Z dupy ból dupy

Już od jakiegoś czasu miałem ochotę napisać o pewnym konkretnym rodzaju "bólu dupy", który objawia się szczególnie w dużych miastach. Spotykałem się bowiem z jego objawami w Krakowie niejednokrotnie i zawsze albo mnie to trochę bawiło, albo zwyczajnie niezmiernie zaskakiwało. Ostatnio jednak o całym temacie przypomniała mi sytuacja wprost z tramwaju.

Przez początek roku szkolnego nasiliły się w krakowskiej komunikacji miejskiej kontrole biletów. Szczególnie podczas porannych godzin "kanary pod przykrywką" wchodzą do tramwajów i w ciągu przejazdu z jednego przystanku na drugi sprawdzają cały pojazd. Zwykle wszyscy są "czyści", zdarzają się jednak dni, kiedy ktoś ofiarą kontrolerów pada.

Ostatnio byłem świadkiem, jak jeden facet, luzacko siedzący w tramwaju, został przyłapany na gorącym uczynku. Początkowo spodobało mi się jego zachowanie, bo - pomimo niezbyt radosnej miny - po prostu przyjął mandat, bez kłócenia się z kontrolerami. Nie było żadnych prób przekupstwa, nie było awanturowania się i wymyślania wymówek. Akcja szybko się skończyła, a kontroler spokojnie opuścił posterunek.

Wtedy jednak facet podniósł telefon i zadzwonił do kogoś znajomego. Zaczął wyzywać kontrolerów od najgorszych, nie szczędząc wulgarnych określeń. I w tym momencie standardowo począłem zachodzić w głowę, o co znowu chodzi? Dlaczego on obwinia kogoś za to, że sam zawalił sprawę?

No bo przepraszam bardzo - jak chcesz jechać tramwajem czy busem, to powinieneś mieć bilet. Kontroler jest natomiast po to, żeby sprawdzić, czy go na pewno masz. To jest jego PRACA. Pewnie, mógłby może pójść na rękę i nawet przepuścić to płazem. Ale obok znajduje się reszta pasażerów i kto wie, czy nie znajdzie się wśród nich kabel, gotowy wszcząć awanturę o takie pobłażliwe podejście kanara.

Podobny "ból dupy" pojawia się przy wielu innych sprawach. Dajmy na to policję. "JP100%", itepe, itede. Tylko czy ktoś podał sensowny argument, dla którego powinniśmy tak nienawidzić policji? Bo sprzątneli kogoś za narkotyki? Proszę winić w takim razie prawo, a nie kolesi, którzy są od niego uzależnieni i stoją na jego straży. Ich zadaniem jest łapać przestępców, tak samo jak misją kasjera jest sprzedać ci rano bułki na śniadanie, a dziennikarza napisać dobry tekst.

Nauczyciel wstawił ci jedynkę? Taka sama sytuacja - trzeba było się nauczyć na sprawdzian albo odrobić lekcje. Jesteś nastolatkiem, które dostało "karę na komputer" za złe zachowanie? Cóż - mogłeś nie przyjść do domu napruty.

Nie ma co zrzucać winy na kogoś innego, gdy sami jesteśmy sobie winni. To brzmi błaho, jest takim mottem powtarzanym nam przez rodziców w dzieciństwie, ale wiele osób do dziś nie potrafi tego zrozumieć. Popełniłeś błąd - deal with it. Żyj z konsekwencjami, nie zwalaj wszystkiego na drugą osobę. Może to Cię czegoś nauczy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Cząstki elementarne

W ostatni piątek miała miejsce polska premiera filmu "Porwanie Michela Houellebecqa". Gdy czytacie te słowa, ja jestem już po kinowym seansie, toteż stosownej recenzji możecie się spodziewać w najbliższą sobotę. Tymczasem, by uczcić tę filmową premierę, postanowiłem puścić dziś recenzję książki Houellebecqa, którą miałem okazję ostatnio czytać. Mniej więcej pół roku temu pisałem na blogu o "Mapie i terytorium". Teraz przyszedł czas na "Cząstki elementarne".

To opowieść o dwójce przyrodnich braci, żyjących tak naprawdę dwoma różnymi sposobami. Jeden z nich jest młodym, ambitnym biologiem, zapatrzonym w swą pracę, raczej odcinający się od rozrywki. Drugi natomiast to człowiek uzależniony od pornografii, myślący w każdej chwili o możliwości odbycia stosunku. 

Obydwoje żyją jednak w podobnym smutku, beznadziejności. Nie potrafią znaleźć prawdziwej radości w tym co robią, stają się swoistymi robotami, biegającymi machinalnie za odgórnie ustalonymi potrzebami. Nawet, gdy drugi z braci odnajduje wreszcie chętną na seks, Houellebecq odkrywa prawdziwe oblicze całej sytuacji, pokazując jej marność.

"Cząstki elementarne" to pochylenie się nad beznadziejnością świata. Choć zdarzają się tu sceny zabawne, w dużej mierze ich humor polega na wykazaniu żałosności danej sytuacji czy bohatera. Czytelnik się śmieje, jednocześnie robiąc w duchu krzywą minę. "Cząstki" zawierają w sobie mocno pesymistyczną wizję świata, która potrafi namówić do pochylenia się nad nią nawet największego optymistę.

Przed zabraniem się za literaturę Houellebecqa, pamiętać należy jednak o jego dosadnym stylu. Tu nie ma miejsca na ubieranie czegokolwiek w ładne słówka. Wszystko mówione jest wprost, zdarzają się opisy orgii seksualnych, wulgaryzmy. Nie jest to poziom niektórych pozycji Bukowskiego, ale nie spodziewajcie się po "Cząstkach" milusiej literatury kobiecej.

Co prawda mam za sobą dopiero dwie powieści Francuza, ale myślę, że mimo wszystko w tej dziś recenzowanej bardziej widać styl Houllebecqa, jaki częściej udaje mu się ukazywać Czytelnikom. "Mapa i terytorium" była jednak tworem bardziej dojrzałym, dosadnym tylko wtedy, gdy naprawdę było to konieczne. Do dziś dobrze pamiętam, jak świetnie myśli autora pokazywała tamta fabuła. "Cząstki" czytałem w miarę niedawno, a i tak wiele wątków mi już wyleciało z głowy. Pamiętam ten ociekający pesymizmem klimat, ukazany świetnie, ale jednak trochę przykrywający fabułę, która dość szybko po skończeniu czytania może umknąć.

Mimo tego, uważam, że "Cząstki elementarne" są naprawdę powieścią wartą sprawdzenia. Pozycja ta zdecydowanie wciąga, czyta się ją praktycznie jednym tchem. Całość na dodatek jest w miarę krótka, dzięki czemu połyka się ją jeszcze szybciej. Mi zajęło to dwa czy trzy dni i naprawdę trudno mi było w tym czasie oderwać się od lektury. Houellebecq to pisarz kontrowersyjny, ale jednak ważny dla współczesnej literatury. Jeśli jeszcze nie mieliście z nim kontaktu - nadróbcie to czym prędzej. 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Majk chodnikowy


Już na samym wstępie powiem Wam, że w dzisiejszym poście nawiązywał będę do zimy. Ot, wspominam o tym już teraz, byście mogli popukać się w głowę i powiedzieć: "Majk, chyba zgłupiałeś, przecież dopiero co lato się skończyło!". No ja wiem, ale od jakiegoś czasu ja utożsamiam ten mroźny etap roku z sentymentalnością, która czasem trafia człowieka przecież także i w najcieplejsze miesiące.

Wspominałem Wam kilka tygodni temu, jakim do dla mnie swoistym wehikułem czasu jest rower. Nie mówię tu o tym bez powodu, bo dzisiejszy wpis prawdopodobnie w ogóle by nie powstał, gdyby nie magiczna moc mojego bicyklu. No bo cóż innego, jak nie sentymentalną podróż w przeszłość, może przynieść samotna, rowerowy trip w strugach deszczu i widokach za oknem, które zapewne wielu emo nakłoniłyby do śmierci?

Tym razem mój własny Delorean przeniósł mnie niecałe dwa lata wstecz, do czasu, gdy wydany został "Wilk chodnikowy" Bisza. Płyta, którą początkowo naprawdę mocno się zachwycałem, czemu - wydaje mi się - w dużej mierze przysłużyła się dobrze dobrana data premiery. "Wilk" idealnie pasował bowiem najpierw do jesiennej nostalgii, potem zaś, nawet i jeszcze bardziej, do chłodu zimy. We wiosenne i letnie dni ta płyta praktycznie całkowicie wypada z mojej regularnej playlisty.

Podczas samotnej jazdy rowerem, uwielbiam jednak dostosowywać muzykę do klimatu, jaki wokół mnie panuje. Jak już wspomniałem, tym razem było deszczowo i przygnębiająco, nie mogło być więc mowy o puszczeniu sobie na słuchawkach płyt Ortegi Cartel czy Wiza Khalify. Pozostał Drake, pozostało Indigo Tree, pozostał i Bisz. Oto bowiem odtwarzacz wybrał mi losowo właśnie jeden z kawałków z "Wilka chodnikowego".

W ten sposób praktycznie od razu przeniosłem się do zimy przełomu lat 2012 i 2013. Przed oczami pojawiło mi się mnóstwo sytuacji i miejscówek, związanych z słuchaniem przeze mnie wspomnianej płyty Bisza. Widziałem siebie, idącego przez miasto ze słuchawkami na uszach, przedzierającego się przez grudy śniegu. I w głowie od razu zaświtał mi pomysł, by odpalić koniecznie trzy najodpowiedniejsze w ówczesnym czasie dla mnie kawałki.

Zawleczki, nakrętki, kapsle

To najbardziej uniwersalny kawałek na zimowe dni, do którego wymarzoną sytuację mam w głowie. Idealna sceneria wygląda więc tak - siedzisz przy barze w knajpce, nieprzeludnionej, ale i też nie całkowicie opuszczonej. Sączysz grzane piwo, wpatrując się w śnieg sypiący za oknem. Z głośników zaczynają dobiegać pierwsze dźwięki "Zawleczek". Ale możesz słuchać tego również w domu, w drodze do domu, w drodze do szkoły/pracy, spacerując przez mroźne miasto. Bo pasuje ten kawałek wszędzie. Nie musisz być dodatkowo w tym czasie człowiekiem porzuconym, bo Bisz sam wprowadza klimat, który podłapać wyjątkowo łatwo. 


Niech czas stanie

Bramka numer dwa to track "Niech czas stanie". Humorystycznie zwana "hymnem impotentów", praktycznie nostalgiczna, sentymentalna - itepe, itede. Mi kojarząca się szczególnie ze spacerami po mieście w zimowe dni, chyba przez te słowa z refrenu: "Gdy Bóg przechadza się światem". Nie ważne, jaka konkretnie godzina wybija na zegarku, nie ważne, czy jest ranek, popołudnie czy wieczór - tu chodzi o samą czynność spaceru ze słuchawkami na uszach. A wokół Ciebie budynki i inne miejsca, które potem w dużej mierze zapamiętujesz właśnie dzięki temu, że podczas ich mijania słyszałeś właśnie ten kawałek. 


Trainspotting

Last but not least - że tak rzucę wyświechtanym frazesem. "Trainspottingu" dane mi było słuchać w pociągu niezbyt dużą ilość razy. Oczywiście naciągnąłem jednak ten motyw na pozostałe środki transportu. Autobus się sprawdza - a jakże. Im dłuższa podróż i im na większym odludziu jesteś - tym lepiej. Porządny mróz za oknem też się przyda. Zima dosięgnie Cię swą lodowatością nawet w busie, ale możesz ten czas spędzić przyjemniej, choćby zanurzając się w nostalgiczne rozmyślania z "Trainspotting" właśnie.


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie wykorzystane w poście pochodzi z serwisu Flickr.com

4 komentarze:

Supersamiec

Okej, czas na chwilę przerwać to ciągłe recenzowanie filmowych premier. Sporo ostatnich kinowych nowości dane mi bowiem było na blogu opisywać, a przecież czasem na wypad do miasta specjalnie na jeden seans nie ma się ochoty. A starszych produkcji, które wołają do nas co chwilę: "obejrzyj mnie, obejrzyj!" jest cała masa!

I z tego stosu filmów nieobejrzanych jeszcze przeze mnie, wyciągnąłem nagle "Supersamca". Film polecany był na jednym z odwiedzanych przeze mnie for przez sporą gromadę ludzi. Miało być zabawnie, trochę głupkowato, ale jednocześnie nie prostacko. Trochę obawiałem się, że dostanę kolejnego crapa o nastolatkach, pokroju "nieletni/pełnoletni" - przyznaję. Dałem się jednak do seansu namówić.


Oto tym samym poznałem grupkę kumpli, składającej się przede wszystkim z dwóch najlepszych przyjaciół, Setha (Jonah Hill) i Evana (Michael Cera), ale i szwendającego się wokół nich Fogella (Christopher Mintz-Plasse). To niepełnoletnie chłopaki o jakże wielkich ambicjach, skupiających się w zasadzie wyłącznie na zaliczeniu jakiejś laski. Cóż innego bowiem może tkwić w głowach takich nastolatków jak oni?

Przyznajmy więc - dostajemy to, do czego filmy o amerykańskich teenagers nas przyzwyczaiły. Powiem więcej: to nie koniec utartych schematów. Oto bowiem celem chłopaków w filmie okazuje się dotarcie na imprezę, na którą zostali oni zaproszeni. Skąd my to znamy? Cóż - z dziesiątek podobnych produkcji. Ale spokojnie, to nie znaczy, że ten film jest zły!

Jasne, schematy są tu powielane co chwile, ale mimo wszystko "Supersamiec" wyróżnia się na tle tego typu produkcji. Przede wszystkim nie jest przesadnie prostacki, ma jakieś tam nawet ukryte przesłanie, a do tego jest tu zwyczajnie kilka elementów, które porządnie rozśmieszają. Aż dziw bierze, jak wiele zabawnych sytuacji może zdarzyć się w czasie próby dotarcia na jedną imprezę!

Przez pierwsze kilkanaście minut film ten przywoływał na moją twarz jedynie krótkie uśmiechy i obawiałem się, że jedynie na tym się skończy. Na szczęście, ostatecznie sporo tu pojawiło się akcji, które autentycznie wywoływały mój gromki śmiech! I tego typu sytuacji wcale nie było mało! Rzućcie zresztą przy osobie, która już "Supersamca" widziała hasło "McLovin". Obiecuję Wam, że potężnie zaśmieje się na wspomnienie tego intrygującego nazwiska.

Koniecznym przy recenzji tego filmu, jest zwrócenie również uwagi na porządną obsadę. Składa się ona bowiem w dużej mierze z postaci, które w jakiś sposób tworzą wręcz kanon współczesnej komedii amerykańskiej. Michael Cera jest w tym przypadku moim zdecydowanym faworytem, bo do dziś uwielbiam go za rolę w "Scott Pilgrim kontra świat". Poza nim mamy tu jednak też Jonaha Hilla, znanego szczególnie z "21/22 Jump Street" czy kultowego już wręcz Setha Rogena, który ma na swoim koncie tonę głupkowatych ról, wliczając w to tegorocznych "Sąsiadów". Przyjemnych widoków ze strony płci pięknej dostarcza natomiast Emma Stone, która właściwie mogłaby się w tym filmie nie odzywać, a i tak dostarczyłaby Widzowi płci męskiej godnej przyjemności.

Czy "Supersamiec" to jedna z tych głupiutkich amerykańskich komedii o nastolatkach? Owszem. Jeśli więc takim humorem totalnie pogardzasz i plujesz na niego z kilometra - trzymaj się od tego filmu z daleka. Jeśli jednak potrafisz odróżnić słabą głupią komedią od dobrej głupiej komedii (brzmi trochę abstrakcyjnie, wiem), powinieneś sięgnąć po "Supersamca". Ja jestem dość wybredny w kwestii tego typu filmów, a przy tym wyjątkowo wiele razy dane mi było się zaśmiać. Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale obejrzeć na poprawienie sobie humoru można.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #11

W ostatnim odcinku "5 płyt" stanęliśmy przed rozpoczęciem roku szkolnego, na który przygotowałem porcję świetnej muzyki, idealnie sprawującej się podczas czytania czy nauki. Czas na ponowną dawkę dobrych dźwięków, tym razem z okazji dnia mi obecnie bliższego. Oto bowiem i studenci zaczynają swój kolejny rok nauki. Do sesji jeszcze droga spora (całe szczęście!), ale muzyczny content na nią można zbierać już teraz. Oto więc najnowszy odcinek z serii "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki"!

A gdzie znaleźć epizody wcześniejsze? Pod odpowiednimi linkami: 1, 2, 3, 4, 5, 678910. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji, sprawdź również post utrzymany w trochę podobnej tematyce - "5 błędów popełnianych podczas nauki".

Steve Hauschildt - "S/H"

Zaczynamy od razu z naprawdę grubej rury. "S/H" to bowiem dwupłytowy album, zawierający prawie 40 (!) kawałków. Część trwa dwie czy trzy minuty, pewnie, ale są tu też tracki po dziesięć czy piętnaście minut. Autor całości, Steve Hauschildt, perfekcyjnie wręcz czuje ambientowe klimaty, rzeźbiąc w nich swoje fenomenalne kompozycje. Okładka idealnie oddaje to, co znajduje się na "S/H". Kosmiczne, futurystyczne dźwięki na najwyższym poziomie! Całość możecie sprawdzić na YouTube czy Spotify

Przykładowe utwory:


Blake Leyh - "Shadow Economy"

Ja (oraz zapewne wielu innych ludzi) Blake'a Leyha poznałem dzięki serialowi "The Wire", który niedawno recenzowałem na blogu. Na jego potrzeby kompozytor stworzył utwór "The Fall", kończący każdy z odcinków. Poza tym, przygotował on jednak mnóstwo innych soundtracków, a także kilka "prywatnych" albumów. Do tych ostatnich zalicza się "Shadow Economy", będąca świetnym przykładem twórczości Leyha. Mnóstwo tu przede wszystkim instrumentów smyczkowych, tworzących niesamowity klimat. Na mroczne noce przy dobrej książce to album idealny. Niestety, bardzo trudno o znalezienie w sieci jego pojedynczych utworów do przesłuchania, dlatego pozostaje Wam sięgnięcie na przykład do biblioteki Spotify


The Drave Brubeck Quartet - "Time Out"

Czas jednak trochę odejść od tych bardziej nostalgicznych kawałków! A co wybrać, jeśli chcemy poczytać czy pouczyć się przy czymś radosnym? Oczywiście jazz instrumentalny! Tym razem proponuję istnego klasyka w tej kategorii - "Time Out" to jedna z najlepiej sprzedających się płyt tego typu w historii muzyki. Kultowe kompozycje, legendarni wykonawcy, niepodrabialny klimat. Muzyczne cudo, ot co! "Time Out" możecie spokojnie przesłuchać w całości chociażby na YouTube czy Spotify

Przykładowe utwory:
- "Take Five" (prawdopodobnie największy klasyk z całego albumu)


The Abbasi Brothers - "Something Like Nostalgia"

Bracia Abbasi to dwójka nowojorczyków, tworząca muzykę zarówno osobno, jak i wspólnie. Wynikiem tej drugiej opcji jest album "Something Like Nostalgia". Jak można się domyślić - jego tytuł jest odpowiednim wyznacznikiem tego, co przynosi nam płyta. To zbiór spokojnych, właśnie nostalgicznych utworów, łączących dźwięki z naprawdę wielu różnorodnych gatunków. Trochę tu elektroniki, ale zdarzają się też odpowiednio użyte perkusja czy klawisze. Czyta i uczy się przy tym naprawdę przyjemnie. Całość można znaleźć na YouTube czy Spotify

Przykładowe utwory:


"The Sims" Soundtrack

Jak to od czasu do czasu w serii "5 płyt" bywa, w tym momencie pojawia się zdanie: "jak mogłem tego wcześniej nie polecić?!". No bo istotnie - soundtrack z kultowych "Simsów" jest tworem do czytania czy nauki idealnym. To moim zdaniem świetny reprezentant tzw. "elevator music" i na pewno mnóstwo z Was kojarzy tak klasyczne utwory jak choćby "Build 1". Warto jednak nadmienić, że w sieci można znaleźć naprawdę różnorodne wersje soundtracku. Na takim Spotify znajdziemy na przykład edycję oficjalną ścieżki dźwiękowej, która była/jest normalnie sprzedawana. Jeśli jednak poszperacie na YouTube, możecie znaleźć więcej kawałków, które pojawiły się w grze, ale już nie na płytowym soundtracku. 

Przykładowe utwory:


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Knajping: Green Way

Od dzieciństwa byłem wychowywany na mięsożercę i przez dwadzieścia lat mego życia żyło mi się z tym dobrze. Nie - teraz nie pojawi się nic w rodzaju: "ale teraz zmieniłem jedzeniowe nawyki o 180 stopni!". Bo ja ciągle mięso lubię, ciągle uwielbiam się nim objadać i dalej wolę zjeść dobrze wypieczonego steka niż sałatkę grecką.

Przyznać jednak muszę, że od jakiegoś czasu zacząłem doceniać też dania, które mięso nie jest podstawowym składnikiem. To zaczęło się chyba gdzieś w czasie mojego odchudzania, kiedy doceniłem wartość porządnej sałatki z kurczakiem. Ano owszem, mięso w niej było, ale nie stanowiło tu głównego dania, a było częścią całości na równi z innymi elementami.

Ostatnio postanowiłem pójść natomiast jeszcze dalej. Kompletnie przypadkowo postanowiłem podczas ostatniego wypadu nad morze, zjeść w wegetariańskiej knajpce. Nie było to jakaś ekskluzywna restauracja, a bezmięsny odpowiednik sieciówek, w których jedzenie kupuje się na wagę. Wziąłem więc kilka rzeczy na talerz, usiadłem przy stoliku i zjadłem. Było... trochę dziwnie, ale zjadliwie.

Postanowiłem tym samym poszukać czegoś tego typu również i w Krakowie. Znalazłem dość szybko, bo moda na wegetarianizm zdecydowanie daje się we znaki równie mocno co moda na bieganie i spotkać się z nią na mieście nie trudno. Tym samym, pewnego słonecznego dnia trafiłem do Green Way - sieciówki, której krakowski oddział umiejscowiony jest na ulicy Krupniczej, czyli praktycznie tuż przy kultowym Teatrze Bagatela.

Menu? Spore, to trzeba przyznać. Dla przeciętnego człeka pewnie nawet całkiem interesujące, mi natomiast w ogromie dań przeszkadzały pojedyncze produkty, których zwyczajnie nie trawię. Znalazłem jednak dwie potrawy, wydające się podpadać pod akceptowalne przeze mnie jedzenie. Byłem w Green Wayu dwukrotnie, dzięki czemu oba te dania miałem okazję spróbować.

Pierwsze z nich to warzywa w sosie curry. Brzmi dość prosto i właściwie tak samo ostatecznie się prezentuje. Warzywa oblane w sosie dostajemy podane na sałacie, a także - do wyboru - ryżu lub kaszy kus-kus. Smakuje to naprawdę okej, a do tego porcja jest wystarczająco duża, by zaspokoić burczący brzuch Mikołaja. Brakowało mi tu tylko właściwie jednej rzeczy - mięsa. No ale tak to się mają sprawy z niewegatarianami.

Podczas drugiej rundy postanowiłem powalczyć z apetycznie brzmiącymi zielonymi kopytkami. Podaje się tu je w sosie śmietanowo-pomidorowym, a do tego dorzuca trochę warzyw. Talerz był zapełniony w trochę mniejszym stopniu niż w przypadku curry, ale smakowało to właściwie okej. Kopytka nie były rozgotowane, sos do tego pasował, a warzywa zapewniały dobrą przegryzkę. Nic nadzwyczajnego, ale nie miałbym nic przeciwko zjedzeniu tego jeszcze raz.

Smakowo jest więc w porządku, do czego dochodzi też przyzwoita cena. Większość dań utrzymuje pułap około 10-15 złotych, co jest - według mnie - opcją godną pochwalenia. Pamiętać jednak trzeba, że Green Way to trochę taki wegetariański fast-food. Nikt nie przygotowuje Ci wszystkiego od zera, a po prostu część rzeczy się podgrzewa, a część leży sobie od rana w temperaturze odpowiedniej, by można to było od razu podać. Nie mam jednak co do tego jakichś wielkich obiekcji, bo cena zdaje się to wszystko wynagradzać.

Do takiego "fast-foodowania" przyczepię się jednak w przypadku wszelkiego rodzaju smoothies i koktajli. Te kosztują nawet osiem czy dziewięć złotych, więc płacąc tyle, oczekuję, że napój zostanie dla mnie przygotowany od podstaw. Zamiast tego gotową całość wyjmuje się tu z chłodziarki. Bardzo mi się to nie spodobało, bo choć smakowo nie było źle, to cena powinna być - moim zdaniem - odpowiednio niższa w takim przypadku.

Mimo tego, uważam, że Green Way to naprawdę fajna opcja na przyjemny i szybki lunch. Przychodzisz, zamawiasz, dostajesz po maksymalnie pięciu minutach, a smakuje to wszystko całkiem okej. Ja sam pewnie tam jeszcze kiedyś wpadnę i może dam się skusić na jedno z tych odstraszających mnie dań. Warto pamiętać, że Green Way to nie tylko knajpka dla zatwardziałych wegetarian, bo i mięsożerca może tu na chwilę oderwać się od swego klasycznego menu i spróbować czegoś innego.

To całkiem ciekawe przeżycie i dlatego będę dalej starał się zagłębiać w ten cały wegetariański świat. Zabieram się tym samym w poszukiwaniu kolejnych tego typu knajp w Krakowie. Uspakajam jednak tych przestraszonych - na mięsnych restauracjach moje czujne, recenzenckie oko też ciągle potrafi się zatrzymać. Stay tuned!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Mam dość polskich filmów wojennych

"Miasto 44" miało być hitem nad hitami, pokazem świetności polskiej kinematografii. Tak przynajmniej głosili twórcy filmu i ci, którzy byli tak nim zaślepieni, że zapomnieli, iż taki twór udać się w Polsce nie może. Krytycy płaczą bowiem od lat nad rodzimymi "komediami romantycznymi", jednocześnie jednak wylewając falę łez nad czym innym - produkcjami wojennymi.

Polska kinematografia ma chyba potężny kompleks opowiadania o wojakach sprzed lat. To znaczy, ja rozumiem, że wszyscy chcą upamiętnić zmarłych w obronie ojczyzny. I zapewniam Was - to bardzo dobrze, iż takie myśli chodzą im po głowie. Historii zapominać bowiem nie wolno i od czasu do czasu wspominać ją należy. Szkoda tylko, że u nas robi się to na tak kiepskim poziomie.

Nasze filmy wojenne są tandetne, zrobione "na odwal". Jedyne łzy, jakie spływają z oczu podczas ich oglądania, to łzy śmiechu, gdy na ekranie pojawia się kolejna scena, która bawi swoją marnością. Już od dobrych paru lat rzuca się nam kolejne filmy ze wspomnieniami o drugiej wojnie światowej i powstaniu warszawskim. I pojawiają się one na ekranach kin równie często - a może nawet i częściej - od komedii romantycznych.

Najgorsze jednak, że przyzwolenie na krytykowanie tych ostatnich filmów się pojawiło, tak filmy wojenne często są chronione tą otoczką żalu i cierpienia, której rzekomo przekraczać nie można. Bo przecież te wszystkie produkcje opowiadają o mordowanych Polakach - jak więc można w ogóle wytykać im jakieś wady?! No i potem słyszy się od co poniektórych, że nie dość, iż na takie "Miasto 44" iść trzeba, to na dodatek można jedynie chwalić je pod niebiosa.

A ja przestałem chodzić na te wszystkie produkcje wojenne jak tylko wyszedłem z liceum. W szkołach często wyciągano nas na takie "hity" i szło się na nie z klasą, bo przecież to przyjemniejsze niż siedzenie na lekcjach. I ja naoglądałem się licznych koszmarków, które ciągle mi się ze zgrozą przypominają. Był przerażająco kiepski "Czarny czwartek", była też "1920 Bitwa warszawska" z legendarną sceną, gdzie Natasza Urbańska strzela z mini-guna. I ten właśnie kadr jest jednym z najlepszych podsumowań polskiej kinematografii wojennej.

Swoją drogą - zastanawialiście się kiedyś, czy te wszystkie "filmy patriotyczne" rzeczywiście robione są po to, byśmy pamiętali o naszej historii? Czy naprawdę tak małej ilości osób przychodzi do głowy, że tu może chodzić jak zwykle o pieniądze? Bo przecież nie dość, iż hajs zbija się najlepiej na smutku i cierpieniu, to dodatkowo dochodzi jeszcze widownia najlepsza dla komercyjnych produkcji, czyli wycieczki szkolne.

Nie wierzycie, Moi Drodzy? To podsumować dzisiejszy post pragnę jedną informacją - "Miasto 44" puszczono do kin dopiero we wrześniu, po rozpoczęciu kolejnego roku szkolnego, choć film w pełni gotowy był już od przynajmniej miesiąca, co udowodniło pokazywanie go na Stadionie Narodowym w sierpniu, w rocznicę wybuchu powstania warszawskiego.

Pomyślcie nad tym, Drodzy Czytelnicy, a ja tymczasem po raz kolejny odpalam sobie zwiastun "Miasta". Za każdym razem śmieję się przy nim wniebogłosy. A przecież nie o to chodzi w przypadku filmów wojennych. Ciągle jednak mam nadzieję, że kiedyś polscy wojacy dostaną równie piękną pamiątkę filmową, co żołnierze amerykańscy. To im się zwyczajnie należy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Moja reakcja na polskie filmy wojenne.
Źródło: Flickr.com

11 komentarze:

We have to go back!


"Lost", "Zagubieni". Długo się zastanawiałem, kiedy będę miał wreszcie powód i sposobność, by napisać o tym serialu na blogu. Liczyłem na to, że kiedyś go obejrzę ponownie i wtedy przeleję wrażenia z powrotu na Wyspę na blogowy post. Ciągle jednak nie dane mi było tego dokonać. Z wybawieniem przybyła do mnie historia.


Wczoraj, 22 września, obchodziliśmy bowiem dziesiątą rocznicę premiery pierwszego odcinka "Zagubionych". Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Nie mogę uwierzyć, że zacząłem oglądać ten serial mając raptem dziesięć lat. Że tak dużo czasu minęło od dnia, kiedy po raz pierwszy spotkałem Jacka, Kate, Sawyera i całą resztę. 

Historia zniknięcia samolotu 815 linii Oceanic zawładnęła wówczas umysłami wszystkich serialowych freaków. To nie było tylko kolejne show, o którym mówiło się "najlepszy serial w historii". To był fenomen na skalę światową. Jeśli spotykałeś kogoś oglądającego "Lost", wiedziałeś, że jest to "swój człowiek". W pewnym momencie "Zagubieni" byli naprawdę czymś pokroju "Star Wars" czy "Star Treka".

W wielu sercach zresztą ciągle ten serial pozostał. Pokazuje to właśnie dziesiąta rocznica premiery serialu, uczczona setkami (a może nawet i tysiącami) wspominkowych artykułów w sieci. Sama informacja o tym "święcie" dostała się na główną stronę Wykopu z naprawdę sporą ilością głosów. "Lost" ciągle ma na świecie mnóstwo fanów.

Pamiętam, jak gdzieś w okolicach maja czy czerwca, spotkałem w krakowskim autobusie chłopaka z koszulką Dharmy, organizacji będącej częścią świata "Zagubionych". Byłem szczerze zaskoczony, bo myślałem, że wszyscy wokół mnie już o "Lost" zapomnieli. Miałem ochotę podejść do tego faceta i przybić z nim piątkę za wspólną zajawkę. Jak to jednak ze mną bywa - odpuściłem. Jeśli więc jakimś cudem to czytasz, druhu - przyjmij chociaż moje wirtualne gratulacje.


Nie jest ważne, że finał "Lost" większość osób zawiódł. Nie jest ważne, że od mniej więcej czwartego sezonu zaczęło się tu dziać zbyt dużo szalonych rzeczy. Nie jest ważne, że nie wszystkie z nich zostały ostatecznie wyjaśnione. Ważne jest natomiast to, iż serial ten zapadł na dobre w pamięć mi oraz milionom innych ludzi. I przypomina on nam się regularnie.

Po napisaniu tych wszystkich powyższych słów, mam ochotę wrócić na Wyspę bardziej niż kiedykolwiek. Jeszcze chętniej natomiast cofnąłbym się w czasie o te dziesięć lat i przeżył to wszystko jeszcze raz. Czekanie niecierpliwie na każdy kolejny odcinek. Ślęczenie na fanowskiej encyklopedii serialu przez kilka czy kilkanaście dni po zakończeniu każdego sezonu. Próby rozwiązywania niewyjaśnionych kwestii z innymi widzami.

Jestem pewien, że najwięcej frajdy z tego serialu wyciągnęli ci, którzy mieli okazję żyć w czasach jego emisji. Nigdy nie odczuwałem takiej niecierpliwości przed kolejnym sezonem, jak w przypadku "Lost" właśnie. Twórcy zawsze zostawiali nas z niepewnością, zawsze kończyli odcinki w takim momencie, że chciało się rzucić pilotem o telewizor i krzyknąć: "CO BĘDZIE DALEJ?!".

Ale cofnięcie się dziesięć lat wstecz obecnie możliwe nie jest. Pozostaje mi więc po prostu jeszcze raz "Lost" obejrzeć. Chciałbym wreszcie kupić kolekcję wszystkich sezonów na Blu-rayu, zrobić sobie jakieś dwa czy trzy tygodnie wolnego od robienia czegokolwiek i przeżyć to ponownie chociaż raz. To zdecydowanie najlepszy serial, jaki dane mi było oglądać.

We have to go back!

4. 8. 15. 16. 23. 42.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Czarne skrzydła

Do "Czarnych skrzydeł" podchodziłem chyba z jeszcze większym dystansem niż do recenzowanego w ubiegłym tygodniu "Po drugiej stronie rozmiaru". Czuć było od tego tytułu literaturą kobiecą, pomimo tego, że chyba starano się to trochę ukryć. Całość przykryto bowiem tematyką, której poruszanie kojarzy się raczej z tworami bardziej ambitnymi. Niewolnictwo i tłamszenie kobiet w początkach Stanów Zjednoczonych? To tematyka mi bliska, w połączeniu z romansidłem nie wróży jednak nic dobrego.

"Czarne skrzydła" to opowieść o dwóch kobietach, prezentowanych Czytelnikowi jeszcze jako nastolatki. Jedna z nich to Sara Grimké, córka sędziego z Charlestonu, człowieka bogatego - a co za tym idzie - posiadającego sporą ilość czarnoskórych niewolników. Do nich właśnie zalicza się druga bohaterka powieści - Hetty, zwana również Szelmą.

Dziewczynki poznają się w dość nietypowy sposób, Sara otrzymuje bowiem niewolnicę w prezencie na jedne ze swoich urodzin. Już wtedy jednak ukazują się jej abolicjonistyczne zapędy. Młoda Grimké odmawia bowiem przyjęcia prezentu. Podważa głos wszystkich innych wokół siebie, głosząc, iż sprzeciwia się współczesnemu jej systemiowi. Tak zaczyna się jej krucjata wymierzona w niewolnictwo.

Powieść Sue Monk Kidd nie jest żadną biografią, ale - jak mówi sama autorka - tworem inspirowanym prawdziwymi wydarzeniami. Sara istniała bowiem naprawdę, podobnie jak jej siostra, Nina, również będącą w książce postacią istotną. Obie siostry w rzeczywistości także były zresztą abolicjonistkami oraz praktycznie pierwszymi feministkami w Stanach. Takie odwołanie do prawdziwej historii cieszy, tym bardziej, iż pisarka na końcu dobrze tłumaczy, co konkretnie pozmieniała w życiorysie swoich bohaterów. Odsyła także do utworów stricte biograficznych, z których sama korzystała. 

Przyznać również muszę, że "Czarne skrzydła" mają kilka naprawdę intrygujących momentów. Szczególnie na plus zaliczam końcówkę książki, gdy wszystko nagle przyspiesza i dostajemy wreszcie to, na co naprawdę czekaliśmy - walkę o zniesienie niewolnictwa i feministyczne wiece. Te fragmenty zwyczajnie są ciekawe, myślę, że nawet i dla tych, którzy mają niekoniecznie duże pojęcie o problemach w raczkujących Stanach Zjednoczonych. 

Niestety - więcej jest tu rzeczy nużących. Smutno mi, że ostatecznie wyszła z tego tworu dość typowa powieść kobieca, bo temat naprawdę jest intrygujący i można było z nim zrobić mnóstwo dobrego. Szkoda tym samym, iż trafił on - można powiedzieć - w niepowołane ręce i większość poważniejszych Czytelników zwyczajnie wyczuje w powieści Sue Monk Kidd liczne braki i niedociągnięcia.

Szczególnie problematyczny jest bardzo naiwny styl autorki. Wyczuwa się tu na kilometr rękę pisarki, która najlepiej sprawdza się właśnie w takich typowych powieściach kobiecych. Ja naprawdę rozumiem, że tu motyw miłosny musiał się pojawić, by ukazać w odpowiedni sposób bohaterkę, ale mimo tego czułem się, jakby autorka wpakowała tu ten wątek bez powodu, dla własnego widzimisię. To natomiast nie świadczy o niej zbyt dobrze.

"Czarne skrzydła" czytało mi się raczej żmudnie i tylko w nielicznych momentach naprawdę mnie zaciekawiły. Przez sporą część powieści miałem niestety chęć zwyczajnego odłożenia jej na bok, przez co kilkukrotnie po prostu w siebie kolejne strony wmuszałem. Część osób na pewno uzna jednak ten tytuł za dobry, a może nawet i świetny. O kim mowa? O czterdziestoletnich kurach domowych, fankach "literatury" dorzucanej do magazynów kobiecych, a także najbardziej zagorzałych feministkach, wychodzących z założenia, że ważne, by o nich pisano - nie ważne na jakim poziomie. 

Całej reszcie "Czarne skrzydła" raczej odradzam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #81 - FAV

W osiemdziesiątym pierwszym odcinku tej książkowo-muzycznej serii gościmy rapera z miasta, które nie miało tu chyba jeszcze swojego reprezentanta. FAV pochodzi bowiem z Nowego Dworu Mazowieckiego. Rymuje już od dobrych paru lat i w tym czasie zdołał wypuścić nie tylko sporo luźnych numerów, ale i kilka dłuższych materiałów. Najnowszym z tych ostatnich jest "Deptak wartości", którego premiera miała miejsce na początku bieżącego roku. Album ten został wydany nakładem labelu Vibe2NES, a udzielił się na nim gościnnie między innymi Junes. Obecnie FAV przygotowuje się do wypuszczenia świeżej EPki, tworzonej we współpracy z producentem Uniqiem.

Co natomiast dzisiejszy gość akcji ma do powiedzenia na temat książek?

"Cicha woda zawsze płynie głęboko" - ten fragment pochodzi z pierwszej książki, którą przeczytałem od deski do deski. Miało to swoje miejsce trzy lata temu. Jej tytuł to "Miasteczko Salem", a autorem jest nie kto inny, jak KRÓL HORRORU - Stephen King.

Jak już wspomniałem wyżej, moje początki z czytaniem nadal trwają. W czasie, gdy moi rówieśnicy czytali lektury bądź z pasją podchodzili do połykania kolejnych nieobowiązkowych tytułów, do których mieli dostęp w szkolnej bibliotece, ja z każdą kroplą potu, spływającą w otchłanie Tajgetu, wyrabiałem sobie nadzwyczajnie miękką kiść czy spędzałem czas przy kartkach, bazgrząc jak pazura kurem NIE szkolne wypracowania, NIE swoje teksty, a teksty... z pierwszej Molesty. Co mi to dało?

Otóż dzięki temu dzisiaj dręczy mnie olbrzymi głód czytania i tym długim wstępem chciałbym zaznaczyć, że jeżeli nie zdarzyło Wam się czytać w szkole czy nawet po jej ukończeniu, warto zacząć swoją pierwszą książkę chociażby w tej chwili. Jestem FAV, swoją pierwszą książkę przeczytałem w wieku 21 lat.

Przez ten krótki okres czasu udało mi się sięgnąć po wiele tytułów z gatunku horroru, ale i również powieści kryminalnych. Najbardziej jednak do gustu przypadły mi teksty Kinga oraz Koontza, którego w pewnym momencie z biblioteki miejskiej wypożyczałem po trzy i właśnie trójkę moich ulubionych książek tego autora chciałbym Wam polecić.

"Złe miejsce" - tutaj przeplata się kryminał, sci-fi i trochę horroru. "Frank Pollard boi się zasnąć. Każdego ranka budzi się w nieznanym sobie miejscu, nie pamiętając niczego poza imieniem i nazwiskiem". TAK!!! Z tego miejsca autor może zabrać nas w lewo, bądź w prawo. Książka może okazać się bardzo nudna lub wręcz przeciwnie. Ja wierzyłem w to drugie i podczas moich licznych podróży w Polskę za chlebem, zabierałem ją ze sobą, czytając, można rzec - okazyjnie, w czasie przejazdów PKP z pkt. A do pkt. B. Nie zawiodłem się.

"Tik-tak" - kolejna powieść, w której gatunki mieszają się. Kryminał, sci-fi i horror - z tym że zabawne dialogi, niekiedy wprowadzają również nastrój komediowy. Głównym bohaterem jest Phan Tran Tuong, Amerykanin pochodzenia wietnamskiego, który jest pisarzem, a w przerwach między tworzeniem kolejnych rozdziałów pełnych przygód swojego bohatera, detektywa Chipa Nguyena, ciągle przypomina swojej rodzinie, że już dawno zmienił swoje imię na Szon, Majk czy inny Tommy. Pewnego wieczora znajduje przed swoimi drzwiami dziwną lalkę, z wnętrza której wyłania się tajemnicza istota, przejawiająca wobec niego mordercze zamiary. Akcja książki rozgrywa się w jedną noc, tak więc dynamicznych momentów w niej nie brakuje, przez co musiałem zrezygnować z kilku posiłków :/ A jeść to ja uwielbiam...

"Odwieczny wróg" - powstała ekranizacja, jednak (jak w większości przypadków) do książki nie ma podjazdu. I co z tego, że zagrał w niej Ben Affleck! Jeśli chcecie dobrze się bawić, łapcie za książkę! Jenny Paige i jej młodsza siostra wracają do swojego rodzinnego miasteczka, z którego prawie bez śladu zniknęli wszyscy mieszkańcy. Prawie, ponieważ w kilku miejscach dziewczyny znajdują spuchnięte, sine i nieulegające rozkładowi zwłoki. Kiedy już w ich głowach zaczyna świętować zwycięstwo na myśl o tym, że są jedynymi żywymi, ujawnia się tytułowy "Odwieczny wróg". Rozpoczyna się walka. Dodatkowo dodam, iż akcja osadzona jest w górskim miasteczku, więc od początku książki jest mrocznie i tajemniczo, nie wspominając już o towarzyszącej przez cały czas ponurej atmosferze, co po zsumowaniu daje nam dreszcze na plecach!

To by było na tyle - that's all folks!

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do sprawdzenia przynajmniej jednej z tych książek. Sam mam w swojej kolekcji około 200 dzieł z gatunku horroru (mania zbieractwa), które sukcesywnie wykupowałem za bezcen przy likwidacjach bibliotek i księgarń w różnych miastach, tak samo jak nielegale z rapem w bramie niejednej kamienicy. Jeżeli chcielibyście polecić mi jakiś tytuł bądź autora, to zapraszam do skorzystania z przycisku "Wiadomość" pod adresem: www.facebook.com/favndm

Dziękuję za zaproszenie Mikołajowi Więckowskiemu. Niezmiernie miło było mi przygotowywać ten tekst. 

Pozdrawiam! 
FAV


Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Dawca pamięci

Zwróciłem uwagę na "Dawcę pamięci", bo zaintrygował mnie sam koncept tego tworu. Skojarzył mi się on strasznie z dość znaną misją z "Fallout 3", o której na widok zwiastuna recenzowanego filmu, na pewno pomyśli każdy, kto miał okazję grać w ten tytuł. Bardzo lubię te wszystkie opowieści o utopiach i antyutopiach, staram się na bieżąco patrzeć, co też nowego w tych kategoriach wychodzi na rynek. Spodziewałem się, że "Dawca pamięci" nie będzie niczym nadzwyczajnym. Ale poszedłem nań do kina - z czystej ciekawości.


Niejaki Jonas jest mieszkańcem świata wypranego z emocji. Tu wszystko jest perfekcyjne, nie ma miejsca na nierówności społeczne czy gniew. Każdy ma swoje miejsce w społeczeństwie, odgórnie ustalone przez starszyznę. Ludzie kontrolowani są za pomocą specjalnego "leku", który codziennie wstrzykują sobie przed wyjściem z domu.

Podczas swoistego wejścia w dorosłość, gdy każdy mieszkaniec w odpowiednim wieku zostaje przydzielony do konkretnej pracy, Jonas otrzymuje zadanie nietypowe. Ma być "Biorcą pamięci" - kimś, kto zachowa wiedzę o świecie sprzed apokalipsy, gdy ludzie potrafili bawić się, kochać, ale też nienawidzić i zabijać. Wspomnienia przekazuje mu tytułowy Dawca (w tej roli Jeff Bridges), który jednak jednocześnie pragnie naprowadzić głównego bohatera na obalenie istniejącego porządku.

I ponownie wspomnieć muszę, że sam koncept tej utopii jest naprawdę dobry. Pewnie, ociera się o jakieś schematy, ale to tak naprawdę dotyka wszelakich tworów kulturowych traktujących właśnie o takich tematach. Ale "Dawca pamięci" ma jednak również parę oryginalnych cech, wyróżniających go mimo wszystko z tłumu.

Świetny jest także pomysł grania kolorami. Świat po "leku" jest tu czarno-biały, co potęguje wypranie ludzi z emocji. Po odłożeniu specyfiku wszystko zaczyna jednak nabierać kolorów, co symbolizuje jednoczesny powrót prawdziwych uczuć. Człowiek ponownie potrafi szczerze się cieszyć, kochać, a przede wszystkim dostrzegać, jak okrutny jest system rządzący tym światem.

"Dawca pamięci" ma jednak również sporo minusów. Przestaje mnie już dziwić fakt, że jednym z największych problemów są tu młodzi aktorzy. "Stara gwardia", czyli Jeff Bridges i Meryl Streep to klasa sama w sobie, ale główny bohater i reszta młodziaków bywa czasem naprawdę tragiczna. Serio - w niektórych momentach naturalniej zdarzało się grać nawet tej lasce ze "Zmierzchu". A to już dla aktorów z "Dawcy pamięci" powinna być nie tylko obraza, ale i przestroga w rodzaju: "Ludwiku Dorn i Sabo - nie idźcie tą drogą!".

Dodawać tym samym nie muszę, że jest to twór raczej dla młodszego widza - takie trochę kolejne "Igrzyska śmierci" czy cokolwiek w tym rodzaju. Fabuła obfituje standardowo w liczne naiwne sceny, wywołujące na twarzy co najwyżej uśmiech politowania. Podczas ostatecznej podróży głównego bohatera wręcz miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, ale powstrzymałem się, myśląc o dobru pozostałych widzów.

Nie mógłbym również odmówić sobie poużywania na "filozoficzności" całego scenariusza. Co chwilę są tu wrzucane myśli jakże wielce głębokie, przypominające cytaty wyciągnięte z prozy Coelho. Pewnie młode duszyczki to rusza i wielce zachwyca, ale mądry odbiorca, który skończył już gimnazjum, raczej spojrzy na to równie krzywym okiem co ja.

Zostawiłem sobie jednak na koniec jeszcze jednego plusa całości. Może nie jakiegoś wielkiego i zaważającego przesadnie na mojej ocenie, ale zaintrygował mnie pewien element tak mocno, że aż muszę o nim wspomnieć. W jakiś sposób "Dawca pamięci" pokazuje, iż nasz świat jest piękny i powinniśmy się cieszyć z możliwości życia w nim. Zdarzają się tu dość często migawki wyciągnięte z różnych regionów i kultur Ziemi, które stanowią naprawdę piękną i poruszającą mozaikę.

Nie mogę jednak mimo wszystko nazwać "Dawcę pamięci" czymś więcej niż średniakiem. Nie jest to tragiczna produkcja, ale daleko jej również do przesadnych pochwał i zaszczytów. Obejrzeć można, szczególnie dla motywów utopijnych i grania kolorami - potem jednak praktycznie od razu się o tej produkcji zapomni. Jak nie chce Wam się marnować pieniędzy na kino, to możecie spokojnie poczekać na emisję "Dawcy" w telewizji.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

I znów się zaczyna - czyli co będę oglądał w nowym sezonie serialowym


Wrzesień to symbol wielu rzeczy. Z tych smucących - końca lata, a dla wielu także i rozpoczęcia szkoły. Z radosnych? Szczerze mówiąc, tu już mam większą zagwozdkę. Mimo tego, staram się myśleć pozytywnie, mówiąc sobie: "hej Majk, nie jest tak źle - październik będzie zimniejszy!". Ach, no ale przecież jest jedna autentycznie fajna rzecz związana z wrześniem - zaczyna się nowy sezon serialowy!

Ja może nie jestem takim totalnym freakiem, który pochłania wszystko co się tylko w tej kategorii ukazuje, ale jednak jakieś tam mocniejsze więzi z telewizyjnym światkiem mam. Pokazuję to zresztą także na blogu, recenzując od czasu do czasu seriale różnorodne - od tych znanych mniej, przez te trochę popularniejsze, na największych hitach kończąc. A jako że w związku z tym, zadawane mi są czasem pytania: "co Ty w ogóle oglądasz na bieżąco?", to postanowiłem ukrócić te ciągłe zagadywania jednym, konkretnym postem na blogu. 

Oto seriale, które na pewno będę oglądał w rozpoczynającym się właśnie sezonie. Zwykle trzymam się tylko takiego własnego spisu i nic nie dodaję aż do wakacji. Dlatego możecie być praktycznie pewni, że będę oglądał tylko te tytuły, które widzicie poniżej. Nie jest ich przesadnie dużo, ale to i tak chyba moja najdłuższa lista od lat. Tytuły podaję w kolejności, według mnie, najbardziej odpowiedniej, czyli od tego, którego nowy sezon ma swoją premierę najwcześniej.

New Girl

Kolejny, czwarty już sezon "Jess i chłopaki" (trochę mnie rani ta polska nazwa, ale nie jest tragiczna) zdążył się już rozpocząć. Jego pierwszy odcinek pojawił się w tym tygodniu, dzięki czemu ja już pierwszy odcinek mam za sobą. Zacząłem oglądać ten tytuł praktycznie wyłącznie ze względu na ubóstwianą przeze mnie aktorkę, Zooey Deschanel, znaną między innymi z filmu "500 dni miłości", a także duetu muzycznego She & Him. I przyznaję - ciągle "New Girl" oglądam w szczególności dla niej.

Bo to fajny serial, ale jednak nie ma w nim nic nadzwyczajnego. To trochę takie przerzucenie komedii romantycznej na światek serialowy. "New Girl" opowiada o tytułowej "Nowej dziewczynie" (w tej roli właśnie Zooey), która zaczyna mieszkać z trzema nieznanymi jej facetami. Jest śmiesznie? Jest. Jest romantycznie? Bywa.

Jeśli jesteś zdruzgotany tym, że nie ma już z nami "How I Met Your Mother?", możesz spokojnie sięgnąć w zastępstwie po "New Girl". Przyjemny, lekki serialik na każdy dzień.


Gotham

Jedyna kompletna nowość w moim zestawieniu serialowym. Nie wiem czego się po tym tytule do końca spodziewać, bo premiera pilota dopiero w najbliższy poniedziałek. Przyznaję jednak - czekam z niecierpliwością. Ciągle bowiem uważam, że najlepszym superbohaterem w historii jest Batman. I nieważne, że w tym serialu go tak naprawdę nie będzie.

Bo "Gotham" opowiada historię słynnego komiksowego miasta z czasów młodości Bruce'a Wayne'a. Serial ma krążyć szczególnie wokół postaci komisarza Gordona, walczącego z przestępczością w metropolii. Ma się pojawić Pingwin, ma być też Catwoman. Mam nadzieję, że całość będzie trzymała poziom, bo liczę bardzo mocno na takie ciekawe podejście do Gotham. Po zakończeniu sezonu na pewno dam znać na blogu, jak ostatecznie wypadł ten intrygujący projekt.


Brooklyn 9-9

Tu będzie krótko, bo całkiem niedawno napisałem obszerny tekst o tym, co sądzę o "Brooklyn 9-9". Podsumowując tym samym: pierwszy sezon tej nowej policyjnej komedii spodobał się zaskakująco mocno. Całość potrafi naprawdę porządnie rozbawić, a do tego mnóstwo tu barwnych i zapadających w pamięć postaci. Po więcej informacji zapraszam do wspomnianego już tekstu.

Nowy sezon "Brooklyn 9-9" rusza już 28 września. Przy wzięciu się w garść da się przed tym terminem ogarnąć całą pierwszą serię.


The Walking Dead

Aż musiałem sprawdzić w sieci, który to sezon "Żywych trupów" nawiedzi teraz domy wszystkich serialowych fanów. Wychodzi na to, że piąty. To zdecydowanie jedna z najgłośniejszych serii ostatnich lat, dlatego nie muszę pewnie przesadnie się tu o niej rozpisywać.

Gdyby ktoś jednak się jeszcze nie domyślił: oto twór o zombiakach. Bazujący na komiksie o tym samym tytule, ale fabularnie sporo od niego jednak odbiegający. Miewa momenty słabsze, ale jednak zdecydowanie więcej jest tych świetnych i zapierających dech w piersiach. Finał czwartego sezonu widzów zostawił wkurzonych, bo zastanawiających się chyba bardziej niż kiedykolwiek wcześniej "I CO BĘDZIE DALEJ?!".

Na co liczę? Na mniej Carla, a więcej wkurzonego Ricka. I gdzieś tam w głębi czekam też na egzekucję kilku głównych bohaterów, bo twórcy "The Walking Dead" naprawdę potrafią zabijać swoje postaci. Premiera nowego sezonu "Żywych trupów" 12 października.

Ten gif zdecydowanie nie pasuje do tego serialu, ale jest tak przezabawny, że musiałem go tu wrzucić!
House of Cards

Na sam koniec premiera, o której prawie bym zapomniał. Ale to nie dlatego, że ten serial jest kiepski. Ba, jest on najlepszym ze wszystkich tu wymienionych, o czym zresztą pisałem w stosownym poście. Problem tkwi w tym, że na kolejny sezon tego wielkiego show będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.

Bo nowa seria gierek w amerykańskiej polityce zawita standardowo - w okolicach lutego przyszłego roku. Jest jednak rzecz przyjemna w tym wszystkim - równie standardowo dostaniemy wszystkie odcinki sezonu jednego dnia. I z tego co wiem, są ludzie, którzy od razu połykają je na raz. Ja tak zdesperowany co prawda nie jestem, ale i tak czekam z niecierpliwością, tym bardziej po zakończeniu poprzedniej serii. "Domek z kart" to serialowy mistrz.


A jakie oglądanie jakich seriali planujecie na najbliższy czas? Dajcie koniecznie znać w komentarzach, może wyłowię jakąś niszową perełkę, o której mało się mówi i nadrobię ją podczas przyszłorocznych wakacji :)

Odpowiadam także od razu na pytanie, które na pewno zaraz się pojawi: "dlaczego nie oglądasz <<Gry o tron>>?!" - bo chcę najpierw przeczytać książkowe oryginały.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie z góry postu pochodzi z serwisu Flickr.com

8 komentarze:

Co z tą marihuaną?

Wiele rzeczy może zdarzyć się w tunelu pod Galerią Krakowską. Możesz spotkać pijaka, opierającego się o ścianę. Możesz dostrzec piękną niewiastę, której widok wryje Ci się w pamięć na kilka następnych dni. Może ktoś zaczepić Cię w sprawie spytania o godzinę albo tego, jakiemu klubowi kibicujesz i czy masz jakiś problem. Może tak się stać. Ale możesz też odbyć najdziwniejszą rozmowę całego dnia.

I ja ostatnio trafiłem właśnie na opcję ostatnią. Zjeżdżam po ruchomych schodach, sprawdzam rozkład tramwajowy i czekam na swój pojazd. Patrzę się w prawo. Na jednej z ławek siedzi około kilkudziesięcioletni facet, wpatrujący się we mnie wzrokiem mówiący: "e, mam sprawunię". Wyciągam z uszu słuchawki, spoglądam na niego z uwagą. Z jego ust pada: "można gdzieś tu dostać dobrą marihuanę?".

W pierwszej chwili nie wiem, co konkretnie mam mu odpowiedzieć. Dość szybko jednak sam mój rozmówca wybawia mnie z opresji. Wspomina bowiem, że sam już zdążył spytać o to policję, która złamała mu serce, odpowiadając, iż marihuana w Polsce legalna nie jest. Potwierdzam więc to ze smutkiem i współczuciem w głowie, co prowokuje ostatecznie rozmowę oficjalną.

Mężczyzna przyjechał po latach z Vancouver. Jak sam mówi - problemów z dostaniem marihuany w tamtym miejscu nie ma. Tamtejszy lekarz wypisał mu na to cudowne ziele receptę, z racji astmy mojego rozmówcy. Dla uściślenia dodam, że po powrocie do mieszkania od razu skontaktowałem się z Wujkiem Google, który podpowiedział, że istotnie w Kanadzie marihuana jako lekarstwo jest dostępna. Na dodatek w British Columbia, gdzie znajduje się Vancouver, do marihuany stosunek jest znacznie lżejszy niż w innych prowincjach kanadyjskich.

Chwilę zdążyliśmy tak ponarzekać na to wszystko. Że przecież są dostępne na rynku gorsze, bo bardziej trujące człowieka rzeczy, takie jak chociażby papierosy. Że za posiadanie marihuany możesz teoretycznie nawet i pójść siedzieć. Że robi się z tego ogromną dramę, choć tak naprawdę nie ma ku temu poważnych powodów.

On za to pochwalił podejście w Vancouver. Mówił o sklepach, które wyglądają trochę jak stodoła, ale można tam dostać wszelakie gatunki THC. Że wbijają tam gwiazdy i sam mój rozmówca miał kiedyś okazję po koncercie Robbiego Marleya pójść do jednego z takich przybytków, spotkać wspomnianego artystę i zapalić z nim - jak sam to przyjemnie ujął - "fajkę pokoju".

Ile w tym wszystkim prawdy? Oczywiście trudno powiedzieć. Ale ja lubię pisać o takich spotkaniach z zupełnie przypadkowymi ludźmi. Bo takie osoby wielokrotnie zaskakiwały mnie swoimi historiami i ich chęcią do dzielenia się nimi. To zawsze ważny głos społeczeństwa, które rzadko ma okazję samemu wyrazić zdanie w szerokim gronie. Głos często inspirujący, ciekawy, a przede wszystkim prawdziwy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Zajawka większa niż życie

"Minecraft" to dziś praktycznie już symbol, znany przez ogrom społeczeństwa. Nie trzeba być w ogóle graczem, by nie raz usłyszeć, czym ten słynny tytuł jest. Mój młodszy brat ciągle gada o tym w domu, trując ponoć rodzicielom ciągle tymi swoimi opowiastkami z klockowatego świata. Ja nigdy nie potrafiłem się zarazić rozgrywką tego hitu. Ale fenomen jego chyba rozumiem, a na pewno szczerze doceniam.

Tym samym i mnie zaintrygowała informacja, że firma Mojang, zajmująca się "Minecraftem", zostaje wykupiona przez wielkiego giganta branży, bo sam Microsoft. Pojawiły się w związku z tym liczne notki we wszystkich najważniejszych portalach internetowych, komentarze przychylne, jak i – oczywiście w większości – głosy pełne krytyki czy hejtu. Mnie jednak zaintrygowało w tej całe sprawie coś zupełnie innego, mianowicie wypowiedź Notcha, głównego autora i swoistego symbolu "Minecrafta".

Jak się bowiem okazuje, facet chciał się zwyczajnie pozbyć z życia i "Minecrafta", i firmy, której szefował. Miał dość babrania się w formalnościach, nie będących ani trochę interesującymi dla kogoś takiego jak on. Jak sam mówi – nie spodziewał się takiego sukcesu swojej gry. Podobnie zresztą myśleli pewnie wszyscy inni zainteresowani projektem, gdy ten raczkował.

Notch przede wszystkim kocha robić gry. To jest jego prawdziwa zajawka, którą szczerze pielęgnował i – jak widać – przyniosła mu ona ogromne zyski, bo Microsoft kupił Mojang za 2,5 miliarda (SIC!) dolarów. Oczywiście, nie cała kwota trafi do kieszeni samego Notcha, ale myślę, że spokojnie możemy uznać, iż dostanie on wystarczająco, by móc mieć w dupie cały świat i resztę życia spędzić w wielkiej willi na Seszelach.

Co jednak mówi sam zainteresowany? Że on ma zamiar dalej robić gry. Chce mieć swój własny kąt, malutki zespół i w takich warunkach dłubać przy kolejnych projektach. Rzecz niesamowita – nie chce, by jego kolejne projekty stały się hitami na miarę "Minecrafta". I pewnie rzeczywiście nigdy więcej już podobnego biznesu Notch nie zrobi, ale pamiętać musi, że i tak cała branża będzie zaglądała mu przez ramię i wyczekiwała czegokolwiek nowego, co wyjdzie spod jego programistycznych dłoni.

Ktoś może powiedzieć: "jasne, jasne, na pewno chodzi mu tylko o kasę!". Ale ja w to wątpię i szczerze wierzę w to, jak wygląda obecnie sytuacja Notcha. On jest po prostu jednym z tych totalnych zajawkowiczów, dla których pieniądze autentycznie są swoistym skutkiem ubocznym tego, co robią. Mogliby żyć w biedzie, a i tak trzymaliby się swojego umiłowanego hobby do końca, przedkładając nań wszystko inne.

A światek twórców gier indie jest prawdopodobnie obecnie największym zbiorowiskiem tego typu ludzi. Ba – cała branża technologiczna jest ogromnym baniakiem pełnym takich człeków jak Notch. Wystarczy przypomnieć postać jakże ważną dla obecnej technologii, acz często pomijaną, czyli Steve’a Wozniaka. To on stworzył wraz z Jobsem Apple, ale zawsze pozostawał w cieniu jabłkowego guru. I każdy, kto kojarzy historię twórców Maców, dobrze wie, że Wozniak też był właśnie takim zajawkowiczem. Zajawkowiczem, dla którego pieniądze z hobby zawsze będą tylko skutkiem ubocznym.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

5 cytatów Stanleya Kubricka na dobry początek tygodnia

W niedzielę w krakowskim Muzeum Narodowym oficjalnie zamknięto wystawę poświęconemu kultowemu reżyserowi, Stanleyowi Kubrickowi. Otwarta była ona dla zwiedzających już od maja, ale w tym przypadku dałem za wygraną opieszałości, która od czasu do czasu mnie łapie i trafiłem na miejsce dopiero ostatniego dnia ekspozycji. Dotrzeć jednak mi się ostatecznie udało i jestem z tego powodu do teraz niesamowicie zadowolony, bo - krótko mówiąc - wystawa była naprawdę godna.

I choć spędziłem w Muzeum raptem godzinkę, to podróż ta dostarczyła mi od groma inspiracji. Podstawowa z nich to oczywiście: "Mikołaj, rusz wreszcie tyłek i obejrzyj te wszystkie filmy Kubricka!". Ale także i coś bardziej ambitnego mi w głowie zaświtało. Ot, na przykład parę pomysłów na blogowe posty.

Na to duży wpływ miały szczególnie cytaty Kubricka, wypisane w wielu miejscach wystawy. Do wielu z nich automatycznie przytakiwałem, dostrzegając przebłysk geniuszu reżysera nawet w tych krótkich zdaniach. Po powrocie do mieszkania postanowiłem poszperać trochę w sieci i poszukać więcej takich złotych myśli autorstwa Stanleya. I gdy już zebrałem reprezentatywną piątkę, postanowiłem podzielić się nimi na blogu, by umiliły Wam ten nowy tydzień i przyniosły od groma inspiracji.

Prawdopodobnie zabrzmi to szalenie, ale najlepszą rzeczą, jaką mogą zrobić młodzi filmowcy, jest wzięcie kamery oraz kliszy i zrobienie jakiegokolwiek filmu.

Kubrick kierował te słowa do młodych filmowców, bo to zapewne oni najczęściej prosili go o pomoc i dobre rady. Tak naprawdę jednak, cytat ten może metaforycznie zaadaptować na swoje potrzeby każdy z nas. Wersja dla ogółu brzmi bowiem prosto: "rusz tyłek i zacznij coś robić". Chcesz pisać książki? Pisz. Chcesz tworzyć muzykę? Twórz. Chcesz być blogerem? Damn - załóż wreszcie swój blog! To ostatnie, to chyba o mnie. 

Siedzisz przed szachownicą i nagle Twoje serce zaczyna szybciej bić. Twoje ręce drżą, by tylko podnieść pionek i go przesunąć. Ale to, czego uczą nas szachy, to to, że musisz usiąść spokojnie i pomyśleć, czy jest to naprawdę dobry pomysł, czy też są również inne - lepsze.

Jak już zacząłeś coś robić ze swoim życiem, to warto jednak nie robić tego ot tak, na odwal się. Nawet jeśli coś wydaje Ci się dobrym posunięciem, to warto jednak pomyśleć, czy aby nie można tego rozegrać jeszcze lepiej. Ja sam wiele razy miałem różne pomysły na posty, które wydawały mi się naprawdę spoko. Nie zabierałem się jednak do przerzucania od razu tych idei na litery, ale "medytowałem" trochę nad tym. Tym właśnie sposobem, wychodząc z początkowego pomysłu, dochodziłem do czegoś jeszcze lepszego, co ostatecznie zwykle rzeczywiście okazywało się strzałem w dziesiątkę.

Jeśli coś może być napisane lub wymyślone, może też być sfilmowane.

Tym razem myśl stricte filmowa, jednakże bardzo prawdziwa i świetnie oddająca charakter kinematografii. Teoretycznie rzec można, że dotyczy to szczególnie twórczości najbardziej współczesnej, ze względu na technologię, umożliwiającą ukazanie na ekranie wszystkiego. Dawniej jednak również praktycznie każdą rzecz dawało się w jakiś sposób na filmie przekazać, choć często dawali radę temu podołać jedynie reżyserowie wybitni - w tym niewątpliwie Kubrick.

Błędem jest mylenie litości z miłością.

To zdanie należy porządnie rozgnieść, zrobić z niego krem i nałożyć sobie na oczy. Gdyby zrobił to każdy, prawdopodobnie uniknęlibyśmy tony złamanych serc i ludzi, którzy z tymi skrzywdzonymi duszyczkami muszą wytrzymywać. What is love? Baby, don't hurt me, don't hurt me - no more!

Nie zawsze wiem, czego chcę, ale zawsze wiem, czego nie chcę.

Na koniec mój ewidentny faworyt. Od razu zwrócił na wystawie moją uwagę i krąży mi ciągle po głowie. Idealnie oddaje mój tok myślenia i marzy mi się przez to jeszcze bardziej zbicie piątki z Kubrickiem. Jeśli istnieją zaświaty, to mam nadzieję, że chociaż tam będzie mi dane się ze Stanleyem jakoś spotkać.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Po drugiej stronie rozmiaru

Przyznaję totalnie bez bicia - do recenzowanego dziś tytułu podchodziłem z ogromnym dystansem. Polskie science-fiction? Nieznany pisarz? Okładka odstraszająca swą "plastikowatością"? Byłem wręcz pewien, że to się nie może udać. W moje łapska trafił ten tytuł zupełnym przypadkiem i cała ta sytuacja nie do końca mi się podobała. Dostałem jednak misję, by "Po drugiej stronie rozmiaru" przeczytać. Mikołaju - zrób to! Mikołaj więc zrobił. I jest on szczerze zszokowany tym, że jego początkowe założenia się nie spełniły.

Ale, ale! Nie lećmy tak od razu do tego wychwalania pod niebiosa tego - mam wrażenie - zupełnie niszowego tytułu. Najpierw trochę o fabule. Brzmiącej z tymi moimi przedwczesnymi zarzutami (nieznany pisarz itp.) może trochę kiepskawo, ale mimo wszystko mającej w sobie coś przyciągającego. Bo, Moi Drodzy, jednego tej książce zarzucić nie można - braku oryginalności mianowicie!

Bo słuchajcie - już samo tło, w którym umiejscowiona jest tutejsza fabuła, zaskakuje! Wiecie, co to krasnoludki, prawda? Takie słodziutkie, małe ludziki, wałęsające się gdzieś i ukrywające przed człowiekiem. Potulne, kochane, urocze. NOPE! W "Po drugiej stronie rozmiaru" zostajemy bowiem wrzuceni w sam środek konfliktu, którego jedną ze stron są właśnie skrzaty.

Jakieś kilkadziesiąt lat przed historią znaną z książki, swoje istnienie ludziom oficjalnie potwierdziły same krasnale. Na naszej planecie żyły one już od dawien dawna, zawsze jednak ukryte w jej podziemiach. W pewnym momencie postanowiły jednak wykazać swoją chęć zamieszkania na powierzchni Ziemi, domagając się od ludzkości 50% lądów. Czy kogokolwiek zdziwi, że homo sapiens się na to nie zgodzili? Prawdopodobnie nie. Domyślacie się więc tym samym, iż świat ogarnęła wojna totalna.

My zostajemy wrzuceni w sam środek tego bagna. Zostało jedno ludzkie miasto, została jedno oficjalne skrzatowisko. Poza tym, jest też w pobliżu kilka innych miejscówek, jak Ghultown, Miasto Mutantów czy Fallout City. Bo - jakżeby inaczej - podczas wojny zastosowano również atomówki, przez co przebywając sporo na powierzchni, można było swego czasu dorobić się dodatkowej głowy czy pary rączek. Przyjemne, nieprawdaż?

Ale obie rasy mają już trochę dość wojny i chcą po prostu ją jak najszybciej skończyć - czytaj: wybić drugich. Plotki zaczynają głosić, że do przodu wysuwają się ludzie, którzy stworzyli minimalizator, pozwalający na zmniejszenie człowieka do rozmiaru skrzata. Udaje się to? A jakżeby inaczej! Pierwsza tak zmniejszona grupka homo sapiens zostaje tym samym wysłana z misją zinfiltrowania skrzatowiska. Stamtąd z kolei wychodzi grupka krasnali, którzy mają za zadanie minimalizator zniszczyć.

Tym samym możemy zapoznać się z całą historią z perspektywy obu ras. Tak naprawdę jest tu dwóch głównych bohaterów (po jednym krasnalu i człeku), którzy są swoistymi reprezentantami swoich ludów dla Czytelnika. Są oni dość siebie dość mocno podobni, ale to, według mnie - trochę paradoksalnie - dość mocny atut całości.

A ich historia jest na dodatek naprawdę zadziwiająco potężna. Ta książka ma ponad osiemset stron i choć jest to wszystko w formacie dość standardowym dla książek, trzeba przyznać - to wciąż jest sporawa liczba kartek. Najlepsze jest jednak to, że na początku za nic nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak niby autor tę objętość wykorzysta. A potem co chwilę zaskakiwały mnie zwroty akcji i kolejne przygody człowieka i skrzata. To wszystko nadaje się nie na ekranizację, a na scenariusz do jakiejś porządnej gry RPG!

Na dodatek, ja w sumie ciągle jestem trochę zdziwiony, jak bardzo mnie ta książka wciągnęła! Czytałem dziennie po sto stron i nie czułem żadnego znużenia tą historią. A przecież ciągle widziałem, że trochę w tym wszystkim jest takiej naiwności, mało naprawdę dojrzałych momentów, podszywania tej oryginalności fabularnej pod parę sprawdzonych schematów. Ale mimo wszystko miałem to głęboko gdzieś, bo po prostu coś mnie zafascynowało w tej podróży przez Ziemię opętaną walką ludzi i krasnali.

Bo ta książka jest w jakiś sposób wypełniona wszystkim tym, czego można oczekiwać od takiej stricte rozrywkowej powieści. Były momenty, przy których autentycznie wybuchałem śmiechem, a nie jedynie uśmiechałem się w duchu. Były trochę takie smutniejsze sceny, gdy bohaterom współczułem. Były też oczywiście i takie, gdy siedziałem skupiony przed książką i trzymałem kurczowo kciuki za losy postaci.

Dlatego czuję się dziś maksymalnie zobowiązany, by Wam ten tytuł polecić. Choć - tak jak wspominam - ma on wady. Nie jest w żaden sposób ideałem. Ale zapewnia tak przyjemną rozrywkę, że nie należy mu się bycie tytułem, który będzie się kurzył na sklepowych półkach. I trochę żal się robi, iż autorem tego jest Polak, bo myślę, że gdyby "Po drugiej stronie rozmiaru" napisał autor ze Stanów, a całość objęta zostałaby niezłą promocją, to moglibyśmy spodziewać się za parę lat ekranizacji całości.

Tymczasem mi pozostaje polecić tę książkę na blogu i przeprosić, że tak ją przebrzydle potraktowałem przed przeczytaniem całości. Toteż teraz mówię już wprost: jeśli szukasz naprawdę przyjemnej, ale takiej stricte rozrywkowej książki, bez żadnych ambitnych wymądrzeń i całej reszty - bierz "Po drugiej stronie rozmiaru"! Bo po prostu jest to twór fajny. Serio.

PS. Nie wiem niestety, kiedy recenzowana dziś książka zostanie wydana, ale podobno ma się to stać w najbliższym czasie. Obserwujcie więc uważnie księgarniane półki!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze: