Sąsiedzi

Na "Sąsiadów" natrafiłem prawdopodobnie wyłącznie dlatego, że dość regularnie sprawdzam, co też w amerykańskich kinach się właśnie pojawia i jak nowości recenzują tamtejsi dziennikarze. "Neighbors" w pierwszych dniach zebrało naprawdę wysokie oceny, za którymi kryły się takie frazy jak "najlepsza komedia roku". I choć później te hurraoptymistyczne teksty przystopowały, ja i tak postanowiłem do kina na "Sąsiadów" się wybrać. Czy było warto?


Fabuła wygląda w zasadzie bardzo prosto: młode małżeństwo z niemowlakiem przeprowadza się do nowego domku na spokojnym osiedlu, z czego zresztą cieszy się niezmiernie. Tego samego dnia sąsiednia hacjenda również znajduje sobie jednak lokatorów. Okazuje się nimi - na nieszczęście dla naszej rodzinki - bractwo uniwersyteckie. Wszyscy, którzy widzieli w życiu choć jeden film o amerykańskich studentach, wiedzą do czego to prowadzi. Nieprzerywalnego sezonu imprezowego.

Przyznam szczerze - gdybym na początku nie natrafił na te wyjątkowo pozytywne recenzje, prawdopodobnie w ogóle bym się do tej produkcji nie zbliżał. Bo kwiatkach w rodzaju "nieletni/pełnoletni" mam zdecydowanie dość filmów w konwencji "studenci-zwierzęta piją, piją, a do tego jeszcze (cóż za niespodzianka!) piją". Uspokajam Was jednak już teraz - "Sąsiedzi" wcale nie są tacy źli.

Oczywiście od razu muszę dodać, że nie znaczy to, iż wszystkie teksty w rodzaju "najzabawniejsza komedia od lat" są uzasadnione. Bo nie są. Niezaprzeczalnie jednak "Sąsiedzi" mają swoje przyjemne momenty, które potrafią rozbawić. Wciąż w dużej mierze jest to humor raczej prosty, ale zdarzają się tu też chociażby żarty oparte na popkulturze, które znawców powinny całkiem mocno rozśmieszyć. Oczywiście żarty o penisach również się pojawiają, ale nie przeszkadzają, a czasem wręcz przywołują uśmiech i rechot u Widza.

Poza tym jednak, film sam w sobie jest całkiem oryginalny. Walka toczona przez zawzięte małżeństwo i równie skorych do batalii studentów, wprowadza jakiegoś rodzaju powiew świeżości do tego rodzaju kina. Ba, obie grupy wyciągną nawet z tego wypełnionego żartami spektaklu życiowe wnioski, które w dużej mierze odmienią ich egzystencję. A że w rolach głównych znajdziemy tu takich aktorów jak Seth Rogen ("Pół na pół") czy uwielbiany przez nastolatki Zac Efron (tak, tak - ten z "High School Musical"! Naprawdę zagrał on tu całkiem przyjemnie!), to ogląda się to tym lepiej.

Werdykt może być tym samym jeden - "Sąsiedzi" są zwyczajnie całkiem przyjemną komedią. Niby nie żadnym must-watchem, ale fani stricte zabawnych filmów coś ostatnio nie są przesadnie rozpieszczani przez reżyserów, więc po "Neigbhors" sięgnąć zdecydowanie warto. Jeśli zaś wciąż nie jesteście pewni, dodam, iż twórca tejże produkcji pracował wcześniej nad scenariuszami do "Jestem na tak" oraz kinowych "Muppetów". Myślę, że jest to całkiem dobra rekomendacja.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie

O tym, że bieganie jest zwyczajnie modne, mówi się już praktycznie wszędzie. Są oczywiście malkontenci, którzy na to narzekają, acz według mnie to naprawdę świetna sprawa, iż taka rzesza ludzi nawróciła się na uprawianie jakiegokolwiek sportu. I choć ja bynajmniej za żadnego profesjonalistę się nie uważam, tak regularne bieganie już ponad dobry rok sprawiło, że sam uwielbiam promować na blogu tę dyscyplinę.

I tak będzie również i dziś. Wiele bowiem osób przejawia jakieś tam chęci do rozpoczęcia swego ciężkiego, biegowego treningu, jednak wciąż ostatecznie nie bierze się do roboty. Dlaczego? Zwykle zapewne z ostatecznego braku chęci i mocnej motywacji. Dlatego w dzisiejszym poście przedstawię Wam pięć najważniejszych rzeczy, jakie przyniosło mi regularne bieganie.

Z otrzymywanego od Czytelników feedbacku, np. po takich postach jak dwuczęściowy "Run, Majk, run!" (KLIK i KLIK), dobrze wiem, że doprowadziłem do ruszenia tyłka przez sporą liczbę osób. Mam tym samym nadzieję, iż po tym wpisie liczba "nawróconych" jeszcze bardziej wzrośnie! :)

Teraz czas zaś na 5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie!

Zrzucenie zbędnych kilogramów

Chyba jeszcze nigdy tego konkretnego sformułowania nie użyłem, a zawsze chciałem to zrobić! Wiem, że na ten temat na blogu się już trochę nagadałem, jednak muszę o nim wspomnieć również i tutaj - choćby bardzo krótko. Nawet jeśli nie uważasz, iż zrzucenie paru kilogramów jest Ci konieczne do fajnego życia, po pozbyciu się tego tłuszczu, naprawdę docenisz różnicę. W moim przypadku było to aż dwadzieścia kilogramów i zdecydowanie tej metamorfozy nie żałuję. Tych, którzy chcą więcej poczytać na ten konkretny temat, odsyłam do wpisu jemu stricte poświęconego - KLIK.

Polepszona odporność

Przez większość swojego dotychczasowego życia byłem dość chorowitym człekiem. Nigdy co prawda nie przeleżałem nocy w szpitalu (i mam nadzieję, że nie będę musiał!), ale przez długi okres często zdarzało mi się łapać jakieś głupie przeziębienie. Polepszyło mi się trochę już na początku liceum, ale wciąż nie był to poziom perfekcyjny. Do niego zbliżyłem się dopiero po tym jak zacząłem biegać. W ciągu ostatniego roku gorączkowałem bowiem może raptem ze dwa razy, a katar zdarzył mi się chyba raz. Nawet, gdy otaczałem się gronem osób zakatarzonych, nie zarażałem się od nich chorobą. Bieganie zdecydowanie miało na to duży wpływ.

Większa pewność siebie

Szczerze mówiąc, ja akurat pewny siebie byłem od zawsze. Nie wiem, czy wpływały na to jakieś moje "życiowe sukcesy" osiągane już na pierwszym etapie egzystencji, czy też zwyczajnie z taką cechą się urodziłem, ale autentycznie wątpiłem w siebie mało. Bieganie jednak zdecydowanie jeszcze bardziej podwyższyło poziom tej mojej pewności siebie. Bo teraz, gdy tylko stoję przed jakimś trudnym zadaniem, mogę powiedzieć sobie: "stary, zdarzało Ci się przebiec dziesięć kilometrów w ponad trzydziestostopniowym upale, podczas cholernie wielkiej ulewy, a nawet w czasie śnieżycy, więc z taką pierdołą nie dasz sobie rady?!". Działa zawsze.

Energia

To może wydawać się trochę paradoksem, bo przecież po bieganiu wraca się czasem totalnie padniętym i niechętnym do robienia czegokolwiek. Ale autentycznie jest tak, że zrobienie tych kilku kilometrów daje dawkę energii większą niż niejeden wypity energetyk czy kilka filiżanek kawy. Szczególnie gdy biega się rano, po powrocie zawsze czuć mega pobudzenie. Pozytywny wpływ sportu na naszą witalność widać zresztą też nawet i w dni, w które nie wyskakujemy na dwór pohasać! 

Fun!

Na koniec rzecz niby oczywista, dla wielu nie-biegaczy wydająca się jednak sprawą absurdalną. Tak, bieganie jest obecnie jednym z moich najprzyjemniejszych hobby. Z męczenia się przez godzinę trzy razy w tygodniu wyciągam równie dużo funu co z grania w gry, czytania książki, oglądania dobrego filmu czy nawet i melanżu ze znajomymi. Czasem jestem tak nadchodzącym bieganiem zajarany, że dzień wcześniej na myśl o tym, pojawia mi się banan na twarzy i zaczynam z góry ustalać sobie, jakiej muzyki będę wtedy słuchał. Ostatnio na przykład, w dość mroźny i pochmurny dzień, pomyślałem, że muszę KONIECZNIE chociaż raz podczas biegu przesłuchać "Manekina" Quebonafide. Na tym etapie wręcz nie czułem, że biegnę - tak dużą radość sprawiło mi spełnienie tego mikroskopijnego marzenia.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

W Polsce nie mów po polsku

Idę sobie ostatnio przez centrum Krakowa, w upale pędząc na uczelnię. Słuchawki moje grają dość cicho (wymieniam je od roku), przez co słyszę wszystko wokół mnie lepiej niż samą muzykę. Jakoś do tego jednak już się przyzwyczaiłem. Tym samym, gdy słyszę blisko mnie charakterystyczne: "e, ziomek", odwracam głowę i widzę przed sobą dość typowego dresa.

Czy szykował się kultowy "wpierdol"? Nie sądzę - w końcu był to środek dnia, a paradoksalnie Kraków wydaje mi się całkiem bezpiecznym miastem nawet w nocy, o trzynastej czy czternastej po południu nie wspominając. Domyślałem się więc, że musi tym samym chodzić o wyżebranie paru złotówek na piwo/fajki/ćpanie. Automatycznie zastosowałem więc swoją zwyczajową sztuczkę: zamiast polskiego "tak?" czy czegokolwiek w tym rodzaju, wyrzuciłem z siebie moim najlepszym "amerykańskim" akcentem "yeah?".

I zadziałało! Koleś spojrzał się na mnie dziwnie i wypalił jeszcze: "a, Ty jesteś jeden z tych tych". W domyśle - wziął mnie autentycznie za turystę. Ja wciąż udając niezrozumienie wzruszyłem ramionami i poszedłem dalej. Na twarzy mej widniał tryumfalny uśmiech, a w myślach kręciła się już wizja tegoż oto dzisiejszego wpisu.

