Prawo Poego, czyli pierwsza zasada internetów


Prawdopodobnie najsłynniejszą copypastą, czyli zabawnym (w założeniu) tekstem, kopiowanym i wklejanym w wielu miejscach internetu, jest ten oto legendarny wręcz wpis:

no i ja się pytam człowieku dumny ty jesteś z siebie zdajesz sobie sprawę z tego co robisz?masz ty wogóle rozum i godnośc człowieka?ja nie wiem ale żałosny typek z ciebie ,chyba nie pomyślałes nawet co robisz i kogo obrażasz ,możesz sobie obrażac tych co na to zasłużyli sobie ale nie naszego papieża polaka naszego rodaka wielką osobę ,i tak wyjątkowa i ważną bo to nie jest ktoś tam taki sobie że możesz go sobie wyśmiać bo tak ci się podoba nie wiem w jakiej ty się wychowałes rodzinie ale chyba ty nie wiem nie rozumiesz co to jest wiara .jeśli myslisz że jestes wspaniały to jestes zwykłym czubkiem którego ktoś nie odizolował jeszcze od społeczeństwa ,nie wiem co w tym jest takie śmieszne ale czepcie się stalina albo hitlera albo innych zwyrodnialców a nie czepiacie się takiej świętej osoby jak papież jan paweł 2 .jak można wogóle publicznie zamieszczac takie zdięcia na forach internetowych?ja się pytam kto powinien za to odpowiedziec bo chyba widac że do koscioła nie chodzi jak jestes nie wiem ateistą albo wierzysz w jakies sekty czy wogóle jestes może ty sługą szatana a nie będziesz z papieża robił takiego ,to ty chyba jestes jakis nie wiem co sie jarasz pomiotami szatana .wez pomyśl sobie ile papież zrobił ,on był kimś a ty kim jestes żeby z niego sobie robić kpiny co? kto dał ci prawo obrażac wogóle papieża naszego ?pomyślałes wogóle nad tym że to nie jest osoba taka sobie że ją wyśmieje i mnie będa wszyscy chwalic? wez dziecko naprawdę jestes jakis psycholek bo w przeciwieństwie do ciebie to papież jest autorytetem dla mnie a ty to nie wiem czyim możesz być autorytetem chyba takich samych jakiś głupków jak ty którzy nie wiedza co to kosciół i religia ,widac że się nie modlisz i nie chodzisz na religie do szkoły ,widac nie szanujesz religii to nie wiem jak chcesz to sobie wez swoje zdięcie wstaw ciekawe czy byś sie odważył .naprawdę wezta się dzieci zastanówcie co wy roicie bo nie macie widac pojęcia o tym kim był papież jan paweł2 jak nie jestescie w pełni rozwinięte umysłowo to się nie zabierajcie za taką osobę jak ojciec swięty bo to świadczy o tym że nie macie chyba w domu krzyża ani jednego obraza świętego nie chodzi tutaj o kosciół mnie ale wogóle ogólnie o zasady wiary żeby mieć jakąs godnosc bo papież nikogo nie obrażał a ty za co go obrażasz co? no powiedz za co obrażasz taką osobę jak ojciec święty ?brak mnie słów ale jakbyś miał pojęcie chociaz i sięgnął po pismo święte i poczytał sobie to może byś się odmienił .nie wiem idz do kościoła bo widac już dawno szatan jest w tobie człowieku ,nie lubisz kościoła to chociaż siedz cicho i nie obrażaj innych ludzi .

Jeśli kiedykolwiek widziałeś wcześniej widziałeś go w sieci, teraz prawdopodobnie po pierwszych paru słowach wiedziałeś już, co czeka Cię dalej i z sadystycznym uśmiechem na twarzy przeszedłeś do czytania dalszej części moich wywodów. Jeśli jednak jakimś cudem stykasz się z tym tekstem po raz pierwszy - możesz być w pewnym sensie zdezorientowany. Bo o co tu chodzi? Czy ktoś robi sobie jaja, czy to wszystko jest na poważnie?

Źródło: Flickr.com
Na własne potrzeby skonstruowałem kiedyś swoistą "pierwszą zasadę internetu". Brzmi ona: "Zawsze znajdzie się ktoś, kto weźmie na poważnie pastę o papieżu". Prawdopodobnie nigdy nie będzie 100% ludzi, rozumiejących, że w tym przypadku chodzi wyłącznie o żart. Zawsze znajdą się oburzeni, zniesmaczeni i odpowiadający na "no i ja się pytam człowieku..." śmiertelnie poważnie.

Nie sądziłem bynajmniej, że jestem jedyną osobą, która wpadła na stworzenie tego typu "pierwszej zasady internetów". Nie spodziewałem się jednak również, iż jest jakieś szeroko rozpowszechnione "naukowe" prawo, mówiące o wszelkiego rodzaju trollowaniu w sieci. A - jak się ostatnio dowiedziałem - takie coś naprawdę istnieje.

"Prawo Poego" nie ma (nie)stety nic wspólnego ze słynnym pisarzem, Edgarem Allanem Poe. Mniej więcej dziesięć lat temu, w roku 2005, niejaki Nathan Poe uczestniczył w internetowej debacie na chrześcijańskim forum, gdzie toczyła się zażarta dyskusja na temat konfliktu postaw ewolucjonistycznych i kreacjonistycznych (więcej na ten temat pisałem TUTAJ). W pewnym momencie, nasz bohater użył sformułowania, które na stałe zapisało się na wirtualnych kartach, a w luźnym przekładzie na polski brzmi mniej więcej:

Bez użycia emotikony ";)" lub innego ewidentnego zobrazowania humoru, nie można stworzyć tekstowej parodii chrześcijańskiego fundamentalizmu, której ktoś nie uznałby za rzecz pisaną jak najbardziej na serio.

Źródło: Flickr.com
Cytat ten dość szybko przemienił się w zasadę, która wychodziła daleko poza kłótnie światka amerykańskich chrześcijan, obejmując wszelkie rodzaje trollingu i parodiowania postaw ekstremistycznych w sieci. Oczywiście, należałoby ją uogólnić jeszcze bardziej, bo myślę, że nawet po użyciu ";)" wiele osób mogłoby wziąć część tekstów za pisane jak najbardziej na serio. Warto jednak wspomnieć, że Prawo Poego nie jest pierwszą tego typu próbą wskazania problemu z zaznaczaniem ironii w sieci. Jeszcze w latach osiemdziesiątych, w poradniku korzystania z usenetu (czyli swoistego protoplasty for dyskusyjnych), pojawiło się sformułowanie:

Komunikacja bez modulacji głosu i mowy ciała może być myląca. Uśmiech ":-)" jest powszechnie uznawany w sieci za symbol mówiący: "tylko żartuję!". Jeśli umieścisz jakąś satyryczną treść bez tego znaku, nie zdziw się, jeśli wiele osób weźmie ją na serio - nawet, jeśli Tobie wyda się ona w oczywisty sposób humorystyczna. 

Ponownie i tu należy jednak odciąć kwestię dodawania emotikony. Pozostaje więc po prostu jedno, bardzo istotne sformułowanie, które można by wyryć nad bramą internetu niczym kultowe "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie" nad bramą dantejskiego Piekła: 

Nie zdziw się, jeśli wiele osób w sieci weźmie Twój parodiujący tekst na serio - nawet, jeśli Tobie wyda się on w oczywisty sposób humorystyczny.

I z tym przesłaniem zapisanym mocno w pamięci, możecie już spokojnie wrócić do dalszego surfowania po sieci i trollowania mniej kumatej części internetu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

1 komentarze:

Jak dostawać książki za darmo?


Na spotkanie kółka książkowego w pobliskiej bibliotece ma przyjść standardowy skład, liczący pięć osób. Anka wydaje całe kieszonkowe od mamy na powieści, Józia od czasu do czasu kupuje do tego nową zakładkę, bo nieustannie je przegryza, stresując się na romansach Nicolasa Sparksa, Janusz jest bibliotekarzem, więc wszystkie nowości ma jako pierwszy (czego reszta mu zazdrości), a na Kubę wszyscy patrzą z przerażeniem i niechęcią, bo czyta EBUKI. I tylko Grażyna się coś spóźnia...

Wbiega nagle uradowana do biblioteki, z paczką pod ręką. Szybko rozrywa kopertę, z której wyskakuje pachnąca świeżością książka. Nieznany tytuł, nieznana autorka, ba! - nawet wydawnictwo jakieś takie nietypowe. Czwórka naszych bohaterów patrzy ze zdziwieniem na Grażynę. Ta wypina do przodu piersi, poprawia okulary (inspirowane tymi Harry'ego Pottera, a jakże) na czubku nosa i wykrzykuje wręcz z dumą: "DOSTAŁAM TO ZA DARMO! DO RECENZJI!".

W tym momencie następuje scena zdziwienia rodem z najbardziej typowego anime. Rozdziawione usta, wielkie oczy i wydobywające się z ust "to nie-nie-niemożliwe!". Wiedzieli, że Grażyna prowadzi bloga o książkach, czytali oczywiście każdy post na nim. Czasem wpisywali nawet jakieś komentarze, żeby przyjaciółce nie było smutno. Teraz jednak wspólna radość zamieniła się w równie wspólną nienawiść - Grażyna dołączyła do legendarnego grona ludzi, którym wysyła się do recenzji książki.

Źródło: Flickr.com
Dla wielu "nieuświadomionych" jest to jedno z najbardziej tajemniczych zagadnień w ludzkości. Jak dostawać książki do recenzji? Czy trzeba pracować w wielkim portalu informacyjnym albo chociaż mieć bloga, którego dziennie odwiedzają setki tysięcy internautów? Czy to prawda, że wydawcy mają do rozdania po dziesięć recenzenckich egzemplarzy każdej powieści? Cóż - magia "książek do recenzji" szybko znika, gdy chociaż na chwilę człowiek staje się członkiem tego "elitarnego światka".

Jeśli zawsze marzyłeś, by dostać książkę do recenzji, sposób na to jest w istocie niezmiernie łatwy. Zakładasz bloga literackiego, piszesz kilka lub kilkanaście recenzji, tworzysz fanpage, a potem zapraszasz do polajkowania go wszystkich swoich znajomych. Im bardziej lubiany jesteś, tym lepszy odzew uzyskasz. Czy trzeba umieć dobrze pisać? Niekoniecznie. Dzisiejsze "blogi literackie" to w dużej mierze kopalnia błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, a także okropnego stylu. No i jest jeszcze jedna rzecz, której w blogosferze jest pełno - darmowe książki do recenzji.

Źródło: Flickr.com
Masz bloga miesiąc czy dwa, na koncie kilkanaście recenzji i setkę fanów na Fejsbuku. Czas więc na książki ZA DARMO. Wyszukujesz w Google wszystkie wydawnictwa, jakie tylko uda Ci się znaleźć, po czym wysyłasz do wszystkich jednego i tego samego maila. Piszesz, że jesteś blogerem książkowym i chciałbyś dostawać książki do recenzji. Nie licz na Murakamiego i inne mainstreamowe hity. Ktoś jednak odpisze na pewno. Prawdopodobnie będzie to jedno z cholernie niszowych wydawnictw, które wydają jedynie kiepskie romansidła. Oczywiście - kiepskie, patrząc obiektywnie. Bo i tak w recenzji uznasz je za arcydzieła. W końcu dostałeś te książki ZA DARMO.

Możesz mi nie wierzyć, ale tak to rzeczywiście wygląda. Spokojnie można dostawać za darmo mnóstwo książek,  nawet się przy tym zbytnio nie wysilając. Jeśli nie masz wysokich wymagań, a dodatkowo jesteś kobietą (bo większość tytułów to romanse), to prawdopodobnie będziesz takim obrotem spraw usatysfakcjonowana. Wśród części znajomych może nawet zapewni Ci to jakiś tam prestiż.

W końcu nie każdy dostaje książki do recenzji, prawda? Choć każdy mógłby, gdyby wiedział, że nie jest to wcale takie trudne.

PS Uprzedzając pytania - sam na blogu bodajże dwa albo trzy razy skorzystałem z zasady "recenzja za książkę". Całą resztę tytułów, które opisuję, po prostu kupuję.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

7 komentarze:

Czy w trzy dni i trzy noce można napisać dobrą książkę?


Któż, ach któż podjąłby się napisania krótkiej powieści w trzy dni i trzy noce, jeśli nie jeden z beatników? Beat Generation było awangardowym ruchem literackim, działającym szczególnie w latach 50. ubiegłego wieku. Niechlujni, uwielbiający narkotyki i alkohol, a jednocześnie maltretujący się kolejnymi różnorodnymi filozofiami i wrodzy wobec konsumpcyjnego (czyli praktycznie całego) społeczeństwa. Swoiści prekursorzy hippisów, pełni indywidualizmu i zamiłowania do wolności twórczej.

O beatnikach raczej nie usłyszysz na lekcjach języka polskiego, ale wgłębiając się w literaturę, wreszcie natkniesz się gdzieś na tę grupę. Ja też to przeżyłem, chociaż początkowo, mimo zaintrygowania tematem, nie sięgnąłem po żadną z powieści Beat Generation. Ze wstydem przyznaję, że nawet kultowego poematu "Skowyt" Allena Ginsbera nie przeczytałem nigdy w całości. Nadarzyła się jednak ostatnio okazja, by sięgnąć po coś od beatników i spróbować swych sił w walce z ich literaturą.

Dlatego dziś poznacie moje wrażenia z "Podziemnych" Jacka Kerouaca. Krótkiej powiastki napisanej podobno w trzy dni i trzy noce.


Miłość - oto sedno "Podziemnych". Cała krótka książka to historia równie krótkiego związku Kerouaca z czarnoskórą kobietą, Mardou Fox (w rzeczywistości nazywała się ona Alene Lee). Krótkiego, acz jednocześnie pełnego zarówno ewidentnej, wzajemnej miłości, jak i licznych konfliktów, rozsadzających romans od środka.

Jedno muszę przyznać Kerouacowi - czuć w tej mini-powieści uczucie. Nie jest to błahe romansidło, jakich na rynku pełno, ale podejście do tematu w zupełnie inny, nieoczekiwany sposób. Opowieść prawdziwa, bo epatująca konfliktami, brakiem happy-endu i wzajemnym niezrozumieniem wielu swoich potrzeb. Ta mikstura uniesień i upadków w związku jest po prostu... wiarygodna.

Jest też klimat. Bardzo beatnikowy, old-schoolowy. Czuć San Francisco lat 50., przepełnione dymem z jointów i śmierdzące alkoholem. Jeszcze nie typowo hippisowska wolna miłość, ale seks wypełniający sporą część życia buntowniczej części społeczeństwa. Nieważne, czy dokonywany w czystym czy wypełnionym brudem miejscu.

Na zdjęciu obok Alene Lee inny znany beatnik, William S. Burroughs. Zdjęcio zrobiono na dachu mieszkania Allena Ginsberga.
Mimo tego, nie wspominam czytania "Podziemnych" przesadnie dobrze. Cała książka napisana jest bowiem charakterystycznym, beatnikowym stylem. Co to znaczy? Przygotujcie się na niesamowity chaos, mieszanie różnych wątków i zdania złożone, rozciągające się czasem nawet na... całą stronę. Interpunkcja czasem jest, a czasem autor ma ją gdzieś tak bardzo, że właściwie nie wiadomo, czy błąd popełniono przy redakcji powieści, czy po prostu sprawę zlał Kerouac.

Rozumiem i w jakiś sposób szanuję tego typu nowatorstwo w literaturze. Ale gdy przeszkadza ono w czytaniu i zaburza fabułę powieści - jestem na nie. Styl Kerouaca może i jest oryginalny oraz intrygujący, ale przy normalnym czytaniu książki sprawdza się po prostu o wiele gorzej niż "normalne" pisadło. Tak można pisać poezję, bo w jej przypadku by się to sprawdziło. "Podziemni" natomiast zbytnio przypominają zwykłą powieść, żeby przy poznawaniu fabuły męczyć się z czymś, co można by nazwać po prostu "beatnikowym niechlujstwem".

Muszę przyznać, że trochę zraziłem się do twórczości Kerouaca i całej Beat Generation. "Podziemni" są dobrą opowieścią, ale zdecydowanie źle ubraną. Przynajmniej według mnie. Wielu osobom powiastka ta się mimo wszystko podoba, więc kto wie - może i Ty znajdziesz się wśród nich? Ja jednak do "Podziemnych" raczej już nie wrócę, bo więcej miałem przy nich zmęczenia niż radości. Mimo tego, inne książki Kerouaca chętnie jeszcze sprawdzę.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

2 komentarze:

A TO RUSKIE UNDERGROUND


Swego czasu w polskim internecie sporą popularnością cieszył się filmik z lat dziewięćdziesiątych, pokazujący rzekomą "imprezę techno" w jednym z nadwiślańskich klubów. Do dziś pod licznymi mirrorami tego wideo pojawiają się komentarze z cyklu: "IT'S NOT POLAND! IT'S BELGIUM!". Bo i owszem - dość szybko można w sieci dotrzeć do informacji, że cało wydarzenie nie tylko nie było "imprezą techno", ale rave'ową masakrą, ale i nie miało ono zdecydowanie miejsce w Polsce.

Nie dziwi jednak fakt, iż wiele osób uwierzyło, że coś takiego mogło się przydarzyć w naszym kraju. Łysi, napakowani kolesie, machający swoimi sztywnymi głowami we wszystkie strony, tuż obok chudzielców w ortalionowych dresach, mocno odbiegających wyglądem od swoich zachodnich rówieśników. Ba - są tu nawet szalone dziewczyny, które wielu dzisiejszym internetowym surferom mogłyby spokojnie skojarzyć się ze zdjęciami ich mam sprzed lat. Tak - to zdecydowanie wyglądało jak ciągle czująca spaleniznę komunizmu Polska.


Wiele osób, śmiejąc się do rozpuku podczas oglądania "Rave Party 1997", pomyślałoby, że "w sumie fajnie byłoby spróbować takiego czegoś na własnej skórze". Ale hej - to przecież niemożliwe! Mamy XXI wiek, nikt już nie robi takiej siary w klubach! A na pewno nikt się już tak nie ubiera - no chyba, że na imprezę "faszyn from raszyn". Ale czy aby na pewno nikt?

W "Raszyn" czar końcówki XX wieku wydaje się bowiem ciągle do końca nie znikać. Ortalionowe dresy połączone z jeansowymi rurkami. Laska ogolona całkowicie na łyso. "Czapki wpierdolki" walające się po głowach wszystkich wokoło. Gumowe klapki i białe skarpetki naciągnięte wysoko na leginsy. "Ruski szampan" i wóda wlewana do arbuza. Co to takiego? RUSKIE UNDERGROUND!


Nie wiem, kim są ci ludzie. Za cholerę nie znam rosyjskiego i nie wiem, czy to całe "СКОТОБОЙНЯ より多くの愛" ma być jakąś nazwą ich ekipy w rodzaju "Sadboys" Yung Leana, czy też znaczy coś zupełnie innego. Wiem natomiast, że zachodni hipsterzy, których szczytem indywidualizmu jest noszenie takiej samej brody, jak wszyscy inni i noszenie ciuchów od tej samej firmy, co wszyscy inni, nie są przy tych tutaj zupełnie nikim wyjątkowym.

Gdy zachodni świat żyje oddaniem się smutkowi i modą na tak dziwne gatunki jak vaporwave czy seapunk, Rosjanie ruszają w zupełnie inną stronę. Mieszają to co najmocniejsze w ravie i innych hardkorowych rodzajach muzyki oraz dorzucają do tego nutkę współczesnych brzmień, tworząc ostatecznie właśnie to - ruskie underground. Lata dziewięćdziesiąte ugryzione zupełnie z innej strony, wprawiającej w jeszcze większe zdziwienie niż podobne odniesienia na Zachodzie.



I pomimo tego, że po wielu przesłuchaniach, za każdym razem podczas oglądania tych klipów na mojej twarzy pojawia się wyraz mówiący jedno wielkie "CO", to w pewien sposób... podoba mi się to "coś". Nie tylko przez swoją dziwność, ale i niesamowitą energię, której dawno nie dał mi w takim stopniu żaden inny kawałek. "Ruskie underground" to chyba nowy synonim bangera.

Gdzie więc poszukiwać dalej tego typu muzyki? Osobiście zachęcam chociażby do przesłuchania płyty "ZDES EBASHIT UNDERGROUND" autorstwa WPCWE - KLIK. A co dalej? Cóż - tu już zostawiam Wam wolną rękę i zachęcam do samodzielnego docierania na kolejne krańce muzycznych internetów. Jeśli znajdziecie coś ciekawego - podrzućcie link w komentarzach na blogu lub podeślijcie mi go na majkonmajk[at]outlook.com

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

1 komentarze:

Karbala - czy w Polsce można zrobić dobry film wojenny?


Ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że Polacy przygotowują "Karbalę". Lubię od czasu do czasu obejrzeć dobry film wojenny, a o takie w naszym kraju niestety trudno. Na dodatek kolejnych produkcji o drugiej wojnie światowej mam już dość - ich natomiast jest ostatnio tworzonych u nas najwięcej. "Karbala" zapowiadała się z kolei na miłą odskocznię od naszych filmowych batalii z hitlerowcami, podążając tam, gdzie wskazało kino amerykańskie - do Iraku.

Film Krzysztofa Łukaszewicza opowiada o jednym z najważniejszych współczesnych wydarzeń, w których epicentrum znalazła się polska armia. W roku 2004 islamscy rebelianci podjęli próbę przejęcia City Hall (po naszemu - ratusza) w mieście Karbala. Zadanie obrony tego strategicznego punktu przypadło oddziałom polskim i bułgarskim. Przez trzy noce i dni islamiści szturmowali City Hall, próbując zwyciężyć wszelkimi możliwymi sposobami...


Muszę to z siebie wyrzucić już teraz - "Karbala" naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Na bardzo późny seans szedłem ziewając co chwilę z niewyspania i zmęczenia. Obawiałem się, że moja senność może negatywnie wpłynąć na ostateczną ocenę filmu i spowodować pastwienie się nad nim w recenzji, którą teraz czytacie. "Karbala" była jednak jak kilka liści w twarz, sprzedanych przez wytrwałego żołnierza - szybko pobudziła mnie tak, że ani mi się śniło ziewać na seansie.

Pierwsza porządna akcja w filmie pojawia się bardzo szybko, pokazując nam, jakie wątki będą ciągnąć "Karbalę" poza samą obroną City Hall. Okazuje się bowiem, że jedną z głównych ról w produkcji Łukaszewicza odgrywa sanitariusz oskarżony o niewykonanie rozkazu. Wprowadza to (razem z paroma wątkami pobocznymi) bardzo szybko powiew świeżości do tematyki i udowadnia, że "Karbala" nie będzie po prostu kolejną pustą strzelaniną w środku nieznanego kraju.

Gdy jednak już dochodzi do walk - jest dobrze. Tym bardziej biorąc pod uwagę, jak mały budżet miała "Karbala". Nie ma co kłamać i mówić, że jest to poziom największych amerykańskich hitów - czasem minimalizm i cięcie kosztów rzuca się w oczy. Zasadniczo jednak - jest naprawdę dobrze. Sceny walki zdecydowanie dają radę i przykuwają wzrok do ekranu. Ma się poczucie, że nie warto odwracać wzroku od filmu, bo możemy przez to stracić część funu płynącego z akcji w nim pokazanej.


Jedyne, na co mogę bardziej ponarzekać, to sposób przedstawienia w "Karbali" islamskich rebeliantów. Nie, nie chcę tu ich w żaden sposób bronić, ale zwyczajnie w filmie pokazano ich jako szarą masę, do której trzeba strzelać "bo tak". Brakuje tu jakiegoś lepszego tła dla tego konfliktu, a nie po prostu postawienia przed sobą "tych dobrych" i "tych złych". Czułem się trochę, jakbym oglądał gameplay z jakiejś bardzo typowej gry typu tower-defense, w której powiedziane jest po prostu "broń zamku przed zbliżającymi się do niego stworami". Nieważne dlaczego - po prostu to rób.

Oczywiście, pojawiają się tu pewne mankamenty typowe dla polskiej kinematografii, jak np. drewniane od czasu do czasu aktorstwo (Królikowski powinien mieć zakaz grania w filmach), ale nie przeszkadzają one przesadnie w czerpaniu frajdy z "Karbali". To naprawdę dobrze wykorzystana historia i porządny hołd dla polskiej armii, bez patetycznego patriotyzmu, znanego z amerykańskich produkcji. Nie jest to może nasz "Helikopter w ogniu" czy inny "Hurt Locker", ale obejrzeć naprawdę warto. Takie filmy i tacy twórcy powinni dostawać porządne dofinansowanie, a nie kolejne drugowojenne koszmarki.


Polecam i już teraz czekam na kolejną "Karbalę". To nie jest film, który w jakikolwiek sposób zachwyciłby Amerykanów, ale nam, Polakom, powinien sprawić radochę. Nie dlatego, że mamy mniejsze wymagania. Po prostu miło widzieć, że zaczynamy radzić sobie także z gatunkami filmowymi, które są dla nas dość nietypowe. I to nawet wtedy, gdy jesteśmy dość mocno ograniczeni finansowo.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

7 komentarze:

Sierpień w 31 zdjęciach


Powoli zbliżamy się do końca września, dlatego pora wreszcie przypomnieć sobie, jak to było... w sierpniu. By to zrobić, pędzimy jak zwykle na Instagram, gdzie ciągle trwa moja akcja, polegająca na codziennym robieniu zdjęć do końca tego roku.

Co znajduje się na nich tym razem? Druga połowa lata to dla mnie jeszcze więcej muzycznych przeżyć na festiwalach, jeszcze więcej przeczytanych książek i jeszcze więcej chillu tuż przed pracowitym wrześniem. Od knajp i mieszkań, przez wielkie miasta, na obcowaniu z naturą kończąc. To był dobry sierpień.

Zdjęciowe podsumowania poprzednich miesięcy znajdziecie z kolei: TU (styczeń), TU (luty), TU (marzec), TU (kwiecień), TU (maj) TU (czerwiec) i TU (lipiec). Trochę rzeczy wrzucam też na Snapchat - mój nick tam to po prostu "majkonmajk".



213/365
(1/31)

Pierwszy dzień sierpnia rozpocząłem od... wspomnień sierpnia przed pięcioma laty. Odnalazłem bowiem w domowych kątach mapkę z Xbox Fun Day 2010, czyli bodajże ostatniego zlotu fanów konsol Microsoftu w Polsce. XFD było naprawdę świetną inicjatywą i niesamowicie żałuję, że z niej zrezygnowano. Jedna mapka - całe mnóstwo wspomnień. Pogrzebcie i Wy w swoich półkach, do których dawno nie zaglądaliście. Kto wie, jakie cuda tam znajdziecie?

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

214/365
(2/31)

Po ponad miesiącu przerwy wróciłem do Krakowa. W wyjątkowo mało słoneczny i pochmurny dzień, ale hej - taki klimat też pasuje do tego wyjątkowego miasta.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

215/365
(3/31)

Niefortunnie na jednym z pierwszych zdjęć w sierpniu pojawia się moja morda. Cóż jednak zrobić, gdy spędziło się pozytywny dzień, który nieźle zaważył na Twojej przyszłości? Otóż Moi Mili - nic innego, jak podnieść kciuk do góry i cieszyć się życiem.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

216/365
(4/31)

Nowy Desperados jest spoko. Nie różni się jakoś bardzo od klasycznego, ale zapamiętałem go dobrze z Open'era. Tam bowiem było to jedyne piwo lane z butelki, a nie beczki. A ja wolę złociste trunki ze szkła, po prostu.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

217/365
(5/31)

Podczas deszczowej pogody można zrobić wiele rzeczy, np. poczytać komiksy. Przy wertowaniu wirtualnych stron Avengersów czuwała przy mnie nawet oficjalna woda superbohaterów!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

218/365
(6/31)

Podobno to zdjęcie flamingów wyszło mi naprawdę nieźle. Bardzo więc dziękuję krakowskiemu zoo za wyciąganie ze mnie ukrytych gdzieś w głębinach zdolności fotograficznych.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

219/365
(7/31)

Gotowy na festiwale? Gotowy! No to niech rozpocznie się zabawa!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

220/365
(8/31)

Dla nowej płyty Doktorka Dre specjalnie zarejestrowałem się w Apple Music, czyli usłudze streamingowej od Jabłka, która ma wyłączność na ten krążek. Niestety - nie czuję zachwytu wobec "Compton", w przeciwieństwie do wielu zagranicznych dziennikarzy. Płyta jest spoko, ale liczyłem na coś więcej.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

221/365
(9/31)

No i w drogę na pierwszy festiwal w sierpniu. Na katowickim OFFie nagrałem też parę krótkich filmików z koncertów, które również znajdziecie na moim Instagramie. Wśród wideo jest między innymi kilkusekundowe ujęcie z występu Run The Jewels, czyli najlepszego show rapowego na jakim byłem. Więcej przeczytacie o nim TUTAJ.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

222/365
(10/31)

Na chwilę żegnamy i festiwale, i Kraków. Pora wrócić do domu, uzupełnić siły na kolejne wymachiwanie wszelkimi kończynami pod sceną...

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

223/365
(11/31)

Drugi sezon "True Detective" oglądałem regularnie, choć ostatecznie się na nim raczej zawiodłem. Pisałem o tym więcej TUTAJ.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

224/365
(12/31)

Od poważnych rzeczy zróbmy sobie chwilową przerwę i zarechoczmy gromko przy tym oto cudownym tekście. Kiedy kolejny koncert w Krakowie, Panie JKM?

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

225/365
(13/31)

Śmieszkowania ciąg dalszy. Tym razem można brechtać ze zdjęcia mnie sprzed jakichś 3 lat. 20 kilo ciała więcej robi różnicę, dejm.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

226/365
(14/31)

Pozostawiwszy konsolę z growym "Wiedźminem" w Krakowie, musiałem sobie znaleźć inny sposób na ponowne skoczenie z Geraltem na piwo. Dlatego też postanowiłem wreszcie zabrać się za oryginalną wersję jego przygód, czyli książki Andrzeja Sapkowskiego. W sierpniu przeczytałem pierwszą, o której pisałem TUTAJ, a gdy czytacie te słowa, ja prawdopodobnie właśnie przerzucam kartki kolejnej odsłony wiedźmińskich historii.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

227/365
(15/31)

Fritz-Kola, czyli najbardziej hipsterski napój w Polsce. W przeciwieństwie jednak do wielu hipsterów - ten trunek jest w porządku. Ostatnio szczególnie sobie upodobałem jego wersję kawową.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

228/365
(16/31)

"Wiedźmin" nie jest może tak obfity w cudowne cytaty, jak "Pieśń Lodu i Ognia", ale swoje też ma za uszami. Oto przykład.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

229/365
(17/31)

Dalej utrzymuję, że Pringlesy to najlepsze chipsy na świecie. Nawet nie próbujcie z tym handlować.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

230/365
(18/31)

Prawdopodobnie tak wygląda lampa przed domem Poison Ivy, czyli jednej z przeciwniczek Batmana. Dlaczego? Let me Google that for you!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

231/365
(19/31)

"Lato bez zdjęcia na plaży, to nie lato!" - pomyślałem, po czym wskoczyłem na rower i pojechałem nad najbliższą wodę. Może i nie jest to morze, ale zawsze coś!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

232/365
(20/31)

To żaden product placement - tak się po prostu zdarza, że ostatnio po drodze mi jakoś z Desperadosem. Szczególnie na festiwalach Alter Artu, gdzie okazuje się on być najlepszym piwem. Toteż właśnie od kubka Desperadosa rozpocząłem swoją przygodę na tegorocznym Live Festivalu w Krakowie. Przyznać jednak muszę, że lepiej z alkoholami poradził sobie katowicki OFF. Podawany tam Jägermeister z Red Bullem to ostatnio moja prawdziwa miłość.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

233/365
(21/31)

Że dawno mojej mordy nie było? No to proszę, łapcie. No, a przynajmniej jej część. Pamiętajcie przy okazji, że na moim Instagramie znajdziecie też filmiki z Live'a. Jest Kendrick!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

234/365
(22/31)

Pójście do baru z rzutkami automatycznie przybliża Cię chociaż trochę do klimatu rodem z powieści Bukowskiego. Nawet, kiedy przegrywasz.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

235/365
(23/31)

Opis tego zdjęcia, "Seasons change", może się wydawać, że tak to ujmę, "z dupy". Jednak wcale tak nie jest! Wszystko bowiem kręci się w tym przypadku wokół muzyki, a konkretniej TEGO kawałka.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

236/365
(24/31)

Zdradzę Wam już teraz, że "Fear The Walking Dead" jest moim największym serialowym zawodem tego roku. Szansę, iż to się zmieni, są niestety niewielkie...

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

237/365
(25/31)

Gdy układasz na trzeźwo puzzle z wizerunkiem Jana Pawła II, orientujesz się, że coś w Twoim życiu poszło w dziwną stronę. Trudno powiedzieć - dobrą czy złą.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

238/365
(26/31)

Znowu ładne zdjęcie, na którym głównym bohaterem jest zwierzę. Może powinienem zostać jakimś fotografem National Geographic czy coś, hm?

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

239/365
(27/31)

Podobno bohaterowie tego zdjęcia czekali, aż pojawi się ono w tym poście. Zakładam więc, że teraz czytają te słowa. W takim razie - pozdrowienia, Moi Drodzy!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

240/365
(28/31)

Halo, Panie Blogerze, a jakąś fajną książkę ma Pan do polecenia? A i owszem - mam. O "Ręce mistrza" Stephena Kinga przeczytacie więcej TUTAJ.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

241/365
(29/31)

Po średnio-kiepskich serialach, przyszła wreszcie pora na coś z drugiej strony barykady. "Narcos" jest bowiem zdecydowanie jednym z najlepszych show, jakie widziałem w tym roku! Więcej o serialowej historii Pablo Escobara, najsłynniejszego barona narkotykowego, przeczytacie o TUTAJ.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

242/365
(30/31)

Co prawda zawiodłem się na nowej płycie Weeknda i kierunku, w jakim poszła jego muzyka, ale parę fajnych rzeczy na "Beauty Behind The Madness" jednak jest. Na przykład kawałek z Laną!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

243/365
(31/31)

Sierpień kończymy grą. Grą wyjątkową, bo będącą odświeżeniem hitu sprzed prawie dziesięciu lat, który do dziś jest jednym z moich ulubionych tytułów w ogóle. Gears of War - Brothers to the End.

1 komentarze:

Czym jest amerykanistyka i dlaczego nie tym, czym myślisz?


"Już za chwilę, już za momencik" rozpoczyna się kolejny rok akademicki. Dla mnie wyjątkowo ważny, bo za parę miesięcy czeka mnie obrona licencjatu. Za mną dwa lata studiowania amerykanistyki - kierunku ciągle dość nietypowego i wzbudzającego bardzo różne emocje. Czym jednak są w ogóle te studia i czego można się na nich nauczyć? Postanowiłem wyjaśnić to dziś na blogu.

Dlaczego? Ponieważ wiele osób patrzy na amerykanistykę, widząc przed oczami jakąś dziwaczną odmianę filologii angielskiej. Spotkałem się już z całą rzeszą ludzi, którzy mówili coś w rodzaju: "O, jesteś na amerykanistyce! Czyli musisz świetnie znać angielski!". Owszem, znam dobrze angielski. Nie wiem, czy świetnie, ale na pewno na wystarczającym poziomie, by dogadać się z innymi ludźmi posługującymi się tym językiem czy oglądać filmy i seriale bez polskich napisów. Niekoniecznie jednak zawdzięczam to studiom.

Amerykanistyce bowiem w rzeczywistości o wiele bliżej do chociażby kulturoznawstwa niż kierunków filologicznych. Jedynym przedmiotem związanym z językiem są tu klasyczne zajęcia z angielskiego, jakie mają miejsce na wielu innych studiach (jeśli nie wszystkich). Cała reszta to poznawanie polityki, kultury i społeczeństwa Ameryki. Nie tylko tej Północnej, ale i Południowej.

Źródło: Flickr.com
Muszę też obalić mit z cyklu: "wszystkie zajęcia na amerykanistyce są po angielsku". Niestety, tak po prostu nie jest - przynajmniej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po angielsku na licencjacie nie ma żadnego przedmiotu podstawowego, za to co semestr do wyboru są około 2-3 fakultety, prowadzone "nie po naszemu". Jasne, fajnie mieć za profesora czarnego muzyka jazzowego ze Stanów, ale to wciąż tylko jeden przedmiot na semestr.

Wreszcie pora na kwestię, która wiele osób zainteresuje najbardziej: "czy na amerykanistyce jest fajnie?". Spotykałem się z różnym odbiorem ludzi, gdy mówiłem im, na jakich studiach jestem. Od "ale MEGA, też chcę!", po "pewnie to jakieś gówno jak europeistyka". Jakie są moje wrażenia po dwóch latach studiowania tego kierunku?

Szczerze mówiąc - jest lepiej niż myślałem. Dla mnie amerykanistyka to przede wszystkim całe zastępy nowej wiedzy, której nie poznasz nigdzie indziej. Nauka na sporą część egzaminów przynosi mi nawet coś w rodzaju frajdy, a to powinno mówić samo za siebie. Nie wiem, jak wygląda to w innych miastach (amerykanistyka poza Krakowem jest jeszcze bodaj w trzech czy czterech), ale UJ pochwalić się może kilkoma naprawdę świetnymi wykładowcami, którzy potrafią niesamowicie zainteresować tematem. W kwestii wszelkich kolokwiów i egzaminów - nie jest totalnie luźno, ale na pewno łatwiej niż na części innych kierunków. Do prawa czy medycyny nie mamy co podskakiwać, oczywiście.

Źródło: Flickr.com
Last but not least: "czy po amerykanistyce jest praca?". Przez spory czas komentowałem to tekstem: "hehe, no oczywiście, że nie". Przypominam - to studia humanistyczne, a każdy wie, jak współczesny humanista kończy. Tak, piję do Was, McDonald's i KFC. Prawda ostateczna jest jednak niczym w słynnym przysłowiu: "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz".

Wszystko zależy bowiem od Twojego podejścia. Zapewne są tacy, co po amerykanistyce wylądowali/wylądują za kasą w markecie, czy w tego typu miejscu. Jeśli jednak się postarasz i masz choć trochę "pomyślunku" w głowie - możesz sobie ułożyć naprawdę dobrą przyszłość. Dowód? Byłem ostatnio na spotkaniu w krakowskim oddziale jednej z najbogatszych firm na świecie. Poznałem sześć jej pracowniczek - dwie z nich były po amerykanistyce.

Krótko więc: "czy warto iść na amerykanistykę?". Cóż - na pewno nie będą to najlepsze i najbardziej przydatne studia na świecie, ale też (według mnie) wyprzedzają wiele innych kierunków. Jeśli już się na amerykanistykę zdecydujesz, będziesz prawdopodobnie zadowolony.

Jeśli macie jeszcze jakieś inne, bardziej szczegółowe pytania co do mojego kierunku studiów - zadawajcie je w komentarzach.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

8 komentarze: