6 pytań, na które oczekujemy odpowiedzi w szóstym sezonie The Walking Dead


Uwaga! Tekst zawiera spoilery dotyczące finału piątego sezonu "The Walking Dead" oraz poprzednich odcinków serialu!

Cóż to był za finał! Piąty sezon "The Walking Dead" co prawda trudno całościowo zaliczyć do wyżyn tego serialu, ale twórcy jak zwykle dostarczyli ekscytujący odcinek wieńczący kolejną serię przygód w świecie zombiaków. Ponad godzinny epizod finałowy to praktycznie wyłącznie najlepsze elementy tego show. Jest sporo jatki, są dramaty bohaterów, jest też parę odstrzelonych głów - nie tylko tych należących do nieumarłych. 

I - jak w to w dobrych serialach bywa - ponownie widza pozostawiono z przemyślanym cliffhangerem. To właśnie on w dużej mierze prowokuje nasz mózg do wytwarzania kolejnych pytań na temat dalszej sytuacji Ricka oraz jego "podopiecznych". 

A jakie najważniejsze pytania ja zadaję sobie w związku z kolejną serię "The Walking Dead", która przybędzie, niestety, dopiero na jesień (wcześniej, latem, pojawi się spin-off serialu, "Fear The Walking Dead")? Oto moja topowa szóstka, na której rozwiązanie czekam z największą niecierpliwością. Jak to często u mnie bywa - nie wszystko jest tu w pełni na serio. Zresztą, pozwólcie, że udowodnię Wam to już pierwszym pytaniem, jakie niesamowicie mnie nurtuje...

Czy Rick zaliczy?

Piękna blondyneczka w końcówce tego sezonu stała się chyba większym oczkiem w głowie Ricka od jego dzieci. Trudno się mu dziwić - Jessie przykuła wzrok męskiej części widowni już od swojego pierwszego pojawienia się na ekranie. I choć sprawy układały się całkiem mocno po myśli Ricka, pytanie brzmi - czy teraz aby się to nie zmieni? W końcu dość niecodziennym widokiem jest scena zabicia Twego małżonka przez Twego nowego ukochanego, prawda?


Czy Carl zaliczy?

Carl, syn Ricka, to jeden z największych pachołków kręcących się po planie "The Walking Dead". Najchętniej bym go ukatrupił już w pierwszym sezonie, ale ostatnio jest go jakby coraz mniej, co dla mnie jest rzeczą naprawdę cudowną. Mimo tego, Carl - jako już dojrzewający facet - również zaczął ostatnio polować na pewną zwinną niewiastę. Czy więc "The Walking Dead" stanie się teraz serialem o nastoletniej miłości? A może przez to zwodzące uczucie Carl skoczy z klifu i umrze? Szczerze mówiąc - liczę na tę drugą opcję.

Czy ksiądz się wreszcie ogarnie?

Ostatni odcinek sugeruje, że ojciec Gabriel wreszcie weźmie się w garść i przestanie być mazgajem większym od Carla. Tego mu życzę, bo Seth Gilliam to spoko facet (grał też między innymi w kultowym "The Wire", o którym pisałem TUTAJ) i należy mu się dłuższy pobyt w świecie "The Walking Dead". Czekam więc na jakieś zabijanie zombiaków świętym krzyżem i tego typu sprawy.

Czy babka-samuraj się wreszcie ogarnie?

Na Michonne strasznie źle wpłynął pobyt w Aleksandrii, zmieniając ją ze zgłodniałej tygrysicy w potulnego kotka. Na szczęście chyba zaczyna wracać do swojego starego świata, co sugeruje między innymi bonusowa scena w finale po napisach końcowych. Niech ta dziewczyna wreszcie wróci do wywijania kataną na wszystkie strony, bo pamiętam do dziś, jak ją ubóstwiałem, gdy jeszcze łaziła po ziemskim padole z dwoma zombiakami na łańcuchach.


Co z pobocznymi postaciami z ekipy Ricka?

Ten serial ma bardzo mocną tendencję do faworyzowania części bohaterów i zlewania pozostałych - nawet, gdy zostały one wprowadzone całkiem niedawno. Twórcy po prostu zapędzają się czasem z dodawaniem sobie nowych postaci, więc muszę je już po chwili ukatrupić. Tak stało się ostatnio np. z Bobem czy Tym Kulawym Kolesiem, Który Był Tak Krótko, Że Zapomniałem Jego Imię. A, okej, już mam - wołali na niego Noah. 

Obecnie również kilka postaci poleciało mocno na drugi plan - w szczególności chodzi o Rositę i Tarę. Co z nimi będzie? Czy z braku pomysłu twórcy po prostu pozwolą im zginąć przy okazji prawdopodobnego najazdu Wilczków na Aleksandrię? A może jednak autorzy serialu pomyślą "hej, kompletnie zapomnieliśmy o tych dwóch latynoskach!" i przywrócą je do akcji tak jak ostatnio Eugene'a po drobnej przerwie? 

Szczerze mówiąc - przesadnie mnie nie rusza ich los, ale fajnie by było wiedzieć, czy twórcy podejmą ich temat z powrotem na poważnie, będą je dalej wlekli za resztę grupy czy też po prostu ukatrupią.

Co będzie z Tajemniczym Czarnym Kolesiem?

Morgan wreszcie ponownie trafił na Ricka. Przyznać muszę - jest to koniec pewnego etapu w tym serialu, bo to wyczekiwanie na kolejne pojawienie się tego faceta było czymś, czym zawsze najbardziej się jarałem. Teraz dwaj starzy kumple znów się spotykają, z tym, że w dość nieprzyjemnych okolicznościach. W finałowej scenie tego sezonu zdecydowanie widać zdziwienie na twarzy Morgana na widok krwiożerczej bestii, w jaką przeistoczył się Rick. Czy więc nostalgiczna przeszłość wystarczy, by ta dwójka pozostała wiernymi kumplami? Mam nadzieję, że tak, bo badassowy Rick i wymachujący długim kijem Morgan (bez skojarzeń, proszę!), to duet wręcz wymarzony, jeśli chodzi o masakrację zombiaków.


A Wy - macie jakieś konkretne pytania dotyczące fabuły "The Walking Dead", na które odpowiedzi pragniecie otrzymać w szóstym sezonie tego serialu? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Starość aksolotla


Jeśli siedzicie w jakiś sposób w tematyce literackiej i czytacie niusy na jej temat, to zapewne dobrze wiecie, jak ważnym wydarzeniem było wydanie chwilę temu "Starości aksolotla". Jacek Dukaj (autor między innymi tysiącstronicowego "Lodu", recenzowanego przeze mnie TUTAJ) postawił wszystko na jedną kartę i postanowił stworzyć projekt, który miał w założeniach w naprawdę sporym stopniu różnić się od tego, co serwują nam "zwyczajne" książki. By tego dokonać, postanowił swoją nową powieść wydać wyłącznie w postaci e-booka.

Wywołało to trochę kontrowersji, bo sam spotkałem się z paroma osobami, które elektronicznych książek nie czytają, przez co "Starość aksolotla" umyka im sprzed nosa. Mimo tego, sukces książki jest niewątpliwie spory. Powieść na wyłączność przygarnęło do siebie Allegro, które zapewniło jej naprawdę niezłą promocję. Ba, "naprawdę niezłą" to nawet dość ujmujące określenie dla akcji promocyjnej "Starości aksolotola". No bo jak często reklamuje się książkę (i to wydaną tylko w e-booku!) specjalnym, świetnym klipem emitowanym w największych polskich kinach? 


Zanim jednak przejdziemy do głośno zapowiadanej rewolucji, jaką miała przynieść "Starość aksolotla", skupmy się na rzeczy podstawowej dla książki - czyli fabule. Zrządzaniem losu (albo i nie) Dukaj wstrzelił się swoją książką w okres, gdy w kinach akurat rządzi post-humanizm. Takie filmy jak "Chappie" (RECENZJA) czy "Ex Machina" (RECENZJA) ludziom się podobają i przyciągają przed ekrany wielu widzów - w tym i w Polsce. 

Polska książka jest jednak czymś odmiennym od tych popkulturowych hitów. Nie można było się przecież po Dukaju spodziewać prostej historii, prostej opowiastki na odpoczynek po męczącej pracy. Może i zaczyna się tu wszystko trochę tak leniwo i luźno, jakbyśmy mieli dostać gotowy scenariusz do gry wideo albo serialu. Szybko jednak trafiamy do świata filozofowania, rozmyślania nad człowieczeństwem i post-humanizmu podawanego nie tylko metaforycznie, ale i wprost przekazywanego przez myśli bohaterów. 

Wszystko to opiera się natomiast na ciekawej koncepcji fabuły, obmyślonej przez Dukaja. Pewnego dnia coś w rodzaju tajemniczej fali promieniowania zaczyna przedzierać się przez kulę ziemską, wybijając wszystkich ludzi jakich spotka na swej drodze. Zaczęło się od Azji, której ludność zniknęła jak za machnięciem różdżki. Reszty ludzkości nic już nie uratuje. A przynajmniej materialnej wersji homo sapiens.

Mniej więcej kilkanaście tysięcy osób postanawia bowiem podłączyć swój umysł do wirtualnego świata. Normalnie urządzenia pozwalające na taki proces służyły po prostu do rozrywki, bardziej immersywnego grania w gry i tego typu spraw. Wynalazek, który miał służyć zabawie, okazał się jednak ostatnią deską ratunku dla ludzkości. Ta niewielka gromadka homo sapiens trafia do wirtualnej przestrzeni i może zaszczepiać się w konkretnych robotach na Ziemi - od seksandroidów w Tokio, przez niemieckie mechy pomagające przy budowie, na dronach kończąc. W ten właśnie sposób próbuje podnieść się z gruzu ludzkość, której zabrano materialną formę homo sapiens. Wśród tych kilkunastu tysięcy ludzi jest Grześ - Polak, koleś od sprzętu komputerowego.


Nie tylko fabuła w tej pozycji intryguje - podobnie jest z samą koncepcją tutejszego świata. Niesamowite jest to poruszanie się ludzi w mechach, próby naśladowania tego, co robili w swych poprzednich ciałach. Oto świat, gdzie po wyginięciu jakiejkolwiek fauny, jedynymi "zwierzętami" pozostały irigochi, czyli małe, plastikowe zabawki dla dzieci, które posiadają coś na kształt własnego umysłu (choć trudno mówić o sztucznej inteligencji). No i wreszcie, to co mnie ruszało jakoś za każdym razem - komunikowanie się ludzi coraz częściej za pomocą emotikon. 

Pomimo bogactwa tego świata, Dukaj wyjątkowo konkretnie ujął tę powieść. Nie wiem nawet, czy aby nie zbyt konkretnie. Całość bowiem okazuje się być objętościowo raczej krótszą powiastką niż jakąś rasową, kilkusetstronicową powieścią. Ma to jednak niewątpliwie związek z jedną z podstawowych cech "rewolucji książkowej", jakiej "Starość aksolotla" ma być prekursorem.

Mowa o przygotowaniu naprawdę sporawej ilości przypisów. Informacje w nich zawarte miały bowiem odciążyć główną oś fabularną, pozwalając na przedstawienie jej tak, jakby opowiadano ją komuś zaznajomionemu już z tym postapokaliptycznym światem. To w przypisach znajdziemy więc informacje na temat wszelkich aliansów czy typów robotów, jakie pojawiają się w "Starości aksolotla". Nie ma w nich miejsca w głównej części książki - tam są jedynie totalne fabularne konkrety. 

Pomysł był niewątpliwie ciekawy, ale, szczerze mówiąc, czuję, iż nie do końca się on sprawdził. Pewnie, taka porcja informacji dostępna w każdej chwili jest przydatna, ale jednocześnie odrywa od głównego dania. Każde przejście do przypisów strasznie wybija z takiego czytelniczego "flow" i potrafi przerwać istotny wątek w książce. A że niełatwo zapamiętać znaczenie każdego aliansu po pierwszym jego wymienieniu w powieści, do przypisów zdarza się trafiać nawet kilka razy na stronę. To uciążliwe i dość żmudne. Szczerze mówiąc, wolałbym dostać to wszystko opakowane w pokaźną, bardziej typową powieść - czytałoby się to po prostu łatwiej. No i warto przy okazji wspomnieć, iż cała ta akcja z przypisami może spowodować wiele niewygody w przypadku czytania książki na niektórych czytnikach, np. Kindlach bez ekranu dotykowego. Dlatego też warto mimo wszystko wirtualnie wertować "Starość aksolotla" na tablecie, przy użyciu specjalnej aplikacji Allegro.


A gdzie reszta rewolucji? W dodatkowych, "pobocznych" materiałach w książce. Są więc różnorodne grafiki, stanowiące czy to swoiste rozpoczęcie rozdziału, czy też po prostu ilustrujące jakieś wydarzenie. Są ładne i przykuwają uwagę, ale powiedzmy sobie szczerze - obrazki w książce nie są niczym nadzwyczaj oryginalnym. Natomiast niespotykaną chyba nigdzie indziej opcją jest możliwość wydrukowania paru modeli mechów ze świata książki przy użyciu drukarki 3D. Gdybym takową posiadał, byłbym w siódmym niebie. A tak jest to dla mnie (i pewnie większości innych posiadaczy powieści Dukaja) po prostu ciekawostka. Może za kilka lat rzeczywiście to się zmieni.

"Starością aksolotla" zdecydowanie warto się zainteresować i sprawdzić, czym też tym razem Dukaj próbuje nas zaskoczyć. A zrobić to udaje mu się na pewno przez fabułę i kreację świata, które rzeczywiście daje radę, a i "filozofowanie" autora - wraz z post-humanistycznymi klimatami - zdecydowanie dają radę. Mimo tego, wolałbym chyba jednak wszystko to uplecione w sporawe, grube tomisko - ta opowieść po prostu na to zasługuje. Tym bardziej, że zapowiadanej rewolucji literackiej przesadnie nie ma. "Starość aksolotla" może być co prawda prekursorem do rozpoczęcia rozmyślań nad nową formą książki jako takiej, ale sama powieść Dukaja robi raczej małe kroki w stronę przewrotu w świecie literatury.

Warto więc traktować "Starość aksolotla" po prostu jako naprawdę niezłą książkę. Szczególnie dla fanów post-humanizmu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Nie mogę słuchać polskiego rapu

Dość, koniec, jedno wielkie STOP. Próbuję regularnie sprawdzać nowości z polskiego światka rapowego. Odpalam kolesi z podziemia, odpalam tracki tych, którymi jara się każdy nadwiślański nastolatek. Do niedawna coś tam nawet wrzucałem na tracklistę, potrafiłem przesłuchiwać całe płyty z radością. Ale teraz to się skończyło. I winny temu jest wyłącznie jeden koleś.


Kendrick Lamar - to na niego polscy raperzy powinni teraz nasłać seryjnego zabójcę. To on swoją nową płytą sprawił, że nadwiślański rap męczy uszy jak nigdy wcześniej. Gdy już rodzimy hip-hop nadganiał to, co dzieje się w Stanach, on obrócił wszystko do góry nogami i pokazał, że zawsze będziemy "sto lat za Murzynami".

"To Pimp A Butterfly" jest najlepszą płytą, jaką słyszałem od wielu, wielu miesięcy. Nie jest doskonała, perfekcyjna, cokolwiek - to pewne. Ale ja jeszcze z żadnym tego typu krążkiem się nie spotkałem. Nowy twór Lamara jest natomiast jednym z nielicznych materiałów muzycznych, które niebezpiecznie mocno zbliżają się do perfekcji. To już nie jest po prostu muzyka - to piękno w najczystszej postaci.

Kendrick zawstydza nie tylko polski rap, ale i większą część amerykańskiego. Gdy ciągle wielu liczy na to, że można robić naprawdę świetne rzeczy w hip-hopie posługując się monotonnym bitem i niezmienną nawijką, Lamar ustawia ich wszystkich w szeregu. Podchodzi do boomboxa, puszcza im swój najnowszy krążek i patrzy na ich zszokowanie oraz łzy cieknące po policzkach. 

"Odpicować motylka" jest niesamowitą esencją i podsumowaniem twórczości czarnej Ameryki. Tego krążka słucha się dla takich niesamowitych kompozycji jak kawałek "u" - pełnych różnorodnego instrumentarium, niesamowitych emocji i takiego wczucia Lamara, że szczena opada. Każdy saksofon, każdy gitarowy riff, każda nieregularna partia perkusyjna nieustannie sprawiają u mnie apogeum radości i muzycznego spełnienia. Ale gdy trzeba, Kendrick potrafi zmienić zasady gry także na zdecydowanie bardziej klasycznych bitach, dodając im mimo wszystko sporej świeżości.


Lamar bardzo rozsądnie trzyma się z daleka od niuskulowych trendów, czerpiąc z nich bardzo mało. Zamiast tego robi coś świeższego od jakichkolwiek bangerów czy trapowych hitów, jakimi uraczyli nas raperzy w ostatnich latach. Wyciąga klasykę i robi ją po swojemu - tak, jak nie dałby rady tego zrobić nikt inny. 

No i wreszcie - teksty. Od zabawnych, po ciężkie i mocne. Od podsumowań świata czarnej Ameryki, po własny, liryczyny ekshibicjonizm. W Polsce trwa od pewnego czasu moda na hejtowanie wprowadzania jakiegokolwiek "przekazu" do rapu. Ja też za tym nie przepadam, ale tylko dlatego, że u nas robi się to wszystko z jakimś absurdalnym patosem i populizmem. Kendrick natomiast niesie przesłanie podane w tak genialny sposób, że te jego mądrości wypija się jednym haustem.

I można by te rozważania o "To Pimp A Butterfly" ciągnąć wręcz nieskończenie długo. Rozważać pojedyncze kawałki i wersy, jakby czytało się muzyczną Biblię Afro Amerykanów. Zamiast tego wolę jednak ponownie odpalić tę płytę i jeszcze raz poczuć tę jej niesamowitość. 

Nie ma w związku z tym krążkiem żadnego przereklamowania, wszelki hype jest jak najbardziej uzasadniony. Aż boję się, co też Kendrick przyniesie następnym razem. Bo na tę chwilę potwierdził jedynie, że jest najlepszym raperem w historii i dostarczył płytę-klasyk, o której kiedyś będzie się mówiło jak o "Illmaticu", "All Eyez On Me" czy "Enter The Wu-Tang". Albo i nawet jeszcze lepiej.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

11 komentarze:

Ex Machina

Kino od początku swego istnienia pokazywało w jakiś sposób nastroje społeczne - to, czego ludzkość pragnie. I przez to właśnie science fiction było zawsze rzeczą tak rozchwytywaną, oglądaną przez ludzi, którzy marzyli o świecie, jaki pozornie mają na wyciągnięcie ręki. Mam wrażenie, że w ostatnich latach zniknęło trochę z kina podróżowanie w kosmosie. Nie ma aż tak dużo dalekich planet, nie ma kinematograficznego wieszczenia, że za chwilę my również, w świecie rzeczywistym, wzniesiemy się w powietrze i spotkamy kosmitów.

I marzec podkreślił ideę, której tak bardzo teraz pragniemy - którą teraz (jak nam się wydaje) mamy na wyciągnięcie ręki. Zanim wyruszymy w kosmos, stworzymy sztuczną inteligencję. Damy maszynom uczucia, damy im szansę stania się kimś więcej niż ludzie. Po "Chappiem" (recenzja TUTAJ) wieszczem wymarzonej przyszłości okazuje się być "Ex Machina".


Programista amerykańskiej firmy informatycznej, Caleb (Domnhall Gleeson, "Frank") trafia do tajemniczego, schowanego w środku dziczy kompleksu, zajmowanego przez jego szefa (Oscar Isaac, "Inside Llewyn Davis"). Tam chłopak dowiaduje się, że budynek powstał z myślą o opracowaniu pierwszego w historii robota posiadającego sztuczną inteligencję. Androidem okazuje się być stylizowana na kobietę Ava (Alicia Vikander), zamknięta w ogrodzonym pancernymi szybami pomieszczeniu. Caleb zaczyna przeprowadzać z nią rozmowy, mające udowodnić, że android rzeczywiście posiada prawdziwą sztuczną inteligencję.

Science fiction w "Ex Machinie" to jednak coś innego niż to, do czego przyzwyczajony jest współczesny widz. To nie kosmiczne wojny ze "Star Wars", to nie robocie porachunki z "Chappiego", to wreszcie nie efektowny koniec ludzkości z "Interstellar". "Ex Machina" jest jakby przyszłością na wyciągnięcie ręki, filmem o rzeczach, które rzeczywiście mogą się teraz gdzieś dziać. Spokojnym, przemyślanym, przypominającym naszą rzeczywistość, do której dorzucono po prostu historię sztucznej inteligencji. W taki sposób, jakby to wszystko miało miejsce naprawdę. 

"Ex Machina" ukrywa "fiction" w określeniu "science fiction". Ale nie przytula się również przesadnie do pierwszej części nazwy gatunku. To nie jest filmowy esej dla naukowców, pełen naukowego żargonu i mówienia o nauce w ogóle. Więcej tu zdecydowanie pewnego rodzaju filozofowania, kilku różnych przesłań mających złapać widza za gardło. I to się "Ex Machinie" udaje - bez poetyzowania, bez tony metafor. Przykłada widzowi rozwiązania na wyciągnięcie ręki, robiąc to jednak w naprawdę mocny sposób. Po ostatniej scenie trudno tak po prostu wstać z kinowego fotela i ruszyć znów do rzeczywistości.

Futurystyczny minimalizm - to jeszcze jedna rzecz, która jest świetnym określeniem tego, co dzieje się w tym filmie. "Ex Machina" idealnie oddaje najbardziej współczesne przemyślenia na temat najbliższej przyszłości. Ascetyczne wyposażenie budynków, sporo przestrzeni, okna zamiast ścian. Miejscówka w filmie dobrana została naprawdę idealnie i będzie przesmacznym kąskiem dla fanów takich klimatów.

Podobnie jest z muzyką, która mi tak niesamowicie przypadła do gustu, że po wyjściu z kina od razu odpaliłem soundtrack z filmu. Basy, minimalizm linii melodycznej, nowoczesność (a może raczej "futuryzm"?). Ja tego typu soundtracki wręcz ubóstwiam, czuję więc, że OST z "Ex Machiny" na dłużej zagości w moich słuchawkach i nieraz będę przy jego dźwiękach zasypiał. 

Daleki jestem od uznania tego filmu za "geniusz", co już teraz z jakichś powodów robi całkiem spora część internautów. Ale "Ex Machina" ma w sobie "to coś" - jest takim filmem, który zrobi wrażenie chyba naprawdę na każdym. Nie jest idealny i miałem ze dwa czy trzy razy podczas seansu w głowie myśl, że coś mi tu nie do końca gra, coś nie jest zrobione tak, jak ja bym sobie tego życzył. Nie mogłem jednak dojść do tego, o co chodziło, bo patrzyłem cały czas w ekran i byłem wkręcony w scenariusz tak bardzo, iż nie miałem nawet kiedy spojrzeć na zegarek. A tu nagle: boom - koniec filmu. Naprawdę dobrego filmu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Bezcelowe surfowanie po sieci nie jest takie złe

Kiedyś już opowiadałem Wam, jak to zmieniłem się z totalnego lenia w lenistwa prześmiewcę. Pomimo upływu czasu, ciągle w swym założeniu pozostaję i staram się jak najwięcej w życiu robić, a jak najmniej opieprzać. Zawsze próbuję znaleźć sobie coś do roboty, nawet jeśli ma to być pochłanianie kultury w rodzaju oglądania filmu, czytania książki czy grania w gry. Wiem bowiem, że w ostatecznym rachunku to mi się może naprawdę bardzo przydać.

Zdarzają się jednak chwile, gdy nawet ja muszę odpocząć od robienia czegokolwiek. Nie potrafię jednak też zwyczajnie rzucić się na łóżko i przeleżeć pół godziny patrząc w sufit. To mnie nie relaksuje, a raczej wkurza. W takim momencie trafiam do miejsca, gdzie mogę odrzucić wszystkie troski na bok - do internetu.

I zaczynam ponownie zgłębiać świat pełen śmiesznych filmików, memów, artykułów o pierdołach i głupich użyszkodników sieci. Wiele osób nazwie to pewnie totalnie bezcelową czynnością. Cóż, pewnie zdarzyło się, że i ja to tak nazwałem. Ale wiecie co? Takie bezcelowe surfowanie po sieci wcale nie jest takie złe!

Do pisania postów na bloga często inspiruje mnie tocząca się wokół rzeczywistość. Jadę tramwajem i widzę coś dziwnego - jest pomysł na wpis. Idę przez miasto i natrafiam na śmiesznego człowieka - jest pomysł na wpis. Rozmawiam ze znajomymi i schodzimy na ciekawy temat - jest pomysł na wpis. Ale hej - jest też przecież internet!

Nie potrafiłbym zliczyć, ileż to tematów do postów powstało dzięki sieci. Ile razy natrafiłem jakiś artykuł, który sprowokował mnie do stworzenia blogowej odpowiedzi? Ile razy wystarczył filmik w sieci, bym otrzymał fantastyczny temat? Ile dał mi sam Facebook i jego użytkownicy, często zatrważający mnie swą głupotą? No nie da się tego zliczyć!

Ale wcale nie musisz być blogerem, by takie surfowanie po sieci dało Ci coś fajnego. Przecież znaleziony na YouTube filmik może Cię rozśmieszyć do łez, powodując poprawę złego samopoczucia w deszczowy dzień. Możesz natrafić na artykuł, który zmotywuje Cię do zrobienia czegoś naprawdę fajnego ze swoim życiem. No i oczywiście możesz także znaleźć mega promocję na grę/film/książkę/płytę CD/whatever, po skorzystaniu z której będziesz czuł się, jakbyś właśnie oszukał system i zaoszczędził miliony.

Pewnie - jest jeszcze wiele innych rzeczy, powodujących, że bezcelowe siedzenie w sieci ma jakiś tam sens. Zwykle co prawda warto zrobić coś innego, przynoszącego dla nas większy zysk, ale należy też zrozumieć, że nie ma co całkowicie bronić się przed takim zwyczajnym surfowaniem po świecie internetu. Nie jest to może najlepsze wykorzystanie czasu, ale też i zdecydowanie nie najgorsze!

Tym samym pędzę teraz na stronę ze śmiesznymi obrazkami, które rozbawią mnie do łez. Nie mam już dziś sił na robienie czegokolwiek innego.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Shane Carruth i najdziwniejsze filmy świata


Określenie "najdziwniejszy film świata" to niebezpieczny termin. Wiele tworów otrzymuje taki tytuł od widzów, wiele kłótni może z takich sytuacji wyniknąć. Wśród filmów-dziwadeł znajdują się również dwie produkcje Shane'a Carrutha - reżysera znanego tak naprawdę tylko wybranym, reprezentanta istnej awangardy kinematograficznej, którego nie każdy potrafi zrozumieć. Czy są to najdziwniejsze produkcje w dziejach kina? Pewnie nie, choć wiele osób je takim określeniem tytułuje. Ale do "normalnych" twory Carrutha na pewno nie należą.

Czterdziestoletni Amerykanin stworzył w swojej karierze raptem dwa filmy, których premiery dzieli prawie dziesięć lat różnicy. Oba wydają się być jednak dopracowane do perfekcji, oba są tworami docenianymi przez gromady swoistych "filmowych hipsterów". I ja się dałem złapać w sieć jego twórczości. Zupełnie przypadkiem, po długim wahaniu, obejrzałem filmy Shane'a Carrutha. Wśród myśli, które kołatały mi po seansach, była jedna, najbardziej istotna w tym momencie - stwierdziłem, że po prostu muszę o tym facecie napisać na łamach bloga.

Oba filmy Carrutha mają jedną, niesamowicie ważną cechę - przykuwają do ekranu. W jakiś irracjonalny czasem sposób każą trzymać widzowi oczy wpatrzone non stop w telewizor czy monitor. Chociaż nie ma tu pościgów i wybuchów, a akcja całości toczy się dość spokojnie, co dla wielu może być rzeczą skreślającą twórczość Shane'a. A jest to błąd niewybaczalny. Bo każdy z dwóch filmów Carrutha w jakiś sposób uwodzi - choć każdy w zupełnie inny sposób.

Wszystko zaczęło się od "Primera" - filmu sci-fi stworzonego za siedem tysięcy dolarów. W branży filmowej to jest tak naprawdę nic. Dałoby się zrobić za to film amatorski, który można by pokazać kilku znajomym. Ale z "Primerem" sytuacja wygląda zgoła inaczej. To twór, który nazywa się "genialnym", "niesamowitym", "najlepszym filmem sci-fi". I jest wiele podstaw, by z tymi opiniami się zgodzić.


W "Primerze" dwójka kumpli zajmuje swój wolny czas tworzeniem nietypowego wynalazku w garażu jednego z nich. Każda kolejna minuta filmu przyynosi nowe informacje na temat właściwości ich projektu, które z każdym dniem zaskakują coraz bardziej samych bohaterów. Jak się ostatecznie okazuje - przez przypadek stają się oni twórcami wehikułu czasu. 

Brzmi dość banalnie, prawda? Problem tkwi w tym, że to nie jest żaden mainstreamowy hit o podróżach w czasie. Druga połowa około 80-minutowego filmowego to materiał, w którym nie da się połapać od razu. Wszelkie manipulacje czasem doprowadzają do powstania aż DZIEWIĘCIU osobnych linii czasowych, których kolejność została dokładnie rozpisana przez fanów tworu Shane'a Carrutha i wypuszczona pod postacią specjalnych grafik do sieci (np. TEJ). Całą akcję filmu ogląda się naprawdę niesamowicie, pomimo tego, że nie wszystko da się z niej zrozumieć od razu.

Film Carrutha został doceniony również na ubóstwianym przeze mnie Sundance Festival, otrzymując jego główną nagrodę. Nie dziwi więc fakt, że powrót Shane'a w roku 2013 również brany był pod uwagę do otrzymania tego wyróżnienia. Niestety, nie udało się, ale "Upstream Color" ponownie zdobyło sobie rzeszę fanów, którzy z wypiekami na twarzy rozpisywali się o nim na forach. I nie sposób im się dziwić, bo powrót Carrutha to rzecz o wiele dziwniejsza od jego debiutu.


Powiedzieć ot tak, o czym jest ten film, to masakrycznie trudne zadanie. Wszystko zaczyna się od kobiety porwanej przez tajemniczego mężczyznę. Wprowadza on do jej organizmu insekta, pozwalającego na pełną kontrolę osoby, w której się tenże robak znajduje. Zamroczona bohaterka zostaje wykorzystana do wyciągnięcia swoich pieniędzy z banku i oddania ich nietypowemu złodziejowi. Po wszystkim budzi się pozbawiona wiedzy o tym, co robiła przez czas, gdy jej ciałem tak naprawdę sterował ktoś zupełnie obcy. A dalej jest... Cóż, to już trzeba odkryć samemu. Ale uwierzcie mi - wszystko robi się naprawdę cholernie dziwne.

"Upstream Color" to jedna wielka metafora, której za żadne skarby nie da się wziąć dosłownie. To historia tak niesamowita, że właściwie trudno czasem stwierdzić, czy Carruth jest człowiekiem o zdrowych zmysłach albo chociaż w pełni trzeźwym podczas tworzenia swoich produkcji. Fabułę "Primera" jeszcze dało się normalnie wymyślić - w przypadku "Upstream Color" nie widzę takiej możliwości.

Jakiekolwiek słowa padają w tym filmie może przez 1/10 jego trwania - a i tak nie da się oderwać wzroku od ekranu. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że nad procesem powstawania "Upstream Color" pracowali hipnotyzerzy, ani trochę by mnie to nie zdziwiło. Ja ciągle gapiłem się na ten film wybałuszonymi oczyma i próbowałem poskładać jakoś to, co oglądam. Po seansie ślęczałem przed komputerem i czytałem różnorodne interpretacje całości w sieci. Tych dobrze opisanych jest kilka i - co najlepsze - każda ma spora sensu. 


Ja się ciągle jaram - oboma filmami Carrutha i samą postacią ich twórcy. On to wszystko wyreżyserował, napisał do tego scenariusze, stworzył FENOMENALNĄ muzykę, a przy okazji zagrał główne role w obu produkcjach. To najprawdopodobniej jeden z najpełniejszych twórców kina w historii, swoisty człowiek renasansu. Na jego powrót po "Primerze" czekaliśmy prawie dziesięć lat - po ilu otrzymamy następcę "Upstream Color"? Nie wiadomo. Ja jednak jestem już pewien, że będę śledził wszelkie informacje o tym, co też Carruth dłubie w swoim własnym garażu.

"Primer" i "Upstream Color" to zdecydowanie nie są filmy dla każdego. Ale mają w sobie magię, którą sporą część osób mogą zaczarować równie mocno jak mnie. Warto sprawdzić samemu, czy należy się do tego swoistego grona "kinomaniaków-wybrańców".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.

2 komentarze:

Najlepszy dopalacz w historii ludzkości

Wybiegam z parkowej uliczki i kieruję się w stronę ulicy. Przy pasach drogowych widzę migoczące zielone światło. Przyspieszam, by zdążyć przed zapaleniem się czerwonego. Udaje mi się. Tuż obok mam jednak kolejne przejście dla pieszych, przy którym już muszę chwilę poczekać. Nie lubię podczas biegania stawać w miejscu, toteż lekko przeskakuję co chwilę z nogi na nogę, by nie pozwolić sobie na odpoczynek. 

Obok mnie stoi około trzydziesto/czterdziestoletni mężczyzna. Też postanowił pobiegać w zimową, wyjątkowo mroźną noc. Czekał cierpliwie przed czerwonym światłem, jeszcze zanim ja wybiegłem z parku. Mi podczas biegania takiej cierpliwości brakuje. Po kilku podskokach rozglądam się po jezdni i ruszam przed siebie w blasku czerwonego światła. Zmienia się na zielone po moim pierwszym ruchu. Mam wyczucie.

Biegnę przed siebie, zastanawiając się, czy mężczyzna spotkany przy pasach będzie chciał mnie gonić. Trochę się wzdrygam ze strachu, gdy pojawia się nagle obok mnie. Pędzi spokojnie do przodu, chyba nie do końca się spodziewając, że podejmę wyzwanie. Paroma dłuższymi skokami wyprzedzam go i zostawiam w tyle. Po chwili ponownie pojawia się obok mnie. Widzę przed sobą kolejne migoczące światła uliczne. "Dodaję gazu" i ponownie go wyprzedzam. Sytuacja powtarza się jeszcze raz, wtedy ja jednak wykrzesuję z siebie maksimum siły i zostawiam rywala daleko w tyle. To była dobra walka.

Przyznaję bez bicia - uwielbiam wyprzedzać innych biegaczy. Gdy widzę kogoś w oddali, za cel wyznaczam sobie prześcignięcie go. Przyspieszam i robię to, co chciałem. Nigdy nie daję się wyprzedzić. Nawet, jeśli ktoś podejmuje rzuconą przeze mnie rękawice i próbuje mnie dogonić, szybko orientuje się, że dla zwycięstwa potrafię wykrzesać z siebie maksimum.

Rywalizacja to jedna z najlepszych rzeczy, jakie zdarzyły się człowiekowi. Nie da się być kimś naprawdę wybitnym, jeśli za cel nie postawi się sobie być lepszym od innych. Ale chodzi tu też o coś bardziej prozaicznego. Rywalizacja to najlepszy dostawca adrenaliny i co za tym idzie - funu.

To uczucie, gdy wyprzedzasz innego biegacza. To uczucie, gdy wygrywasz szkolny, niby nic nieznaczący konkurs. To uczucie, gdy dostajesz najlepszą ocenę w klasie. To uczucie, gdy masz najlepszy wynik w firmie. To uczucie, gdy wygrywasz głupią, szkolną bójkę. To uczucie, gdy podczas amatorskiego treningu bokserskiego wreszcie kładziesz przeciwnika na łopatki. To uczucie, gdy z kumplami z podwórka wygrywacie w nogę przeciwko ekipie z innej dzielnicy. Po prostu - to uczucie, gdy akurat masz możliwość być lepszym od innych. Radość, uśmiech, gest zwycięstwa.

Więc pościgajmy się. Na trasach i w życiu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

7 komentarze:

Fejz, syn Magika

622 430 - gdy piszę te słowa, tyle wyświetleń na YouTube ma jeden z dwóch nowych kawałków niejakiego Fejza, "Na co liczę". Mnie te liczby przerażają, przeraża mnie również liczba plusów pod tym trackiem i liczba komentarzy propsujących to, co tworzy młody raper. Powiedzmy sobie szczerze - takiej popularności nie byłoby nigdy, gdyby nie fakt, że Fejz jest synem Piotra Łuszcza, czyli słynnego Magika z Kalibra 44 i Paktofoniki.


Ale ja naprawdę mam gdzieś to, że rodzicem nastolatka jest właśnie on. Nie lubię muzyki Magika, nie kręci mnie przesadnie jego historia, ale wpływ tego człowieka na polski hip-hop jest ewidentny. Przestańmy jednak na chwilę kręcić karuzelą Paktofoniki tuż przy sprawie Fejza. Chociaż na chwilę spójrzmy na to wszystko rozsądnym okiem.

Już teraz w sieci pojawia się tona komentarzy, sugerujących, że ludzie minusują kawałki Fejza tylko z tego powodu, iż jest on synem Magika. Oczywiście - są na pewno i tacy, co robią to właśnie dlatego. Powiedzmy sobie jednak wprost - tu chodzi w większości o coś zupełnie innego. Twórczość nastolatka jest zwyczajnie tragiczna.

Nie wyobrażam sobie, że ktoś puszcza to w słuchawkach jak najbardziej na serio i z przejęciem. Kawałka "Na co liczę" słuchałem już zdecydowanie więcej razy niż powinienem. Próbowałem to zrobić także przed chwilą, by na świeżo przelać emocje na wirtualne skrawki papieru. I powiem wprost - ja przy tym tracku nie potrafię zrobić nic innego, jak po prostu się śmiać. Wybuchać śmiechem, patrzeć z politowaniem i zastanawiać się, jak to możliwe, że komukolwiek się to podoba.

To nie jest kopiowanie Magika, to nie jest naśladowanie go. "Na co liczę" brzmi raczej, jakby internetowy troll postanowił zrobić parodię "Plus i minus". Nawet, jeśli ten tekst zawiera w sobie cokolwiek sensownego, to przysłuchać się mu nie da. Bo gdy wjeżdża refren, brzmiący jak zawodzenie Tarzana w dżungli, ja już leżę na ziemi, tarzając się ze śmiechu. 

Bardzo nie lubię, gdy ludzie wmawiają młodym ludziom "nie przejmuj się negatywnymi komentarzami, rób dalej swoje". Hejty to największy problem internetu, ale nawet z takiej bezproduktywnej krytyki można wyciągnąć pewien sygnał. Wśród tony żartów w rodzaju "FEJZ SKOCZ PO PIWO XDDD" można bowiem znaleźć po prostu teksty mówiące: "to jest słabe". 

Gdyby wyrzucić wszelkie komentarze nawiązujące do Magika, może Fejz zorientowałby się, że to, co robi, stoi na niesamowicie niskim poziomie. Wywalić nie tylko te negatywne komentarze, ale też idiotyczne poklepywanie po plecach, w którym nieustannie przewija się temat ojca nastolatka. Wytyka się komentatorom klipu, że hejtują go tylko z zasady, tylko dlatego, że jest synem Piotra Łuszcza. Ale dokładnie tak samo jest z propsami - w każdym z nich przewija się nawiązanie do Magika. 

Fejzowi prawdopodobnie nigdy nie uda się odciąć od tych porównań, co zdecydowanie nie jest dobrą rzeczą. Artystę (czy w ogóle jakiegokolwiek człowieka) powinno oceniać się nie po tym, co robili jego rodzice, a po tym, co sam tworzy. Usuwając więc temat Magika, twórczość Fejza pozostaje mi jeszcze raz skomentować jednym, prostym słowem: tragedia. Sorry, chłopaku.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.

10 komentarze:

Morfina

Warszawa, rok 1939. Polska stolica właśnie zajęta została przez Niemców, wprowadzono godzinę policyjną, życie kulturalne sprowadzono praktycznie do minimum. W takim świecie można by zrobić standardową opowieść o trudzie wojny, o konspiracji, o partyzantce, ludziach oddanych wyłącznie ojczyźnie. Ale można też zrobić coś o wiele bardziej oryginalnego - opowieść o prawdziwym człowieku.

Konstanty Willeman to człowiek - jak się zdaje - znany w Warszawie "ot tak". Nie jest literatem, nie wychodzi mu przesadnie rysowanie. Mimo tego, jest rozpoznawany wśród warszawskiej bohemy. Wpada do najsłynniejszych kawiarni w stolicy, kiwa głową do najważniejszych w nich postaci. Wie, gdzie dobrze zjeść, wie, gdzie dobrze wypić.

Oficer rezerwy, jeszcze jakiś miesiąc temu walczył w pułku ułanów - dopóki polska armia formalnie nie przegrała. Ma żonę i dziecko, ale nie stroni od innych kobiet. Jest morfinistą i daleko mu do wielkiego patriotyzmu. Za ojczyznę umarłby dlatego, że tego się od niego oczekuje, a nie z powodu własnego oddania Polsce.

Kostek to także człowiek trochę zagubiony w swojej tożsamości. Jego matka, choć wychowywana w niemieckim duchu, wybiera polskość, której kurczowo trzyma się i wpaja ją swemu synowi. Jest silną kobietą, zniewalającą ojca głównego bohatera, Baldura von Strachwitza, również mającego spory wpływ na życie Konstantego. Ten ostatni potrafi więc nie tylko posługiwać się dobrze językiem polskim, ale i swobodnie włada wiedeńsko akcentowanym niemieckim, co w okupowanej w Warszawie jest rzeczą więcej niż przydatną. 

W "Morfinie" uderza to, jak jej autor, Szczepan Twardoch, połączył świat, w którym umiejscowiona jest akcja, z samą fabułą powieści. Ani nie jest to opowieść stricte wojenna, ani też nie jest to zwykła obyczajówka, dla której okupowana stolica bywa jedynie tłem. Czas wojny i przygody Konstantego istnieją w idealnej wręcz symbiozie, są praktycznie nierozłączne. To opowieść o człowieku, którą jednak trudno byłoby przełożyć na historię mającą miejsce w innym momencie. Z czasów okupacji Twardoch wyciąga bowiem wszystkie jej unikalne cechy, wpływające w istotny sposób na życie bohaterów.

Sama postać Kostka jest zresztą jedną z najlepszych rzeczy w "Morfinie". Mamy do czynienia z człowiekiem trochę zagubionym w świecie, zagubionym w tym, czego wymaga od niego ten świat. Często jego odwaga musi walczyć z ogromną liczbą wątpliwości, a sporym problemem okazuje się także dostosowanie się przez Willemana do typowego schematu mężczyzny-patrioty w czasach wojny. Kostek podejmuje się wielu ról - od rozkapryszonego chłopca, przez człowieka mającego oddać życie za swój kraj, na "zwyczajnym", odpowiedzialnym mężu kończąc. "Morfina" to sprawdzenie, czy w którymkolwiek z tych schematów uda się Konstantemu odnaleźć i zwyciężyć.

To wejście w głąb myśli Kostka, tej jego walki z samym sobą, potęguje również narracja. Opiera się ona na dodaniu do powieści tajemniczej siły, swoistego wewnętrznego, drugiego głosu w dyskusji. I to właśnie ta narracja w chyba największej mierze sprawia, że "Morfina" jest powieścią tak oryginalną. Twardoch drąży w miejscach, których potencjał nie do końca został jeszcze wykorzystany, stając w opozycji do wielu popowych książek polskich, a mimo tego zdobywając uznanie literackiego mainstreamu.

Przyczepić mogę się zasadniczo jedynie do dwóch kwestii technicznych. Po pierwsze - rozdziały wydawały mi się za długie. Ja strasznie nie lubię odkładać książki w środku chapteru, ale w tym przypadku wiele razy byłem do tego zmuszony. "Morfiny" nie czyta się wcale tak trudno, dlatego można spokojnie wertować ją w drodze do pracy czy do szkoły, trzeba się jednak wtedy liczyć z tym, że w ciągu piętnastominutowej trasy nie ma co mówić o przeczytaniu choćby połowy rozdziału.

Druga kwestia stanowi natomiast problem dla fanów e-booków. W "Morfinie" pojawia się bowiem trochę dialogów po niemiecku. Nie mogę się pochwalić przesadnie dużą znajomością języka, ale do samego pomysłu wplecenia takich motywów w książce nie mam ani trochę obiekcji. Problemem jest natomiast fakt, że w wersji e-bookowej wszystkie tłumaczenia tych dialogów umieszczone są dopiero w przypisach. I tak trzeba się czasem kilka razy na parę stron przełączać między główną częścią książki a przypisami właśnie. To denerwuje i odwraca uwagę od samej fabuły. A wystarczyło przecież wrzucić tłumaczenia choćby do nawiasów w środku tekstu.

Te dwie uwagi nie zmieniają jednak faktu, że "Morfina" jest książką naprawdę bardzo dobrą i godną uwagi. Nie dziwi więc fakt, iż to właśnie ten tytuł przyniósł Twardochowi ogromną popularność. To książka, która spodoba się zarówno fanom dobrej, bardziej ambitnej literatury, jak i trochę takim bardziej niedzielnym czytelnikom, do tej pory kręcącym się w bardziej mainstreamowej otoczce. 

Zdecydowanie polecam.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Muzyka, która każe zabijać


Jeśli istnieje jakakolwiek muzyka, po której usłyszeniu niektóre osoby chore psychicznie rzeczywiście miałyby ochotę wziąć nóż i zadźgać znajdujących się w pobliżu ludzi, to mowa właśnie o twórczości zespołu, który dziś przejmuje MajkOnMajk. Muzyka, klipy, cała otoczka - to wszystko każe Ci wstać z łóżka i przywalić komuś prosto w mordę. Każe Ci dyszeć w rytm morderczych basów, wybałuszać oczy i zaciskać pięści.

Jak większość z nas, nie jestem człowiekiem, który przesadnie lubi, gdy krytykuje się faworyzowane przez niego zespoły. Nie, że kłócę się z ludźmi o ich gust, ale jakiś zgrzyt w głowie mi się pojawia. Nie występuje on jednak, gdy ludzie mówią: "Death Grips mi się nie podoba". Bo się może nie podobać. To po prostu zdecydowanie nie jest muzyka dla każdego.



Death Grips to trzech kolesi, z czego dwóch odpowiedzialnych jest za rozpieprzającą membrany warstwę instrumentalną. Zach Hill wyciąga z perkusji to, czego nie zdołałby zrobić nikt normalny, a Andy Morin zajmuje się wszystkim innym, czyli tymi szalonymi dźwiękami wkręcającymi się w głowę. Gdy słyszą ich inni muzycy świata, prawdopodobnie stwierdzają, że jednak za mało ćpają, a organizm ludzki może przyjąć więcej narkotyków niż sądzili.

Najbardziej ikoniczną postacią tria jest jednak Stefan Burnett, znany szerzej pod pseudonimem MC Ride. Człek ten jest jednym z najważniejszych bohaterów memów wśród społeczności słuchającej najbardziej undergroundowej muzyki, jaką tylko możecie sobie wyobrazić. Trudno się jednak temu dziwić, MC Ride ma bowiem bardzo konkretną rzecz do robienia w Death Grips - musi wyrykiwać napisane teksty. Yup, dobrze czytacie - to nie jest śpiewanie, to nie jest rapowanie. To jest ryczenie.



"Experimental hip-hop" - takie określenie tego, co wykonuje Death Grips, najczęściej znajdziecie w sieci. Jeśli jednak to jeszcze w ogóle jest rap, to zdecydowanie jego najbardziej eksperymentalna forma, jaką ktokolwiek wymyślił. Są i tacy, co to starają się ekipę MC Ride'a wrzucić bardziej pod ciężkie brzmienia - i to można jednak włożyć między bajki. Death Grips to Death Grips - po prostu. Prawdopodobnie nie ma takich jak oni w całym muzycznym światku.

Oczywiście - można doszukiwać się podobieństw do jakichś innych zespołów, są one jednak bardzo ogólnikowe i ciągle daleko im do tego, co reprezentuje DG. Mi jako pierwsze na myśl przychodzi Crystal Castles, ale nawet oni są w jakiś sposób bardziej "przebojowi". Wiele osób mówi również, że Kanye West tak naprawdę zerżnął pomysł na "Yeezusa" od ekipy MC Ride'a. To porównanie jest oczywiście absurdalne, bo ostatni krążek Yeezy'ego może i jest mroczny oraz eksperymentalny, ale przy Death Grips to ciągle po prostu zbiór kołysanek.



Część z Was po przesłuchaniu kawałków od DG, które wrzuciłem w tym poście, może się zastanawiać, czy ja aby nie robię sobie beki, czy ktoś naprawdę lubi słuchać "murzyna ryczącego do jakiegoś pierdzenia". Odpowiadam więc: nie, nie robię sobie beki i tak, to się naprawdę może podobać. Najsłynniejszy chyba album grupy, "The Money Store", zgarnął między innymi dziewiąte miejsce w rankingu najlepszych płyt roku 2012 wg serwisu Pitchfork (dodam, że na pierwszej pozycji znalazł się Kendrick Lamar, a na drugiej Frank Ocean), a średnia ocen wszystkich krążków Death Grips wynosi na portalu Metacritic 76/100.

Co jest takiego przyciągającego w tej dziwnej, mocno eksperymentalnej muzyce? Trudno powiedzieć. Mnie naprawdę nie rusza sam fakt, że to są totalnie dziwaczne i popieprzone rzeczy. Mi się to serio podoba, serio lubię posłuchać tej muzyki idąc przez miasto, siedząc w tramwaju czy relaksując się w domu. I nie jestem wcale jedyny - fejsbukowy fanpage Death Grips zebrał prawie dwieście tysięcy lajków.

Nie piszę jednak o MC Ride i jego dwójce muzyków bez powodu. Chłopaki wracają po rzekomym rozpadzie i wydają na dniach dwupłytowy album. Parę dni temu wyciekł on jednak do sieci, przez co Death Grips udostępniło na YouTube oficjalny stream drugiej części wydawnictwa - "Jenny Death". Całość jest naprawdę niesamowicie soczysta i możecie jej posłuchać TUTAJ

Niech MC Ride będzie z Wami.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej

3 komentarze:

Chappie

Die Antwoord, robot o umyśle bardziej zaawansowanym od ludzkiego, gangsterskie porachunki w Johannesburgu i twórca "Dystryktu 9". Gdy trafił do mnie taki zlepek informacji, stwierdziłem: "damn, to się nie może udać!". Tuż przed polską premierą wylądowały jednak w sieci recenzje anglojęzyczne, które zaowocowały średnią ocen około 40-50/100 w serwisie Metacritic. Mnie jednak nie odrzuciło to tak, bym do kina na "Chappiego" nie wyruszył dziarskim krokiem. Tym bardziej, że po bardzo obfitych w premiery styczniu i lutym, trwa na wielkim ekranie lekka posucha.


W Johannesburgu sprawy mają się wyjątkowo dobrze. Dzięki "zatrudnieniu" przez policję specjalnych androidów bojowych, walka z przestępczością stała się łatwiejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Za genialnym pomysłem stoi młody naukowiec Deon (Dev Patel, znany z serialu "Skins" czy Oscarowego "Slumdoga"), który nie poprzestaje jednak na pojedynczym sukcesie. Jego prawdziwym marzeniem jest stworzenie androida ze sztuczną inteligencją z prawdziwego zdarzenia - androida potrafiącego czuć, oceniać, samodzielnie myśleć.

W tym samym czasie trio szalonych gangsterów (w tym Ninja i Yo-Landi z zespołu Die Antwoord) postanawia porwać Deona, by z jego pomocą pozbyć się policyjnej armii androidów. W ten sposób trafia do nich pierwszy prototyp robota o sztucznej inteligencji - Chappie. Wspólnymi siłami muszą wychowywać go tak, jakby zajmowali się nowo narodzonym dzieckiem. 


To, co niewątpliwie przykuwa wzrok od początku to dość nietypowe podejście do szybkości akcji. Przez mniej niż pierwsze pięć minut otrzymujemy szybką dawkę informacji na temat tego, jak wygląda sytuacja w Johannesburgu i jak wygląda życie głównych bohaterów filmu. Nie ma niepotrzebnego rozwlekania pewnych kwestii, wszystko jest podane w naprawdę świetny sposób. Dopiero kolejne pół godziny toczy się trochę wolniej, co może w pewien sposób denerwować, bo prawda jest jedna - wszyscy na sali kinowej czekają na Chappiego. Gdy jednak ten się już pojawia, szybkość akcji trafia naprawdę w optimum i odpędza jakąkolwiek nudę.

"Chappie" ma przede wszystkim dwa największe smaczki, z czego pierwszym niewątpliwie jest właśnie sam android. Prześwietnie ogląda się jego ewolucję, jego dostosowywanie się do świata ludzi. I nie chodzi tu wcale wyłącznie o zabawne rzeczy z trailerów, czyli udawanie luzaka i bycie "mothafuckin gangsta". Sporo tu również dramatu odsłaniającego prawdę o ludziach i zastanawiającego Widza, czy aby na pewno więcej z bezdusznej stali nie jest w robotach, a w homo sapiens właśnie.

Drugie danie główne to oczywiście ekipa Die Antwoord. Nie są oni może jakoś prześwietnymi aktorami (szczególnie Yo-Landi ma kilka momentów, w których wypada dość sztucznie), ale w swej konwencji odnajdują się idealnie. Ninja jest jeszcze większym madafakerem niż w swoich teledyskach, a jego niewiasta sprawuje tu natomiast rolę swoistej troskliwej mamy Chappiego - choć niewątpliwie ciągle szalonej i dobrze znającej gangsterski światek. Co prawda może trochę denerwować dość kiepsko wypadający kontrast między zabawnymi tekstami Die Antwoord, a patetycznością sytuacji, ale nie pojawia się on aż tak często, by było to znaczącą wadą. Za minus uznaję natomiast mało muzyki od Nindży i Yo-Landi - serio, w kilku miejscach naprawdę można by ją dobrze wykorzystać, a tak pojawia się przez cały film tylko kilka randomowych fragmentów ich kawałków.



Nowy film Blomkapmpa ma wiele wspólnego z jego hitem sprzed paru lat, czyli "Dystryktem 9". Podobnie jak tam, tu również łączy się rozwałka w slumsach Johannesburgu oraz pewne przesłanie, odsłaniające prawdę o ludziach w dość brutalny sposób. W "Chappiem" dorzucono jednak sporą garść humoru w absurdalnym wydaniu, którego symbolem niewątpliwie jest właśnie ekipa Die Antwoord.

I szczerze przyznam, że do mnie taka koncepcja trafiła. "Chappie" na pewno nie jest filmem wybitnym ("Dystrykt" wspominam lepiej), ale jako rzecz na przyjemny, weekendowy seans sprawdza się naprawdę bardzo dobrze. Dwie godziny filmu zlatują migiem i zostawiają po sobie naprawdę dobre wrażenie. Jeśli po trailerach czujecie, że to klimat dla Was, zdecydowanie powinniście wybrać się do kina.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Knajping: Frankie's

Nie pamiętam już nawet, jak dawno temu miałem zabrać się za recenzję Frankie's. Z tą - i kilkoma innymi miejscówkami, które w "Knajpingu" powinni się już pojawić - mam jeden konkretny problem: nie przyszedłem tam z myślą o recenzowaniu. Wpadliśmy ze znajomymi przypadkiem, zjedliśmy coś na szybko i ruszyliśmy dalej. A potem wróciliśmy tu raz, drugi, trzeci - i tak dalej. I dopiero po którejś wizycie z rzędu uświadomiłem sobie, że "Knajping" na temat Frankie's powinien się pojawić. Chwała mi więc, iż wreszcie udało mi się temat ten ogarnąć.

Pasowałoby na początku wytłumaczyć, czym w ogóle jest Frankie's. Bo to nie jest taka typowa knajpka, jaką mamy przed oczami mówiąc: "chodźmy coś zjeść". Nie dostaniecie tu wielkich talerzy pełnych mięcha, nie dostaniecie ociekających tłuszczem burgerów, nie trafią się tu nawet frytki. Nie do końca wiem, co znaczy określenie "hipsterska knajpka", ale intuicyjnie myśląc o tym określeniu, przychodzi mi na myśl właśnie Frankie's. Jeśli więc jesteście gotowi na trochę mniej typowe podejście do "Knajpingu" i jedzenia w ogóle - czytajcie dalej.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Menu Frankie's to zasadniczo trzy główne elementy. Pierwszy z nich, to napoje, czyli zarówno soki, koktajle, jak i kawa. Tych pierwszych jest bodajże trzy razy więcej o drugich, przez co wybór smaków jest naprawdę różnorodny. Nie próbowałem wszystkich, ale myślę, że połowę już przynajmniej sprawdziłem - żaden mnie nie zawiódł. 

Naprawdę - każdy tutejszy miks można pochłonąć za jednym razem. A praktycznie wszystkie kombinacje są tu w jakiś sposób wyjątkowe. Weźmy dla przykładu Kick Start, czyli kombo jabłko, banan, marchew. Brzmi jak "Kubuś" albo inny tego rodzaju sok? Cóż, w smaku wypada już inaczej, bo w sporej mierze czuć tu marchew. Ale naprawdę nie trzeba być jej fanem, by uszy się od tego trzęsły.

Podobnie sprawa ma się z "dziwniejszymi" kombinacjami. Nie przepadam za szpinakiem, ale Green Sky, gdzie pojawia się między innymi on, wypiłem szybciej niż bym się tego spodziewał. Podobnie sytuacja wyglądała z Pump Me Up, gdzie jedną z głównych ról gra... ogórek! Jeśli natomiast chodzi o koktajl, próbowałem do tej pory jednego - Micado z awokado, miodem i mlekiem. Trochę się go obawiałem, bo nie przepadam za mlekiem. Ostatecznie jednak, gdy już zacząłem go pić, zupełnie nagle zorientowałem się, że w kubku nic już nie ma. PYCHA!


A co z jedzeniem? Do tej branży zaliczają się kolejne dwie główne kategorie. Po pierwsze: kanapki. Kosztowałem ich raz albo dwa, ale chętnie serwowałbym je sobie codziennie na śniadanie. Oprócz ciekawych kombinacji smakowych, ich najfajniejszym elementem jest pieczywo pur pur, odbiegające w smaku od typowego, polskiego chleba. Warto sprawdzić chociaż raz.

Zdecydowanie bardziej obleganą przeze mnie częścią menu są jednak w przypadku Frankie's... sałatki. Dwie mięsne, dwie rybne, jedna serowa - wszystkie niby proste, acz naprawdę przepyszne! Ostatnio szczególnie przypadły mi do gustu te zawierające pełnoziarnisty makaron, które potrafią wypełnić nawet najbardziej burczący brzuch. Do sałatek można wybrać cztery dressingi i spośród nich naprawdę trudno byłoby mi wskazać najlepszy. Wszystkie pasują idealnie do sałatek, a każda z nich wprowadza zupełnie inną nutkę smakową do potrawy.


Jeszcze jedno, niesamowicie ważne pytanie - jak wypada sprawa cen? Cóż, przyznać trzeba, że na pewno nie należą one do najniższych. Najbardziej opłacalną opcją jest zestaw zawierający dużą sałatkę i duży sok - taka przyjemność kosztować nas będzie 25 złotych. Naprawdę można się za to we Frankie's nieźle najeść, a do tego mamy pewność, że wszystko robione jest na miejscu ze świeżych produktów. Oczywiście, nie jest to idealne wyjście dla każdego, ale jeśli już uda Wam się skosztować czegoś w tej knajpce, nie będziecie zawiedzeni i będziecie mieli ogromną ochotę tam wrócić - choćby po to, by zgarnąć na wynos pyszny sok lub koktajl.

A gdzie w ogóle Frankie's można znaleźć? W Krakowie szukajcie lokalu na ulicy Stolarskiej, w okolicy choćby konsulatu amerykańskiego. Cieszyć powinni się również mieszkańcy Olsztyna, którzy swoje Frankie's znajdą w otwartej nie tak dawno temu Galerii Warmińskiej. Najszczęśliwsi mogą być jednak Wrocławianie, którzy mają dostęp do lokalu w aż czterech różnych miejscówkach! Nic, tylko pozazdrościć!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcia wykorzystane w poście pochodzą z fanpage'a Frankie's.

0 komentarze:

Audiobooki na Spotify, czyli darmowe książki w pełni legalnie

Już kilka miesięcy temu złapała mnie gdzieś w środku normalnego toku dnia myśl: "ciekawe, czy na Spotify są audiobooki". Wiecie, to niby serwis muzyczny, którego wszelkie toplisty okupowane są przez znane i lubiane kawałki, ale przecież właściwie chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by za jego pomocą były również udostępniane książki. Potem jednak myśl ta gdzieś mi uciekła, bo przecież i tak zawalony jestem książkami od góry do dołu. Ostatnio jednak zagwozdka ta trafiła do mnie ponownie, gdy akurat siedziałem przy komputerze. Nadeszła więc pora, by sprawdzić, jak się sprawy mają w rzeczywistości.

Jak się już zapewne domyśleliście - audiobooki rzeczywiście na Spotify są. Początkowo strzelałem jednak, że mogę liczyć co najwyżej na książki czytane po angielsku. Szybki googling pozwolił mi odkryć linki do całego multum audiobooków, w tym takich klasyków jak "War of the Worlds" H.G. Wellsa. Pełen entuzjazmu chciałem od razu podjąć wyzwanie i spróbować swych sił z wielogodzinnymi nagraniami po angielsku. Coś mi jednak zaświtało w głowie i postanowiłem pójść za ciosem.

Bo skoro są angielskie audiobooki, może także jakaś polska firma postanowiła sprawdzić ten rodzaj dystrybucji? Jeśli już - liczyłem na jakieś totalne klasyki, w rodzaju "Pana Tadeusza" i tym podobnych hitów. Ponownie Wujek Google zaskoczył mnie jednak niesamowicie. Spotify okazało się bowiem kopalnią także jeśli chodzi o książki po polsku!

Co najważniejsze, okazało się, że w serwisie umieszczono nie tylko kołysanki pokroju "Nad Niemnem". Można tu bowiem odnaleźć niejednego mainstreamowego blockbustera i niejednego autora uwielbianego przez całe tabuny ludzi! W Spotify znajdziemy między innymi wersje audio powieści takich pisarzy jak Stephen King, Harlan Coben czy Dan Brown. Są też polscy autorzy współcześni, tacy jak Wiśniewski, Stasiuk czy Zajdel. Zliczając to wszystko, wychodzi contentu do słuchania właściwie na parę dobrych lat!

Jak znaleźć coś, co mogłoby nas zainteresować? Można chwilę pogooglować, by dotrzeć do stworzonych przez internautów list, zawierających linki do wielu polskich audiobooków (ciekawa jest na przykład o ta - KLIK). Nie ma w nich jednak zawartych wszystkich książek, warto więc wybrać się na poszukiwania samemu. W wyszukiwarce Spotify wpisywać można np. hasło "polska wersja" lub posługiwać się nazwiskami znanych lektorów, takich jak Jacek Rozenek czy Zbigniew Zapasiewicz. Nazwiska autorów książek również w wielu przypadkach się sprawdzają. 

Zasadniczo więc, Spotify pozwala na darmowe słuchanie audiobooków! Dla przypomnienia bowiem - wersja komputerowa serwisu pozwala na korzystanie z jego zawartości bez potrzeby płacenia abonamentu, a liczyć należy się jedynie z reklamami. Wydatek rzędu dwudziestu złotych miesięcznie zapewnia z kolei nie tylko pozbycie się wkurzających przerywników, ale pozwala także na korzystanie z pełni możliwości mobilnej aplikacji Spotify oraz słuchanie utworów w trybie offline.

Zapowiada się więc na to, że moje tempo pochłaniania książek wskoczy na jeszcze wyższy level!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Share Week 2015 - czyli co czytać (i oglądać) poza MajkOnMajk

Rok temu wziąłem udział w akcji "Share Week" Andrzej Tucholskiego z jestKultura.pl, polegającej na poleceniu trzech blogów/vlogów, które uważamy za warte obserwowania. W ubiegły weekend rozpoczęła się natomiast czwarta edycja tego przefajnego przedsięwzięcia. Przyznam szczerze - czekałem na nią z niecierpliwością, bo już od jakiegoś czasu miałem przygotowane trzy intrygujące rzeczy w polskich internetach, na których poleceniu mi zależało.

Cóż to za tajemniczy autorzy przykuli szczególnie moją uwagę w ostatnich miesiącach?



Najlepszy polski blog o kulturze. Word. Zwierz (czyli tak naprawdę Katarzyna Czajka) pisze co prawda praktycznie wyłącznie o filmach (i serialach) ale robi to w tak świetny sposób, że nawet na pozór nieinteresujące nas tematy okazują się być maksymalnie wciągające. Codzienna porcja pokaźnej ilości tekstu na zpopk.pl potrafi rozśmieszyć, zastanowić i dostarczyć mnóstwa ciekawych pozycji kinematograficznych do sprawdzenia. 

To co jednak wyróżnia Zwierza, to wyjątkowy, charakterystyczny styl. I nie chodzi tu tylko o słynne pisanie w trzeciej osobie. Jest coś takiego w tych tekstach, że jest się pewnym, iż nikt czegoś podobnego by nie napisał. Naprawdę, jeśli nudzi Ci się i nie masz pomysłu, co można by jeszcze w internetach poczytać - koniecznie zajrzyj do jamy Zwierza.

Przy okazji warto też wspomnieć o pewnym projekcie współtworzonym przez Katarzynę Czajkę - blogu Seryjni. Jeśli myślicie, że widzieliście już wszystkie seriale świata, zajrzyjcie tam, a na pewno znajdziecie coś nowego dla siebie.



Nie, nie przewidzieliście się - to naprawdę jest tytuł bloga. Bloga, którego można zresztą pokochać już za samą nazwę właśnie. Najbardziej oryginalna? Prawdopodobnie. Mówiąca wszystko o jego zawartości? W pewnym sensie tak. Najlepsza na świecie? Zdecydowanie!

Ale co w ogóle znajdziemy na Dystopijnej przyszłości, w której miasta zostały zniszczone przez potwory? Przede wszystkim - tonę ciekawostek. Każdy post to właśnie jakaś jedna, wygrzebana z totalnej otchłani internetów sensacja, niejednokrotnie zmieniająca postrzeganie świata (szczególnie, gdy dowiadujesz się, że "siadanie na desce klozetowej w publicznej toalecie nie jest niebezpieczne"). Bardzo wiele o zawartości bloga mówią również kategorie postów na nim: "Bardziej do oglądania", "Bardziej się dowiedzenia", "Bardziej do się śmiania", "Bardziej do się zastanowienia".




Przy okazji ubiegłej edycji odpuściłem sobie polecanie vlogów, tym razem jednak przynajmniej jeden z nich musiał się pojawić. Sfilmowani to bowiem zbyt fantastyczny kanał o - uwaga, będziecie zaskoczeni! - filmach, by nie polecić go przy takiej okazji. 

Serio - Dawid Adamek i Jacek Napora odwalają tu kawał dobrej roboty, którą ogląda się z nieskrywaną przyjemnością. Chłopaki zwykle zajmują się premierami, czasem jednak robią także jakieś poboczne materiały, w rodzaju filmiku o twórczości Jarmuscha. Wszystko opowiedziane jest w naprawdę przyjemny sposób i nawet, jeśli w czymś się z ekipą Sfilmowanych nie zgadzam, tak potrafię zrozumieć ich bardzo dobrze wysuwane argumenty. 

Dla kinomaniaków prawdziwy must-watch.


Na sam koniec jeszcze krótkie ogłoszenia parafialne. Po pierwsze - moje ubiegłoroczne typy znajdziecie TUTAJ. Po drugie - konkretniejsze info na temat "Share Weeku" znajdziecie na blogu jestKultura, czyli TU. Po trzecie - zachęcam także i Was do brania udziału w akcji, jeśli macie swoje blogi czy vlogi. To fajny moment na powiedzenie swoim Czytelnikom czy Widzom, kogo Wy czytacie, kim Wy się "inspirujecie".

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.
Obrazek wykorzystany w nagłówku bazuje na zdjęciu z serwisu Flickr.

0 komentarze:

Złote myśli Tyriona Lannistera na dobry początek tygodnia #2

Jak mogliście przeczytać we wczorajszej RECENZJI - "Starcie królów", czyli drugi tom z serii "Pieśń Lodu i Ognia", zdecydowanie nie zawodzi. To świetna kontynuacja fantastycznej przygody z "Gry o tron", o której z kolei pisałem TUTAJ

George R. R. Martin potrafi jednak nie tylko wciągająco snuć opowieść, ale wyjątkowo dobrze radzi sobie również z prowadzeniem dialogów. Gdy mówimy więc "<<Starcie królów>> nie zawodzi", jednocześnie musimy rzec: Tyrion Lannister nie zawodzi. To jedna z najbardziej charakterystycznych postaci tej serii, która kiedyś uraczyła już nas na blogu swoimi złotymi myślami (KLIK). Teraz Tyrion powraca, by ponownie zauroczyć Czytelników MajkOnMajk swoim sprytem i cwaniactwem.


W przypadku "Starcia królów" musiałem być jednak o wiele bardziej uważny. Zdecydowanie częściej wypowiedzi Tyriona nawiązują tu do wydarzeń, które dzieją się akurat w książce. A ja nadzwyczaj mocno staram się unikać spoilerowania innym fabuł jakichkolwiek tworów kulturowych. Taki ze mnie dobry człowiek.

Cytatów jest więc mniej, są one jednak sporo dłuższe. Jeden z nich spoileruje dodatkowo jedną z głównych "atrakcji" pierwszej części serii, czyli "Gry o tron", dlatego zostawiłem go na sam koniec. Zapewniam Was jednak, że jeśli naczytaliście się gdzieś przypadkowo spoilerów z serialu - ten na pewno pojawił się na samym początku takiej ogromnej listy.

Nie przedłużając już jednak, oddajmy głos samemu Tyrionowi.

- Czy mógłbym skosztować wina, które tak bardzo przypadło do gustu lordowi Slyntowi?
Tyrion wskazał na butlę, marszcząc brwi. Varys napełnił sobie kielich.
- Ach. Słodkie jak lato. - Pociągnął kolejny łyk. - Słyszę na języku śpiew winogron. 
- Właśnie się zastanawiam, co to za hałas. Powiedz im, żeby siedziały cicho, bo głowa mi pęka.

Tak, dzisiejszy post będzie stał zdecydowanie pod znakiem ripost Tyriona. Jeśli gdzieś na świecie naprawdę jest facet, który potrafi wymyślać nagle tak odpowiednie do sytuacji teksty - ogromny szacunek. Mam tylko nadzieję, że nigdy nie będę zmuszony wdać się z nim w dyskusję.

Lordzie Varysie, czuję, że dziwnie cię lubię. Niewykluczone, że jeszcze każę cię zabić, ale bardzo mnie to zasmuci.

Nawet, jeśli zdarzy Ci się zginąć z ręki opłaconego zabójcy, lepiej umierać z wiedzą, że ten, kto na Ciebie mordercę nasłał, w głębi duszy Cię całkiem lubi. Mi by od razu kamień z serca spadł.


- Moi rodacy uważają, że praca w domu rozkoszy nie przynosi wstydu. Na Wyspach Letnich tych, którzy są biegli w dawaniu przyjemności, darzy się wielkim szacunkiem. Wielu wysoko urodzonych chłopców i dziewcząt służy w nich przez kilka lat po osiągnięciu dojrzałości, by w ten sposób oddać cześć bogom. 
- A co mają z tym wspólnego bogowie? 
- Czyż nie stworzyli naszych ciał tak samo jak dusz? Dali nam głosy, byśmy mogli czcić ich pieśnią. Dali nam ręce, byśmy mogli wznosić im świątynie. I dali nam pożądanie, byśmy mogli łączyć się w pary i oddawać im cześć w ten sposób. 
- Przypomnij mi, żebym powiedział o tym wielkiemu septonowi - rzucił Tyrion. - Gdybym mógł się modlić kutasem, byłbym znacznie bardziej religijny.

No hej, chyba nie sądziliście, że w drugiej części książki Tyrion skończył nagle być ogromnym zwolennikiem seksu i wyuzdania? Przyznam jednak, że jego skwitowanie tej całej sytuacji jak najbardziej mi się podoba. To co - zakładamy taką religię u nas?

- W tych smutnych czasach, gdy tak wielu głoduje, uważam, że powinienem odżywiać się skromnie.
- To godne pochwały - przyznał Tyrion, rozbijając skorupkę wielkiego, brązowego jaja, które w nieprzystojny sposób przypominało mu łysą, nakrapianą głowę wielkiego maestera. - Ja jednak jestem innego zdania. Jeśli mam co jeść, to jem, bo jutro mogę już nie mieć nic.

Ma sens, no nie? Przestańmy oszczędzać - jedzmy same stejki!

A na koniec wspomniany cytat spoilerowy, w którym Tyrion ripostuje prawdopodobnie najbardziej ukochaną (hehe) postać w historii "Pieśni Lodu i Ognia" - blondyna Joffreya. Rozkoszujmy się wspólnie tym pięknym pociskiem. Enjoy.

- Tobie również składam wyrazy współczucia z powodu twej straty, Joffeyu - ciągnął karzeł.
- Jakiej straty?
- Twojego królewskiego ojca. No wiesz, taki duży, gwałtowny mężczyzna z czarną brodą. Na pewno go sobie przypomnisz, jeśli się postarasz. Był królem przed tobą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.

2 komentarze: