cieszy z tego, że stawiam flaszkę i mogą się za darmo napić. Jest tylko jeden mały kłopot.

Jedenastego września więcej osób przepełnia smutek niż w resztę dni. Gdybyście nie pamiętali, przypominam - dziś mamy rocznicę ataków na dwie wieże World Trade Center. Sporo Amerykanów tego dnia wręcz zanosi się płaczem. Cieszą się pewnie za to terroryści, dla których jedenasty września może być powodem do świętowania. W ciekawym gronie znajduję się z tymi swoimi urodzinami, prawda?

Nie będę Was okłamywał - w roku 2001 jakoś mało mnie ta cała sprawa obchodziła. Byłem wtedy jeszcze małym brzdącem, jeśli dobrze pamiętam, to wyruszającym dziarskim krokiem do przedszkola. Jak się więc domyślacie, wtedy jeszcze wódka nie była moją metodą świętowania urodzin. Zamiast tego był tort, jakieś prezenty i nawet część rodziny się zjechała. Jedyny kontakt, jaki miałem z atakiem terrorystycznym, to chwilowe przemknięcie mi przed oczami samolotu uderzającego w wieżę na ekranie telewizora.

Wtedy chyba niezbyt rozumiałem, co się w ogóle stało. Może przejąłbym się tym jakoś bardziej w inny dzień, ale miałem urodziny, a to przecież był ważny powód do radości. Z tego co wiem, to nawet w rodzimej telewizji cały dzień mówiono o tym wydarzeniu. Potem wszystko zaczęło już się dla mnie klarować, bo pojawiały się filmy o jedenastym września i - co mnie martwiło - nie dotyczyły one wcale moich urodzin. Chyba już się muszę przyzwyczaić do tego, że swoją sławą nie przyćmię nigdy tych przykrych zdarzeń z Nowego Jorku.

Przez wiele lat ogarniałem całą sytuację, ale jakoś nigdy nie łączyłem się wybitnie w bólu z ludźmi, którzy w moje urodziny cierpieli. Może dlatego, że mało kiedy łączę się w bólu z kimkolwiek. Moje spojrzenie na tę sytuację zmieniła trochę książka o Nowym Jorku, którą miałem okazję całkiem niedawno recenzować. Tytuł ten raczej skrytykowałem, ale w przypadku kilku rzeczy zostałem dzięki niemu uświadomiony.

Między innymi dotyczyło to właśnie sprawy World Trade Center. Jak pisze autorka, każdy mieszkaniec Wielkiego Jabłka odczuł jedenasty września na własnej skórze. Jednym w katastrofie umarli najbliżsi, inni dowiadywali się o śmierci "tylko" męża dalekiej znajomej. Wszyscy żyli w ogromnym strachu, czy aby gdzieś w ruinach WTC nie znajduje się ktoś im znany. I cała ta atmosfera wraca co roku, w ten smutny dla wielu, a wesoły dla mnie dzień.

W tym roku pomyślałem szczerze o amerykańskim jedenastym września. To nie jest pierwsza czy druga rocznica, gdy to piszę mieszkańcy Stanów dopiero się budzą, a świat żyje aktualnie zamieszaniem z Syrią w roli głównej i nowymi iPhonami. Ale na amerykańskiej wersji strony CNN już jest oddzielne miejsce na wspominki dotyczące katastrofy z 2001. I pewnie wiele osób dziś w NY obudzi się z myślą, że "to ten dzień". 

U mnie zadziałało to trochę inaczej. Najpierw pomyślałem o swoich urodzinach, a potem o tym, że wciąż czuję w ustach alkohol z ubiegłej nocy. Ale było też tym razem w mych myślach miejsce dla World Trade Center. Nawet ja potrafię czasem współczuć innym.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Być kurwą jak Steve Jobs

Niedawno byłem na filmie o Stevie Jobsie i jeśli czytaliście recenzję, to zapewne pamiętacie, że miałem w planach zabranie się wreszcie za książkę o nim. Zrobiłem to i ciągle czytam. Czytam z samego rana, czytam po bieganiu, czytam po każdym posiłku, czytam robiąc kupę. Przed chwilą też skończyłem jeden rozdział i jeśli tak dalej pójdzie, to książkę skończę zanim ten wpis pojawi się na blogu.

Nie o samej biografii będzie dziś jednak mowa, bo na jej recenzję jeszcze przyjdzie stosowny czas. Postanowiłem napisać zamiast tego o samym Stevie Jobsie. Człowieku, który zainspirował wiele osób z różnorodnych dziedzin. Ludzie pokochali go za jego produkty, za bycie kapitalnym marketingowcem, za przemówienia, za pasję z jaką wszystko tworzył. Ja za to odnalazłem w Jobsie coś zupełnie innego. Coś, co wiele osób uznałoby za jego największą wadę. Steve był kurwą.

Nie w dosłownym znaczeniu tego słowa - co to, to nie. Jednak gdyby z Jobsem pracował jakiś rasowy Polak, na pewno nazwałby go w końcu kurwą. Albo śmieciem. Skurwysynem. Debilem. Ciotą. Chujem. Whatever. Najzabawniejsze jest to, że gdyby Steve też był Polakiem, odpowiedziałby w podobny sposób, ale z ironicznym uśmiechem na twarzy i spojrzeniem przekłuwającym oponenta na wylot.

Jobs był człowiekiem, który widział "zerojedynkowo". Albo ktoś był dla niego geniuszem, albo idiotą. Albo pokazywano mu rzecz godną umieszczenia w historii, albo totalne gówno. Wszyscy pracownicy go nienawidzili, ci sami go kochali. Pomiatał nimi, zachowywał się jak ktoś, kogo dziś dzieciarnia nazwałaby "hejterem", a oni i tak mieli do niego ogromny szacunek. 

Ten facet miał gdzieś krytykę kierowaną wobec niego, a sam krytykował wszystko, co się dało. Co z tego, że ktoś nazwałby go tą nieszczęsną "kurwą", skoro on by się tym kompletnie nie przejął. Nie akceptował krytyki, żył w przekonaniu o swym geniuszu i byciu Wybrańcem. Powiecie, że to naiwne? Na próżno rzucacie te słowa, bo to właśnie Jobs został pokochany przez lud. I nawet jeśli jego obrażanie wszystkiego i wszystkich wychodziło mu czasem na złe, on szedł dalej i ostatecznie swojego wroga mógł po prostu rozgnieść.

Szczerze? Chciałbym być taki jak Jobs również i w tym przypadku. "Krytyka jest jak szampan w piątek #spływa po mnie". Tylko z tym atakowaniem innych chyba miałbym problem. Resztki sumienia mnie blokują. Sam już nie wiem, czy tego żałować, czy się z tego cieszyć. Arogancki? Bezczelny? Zarozumiały? Przecież to brzmi jak najcudowniejsze komplementy!

4 komentarze: