3 x Robin Williams


Wczorajsza informacja o śmierci Robina Williamsa wstrząsnęła nie tylko światem kinematografii, ale i całymi mediami w ogóle. Nie zdążyłem skrobnąć wówczas odpowiedniego na ten moment tekstu, co też nadrabiam jednak już dziś. Nie mogę bowiem może powiedzieć, że Robin był jednym z moich ulubionych aktorów, ale niewątpliwie wiele jego ról zapamiętam na dłużej.

Bo Williams był przede wszystkim postacią, która mi kojarzy się z ogromem pozytywnej energii. Z rozśmieszaniem widza, ale nie przez jakieś głupkowate gagi czy wymuszone żarty. Był on takim swoistym starszym, dobrym wujkiem, którego każdy z rodziny zaprasza na swoje imprezy, bo wie, że może się spodziewać po nim wprowadzenia dobrej atmosfery. Kimś, kto - nie ważne jaka byłaby okazja, czy to urodziny, czy to nawet i stypa - wprowadziłby uśmiech na twarzy każdego wokół siebie.

Chciałem więc w jakiś sposób zaznaczyć na blogu, że o Robinie pamiętał będę jeszcze przez długi, długi czas. Nie przez pryzmat tego, iż - jak donoszą media - zmarł on tragicznie, bo sam odebrał sobie życie, ale przez wzgląd na te wszystkie radosne chwile, tworzone przez role, jakimi raczył on widzów. Dziś tym samym chciałbym wspomnieć krótko o trzech filmach z udziałem Williamsa, które najbardziej zapadły mi w pamięć. To nie jest żadne "top 3", zgodne z głosami internautów. To po prostu trzy filmy, na myśl o których zawsze się uśmiecham. I dzieje się to nawet teraz - gdy świat żyje śmiercią Robina.

Jumanji

Zastanawiałem się długo, czy film ten umieścić tu jako pierwszy czy też ostatni. Czy powiedzieć Wam już na początku, że to na zawsze będzie mój największy klasyk z udziałem Robina, czy też zostawić tę informację na koniec? Stwierdziłem jednak ostatecznie, iż nie ma co sprawy przeciągać i lepiej już teraz powiedzieć co nieco o "Jumanji".

"Jumanji", czyli tytule znanym prawdopodobnie przez większość z Was. Istnym klasyku, dawniej notorycznie powtarzanym przez Polsat, dziś już - niestety - trochę rzadziej. Do teraz pamiętam to wyczekiwanie, gdy z wypiekami na twarzy liczyło się na jak najszybsze zakończenie reklam i rozpoczęcie się tego legendarnego wręcz dla mnie tytułu. 

Bo ta opowieść o tajemniczej grze planszowej była w dzieciństwie niezwykle intrygująca. Pobudzała wyobraźnię, niezmiernie ciekawiła - tak, że aż samemu chciało się do świata "Jumanji" trafić. Gdyby tytuł ten był współczesnym serialem, przewiduję, że fani już od pierwszego odcinka bawiliby się w rozwiązywanie kolejnych zagadek w nim się pojawiających.

A bez Robina ten film na pewno nie byłby taki sam. Wprowadzał on te swoje charakterystyczne humor i aurę, zmieniającą klimat o sto osiemdziesiąt stopni. Podczas seansu myślało się: "gdybym miał kiedyś trafić do takiej pokręconej i szalonej historii, to koniecznie z Robinem u boku".


Patch Adams

Film - mam wrażenie - dość pomijany przy wymienianiu świetnych kreacji Robina. Może dlatego, że, mimo wszystko, dość mocno wsiąka on klimatycznie w typowe kino familijne lat dziewięćdziesiątych. Jest trochę naiwnie, trochę wesoło, trochę smutno. Niby tak "zbyt zwyczajnie", niby tak "dziecinne" wręcz, można by mieć wrażenie.

Student medycyny, którego cele dziś wielu mogłoby się wydać absurdalne. Bo jemu rzeczywiście zależało wyłącznie na dobru pacjentów - nie zarobieniu tony pieniędzy. Ba, wszystkie swoje oszczędności starał się wydać właśnie na to, by innym móc jak najlepiej pomagać. I choć wiele osób rzuca mu non stop pod nogi kłody, on dalej pozostaje "nadmiernie szczęśliwy".

Brzmi naiwnie? W istocie trochę tak. Ostatecznie jednak wychodzi to lepiej niż wygląda na papierze. Standardowo - dzięki działaniu Robina Williamsa. Powtórzę to po raz kolejny: bez niego ten film nie byłby taki sam. Tak pozytywny, tak podnoszący na duchu, tak powodujący, że chciałoby się podbiec do głównego bohatera i przybić z nim piątkę. Robin to Patch Adams idealny.


Pani Doubtfire

"Panią Doubtfire", prawdziwy klasyk w twórczości Robina, zostawiłem sobie ostatecznie na koniec. Dlaczego? Z powodu prozaicznego, acz wciąż mnie smucącego - film ten ostatni raz oglądałem bardzo dawno temu. Cóż, zdecydowanie zbyt dawno temu. 

Ciągle jednak pamiętam niesamowitą kreację Williamsa w tej produkcji. Jak zwykle - przezabawną w swój nietypowy sposób. Pani Doubtfire jeszcze na pewno bardzo długo pozostanie klasyczną postacią kina. Nie chcę mi się wierzyć, że film ten ma na karku już ponad dwadzieścia lat. Ciekawe - tak swoją drogą - czy gdyby produkcja ta pojawiła się w kinach obecnie, byłaby uznana nie za zwyczajną komedię, a propagandę a la Conchitta Wurst :)

Ciesze się jednak, że przypomniała mi się teraz "Pani Doubtfire". Czas wreszcie, by obejrzeć ten słynny film ponownie. I szkoda tylko, iż to przypomnienie spowodowane zostało sytuacją, którą do pozytywnych zdecydowanie zaliczyć nie możemy.


A jakie filmy Wam najbardziej kojarzą się z Robinem Williamsem? Jak zwykle zapraszam do podzielenia się swoimi typami w komentarzach :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie u góry postu pochodzi z serwisu Flickr.com

6 komentarzy:

  1. 3 tygodnie temu oglądałam z nim ''Stowarzyszenie umarłych poetów''. Niesamowitą aurę wniósł do tego filmu. Oprócz tego oglądałam bardzo dobry thriller z jego udziałem ''Zdjęcie w godzinę''. W tej produkcji Robin genialnie zagrał postać dramatyczną. Jeśli nie widziałeś tego thrillera to zachęcam do obejrzenia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Zdjęcie w godzinę" nie widziałem - dzięki, sprawdzę! :)

      Usuń
  2. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to dość standardowe: Stowarzyszenie Umarłych Poetów i Buntownik z wyboru. To dwa filmy które uwielbiam, które mają przesłanie i sprawiają że trzeba się na chwilę zatrzymać i zastanowić. Zdecydowanie muszę sobie je przypomnieć w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Same here, również muszę sobie odpalić te tytuły :)

      Usuń
  3. A co z "Bezsennością"? Jak dla mnie jedna z najlepszych ról Robina, a w każdym artykule jest on pomijany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym przypadku problemem wydaje mi się fakt, że w tego typu zestawieniach sięga się zwykle po filmy z najlepszego okresu twórczości Robina, czyli lat 90. To je uważa się za klasyki, które obejrzeć trzeba, na czym niestety cierpią późniejsze produkcje z jego udziałem.

      Usuń