Zaprawdę powiadam Wam bowiem: jeśli jesteście w dużym polskim mieście i macie dość ulotkarzy i ludzi zapraszających Was do przybytków wszelakich - stosujcie inny język. Oczywiście angielski jest najprawdopodobniej najłatwiejszy, bo powiedzieć "sorry" z ewentualnym dodatkiem "I'm not Polish" potrafi każdy. Wysilić się na jak najbardziej zagraniczny akcent też paradoksalnie nie jest trudno.

A ile to razy takie zagranie mi pomogło! Większość naganiaczy po takim haśle zwyczajnie się od Ciebie odczepi, bo sami wydukać zbyt dużo po angielsku nie potrafią. Oczywiście, zdarzają się też sytuacje, że ktoś nagle przeprosi Cię szybko i zacznie nawijać w narzuconym przez Ciebie języku, ale z doświadczenia wiem, iż są to przypadki rzadsze. Ale gdy się już zdarzy, to szczerze przyznaję - jest to całkiem zabawne.

Co dodatkowo ciekawe - wtedy nagle ci wszelacy zaganiacze robią się kilkukrotnie milsi. Nagle znika z nich smutne: "ej, może chcecie na piwo...", a pojawia się wesołe "hi, maybe some beer?!". Podobna sytuacja miała miejsce, gdy kilka razy na ulicy automatycznie pomylono mnie z kimś z zagranicy i zaczęto rozmowę od razu po angielsku. Turyści spoza Polski są zwyczajnie chętniej poszukiwani niż rodacy.

Wtedy jednak dla śmiechu można całą sprawę odwrócić, odpowiadając po polsku. Wówczas zazwyczaj z ust naszego zagadywacza wydobywa się tylko stłumione "oh". Bo spodziewał się przecież "bogacza z zagranicy", a nie "Polaka Biedaka Cebulaka".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Podziel się chwilą, czyli czego nauczył mnie Snapchat

Z wszelakimi internetowymi trendami jestem na bieżąco, aczkolwiek wielu z nich sam nie testuje. W większości przypadków nie uważam ich za głupie czy cokolwiek w tym rodzaju, ale zwyczajnie nie czuje jakiejś wewnętrznej potrzeby robienia z siebie eksperymentatora. Zdarza się jednak czasem, iż ostatecznie do jakiegoś sieciowego hitu wreszcie się przekonuję i próbuję w nim swych sił. Tak ostatnio stało się ze Snapchatem.

Możliwe, że nie wiecie, czym to dziwaczne "coś" w ogóle jest albo też nie ogarniacie wszystkiego do końca. Przychodzę Wam więc ze zwięzłym tłumaczeniem. Snapchat polega na robieniu zdjęć (lub filmów) i wysyłaniu ich do znajomych. Można dodać napis, pomazać obrazek pisakiem. W czym tkwi kruczek? Znajomi nasze twory widzą raptem przez kilka sekund. A potem... mimowolnie wysyłają nam coś od siebie.

Do sprawdzenia tej ciekawej aplikacji zostałem namówiony jakieś dwa miesiące temu i od tamtej pory nie ma ani jednego dnia, bym z niej nie skorzystał. Zwyczajnie wsiąkłem w tę zabawę, dałem się porwać jej sile. Przed spróbowaniem mówiłem sobie: "a komu to potrzebne? a dlaczego?". Dziś znajduję na te pytania najprostszą możliwą odpowiedź: bo to po prostu fajna zabawa!

Ale, ale! Nie samą rozrywką i funem człowiek żyje! Co bowiem ciekawe, Snapchat nie tylko bawi, ale i w jakiś sposób inspiruje. Ba - rzekłbym wręcz, że on czegoś uczy! Zgadza się, głupiutka aplikacja, będąca tak naprawdę obrazkowym chatem, okazuje się nieść jakieś ukryte przesłanie. Przesłanie, którego bardzo możliwe, że twórcy w ogóle nie przewidzieli, bo chcieli zwyczajnie zrobić coś zabawnego i przynoszącego dochody.

Jaka więc płynie do mnie nauka z tego dwumiesięcznego korzystania ze Snapchata? Nasze życie składa się z mnóstwa chwil, które są w jakiś sposób wyjątkowe. Codziennie wielu z nas narzeka na to, że ma nudne życie, przepełnione rutyną. Snapchat jednak udowadnia, iż jest inaczej - wyzwala bowiem w człowieku zrozumienie posiadania mnóstwa ciekawych momentów i chęci podzielenia się nimi z najbliższymi.

Budzisz się rano, bierzesz telefon do ręki i wysyłasz znajomymi uśmiechnięte selfie z dopisanym "dzień dobry!". Po chwili wstajesz z łóżka, bo do okna przyciąga Cię piękna pogoda. Jesteś zauroczony wiosną, która właśnie przyszła, więc wysyłasz snapa przyrody. Robisz jajecznicę na śniadanie i wygląda tak apetycznie, że podsyłasz zdjęcie innym. Zakładasz nowe buty/koszulkę/spodnie, robisz fotkę i udostępniasz ją swoim znajomym. W tramwaju spotykasz przepiękną dziewczynę - robisz jej ukradkiem zdjęcie i podsyłasz kumplowi, by też mógł docenić jej urodę.

Na wykładzie nudzi Ci się, więc zaczynasz grać na tablecie/laptopie w "2048" i wygrywasz. Co robisz? Chwalisz się znajomym na Spachacie. Potem idziesz do fast-fooda na szybkiego burgera, a gdy już się najesz, ponownie wysyłasz ludziom swoje uśmiechnięte selfie, tym razem z podpisem "wreszcie najedzony!". Wieczorem wracasz do mieszkania i rzucasz się na łóżko, po czym strzelasz fotkę siebie, wylegującego się po ciężkim dniu. Potem dostajesz esemesa na temat wypadu na miasto i w knajpie ze znajomymi strzelacie snapa swoich kufli. Wracasz o drugiej w nocy - pora na ostatnie zdjęcie w tej rundzie. Ty w lustrze z uniesionym kciukiem i podpisem "dobranoc".

Jak to się mawia - dzień jak co dzień. A jednak teraz widzisz, że nie jest on tak jak smutny i nudny, jak zawsze Ci się wydaje. W końcu tyle tu radosnych momentów, którymi możesz się podzielić z innymi. Wiele produktów wykorzystuje slogan "podziel się chwilą" (co - tak zupełnie swoją drogą - jest wyjątkowo fajną adaptacją angielskiego "share your moment" i chyba brzmi to nawet lepiej niż w oryginale), ale to właśnie do Snapchata motto to nadaje się najlepiej.

Na sam koniec zaś #kryptoreklama :) Mój snapchat: majkonmajk. Nie ma się czego obawiać: nie wysyłam zdjęć penisów, kup ani jakichkolwiek innych obrzydliwości. Zamiast tego czasem udostępniam ludziom spoilery na temat nadchodzących tekstów na blogu. Także, jeśli są chętni - zapraszam do dodawania do znajomych. Let's Snapchat! :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com 

8 komentarze:

Na kucu Korwina

Choć nie jestem zwolennikiem pana Janusza Korwina-Mikke, tak dziś będę wręcz bronił jego samego oraz jego partii. Można bowiem wspomnianego polityka nie trawić, ale są moim zdaniem pewne granice w okazywaniu tej niechęci. Niestety, jak się okazuje - nie wszyscy potrafią pewną etykę uszanować.

Ostatnio na NaTemat.pl, jeszcze przed wyborami, pojawił się post na temat ostatniego wiecu zwolenników Kongresu Nowej Prawicy w Warszawie. Możecie go znaleźć TUTAJ. Od początku tegoż artykułu wyczuwa się atmosferę niechęci do Korwina czy wręcz chęć wyśmiania go. Poziom mojego zażenowania osiągnął jednak szczyt, gdy na zwolenników KNP użyto określania "kuce".

To takie popularne nazewnictwo, którego używa się często przy śmianiu się z fanów Korwina. Rozumiem sens takiego słownictwa w rozmowie z kumplami przy piwie, tak samo jak wykorzystywanie utrzymanego w podobnym tonie słowa "lewak". Luźna rozmowa, wszyscy się znają - po co więc kryć się ze swoimi poglądami?

Wspomniany artykuł był natomiast najmocniej promowanym tekstem w piątkowy wieczór na NaTemat. Gdy klikałem na niego, liczyłem zwyczajnie na sensowną relację z wiecu Korwina. Rzeczową, konkretną, fachową, a przede wszystkim PROFESJONALNĄ. Zamiast tego dostałem natomiast ośmieszający partię polityczną tekst.

Miejsce tego typu rzeczy jest natomiast nie w jednym z najważniejszych polskich serwisów informacyjnych, jakim niewątpliwie jest NaTemat, a prywatnych blogaskach. Tam można spokojnie sobie rzucić jadem i liczyć co najwyżej na hejty w komentarzach. I ja rozumiem, że NaTemat w istocie miało być swoistym zbiorowiskiem blogów, trochę takim polskim "The Huffington Post". Ale to naprawdę źle wygląda, gdy obok fachowych postów, zawierających przede wszystkim rzetelne informacje, pojawia się takie "coś", które odrzuca swoim hejterstwem na kilometr.

To tak jakby Onet, Gazeta czy inny wielki polski portal napisały u siebie o "Korwinie i jego kucach". Tymczasem redaktor z NaTemat zniżył się do poziomu najgorszych blogów politycznych i tych mniej rozsądnych, skrajnych politycznie portali, które rzucają w postach wprost takie słowa jak "lewactwo" czy prawicowa odmiana tegoż ostatniego - jakakolwiek by ona nie była. Tak po prostu w pewnych miejscach nie wypada.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Człowiek nietoperz

Książkę "Człowiek nietoperz" Jo Nesbø zakupiłem, ponieważ już od dłuższego czasu miałem ochotę na ponowne zatracenie się w jakimś dobrym, norweskim kryminale. Paradoks jest jeden - książkę tę kupiłem bodajże w sierpniu ubiegłego roku, przeczytałem ją natomiast dopiero pod koniec kwietnia Anno Domini 2014. Ot, ponad pół roku różnicy. Wreszcie jednak swe dawne marzenie spełniłem, mogę więc z czystym sumieniem przedstawić Wam recenzję tegoż tytułu.

"Człowiek nietoperz" jest pierwszą książką z serii o norweskim policjancie, Harrym Hole'u. Akcja tej powieści rozgrywa się w Australii, gdzie znaleziono zamordowaną imigrantkę właśnie z pięknego państwa skandynawskiego. Norweska policja wysyła więc swojego reprezentanta, wspomnianego Hole'a, który ma zająć się sprawą wspólnie z miejscowymi funkcjonariuszami. Szybko okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać.

Brzmi właściwie dość standardowo, choć szczerze mówiąc tego właśnie od kryminałów zazwyczaj się oczekuje. Ostatecznie jednak wcale nie jest tak banalnie, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Prędko dostrzega się tu przyjemne smaczki, które uderzają Czytelnika swą odmiennością od innych skandynawskich kryminałów. Norweski klimat działa tu bowiem jednocześnie z głównym miejscem akcji, Australią, która też przecież ma swoje liczne wyróżniki.

Kryminalna część fabuły jest natomiast tym, co dostaje się tylko w naprawdę dobrych kryminałach. Mnóstwo tu zwrotów akcji - dobrze przemyślanych, zaskakujących i zmuszających Czytelnika do myślenia. Dostajemy sporo postaci, z których wiele wydaje się podejrzanych. I choć czasem miałem problem z rozróżnieniem bohaterów trzecio- czy czwartoplanowych, to nie przeszkadzało mi to zbytnio w odbiorze całości.

Konieczne jest również wspomnienie o głównym bohaterze, Harrym, który zdecydowanie mnie do siebie przekonał. To niemłody już facet z wywołującą ciarki przeszłością i ciągle targającymi nim życiowymi rozterkami. Z jednej strony wydaje się bardzo ludzki oraz prawdziwy, jednocześnie wypada natomiast trochę jak taka uboższa wersja Jamesa Bonda (piszę to jednak nie w znaczeniu negatywnym!). Bywa kobieciarzem, zdarza mu się działać bezkompromisowo, no i zdecydowanie zna się na tym, co robi.

"Człowieka nietoperza" oceniam zdecydowanie pozytywnie, dostarczył mi on bowiem takich wrażeń, jakich oczekiwałem. Już teraz liczę, że uda mi się sięgnąć i po dalsze części historii norweskiego policjanta, bo zapałałem do tegoż bohatera zdecydowaną sympatią. Mam tylko jeden dylemat: druga część serii, "Karaluchy", dostępna jest zarówno jako klasyczna książka, jak i rzecz, którą szczerze uwielbiam - słuchowisko, podobne do "Blade Runnera" czy "Żywych trupów". Swoją ostateczną decyzję będę więc musiał jeszcze przez jakiś czas przemyśleć.

Tymczasem z kolei zdecydowanie polecam Wam sięgnąć po "Człowieka nietoperza". Jeśli zdarza Wam się czytać kryminały - ten również powinien przypaść Wam do gustu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Raperzy czytają #68 - Nvpstxr

Coraz bliżej do kolejnego okrągłego odcinka "Raperzy czytają". Zanim jednak stuknie siedemdziesiąty już epizod, w akcji gościmy Nvpstxra! To nietypowy, jak na polską scenę, raper, wykonujący bowiem muzykę bliską trillwave'owi. Pracuje on obecnie nad wydawnictwem "Vll Blvck", które pojawić ma się w sieci już wkrótce. Dotychczas wypuszczone tracki z tego mixtape'u możecie przesłuchać swobodnie TUTAJ.

Co z kolei Nvpstxr ma do powiedzenia na temat książek?

Hmm... Wiesz co - z czytaniem, jak pewnie u większości, zaczęło się u mnie od przymusowych 2-godzinnych sesji czytania, pod okiem mamy i w sumie myślę, że sprzedała mi ona odpowiedniego bakcyla. Za dzieciaka czytałem naprawdę dużo i jest kilka tytułów, które dziś budzą sentyment. Były oczywiście wszystkie części Pana Pottera od J.K. Rowling, była "Dynastia Miziołków" Joanny Olech, były "Mity Greckie" Nikosa Chadzinikolaua, które wręcz zapętlałem. Poza tym dużo publikacji, głownie o tematyce historycznej, bo to mnie najbardziej pochłaniało.

Później, wiadomo, ukochany przez wszystkich raperów "wiek gimnazjalny" - bunt, komputer, znajomi, "dziewczyny", więc nie czytałem praktycznie wcale. Jedyne co wypożyczałem to lektury, a i tak otwierałem tylko te ważniejsze, bo nauczyciel od języka polskiego był wymagajπcy i przy takich tytułach, jak "Krzyżacy" nie dało się ściemniać po przeczytaniu samego streszczenia (pozdrawiam serdecznie Panie Mariuszu, wyszło mi to na dobre).

Do czytania wróciłem dopiero po pójściu do technikum, w sumie pod wpływem otoczenia, ale też z tego względu, że zaczynałem z czytaniem po prostu mieć problemy. Wtedy też gdzieś, mniej więcej 3-4 lata temu, zacząłem swoją przygodę z rapem i uważałem, że nie nazbieram bogatego słownictwa i nie poćwiczę lepiej wyobraźni i koncentracji, jak czytając książki. I tu zacząłem od klasyków: poszła trylogia "Władcy Pierścienia" i "Hobbit" Tolkiena, które zapewne niejedni tu wymienili, był Sapkowski z "Wiedźminem", był Dan Brown ze wszystkimi swoimi teoriami spiskowymi, był Stephen King, choć niecały - aż taki wytrwały nie byłem, ale "Carrie", "Bezsenność" i oczywiście "Miasteczko Salem" mogę odhaczyć jako przeczytane.

Obecnie, oprócz literatury fachowej, zebrało mi się na czytanie biografii. Pierwszym, co wziąłem w swoje ręce, było "W pogoni za szczęściem" Chrisa Gardnera, później była biografia Rolling Stonesów, bodajże Phillipa Normana, "Pamiętnik Narkomanki", "My, dzieci z dworca ZOO" i znów sięgnąłem po Kinga - przeczytałem jego "Jak pisać pamiętnik rzemieślnika". Ostatnie co przeczytałem, to "Jobs" i naprawdę polecam tę biografie każdemu, bo nie musisz być nerdem informatycznym, żeby zrozumieć, że życie twórca "Jabłuszka" miał bardzo barwne. Zresztą mógłbym polecić wszystko co przeczytałem, bo nawet słaba książka jest lepsza niż nieczytanie wcale. Ja na dzień dzisiejszy nie wiem jeszcze co zacznę czytać, ale myślę, że niedługo znów odwiedzę Empik. 5!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Godzilla

Gdyby ktoś na samym początku ubiegłego tygodnia zapytał mnie: "ej, stary - idziesz na nową Godzillę?", odpowiedziałbym coś w rodzaju: "raczej nieee". Jakkolwiek nigdy jakoś do filmów z tą wielką bestią obiekcji nie miałem, tak fanem jej przygód również nie byłem. Gdy jednak natrafiłem na sporą ilość pozytywnych opinii na temat najnowszej "Godzilli", pochodzących dodatkowo od sprawdzonych osób, postanowiłem się na produkcję tę do kina wybrać. Czy było warto?


Mam spory dylemat, jak w ogóle poruszyć tutaj kwestię fabuły. Zarówno dostępne w sieci zajawki tekstowe, jak i zwiastuny, nie zdradzają bowiem przesadnie jakichkolwiek występujących tu wątków. Czuję się tym samym zobowiązany, by również kwestię tę przemilczeć. Wystarczyć musi Wam więc przed seansem jedynie coś nadzwyczaj krótkiego, ale i oczywistego: na powierzchnię planety wychodzi Godzilla. A to nigdy nie zwiastuje niczego dobrego.

Jakkolwiek uważam, że najnowsza "Godzilla" w sporej mierze różni się od ubiegłorocznego hitu z gatunku "filmy, w których wielkie stwory rozwalają miasta", czyli "Pacific Rim", pozwolę się posłużyć porównaniem między tymi produkcjami. A wszystko to po to, by ewentualnych niezdecydowanych przygotować na to, co ich czeka podczas seansu.

W "Pacific Rim" zasada była prosta - stwory napieprzają się już od początku filmu. By jednak nie zanudzić widzów ciągłymi walkami przez bite dwie godziny, wprowadzono głupiutkie sceny fabularne pomiędzy kolejnymi bataliami. To wkurzało, bo miało się wrażenie ciągłego niedosytu. Widz bowiem swoje mięso na talerzu dostał, ale po kilku kęsach mu je zabierano i podtykano pod nos dopiero po kilkunastu minutach.

Z "Godzillą" postąpiono zdecydowanie roztropniej. Tu bowiem mięso zostawiono na sam koniec, a pierwsza godzina seansu jest długim wprowadzeniem, swoistą przystawką do finału. Co jednak najważniejsze, nie jest się zdenerwowanym faktem, że pomimo upływu połowy filmu, tak naprawdę żadnej większej akcji na ekranie jeszcze nie było. Twórcy bowiem prowadzą nas poprzez całość dorzucając coraz to nowsze "zagadki", motywy, które trzymają w napięciu pomimo tego, że walki nie widzieliśmy jeszcze na oczy.

Finałowa batalia jest dzięki temu bardzo sycąca, choć obiektywnie rzecz biorąc mniej efektowna od tej z "Pacific Rim". A to wszystko dzięki temu, że główne danie rzuca się widzowi po odpowiednim przygotowaniu i przeszkoleniu na to, co go czeka. I choć nie ma tu napieprzania się okrętem przez dwa wielkie skurczybyki, jak we wspomnianej produkcji Guilermo del Toro, tak mimo wszystko w odpowiedniej chwili chce się wykrzyknąć: "no i to jest właśnie GODZILLA!".

Jak natomiast z całą tą historyjką, która nas przygotowuje do finałowego starcia? Jest oczywiście mocno amerykańska, czyli trochę naiwna i w dużej mierze ckliwa. Amerykański żołnierz jako bardzo istotny bohater całości pojawić się musiał - koniec, kropka. Mi to przesadnie nie przeszkadza, bo nie wymagam od filmu o ogromnym jaszczurze filozofowania nad sensem egzystencji (choć - co ciekawe - coś jednak w tym stylu w "Godzilli" się pojawia). Przeszkadzać może czasem co najwyżej aktor grający tego amerykańskiego wojaka, który jest takim drewnem, że sprawdziłem z ciekawości, czy nie nazywa się on czasem Rasiak.

Z kina wyszedłem ze swoistym "efektem wow", który wciąż w jakimś stopniu mnie nie opuszcza. Bardzo żałuję, że nie trafiłem na seans IMAX-owy, ale na mniejszej sali i tak całość "robiła dobrze". Po "Godzilli" wraca wiara w mainstreamowe, amerykańskie filmy akcji. Do czasu aż uświadomisz sobie, że jednak większość z nich nie jest aż tak dobrze zrobiona jak produkcja o wielkim jaszczurze. A szkoda.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Tego kwiatu jest pół światu

Czymś kolejny tekst na blogasku trzeba rozpocząć, tym razem stawiam więc na fakt powszechnie znany: rozstanie to najsmutniejszy moment związku. Jak wiadomo, zawsze jedna osoba wyjdzie z tego mniej poturbowana niż ta druga. Ba, czasem zdarza się nawet, że rzucający/a ma zupełnie gdzieś całą sytuację i rusza do przodu z kopyta. Ja jednak dziś postawię się jako obrońca uciśnionych.

Jeśli jesteś współczesnym Werterem (albo choć masz jego cząstkę w siebie) to na pewno widać po Tobie będzie, jak cierpisz z powodu ukochanej osoby. Gdyby jakimś cudem nie udało Ci się jeszcze skoczyć z mostu lub rzucić się pod pociąg, będziesz wciąż egzystował w swym standardowym środowisku. A cóż znajdziesz tam? Już nie kwiatki, łączki i miłość, a muchołówki, torfowiska i nienawiść. Jedno się tylko w świecie wokół Ciebie nie zmieni - przyjaciele.

Jakież to cudowne, że w tak trudnych chwilach mamy pod ręką grupę bliskich nam ludzi, którzy zawsze będą nas chcieli wspierać, prawda? To powiedziałem jeszcze bez ironii, ale zaraz będzie trochę mniej wesoło. No bo istotnie fajnie mieć po zerwaniu z kim pogadać o całej sytuacji i wypić przy okazji parę kolejek, jednocześnie coraz głośniej łkając i krzycząc wniebogłosy. A gdy my już nie wiemy, co mamy mówić, do głosu dochodzą nasi przyjaciele. Tylko że oni mogą czasem palnąć sporą głupotę.

Jest tym samym takie jedno konkretne zdanie, które po rozstaniach rzucane jest bardzo często. Wersji tego motta jest wiele, acz wciąż najpopularniejsze jest chyba to iście polskie "nie przejmuj się - tego kwiatu jest pół światu!". Takie przaśne, takie pokrzepiające, takie dające nadzieję. Cóż jest w tym więc w ogóle złego?

Większość ludzi ma bowiem po rozstaniu głęboko w dupie, że mają jeszcze pierdyliard szans na zakochanie się. Jeśli ktoś przeżył z kimś nawet i te parę miesięcy, po czym został nagle rzucony, mimo wszystkich wad tego postanowienia, najchętniej przygarnąłby on swą dawną miłość z powrotem. Bo trudno w takim momencie wyłapać wizję szczęśliwej przyszłości z kimś innym niż ta tak ważna dla nas ostatnio osoba.

Nie mówię, że wspomniane zdanie jest zupełnie błędne. Ba, ono jest jak najbardziej prawdziwe! Tylko w takiej sytuacji nie do końca wydaje się ono stosowne. Jeśli facetowi w barze nie uda się poderwać trzeciej z kolei dziewczyny, to wtedy kumpel zarzucić może tym słynnym "tego kwiatu jest pół światu". Bo to były tylko przypadkowe dziewoje, a nie kobieta, z którą czasem spędziło się nawet i wspólne parę lat. 

Nawet jeśli więc będzie Wam dana rola pocieszacza złamanych serc, nie rzucajcie pierwszymi zdaniami, które przyjdą na myśl. Może i będą one nawet sensowne i rozsądne, niekoniecznie jednak przyjemne i uwielbiane przez Waszego młodego Wertera. W końcu miłość nigdy nie bywa stuprocentowo sensowna i rozsądna.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Smakołyki z Ameryki #1 - edukacja

Strasznie zdziwiłem się ostatnio, gdy uświadomiłem sobie, że tak mało na blogu do tej pory pisałem o swoich studiach. A przecież są one od prawie roku cholernie istotną częścią mojej ziemskiej egzystencji. Co ciekawe, w tym samym czasie dostałem naprawdę sporo zapytań od Czytelników (co jeszcze ciekawsze - w większości Czytelniczek!) na temat tej całej amerykanistyki.

Postanowiłem więc wprowadzić tutaj choć trochę powiewu wprost z mej uczelni. Zainspirowała mnie do tego szczególnie zbliżająca się sesja, która już teraz oznacza multum godzin spędzonych przed amerykanistycznymi tekstami. W nich bowiem, poza tymi nudnymi, przytłaczającymi studenta informacjami, pojawia się również multum naprawdę intrygujących ciekawostek na temat całej Ameryki. Najlepszymi wycinkami postanowiłem więc dzielić się z Wami w wolnej chwili. Dzięki tym kilku ciekawostkom na pewno zaimponujesz nowo poznanej dziewczynie/nowo poznanemu chłopakowi i zabłyśniesz swoją wiedzą nawet wśród największych klasowych kujonów!

Każdy post z tej serii zawierał będzie pięć takich różnorodnych, popierdółkowatych informacji. Jeśli dobrze pójdzie - będę starał się utrzymywać każdy wpis w innej, konkretnej tematyce. Na pierwszy raz coś, co wciąż w jakiś sposób dotyczy zdecydowanej większości Czytelników tegoż bloga - edukacja!

Ciekawostka #1

W Stanach Zjednoczonych w wieku XIX doszło do znaczących zmian na uczelniach. Porzucono angielski system nauczania i postawiono wreszcie na naukę nie tylko suchej teorii, ale i bardziej przydatnej praktyki. Niektóre ówczesne kierunki wielu z nas mogłoby jednak dziś uznać za przesadę. Ktoś chciałby studiować prace ręczne, garncarstwo albo gotowanie? Zbudujcie wehikuł czasu i przenieście się do XIX-wiecznej Ameryki!

Ciekawostka #2

Trochę podobna sytuacja miała również miejsce po drugiej wojnie światowej. Wówczas to weterani wojenni otrzymali zagwarantowane liczne pożyczki i stypendia na studiowanie. Część z nich zależało jednak na uzyskaniu wykształcenia, które istotnie im się przyda w przyszłej pracy. I tak, dla przykładu, studenci-weterani z Harvardu domagali się wówczas wprowadzenia do ich programów nauczania kursów... hydrauliki.

Ciekawostka #3

Niezależnie, czy mówimy o uczelni publicznej, czy też o uczelni prywatnej - w Stanach za studiowanie zapłacić trzeba. Jakich cen należy się spodziewać, gdyby komuś zachciało się wyjechać na naukę do USA? Różnorodność ofert jest ogromna. Jedną z najtańszych uczelni jest na przykład Berea College, gdzie za rok nauki zapłacić należy raptem cztery tysiące dolarów. Najgorzej mają studenci medycyny, bo ich studia są najdroższe - cena za rok potrafi dojść nawet do stu tysięcy martwych prezydentów (sic!).

Ciekawostka #4

Są jednak w Stanach uczelnie mniej typowe, na których studiować można teoretycznie za darmo. Jakim cudem? Część z nich za naukę życzy sobie bowiem nie pieniędzy, a pracy studentów, która ma być swoistą zapłatą. Dla przykładu, w Alice Lloyd College uczniowie muszą przepracować tygodniowo od dziesięciu do dwudziestu godzin. Brzmi całkiem okej, prawda?

Ciekawostka #5

W roku 2006 w Chile (tak, tak - nie uczymy się na studiach tylko o USA!) doszło do masowych protestów studenckich, które powszechnie nazywano "Rewoltą Pingwinów". Skąd taka nazwa? Mi pierwsze do głowy przyszły zakonnice. Myliłem się jednak! Nazwa odnosi się bowiem do dwóch rzeczy: mundurków szkolnych przypominających ciało pingiwna oraz... filmu "Marsz pingwinów" z roku 2005.

PS. Podziękowania za totalnie idiotyczną (ale i cudowną w swej głupocie!) nazwę tej serii kieruję do Anety. Pozdrawiam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Film, na który czekam już prawie rok

Jeśli czytaliście chociażby ostatnią recenzję "Into the Mind", na pewno wiecie już, że strasznie intrygują mnie filmy nietypowe. Takie, które w wielu elementach w ogóle nie do końca nazwałoby się filmami, bo brak w nich tego, czego od klasycznych produkcji oczekujemy. Bo jak tu niby móc w ogóle być zajaranym kilkudziesięciominutowym "czymś", gdzie nie pojawiają się chociażby praktycznie jakiekolwiek dialogi czy sensowna (według przeciętnego widza w XXI wieku) akcja?

Ja natomiast już od prawie roku czekam na pewien projekt, który zaintrygował mnie strasznie od pierwszego trailera. Ten z kolei pojawił się pod koniec ubiegłych wakacji, konkretniej zaś - w sierpniu. I od tamtego czasu czasu przywołuję go w myślach regularnie co jakiś czas. Zresztą zobaczcie sami i poznajcie produkcję o wszystko mówiącym tytule... "Bears".


Zgadza się, nie przewidzieliście się - mamy do czynienia z filmem o niedźwiadkach. I to nie żadną animacją, jak chociażby "Mój brat niedźwiedź" czy czymkolwiek innym ze zwierzętami w rolach głównych. Nie - to po prostu spotkanie z roczną historią życia misiowej rodzinki, pełną nakreślania ich codziennego życia oraz stających przed nimi przeciwności.

Za każdym razem jednak, gdy oglądam trailer tego filmu, mam wrażenie, że jest to coś zupełnie innego niż wszelkie produkcje dokumentalne, jakie znamy do tej pory. Przez cały czas zastanawiałem się, czy to aby na pewno było kręcone na serio, czy też są to po prostu komputerowe animacje o horrendalnym fotorealizmie. Zaskoczony byłem, gdy doczytałem ostatecznie, że... są to w istocie prawdziwe niedźwiedzie.

Wciąż właściwie nie wiem, co do obejrzenia tego filmu najbardziej mnie ciągnie. Po prostu fakt, że jest on tak nietypowy? Nie sądzę. Może chodzi tu o tę cholernie pozytywną aurę, jaka wypływa ze zwiastuna i możliwość obejrzenia tego typu spektaklu w kinie. Wyobraźcie sobie "Bears" puszczane na ogromnym ekranie IMAX!

Tu jednak występuję problem. Od jakiegoś miesiąca historia niedźwiadków pokazywana jest bowiem w kinach amerykańskich. Premiera związana była z celebrowaniem tegorocznego Dnia Ziemi. Recenzja są wystarczająco dobre, by zachęcić mnie do wyskoczenia w tym momencie z domu i popędzenia do kina. Problem jest jeden - o premierze w Polsce obecnie nie ma zupełnie żadnej informacji.

Ale, ale - jest dobra wiadomość! Jak się okazuje, "Bears" wcale nie są pierwszym tego typu projektem. Powołane w 2008 roku studio Disneynature zdołało wyprodukować już kilka filmów przyrodniczych, w tym chociażby "Szympans" i "Afrykańskie koty". Jak sugerują polskie tytuły, obie te produkcje ostatecznie pojawiły się w naszym kraju! Niestety, z informacji, które znalazłem, wynika, że nie były one pokazywane w kinach. 

Mam obawy, iż w przypadku "Bears" się to nie zmieni, a ogromna to szkoda. Będę jednak dalej uważnie śledził los niedźwiedziej produkcji, bo intryguje mnie ona najbardziej ze wszystkich dotychczasowych projektów Disneynature. Mimo to, spróbuję znaleźć również i czas na obejrzenie wspomnianych już "Szympansa" i "Afrykańskich kotów".  Polskie opinie na temat tych produkcji są jak najbardziej pozytywne, więc liczę na świetny oraz zdecydowanie nietypowy seans!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Najzabawniejsza rzecz, na jaką natrafiłem w ubiegłym tygodniu

Któż nie lubi dostawać przyjemnych rzeczy za darmo? Niby w ten sposób otrzymać można jedynie wpierdol, aczkolwiek ja stoję zdecydowanie po stronie optymistów i dobrze wiem, że wiele innych cudowności również można uzyskać bez płacenia pieniędzy. Raz na przykład w Krakowie dostałem od ulotkarzy za darmo batonik - przyjemne, prawda?

Dziś natomiast będę nawiązywał do rzeczy, której tak do końca za darmo nie otrzymałem, ale lubię sobie wmawiać, że tak istotnie jest. Microsoft ma dla swojej konsoli Xbox 360 ciekawą usługę (inspirowaną podobnym przedsięwzięciem Sony w swoim PlayStation), pozwalającą na pobranie bez dodatkowych opłat dwóch wybranych przez firmę gier co miesiąc. Kruczek jest jeden: musisz mieć do tego wykupiony abonament Xbox Live Gold. Wymagany jest on jednak w szczególności do grania przez sieć, przez co i tak wykupuję go co roku, więc dla mnie autentycznie te dwie produkcje co miesiąc wydają się sprawą darmową.

Zawsze więc te tytuły ściągam na konsole, choć od czasu rozpoczęcia się akcji do tej pory odpaliłem chyba ze dwie z tychże produkcji. W tym miesiącu czekałem jednak na jedną z darmówek z utęsknieniem. Ludowi rzucono bowiem trzecią odsłonę "Saints Row", której dwie pierwsze części przeszedłem już dawno temu, a w "trójkę" jakoś nigdy nie dane mi było do tej pory zagrać. Ucieszyłem się więc z takiej możliwości niezmiernie.

"Saints Row" może być Wam tytułem nieznanym, ale już słynne "Grand Theft Auto" znacie na pewno. Dla niezaznajomionych więc z grami - ta pierwsza produkcja od zawsze miała być trochę bardziej prześmiewczą wersją tej drugie. Z większym luzem, mniejszą realnością świata, bardziej absurdalnymi dowcipami. Co jest zresztą samo w sobie dość zabawne, bo GTA również jest w istocie produkcją cholernie dowcipną w wielu miejscach.

"Saints Row" to jednak trochę taki humor wypowiedziany bardziej wprost. Jako broni można więc używać na przykład wielkiego dildo, są tu misje polegające na daniu się pogruchotać jak najmocniej przez nadjeżdżające samochody, a - jeśli dobrze pamiętam - w czwartej odsłonie jest dubstep gun, czyli pistolet wydający dźwięki właśnie "wiertarkowej muzyki". Taki to trochę prosty humor, acz mi on przesadnie nie przeszkadza.

Ba - czasem wręcz zdecydowanie ma on swoje momenty! I dziś właśnie (po tym trochę przydługawym wstępie, którego pewnie będzie jak zwykle więcej niż meritum) chciałbym wspomnieć Wam o jednej z takich przezabawnych rzeczy, na które natrafiłem w trzecim "Saints Row". Tytuł tego posta nie kłamie - to jest autentycznie najśmieszniejszy element mego ubiegłego tygodnia!

Będę teraz trochę spoilerował jedną misję, ale myślę, że większości z Was nie zrobi to przesadnej różnicy. Jedno z zadań w drugim akcie "Saints Row: The Third" polega na uwolnieniu niejakiego Zimosa. Cała misja ta opakowana jest w multum humoru charakterystycznego dla tej serii. Wchodzimy więc do burdelu dla fanów sadomaso, przepytujemy kilku kolesi i trafiamy do piwnicy, gdzie przechowywany jest nasz cel.

Tu zaczyna się najciekawszy element tej misji: facet ma założoną na siebie końską uprząż, podobnie jak kilku innych więźniów. Bohater przykuwa więc do swego celu rydwan i nakazuje Zimosowi ruszać. Za nimi podążają takie same pojazdy, kierowane przez wroga. Gdy już uda się z obławy oswobodzić, nadchodzi najśmieszniejszy element tej gry, jaki do tej pory znalazłem.

Zimos mówi (śpiewa?) z pomocą auto-tune'a. Kilka jego kwestii możecie zobaczyć na TYM filmiku. Internauci bowiem również uwielbiają nietypowy głos tego bohatera i na YouTube znaleźć można sporo materiałów z jego udziałem. Czy ludzi, którzy nie grali w całość będzie to śmieszyło? Mam nadzieję, że tak. Bo ja za każdym razem, gdy słyszę ten głos, mocno parskam śmiechem. Liczę więc, że i Was choć trochę to rozśmieszy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Przegląd Końca Świata: Feed

Po kilku(nasto?)letniej przerwie, wróciła ostatnio zdecydowanym krokiem moda na zombie. Co rozpoczęło ten prawdziwy boom na historię o nieumarłych? Serial "The Walking Dead"? Jego komiksowy pierwowzór? A może coś jeszcze innego? Trudno tak naprawdę powiedzieć,  narost tego typu produktów kultury jest jednak widoczny dla każdego ich obserwatora. Zombiaki zaczęły rozprzestrzeniać się również na powrót w literaturze, przywierając formy ciekawego, bo współczesnego spojrzenia na tego typu epidemię. Wśród "nieumarłych książek" znajdziemy między innymi "Przegląd Końca Świata: Feed", który nie tak dawno temu trafił na mój e-bookowy czytnik.

Co warto zauważyć w przypadku tej powieści, to fakt, że jest ona dość nietypowa w porównaniu do tego, co zazwyczaj serwują nam historie o zombiakach. Zwykle dostajemy bowiem opowieść o ludzkości, która została zdetronizowana z ziemskiego tronu i musi teraz desperacko walczyć o życie, gromadząc się w małych grupkach. "Przegląd Końca Świata" okazuje się natomiast spoglądać zupełnie inaczej na ewentualny najazd zombie.

W tej historii ludzkość bowiem istotnie została w sporej mierze zraniona przez nieumarłych, ostatecznie jednak przetrwała w miarę niezmienionym systemie. W książce Miry Grant wojsko zadziałało odpowiednio szybko i uchroniło ludzi przed całkowitym zniszczeniem. Żyją oni więc w miastach, rozwijają ciągle swe technologie i starają się trwać w miarę normalnej egzystencji. Zombie natomiast stają się kolejnymi drapieżnikami w przyrodzie - groźnymi, acz możliwymi do powstrzymania.

Fabuła recenzowanej książki opowiada historię dziejącą się dwadzieścia lat po katastrofie z tamtejszego roku 2014. Główni bohaterowie to Georgia i Shaun Mason - nastoletnie rodzeństwo zajmujące się... blogowaniem. Ten rodzaj pisania stał się bowiem wyjątkowo ważny w świecie "Przeglądu Końca Świata", dla wielu osób wyprzedzając nawet i normalne dziennikarstwo. Są blogerzy informacyjni, zajmujący się newsowaniem, tacy wychodzący w teren, by nagrać swe bójki z zombie czy wreszcie tacy, którzy zajmują się pisaniem fikcyjnych historii czy wierszy.

Wiąże się z tym zresztą inny ciekawy aspekt "Przeglądu Końca Świata". Na końcu każdego rozdziału znajdują się bowiem wyrywki postów, które zamieścili w sieci bohaterowie powieści. Jest to naprawdę przyjemny smaczek i prawdziwa szkoda, że nie został on jeszcze obszerniej wykorzystany. Chciałbym tych fikcyjnych postów tu jeszcze więcej!

Co wreszcie najważniejsze w mym przekonaniu - twór Miry Grant jest naprawdę powieścią wciągającą. Wpływają na to przede wszystkim liczne zawirowania fabularne, ciekawe motywy i bardzo dobrze wykreowane postaci, z którymi naprawdę trudno się w jakiś sposób nie zżyć. Tym bardziej, że "Przegląd Końca Świata" nie jest książką krótką - papierowe wydanie to około pięćset stron. Gdy jednak zacznie się już ją czytać, dość łatwo wsiąka się w tę historię i szybko dociera do jej końca.

Nie pozostaje mi tym samym nic innego, jak zwyczajnie polecić Wam "Przegląd Końca Świata: Feed". Myślę, że polubić ten twór powinni Czytelnicy w każdym wieku - od młodzieży domagającej się wspaniałych przygód o walecznych nastolatkach, po starszych ludzi, którzy docenią zapewne chociażby motywy polityczne. Jeśli jesteś fanem tytułów o zombie, tym lepiej dla Ciebie. Ja natomiast powoli zbliżam się do zakupu kolejnej części serii Miry Grant. Mam nadzieję, że okaże się równie dobra co "jedynka".

0 komentarze:

Raperzy czytają #67 - Radoslav

Po krótkiej, tygodniowej przerwie, wracamy z cyklem "Raperzy czytają"! Tym razem gościem akcji jest Radoslav, MC pochodzący z Bydgoszczy, obecnie zaś zamieszkujący Toruń. Nagrywa od dość niedawna, ale już teraz ma na koncie chociażby płytę "#franziwolf", stworzoną wspólnie z innym raperem, Goallem. Ostatnio zaś Radoslav wypuścił mixtape "#bez_nazwy", na którym znajdziemy dziewięć tracków, nagranych na różnorodnych instrumentalach. Całość do pobrania STĄD.

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Kiedy dostałem propozycję opisania tego, co czytam, pomyślałem "szkoda że nie tego co oglądam", jako że uwielbiam film i obejrzanych pozycji mam na pewno więcej niż przeczytanych książek. Nie jestem typem mola książkowego, chociaż czytać lubię, no i trochę tych książek jednak mam zarejestrowanych w pamięci. 


Pomyślałem od czego zacząć i pewnie żadna z przeczytanych przeze mnie książek nie będzie jakimś wielkim zaskoczeniem czy pozycją, o której nikt nie słyszał, to pominę tu lektury szkolne, z których właściwie mało pamiętam i czasem zastanawiam się co jest tego przyczyną. Zamiar mam wrócić do nich teraz, będąc starszym, mądrzejszym człowiekiem ;) 
Jest jednak powieść przeczytana przeze mnie parę dobrych lat temu, która jakoś mocno zakorzeniła się w pamięci.

J.I. Kraszewski "Stara Baśń" - początki naszego państwa, legendy, ogólnie kawałek dobrej historii. Dlaczego akurat ją jakoś szczególnie pamiętam? Nie wiem, może dlatego że oprócz fajnej fabuły zwróciły moją uwagę opisy przyrody. No tak, były spoko do czasu kiedy nie powtarzały się częściej i nie trwały dłużej niż reklamy na Polsacie.


Elegancko przeniesiona fabuła w czasy historyczne - dużo faktów, łączące się z nimi elementy fikcji, trochę magii - to "Bractwo Tajemnego Znaku" Michael Peinkofer. Bohaterem jest Walter Scott, szkocki pisarz, który (dla tych którzy nie wiedzą) jest postacią historyczna - autor np. "Ivanhoe" czy "Rob Roy" - i jego siostrzeniec Quentin. Wciągnięci w intrygę, której początki sięgają czasów Williama Wallece'a, a nawet wcześniejsze lata Szkocji - wiecie: runy, magia i inne miecze, niezły kryminał, trochę thriller ;)

Pozostając przy podobnym klimacie - obecnie na warsztacie jest "Trylogia Husycka" Andrzeja Sapkowskiego, którego przedstawiać nie trzeba. "Narrenturm", "Boży Bojownicy" i "Lux Perpetua". Tutaj też mamy powieść historyczną z elementami fantasy. Doskonale wplątane w fabułę takie postaci jak Zawisza Czarny, Jan Gutenberg czy Mikołaj Kopernik, gdzieś w tle czarownice, magia, zaklęcia, demony, a w centrum młody chłopak, który ma słabość do kobiet.



Zanim zacząłem wcześniej wspomnianą "Trylogię Husycką", dość przypadkowo w rękę wpadła mi flagowa chyba powieść Stanisława Lema - "Solaris". Typowe science-fiction, jednak wszystko oparte na psychologii człowieka, jego naturze i jakiejś bezradności. Świetna pozycja dla kogoś, kto nie lubi mieć podane wszystkiego na tacy, a doszukiwać się kilku den. Jest to jedna z tych książek, po których przeczytaniu ostatniej strony, nie odkładasz jej i nie idziesz do kuchni, drapiąc się po brzuchu sprawdzić co jest w lodówce. Do twórczości Lema na pewno wrócę.

Na tym zakończę, nie polecam, nie recenzuję - po prostu subiektywnie dzielę się kilkoma pozycjami, które w jakiś sposób mnie urzekły. 

Pozdrówki i miłego! /R

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Jestem na tak

Film "Jestem na tak" miałem ochotę obejrzeć już parę lat temu. Przyciągała mnie do niego w szczególności występująca tam Zooey Deschanel, którą zawsze szczerze nazywam swoją ulubioną aktorką. Do obejrzenia tej produkcji namówiła mnie jednak ostatecznie anonimowa Czytelniczka, która poleciła ją w komentarzu pod postem "Cześć, poleć mi film". Czy było warto nadrobić tak długo odkładaną zaległość?


Fabuła recenzowanego tytułu jest całkiem nietypowa. Carl (Jim Carrey) jest przytłoczonym życiem człowiekiem, który najchętniej zamknąłby się w swoim mieszkaniu i przeczekał tam wszystkie swoje pozostałe lata. Podejście do świata zmienia jednak seminarium, głoszące, iż człowiek powinien unikać słowa "nie" i na każdą możliwą propozycję odpowiadać z entuzjazmem "tak". Choć początkowo wydaje się to wpływać negatywnie na życie bohatera, po pewnym czasie na jego drodze pojawia się wiele pozytywów. W tym intrygująca dziewczyna - Allison (Zooey Deschanel).

Czy więc jest to komedia romantyczna? Trochę tak. Ale w przeciwieństwie do polskich produkcji tego typu, więcej jest tu śmiechu niż przeżywania miłosnych rozterek. Każde kolejne "tak" wypowiedziane przez głównego bohatera przywołuje kolejną porcję przezabawnych w swej absurdalności sytuacji, które - przynajmniej mnie - naprawdę mocno rozbawiły. Od samego praktycznie początku "Jestem na tak" jest bowiem kompilacją sympatycznych gagów.

Trudno się zresztą dziwić, skoro główną rolę gra tu słynny Jim Carrey. Dostajemy dokładnie to, czego możemy się spodziewać po tym aktorze: szalone "akrobacje", miny wywołujące automatyczny uśmiech na twarzy Widza czy żarty, które na tak wysokim poziomie mógł zaprezentować tylko on. Trochę obok jest natomiast wspomniana Zooey Deschanel, jak zwykle zniewalającą swą słodkością, a do tego dochodzi porcja dobrze grających aktorów drugoplanowych z obecną gwiazdą kina, Bradleyem Cooperem na czele.

Poza tymi aspektami, teoretycznie nie ma się tu czym zachwycać. Zdjęcia nie wyróżniają się niczym od innych amerykańskich tworów tego typu, a muzyka jest praktycznie niezauważalna. No, może poza jednym kawałkiem, wykonywanym przez uwielbianą przeze mnie Zooey, który zresztą katowałem kilka lat temu, jeszcze przed obejrzeniem "Jestem na tak". Cała reszta tej produkcji stoi jednak na tak przyjaznym człowiekowi poziomie, że nawet gdyby jakiś błąd tu wystąpił, to wytykać by go nie wypadało.

Wniosek? Jestem szczerze zawiedziony. Zawiedziony tym, że tak długo powstrzymywałem się z obejrzeniem recenzowanej dziś produkcji. "Yes Man" jest naprawdę dobrą, mainstreamową komedią z przyjemną nutką romantyzmu w tle. Mój ostateczny wyrok brzmi więc dokładnie tak, jak tytuł filmu - jestem na tak!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej. Gdybyś natomiast miał ochotę polecić mi jakiś film, zajrzyj koniecznie TUTAJ.

2 komentarze:

Burza się zachmurza

Od wczoraj w Krakowie panuje prawie nieustanna ulewa. Wczoraj podobno reszta Polski miała pogodę ładniejszą, ale słyszę już głosy, że teraz równie nieprzyjemnie zaczyna się także i na północy. Ponoć istnieją ludzie, którzy deszczową pogodę uwielbiają, ja niestety raczej nie jestem jej przesadnym zwolennikiem. Wydaje mi się jednak, że ostatnio coraz mniej narzekam na ewentualne opady.

Do tej pory w sporej mierze nienawidziłem deszczu dlatego, że krzyżował mi plany biegania. Byłem wśród tych, którzy na widok ulewy myślą sobie: "o nie, dziś siedzę cały dzień w domu na tyłku i nic nie robię". Pewnego razu jednak stwierdziłem, że pieprzę to wszystko i wyskakuję pobiegać w środku ulewy. Okazało się, iż wcale nie jest to taka zła rzecz i teraz jedyne co mnie interesuje przed biegiem, to temperatura na zewnątrz, by wiedzieć jak ciepło się ubrać.

Podczas takich tras w deszczu, regularnie powraca do mnie jedno naprawdę świetne wspomnienie. Wiedzieć musicie na wstępie, że nie jestem człowiekiem, który boi się burzy. Nie rozmyślam nad tym, czy trafić może mnie jakiś piorun, bo biorę to zwyczajnie za pogodowy urok. Raz jednak w życiu zdarzyło mi się, że burza spowodowała u mnie przyspieszenie bicia serca.

Było to w ubiegłe wakacje, gdy kończyłem właśnie swoją wieczorną rundę biegową. Było koło dwudziestej pierwszej, a ja do mety miałem jeszcze jakieś półtora kilometra. Pogoda do biegania była przez większość trasy świetna. Do czasu jednak - w jednej chwili, zamiast muzyki ze słuchawek, usłyszałem bowiem cholernie głośny grzmot i zauważyłem ogromną błyskawicę na niebie.

Ostrzega się ludzi, że podczas burzy nie powinno znajdować się pod drzewami. Cóż, w tym przypadku miałem problemy z zastosowaniem się do tej rady, bowiem przed sobą miałem kilkusetmetrowy odcinek drogi, z obu stron otoczony gęstym lasem. Pioruny trzaskały co chwilę i zaczynałem być wręcz pewien, że zaraz zaczną one uderzać w ziemie obok mnie, jak na jakimś apokaliptycznym filmie.

To jednak nie ostatni element klimatu, jaki wówczas zapanował. Jednocześnie z początkiem burzy, w moich słuchawkach zaczęło bowiem grać "All Of The Lights" Kanye Westa. Poczułem się totalnie, jakbym był właśnie aktorem w jakimś filmie akcji. Taka "Wojna Światów" pasowała idealnie. I choć jednocześnie byłem w jakiś sposób przestraszony całą sytuacją, to jednocześnie wiedziałem, że będzie to jeden z najlepiej zapadających mi w pamięć biegów mojego życia. Istotnie więc tak chyba jest, skoro wciąż go wspominam, choć od tamtego czasu minął już prawie rok. 

A sponsorem dzisiejszego wpisu - poza "All Of The Lights", oczywiście - jest utwór "Burza" TrooMa i ka-meala.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

Nienawiść do bankomatów - tak zostałem wychowany

"Wtorek nie jest dobrym dniem na picie alkoholu" - tak powiedziałbym w podstawówce, gdy we wtorkowe popołudnia, będąc jeszcze ministrantem, miałem tygodniowy dyżur podczas mszy w kościele. "Wtorek jest świetnym dniem na picie alkoholu" - tak z kolei rzekłbym w liceum, gdy ze znajomymi wtorek ustaliliśmy regularnym, cotygodniowym świętem, w które konsumowaliśmy napoje wyskokowe. Po sytuacji sprzed kilku dni powinienem chyba jednak wrócić do swego chrześcijańskiego postanowienia.

W ostatni wtorek dałem się na alkohol namówić. Kumpel wyprawiał urodziny, więc odmówić nie wypadało (#zemnąsięnienapijesz?). Powiedziałem sobie jednak: "masz jutro zajęcia na ósmą - wychodzisz więc wcześniej z imprezy i budzisz się o szóstej". Brzmi abstrakcyjnie, aczkolwiek zaufajcie mi, proszę, że w moim przypadku jest tu już rzecz niejednokrotnie przeze mnie wykonana.

Miało być piwo, ale zamiast niego wleciało kilkanaście kieliszków wódki. Nic nadzwyczajnego. Piło mi się dobrze, było mi coraz przyjemniej i weselej. Nie zapomniałem się jednak i wciąż w głowie huczała mi konieczność szybkiego zmycia się z imprezy. Przed 24 wstałem, powiedziałem "ahoj" i wyszedłem z grupką eskortującą w stronę przystanku. 

Tam jednak rzecz niesłychana - autobus za pół godziny. Szybka decyzja podjęta pod wpływem alkoholu: biorę taksówkę. Szybkie zajrzenie do portfela - nie ma gotówki. Szybkie nawiązanie kontaktu z pobliskimi taksówkarzami - żaden kart nie przyjmuje (to jest rzecz idiotyczna, ale to swoją drogą). Szybkie rozejrzenie się wokoło - oho, jest bankomat!

Ciekawostka: nigdy z bankomatu nie korzystałem. Nauczony jestem, że zawsze wypada mieć część pieniędzy ulokowanych na koncie, część natomiast leżących gdzieś w zasięgu ręki. Postanowiłem dokonać jednak czynu bankomatowego rozdziewiczenia i poznać wreszcie ten zakazany do tej pory dla mnie owoc. Teraz już wiem, że więcej bankomatu nie dotknę.

Oto bowiem na ekranie tego mechanicznego okropieństwa, tuż po włożeniu karty, pojawiła się informacja, iż moja mała tekturka nie jest obsługiwana. Jakim cudem - nie wiem. Siarczyście zakląłem i postanowiłem wziąć kartę. Tej jednak nie było nigdzie. Bankomat był głodny i głupią tekturkę zjadł, nawet mi nie dziękując. 

Telefon numer jeden na infolinię: "panie, poczekaj se tam pan piętnaście minut, ja tu panu zrestartuję i dostanie pan kartę". Kwadrans odczekany, pieniądz XXI wieku nieodzyskany. Telefon numer dwa: "panie, no trudno". No trudno. Dał mi chociaż pan numer do mojego banku, cobym mógł kartę zastrzec. Z tego miejsca dziękuję, ale jednak wolałbym otrzymać przyjemniejszy podarunek w postaci odzyskania mej tekturki.

Tym samym rozdziewiczenie bankomatu się w moim przypadku nie do końca udało. Trzymając się seksualnej terminologii, można rzec - pękła gumka. Teraz przede mną nie dziewięć miesięcy czekania na dziecko, ale czternaście dni oczekiwania na kartę. "Maksymalnie" czternaście dni - liczę więc na wcześniaka. Będę się tym dzieckiem opiekował lepiej niż poprzednim, obiecuję.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

#instadżender

Znalazłem sobie ostatnio przyjemną zabawę, która jednocześnie w jakimś stopniu jest mym natchnieniem do blogowania. Zacząłem codziennie przeglądać Instagram, do kolejnych zdjęć dochodząc w różny mniej lub bardziej typowy sposób. Czasem więc sprawdzam zdjęcia swoich znajomych, a kiedy indziej fotografie znajomych znajomych. Najczęściej jednak stawiam na prostotę i wpisuję sobie różnorodne hashtagi, które nieraz potrafią naprawdę zadziwić.

Można więc wpisać sobie w wyszukiwarce chociażby "#christmas" i zobaczyć, że - chociaż mamy już prawie lato - niektórzy ciągle tagują w ten sposób swoje zdjęcia. Albo zmienić to potem na "#slurpslurp" i być zadziwiony samym faktem, że tak oznaczonych fotek jest prawie dziesięć tysięcy. Jest nawet bardziej konkretne "slurpslurpsaturday" albo "slurpslurpnigga". Pomysłowość internautów poraża.

Jednak jako prawdziwy samiec alfa, lubię również oglądać zdjęcia ładnych niewiast. A że doceniam nasze swojskie, rodzime dziewczęta z Polski, to od czasu do czasu wchodzę zwyczajnie na kilkumilionową kolekcję zdjęć otagowanych "#polishgirl". Wśród zalewu trzynastolatek, belieberek i kwiatonators (czy jak one się tam zwą) naprawdę można tam bowiem znaleźć dziewoje, na których widok na twarzy pojawia się klasyczna mina "not bad".

Jest jednak pewna rzecz, która bawi mnie za każdym razem, gdy na ten hasztag zdarzy mi się wejść. Zawsze bowiem zdarzy tam się rzecz, która na pewno nie przyjdzie Ci jako pierwsza na myśl podczas myślenia o możliwym contencie na "#polishgirl". Zamiast powabnych ciał i pięknych twarzyczek pojawia Ci się tam nagle... facet. Mężczyzna, rzekomy samiec alfa, w istocie zaś sam nazywający się "#polishgirl".

I jest to jeden z tych aspektów Instagrama, które ja ciągle próbuję rozkminić, acz nie wychodzi mi to najlepiej. No bo okej - rozumiem, że ktoś ponad wszystko pragnie tych głupiutkich lajków i taguje swoje zdjęcia najpopularniejszymi możliwymi hasztagami. Ale ja np. czułbym się jakoś nieswojo, określając swoje zdjęcia już jako chociażby "#like4like", "#follow4follow", "#jeans4blowjob" czy tym nieszczęsnym "#polishboy". "#polishgirl" pod swoim zdjęciem nie odważyłbym się jednak napisać chyba nawet będąc na totalnym haju. No chyba, że jakaś "#polskadziewoja" by obok mnie na tej fotografii istotnie była.

Tu natomiast dostajesz kolesia z gołą klatą, sześciopakiem i grzywą postawioną na żel, tagującego się "#polishgirl". Jeszcze zabawniejsza jest sytuacja, gdy z ciekawości wkraczasz na profil takiego osobnika, a tam znajdujesz jakieś prawilne fotki z dzielni albo grafiki patriotyczne, wskazujące na narodowca. I jak to człowiek ma wtedy interpretować? Wpływ dżendera na najbardziej radykalne jednostki? Ukrywanie się ze swoją wewnętrzną płcią, okazywane jedynie przez takie delikatne podsuwania dziewczęcych hasztagów? "#instadżender" w najczystszej postaci?

Zresztą nie tylko faceci-dziewczyny są śmieszną częścią najpopularniejszych hasztagów na Instagramie. Podobnych dziwactw, napędzanych jedynie chęcią zdobycia jak największej ilości lajków, jest mnóstwo. Ostatnio znalazłem na przykład zdjęcie góry oznaczone jako "#polishgirl". Ale może to ja śmiałem się niepotrzebnie, bo ośnieżony szczyt Tatr miał być po prostu metaforą kobiecej piersi. Tacy instagramowi Mickiewicze trochę.

Przy okazji przypominam, że i mnie na tym szalonym portalu, zwanym Instagramem, możecie obserwować. Mój profil znajdziecie o TUTAJ. Enjoy & get inspired!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

Jak szybko zdobyć sympatię ludzi?

Załóżmy, że jesteś liderem partii politycznej w Polsce. Twoje ugrupowanie jest jednym z nowszych, przez co daleko Ci do prowadzenia w przedwyborczych rankingach, a i zdobycie wymaganego minimum głosów do "przejścia dalej" jest zagrożone. Głosowanie zbliża się coraz większymi krokami, a Ty mimo wszystkich przeciwności chcesz zawalczyć na tej ostatniej prostej. Co robisz?

Zlecasz grafikowi stworzenie zwracającej w jakiś sposób uwagi ulotki, po czym zanosisz projekt do drukarni. W ciągu kilku dni dostajesz cały stos papierków, które chcesz rozdać ludziom. Mógłbyś zrobić tak jak każdy inny i po prostu wysłać do tego zadania swoich ludzi lub nawet i kogoś wynająć. Ale możesz to też rozegrać trochę sprytniej i samemu wziąć się za rozdawanie ulotek!

Tak właśnie ostatnio zrobił Jarosław Gowin, lider partii Polska Razem. Wczoraj, pędząc na zajęcia około godziny 15, żwawym krokiem pokonywałem kolejne schody na Rondzie Mogilskim w Krakowie. Standardowo wypatruję ulotkarzy, uchodząc jak najdalej od nich, by nie otrzymać żadnego niepotrzebnego mi papierka. Aż tu nagle rzecz niesłychana, którą zrozumiałem dopiero po chwili.

Odwróciłem nagle głowę i przekonałem się, że wzrok mnie nie mylił - z garścią papierków stał Jarosław Gowin, rozdając je z uśmiechem ludziom. Po ulotkę nie zamierzałem się wracać, ale przed przybyciem tramwaju szybko zlustrowałem osoby, które również były świadkiem tej ciekawej sytuacji. I wiecie co najbardziej rzuciło mi się w oczy? Że część z nich się ze szczerą radością uśmiechała!

Szczególnie Ci, którzy od Gowina dostali ulotkę. A przecież to taka niby błaha rzecz - głupi papierek otrzymany od zwykłego ulotkarza prędzej by zdenerwował niż rozradował. Ale tutaj sytuacja jest zgoła inna, bowiem karteczkę otrzymujemy od kogoś powszechnie znanego, kogoś, kto w myśleniu wielu jest zdecydowanie wyżej od nich, pochodzi z zupełnie innego miejsca w społeczeństwie, ze swoistych elit. I to on zjawia się obok nas, stojąc między nami jak gdyby nigdy nic.

Nie jestem zwolennikiem Gowina, jego partia raczej do mnie nie przemawia, ale zdecydowanie doceniam jego działania PR. Aż dziw bierze, że takich akcji robi się tak mało. Jestem bowiem stuprocentowo pewny, że wśród tych obdarowanych tą głupią ulotką, znalazła się chociaż jedna osoba, którą taka akcja zdecydowanie namówiła do zagłosowania na Gowina. Bo powiedzmy sobie szczerze - dla wielu w przypadku wyborów nie liczy się wcale program, a sympatia do danego polityka.

Zresztą Gowin w ogóle ma bardzo przyjazny społeczeństwu PR. Warto sprawdzić chociażby jego AMA (Ask Me Anything), przeprowadzone swego czasu na Wykopie czy też youtube'owy projekt "#ŻyjPoPolsku"

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Wszystko zależy od przyimka

Przyznam szczerze - gdy tylko usłyszałem, że wydana została książka, zawierająca rozmowy Jerzego Bralczyka, Jana Miodka i Andrzeja Markowskiego, byłem szczerze zachwycony. Gdy w jednym miejscu spotykają się trzy tak ważne osobistości języka polskiego, nie mogła wyniknąć z tego pozycja błaha. Nie dałem się więc rady długo powstrzymywać i wydawnictwo rychło zakupiłem. Byście czasem nie uciekli zbyt prędko, już teraz zdradzę Wam sekret - to jest naprawdę świetna pozycja!

"Wszystko zależy od przyimka" jest spisem kilku spotkań trójki polskich językoznawców wraz z Jerzym Sosnowskim, który - jak mówi nam sam wstęp - miał nadawać dyskusji tempo, ale i ją w jakiś sposób kontrolować. W samej książce dyskusje okazują się dotykać wielu różnorodnych tematów. Choć dla niektórych osób język może wydawać się rzeczą zupełnie błahą i niegodną omawiania., pozycja ta takim opiniom ewidentnie zaprzecza, intrygując i zaskakując z każdą kolejną stronicą.

Czwórka autorów ciągle zakręca pomiędzy aspektami "prostszymi", jak choćby zapożyczeniami w polskim z języków obcych, a motywami na pierwszy rzut oka nieprzyjaznymi przeciętnemu Czytelnikowi, w rodzaju rozważań nad końcówkami wyrazów. Mimo takiej rozbieżności, książka przyciąga cały czas - niezależnie, czy jesteś fanatykiem poprawnej polszczyzny, czy też kimś pozornie niezainteresowanym tematem. "Wszystko zależy od przyimka" zamiast znudzić, może raczej wywołać zupełnie nowe zainteresowania u laika w temacie.

W dużej mierze zasługa to zwyczajnie tego, w jak luźny (ale jednocześnie wciąż bardzo profesjonalny!) sposób językoznawcy ze sobą rozmawiają. Jest tu miejsce na przekomarzanie się, wspólne rozbawienie, własne opinie, a - zdaje się, że przede wszystkim - anegdotki. To w szczególności te ostatnie powodowały u mnie niemożliwy do powstrzymania śmiech. "Wszystko zależy od przyimka" zdecydowanie jest dzięki temu książką raczej nie dla snobów (często zresztą przez autorów w tekście wyśmiewanych), a zwykłych Polaków, którzy chcą poczytać przyjemną rzecz o swym własnym języku.

Nie można tu też jednak pominąć roli Jerzego Sosnowskiego, który zrobił dla tej pozycji zdecydowanie dużo dobrego. To on podsuwa tu najczęściej nowe wątki, czasem wręcz trochę prowokując swoich rozmówców. To on również tych samych rozmówców powstrzymuje, gdy schodzą oni zbyt daleko od tematu. Trzeba przyznać, że jest to zwyczajnie kawał dobrej roboty.

Na sam koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednej istotnej w mym przekonaniu rzeczy. Ta książka otrzymała naprawdę ładne wydanie! Bardzo proste, minimalistyczne, a jednocześnie urzekające mnie w jakimś stopniu. Dawno już przestawiłem się na czytanie e-booków, wiedziałem jednak, że dla tej pozycji zrobię wyjątek, kupując jej papierowe wydanie. I tak się też ostatecznie stało, czego zdecydowanie nie żałuję.

Kto więc po tytuł ten powinien sięgnąć? Odpowiadam z czystym sercem - każdy. Serio, wierzę, iż wszystkim moim regularnym Czytelnikom tytuł ten powinien od pierwszych stron zdecydowanie przypaść do gustu. Któż to wie, może i nawet zwykły dres z blokowiska doceniłby w jakiś sposób tę dość niecodzienną lekturę. Nawet, jeśli nie jest to najlepsza książka, jaką w tym roku do tej pory czytałem, to zdecydowanie nazwać ją mogę chociażby książką posiadającą najciekawszą zawartość. Polecam.

0 komentarze:

Primus Luporum - najciekawsza płyta roku

Dziś wyjątkowo zrobimy sobie małą przerwę od cotygodniowego cyklu "Raperzy czytają", fani rapu nie powinni jednak mimo wszystko być zawiedzeni. Postanowiłem bowiem w ramach rekompensaty przygotować coś, czego na blogu zazwyczaj nie praktykuję - recenzję płyty. Mowa konkretniej o teście krążka, który od samej premiery nie schodzi choćby na jeden dzień z moich głośników. Zróbcie hałas dla TrooMa i ka-meala oraz ich "Primus Luporum"!

Rzadko zdarza mi się być przyciągniętym przez jedną płytę tak bardzo. Zazwyczaj moje zainteresowanie krążkami muzycznymi skupia się na raptem kilku odsłuchach i wybraniu podczas nich najciekawszych utworów z danego wydawnictwa. Z "Primus Luporum" mam jednak podobnie, jak chociażby z ubiegłoroczną "Eklektyką" Quebonafide - praktycznie całości mogę słuchać bez skipowania. Najlepszym przykładem tego niech będzie fakt, że od ponad półtora tygodnia podczas biegania włączam jedynie tę płytę, nie zastępując jej niczym innym.

Bo "Primus Luporum" jest wydawnictwem dla muzyki zdecydowanie nietypowym, nie tylko biorąc pod uwagę produkcje polskie, ale i zagraniczne. Co najważniejsze, wpływ na to mają obie strony duetu. Zarówno rapująco-śpiewający TrooM, jak i tworzący podkłady ka-meal, dołożyli tu konkretną cegiełkę, bez której płyta ta na pewno nie byłaby kompletna. 

Co wyróżnia TrooMa od innych polskich raperów, to zdecydowanie jego nietypowe podejście do wyrzucania z siebie kolejnych wersów. Gdy większość rodzimej sceny przez całe swoje płyty rapuje na jedno kopyto, Daniel bawi się swoim flow ponad wszelką miarę. I nie chodzi tu tylko o podśpiewywanie, ale i niejednostajność nawijki oraz świetne granie emocjami. Niektóre wersy, pomimo tego, że nie są przesadnie odkrywcze, zapadają w pamięć właśnie dzięki sile, z jaką zostają one wypowiedziane przez TrooMa. Świetnym przykładem jest tu choćby "zdrada jest u mnie number one w rankingu słów i przekleństw" z kawałka "Chimeryczny".

Producent, czyli ka-meal, przygotował natomiast dla TrooMa niesamowite wręcz bity. Instrumentale mają niecodzienny klimat, którego zresztą Kamil zdaje się być prekursorem na polskiej scenie, znajdując już sobie licznych fanów, próbujących tworzyć swoje kawałki, inspirując się właśnie nim. To zupełnie nowy rodzaj produkcji, niedający się wprost przyrównać czy to do samplowanych bitów old-schoolowych, czy też do niuskulu, opierającego się stricte na elektronice.

Z chęcią przygarnę instrumentale bez wokali TrooMa nie dlatego, że uważam wkład Daniela w "Primus Luporum" za zbędny, ale dlatego, iż twory ka-meala osobno zdają się wprowadzać w zupełnie inny klimat. Razem chłopaki prezentują bowiem często zupełnie odmienne podejście do kawałka. Mimo to jednak, brzmi to zwykle nadzwyczaj dobrze, co szczerze mówiąc w dużej mierze mnie zaskoczyło, oczywiście jak najbardziej pozytywnie. 

Czy "Primus Luporum" to płyta idealna? Na pewno nie. Trudno mi również orzekać, czy będzie to w jakikolwiek sposób najlepszy krążek tego roku. Jestem jednak stuprocentowo pewny, że jest to najciekawszy i najbardziej oryginalny projekt, jaki przyszło mi do tej pory w Anno Domini 2014 przesłuchiwać. Nie sądzę byście gdziekolwiek indziej znaleźli takie połączenie rapowo-muzyczne.

Miałem ochotę na sam koniec wyłonić trzy najlepsze kawałki z tego krążka, ale szczerze mówiąc nie potrafię. Jest tu bowiem kilka tracków w swej jakości najmocniej wysuwających się naprzód, one jednak trzymają już bardzo równy poziom. Znalazł się tu natomiast jeden kawałek, którego nie wahałbym się raczej wyrzucić z listy. Mowa o "Passolinim", czasem przeze mnie skipowany, w dużej mierze ze względu na gości. Ich zwrotki są formalnie dobre, ale moim zdaniem zupełnie zaburzają klimat wprowadzony na tej płycie i pasowałyby raczej do bardziej old-schoolowego materiału. 

Werdykt ostateczny? "Primus Luporum" jest jak na razie moją ulubioną, a zarazem najciekawszą płytą z tego roku. Biorąc pod uwagę, że TrooM nie osiągnął jeszcze pełnoletniości, a już teraz trzyma niesamowicie wysoki poziom, wygłoszę teraz tezę bardzo ryzykowną, acz moim zdaniem prawdziwą - mamy przed sobą najlepszy debiut w historii polskiego rapu. Serio.

Jeśli więc jeszcze nie sprawdziliście "Primus Luporum", koniecznie naprawcie to, pobierając ten krążek STĄD. Wykorzystując okazję przypomnę również, iż TrooM udzielił się także w jednym z odcinków "Raperzy czytają". Epizod z jego udziałem znajdziecie TUTAJ.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

10 komentarze: