Niektórzy mają mnie za niemowę

Niektórzy mają mnie za niemowę. Co ciekawe, jest całkiem możliwe, że Was również. Jeśli bowiem jesteście graczami, to z otwartymi ramionami wychodzę Wam na przeciw, witając w klubie osób uznanych za nieme. Jak to możliwe? Cóż - spytajcie tych, którzy zapewniają rozrywkę milionom ludzi na całym świecie. Spytajcie samych twórców gier wideo.

Jeśli Wasze myślenie w stosunku do gier wychodzi gdzieś poza "zabiłem go, hehehe", to dobrze wiecie, że istnieje w ich przypadku coś takiego, jak immersja. Wszystkim nieświadomym wyjaśniam, iż jest to swoisty proces wchłaniania odbiorcy przez twór, z którego czerpie rozrywkę.  Twórcy gier przygotowują więc ogromne ilości "sztuczek", mające sprawić, że autentycznie wsiąkamy w dostarczony nam świat. Ja sam zresztą już trochę o tym na blogu wspominałem: raz mówiąc, iż "lubię widzieć swoje nogi", kiedy indziej zaś wspominając o "podsłuchiwaniu wirtualnych postaci".

Dziś natomiast na warsztat wezmę coś jeszcze innego.

Jeśli śledzicie aktywnie fanpage bloga, to na pewno pamiętacie mój krótki facebookowy wpis, w którym "chwaliłem się" swoją okropną formą w nowej edycji "Call of Duty". Wspominam o tym, ponieważ to właśnie najnowsza część kultowej serii zainspirowała mnie do napisania tego wpisu. Konkretniej zaś, mą muzą okazał się główny bohater tejże produkcji, którego imienia już nie pamiętam, choć przecież grę skończyłem raptem parę dni temu.

Dlaczego tak szybko to imię wyparowało mi z głowy? Bo postać ta jest strasznie bezpłciowa. Oczywiście, pomijam fakt, że ogólny zestaw postaci nie dorasta tu do pięt bohaterom serii "Modern Warfare", jednak apogeum ich nijakości jest właśnie główny bohater. Cóż jest natomiast tego ostatecznym powodem?

Facet się w ogóle nie odzywa. Nic a nic. Podczas całej, kilkugodzinnej gry słyszymy co najwyżej jego sapanie. Nawet, kiedy inni bohaterowie go wołają, on się w ogóle nie odzywa. Pytają go o coś, patrząc mu prosto w oczy, a z jego ust i tak nie wypływa choćby jedno słowo. Myślę, że nawet gdyby twórcy postanowili wprowadzić scenę, gdzie ten wielki heros miałby do wyboru: odezwać się lub umrzeć - scenariusz założyłby wybranie śmierci.

To zresztą nie jest problem tylko tegoż tytułu. Naprawdę wielu twórców gier, dążąc do jak największej immersji, dostarcza jednocześnie tak wielkiego babola. Przez pewien czas naprawdę szczerze zastanawiałem się, czy może jednak to milczenie nie ma być właśnie często elementem tego wciągania odbiorcy w świat produktu. Wiecie - ktoś niby mądrzejszy od nas, wymyślił sobie, że nie słysząc głosu bohatera, będziemy mogli podświadomie podstawić tam swój.

Ale to naprawdę nie ma sensu. Jak mam poczuć jakąkolwiek więź z bohaterem, który przez całe swoje życie jedynie sapie? Jak mam wczuć się w rolę kolesia, nie mogącego odezwać się ani słowem do innych? Może to działa na prawdziwe niemowy, może one czują jakąś więź między sobą, a postacią, która - tak jak one - nie potrafi mówić? 

(Nie)stety, ja potrafię wydobywać z mych ust także normalne słowa i tego też oczekuję od postaci, z którą mam się w jakiś sposób związać. Już nawet wolę polski dubbing niż to totalne milczenie, mające chyba rzekomo sprawić, bym poczuł się lepiej. Sorry, na mnie to nie działa, ja wolę bohaterów, którzy są podobni do mnie - szczególnie w tak podstawowych kwestiach, jak umiejętność mówienia.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Kochanie, z kim piszesz?

Nowe technologie mają za zadanie ułatwiać nasze życie. I w pełni zgadzam się z taką ich rolą, bo szczerze przyznam, że jakoś nie wyobrażam sobie dziś egzystencji bez telefonu pod ręką czy komputera z internetem w domu. Przyzwyczajenie czy uzależnienie - nazywajcie to jak chcecie, najważniejsze dla mnie, iż dotyczy ono rzeczy po prostu użytecznych. Na pewnym aspektach ludzkiego żywota rozwój technologiczny może się jednak odbić źle, jeśli nieumiejętnie będziemy z niego korzystać. 

Dziś podejmujemy kategorię dla wielu w życiu najważniejszą: związki. I - cóż za zaskoczenie - nie będzie tu o braku czasu dla partnerki (bo partnera w tym przypadku chyba rzadziej) z powodu nabijania leveli w grach MMO. Nie będzie też tu o braku czasu dla partnera (bo partnerki w tym przypadku chyba rzadziej) spowodowanego przeglądaniem blogów modowych i cykaniem fotek na Insta. Będzie o czymś o wiele bardziej "prymitywnym".

Esemesy. Aż zdziwiłem się, że Chrome nie podkreśla fonetycznej pisowni jako błędnej - cóż, kolejny znak czasów. SMS-y to dla najmłodszego pokolenia część życia, z którą wychowywani będą od dziecka. Mój rocznik lata bez szybkich wiadomości tekstowych jeszcze pamięta, ci kilka lat młodsi już raczej nie. Kiedyś pewnie zostaną one czymś zastąpione, teraz jednak wciąż odgrywają bardzo ważną rolę, w szczególności w żywocie nastolatków.

A ci, podobnie jak pożądając kolejnych nowoczesnych smartfonów i znajomych, do których esemesy będą wysyłać, zaczną też wreszcie pragnąć być w związku. Normalka. Kwiatki, łączki, miłość, te sprawy. A gdy już wreszcie znajdą sobie swą ofiarę, jak będą prawdopodobnie najczęściej rozmawiać? Nie w realu, a przez Facebooka, komunikatory (podobno GG ktoś jeszcze używa) i właśnie esemesy.

To już natomiast tworzy niebezpieczeństwo w skali światowej. Pamiętajcie bowiem, że rozmawiając w realu, wie się jednak, cóż też partner(ka) porabia. Gadając przez telefon raczej również. Co jednak, gdy podczas rozmowy esemesowej nasza wielka miłość odpowie dopiero po minucie?! To może oznaczać tylko jedno - najpewniej właśnie nas zdradza z jakimś umięśnionym typkiem czy wysportowaną tapeciarą. No nie ma innego wyjścia.

Co zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście - przejrzeć przy jakiejś błahej okazji telefon naszej miłości. Może być z cichacza, by nikt nic nie zauważył. Można dyskretnie, rzekomo jedynie bawiąc się telefonem. Można też po prostu powiedzieć wprost: "Kochanie, poczytam sobie Twoje esemesy". Oczekując oczywiście odpowiedzi jednoznacznej: "proszę bardzo Skarbie, nie mam nic do ukrycia".

BŁĄD. KATASTROFA. KONIEC ŚWIATA. Nie wiem szczerze mówiąc, jak to zrobisz, nie wiem, jakich wymyślnych słówek użyjesz, ale musisz takiej sytuacji zapobiec. Najlepiej jeszcze w zarodku, zanim w ogóle miłość Twa okaże chęć esemesów przeczytania. Możesz nawet wyskoczyć w stroju Gandalfa, zasłaniając jej drogę do telefonu i wykrzyknąć: "You shall not pass!". 

Nie można czytać esemesów partnera czy partnerki. Koniec, kropka. Przynajmniej jeśli jesteś pryszczatym nastolatkiem, ale obecnie zalecam tę radę wszystkim do czasu emerytury. Nigdy nie wiesz, na kogo naprawdę trafisz. Okej, ale zapytać ktoś może: "czemuż niby to wszystko takie złe, okrutne i w ogóle na krzyż?". Odpowiadam.

Chodzi o największy dopalacz miłości i największą katastrofę dla miłości zarazem - zazdrość. Stop, już teraz powiem wprost: przestań gadać, że Ty (czy tam Twój partner/Twoja partnerka) to w ogóle zazdrosnym typem człowieka nie jesteś, bo nie jest to prawdą. Każdy w jakimś stopniu zazdrosnym jest. Jedni za byle co wyskoczą nagle z rykiem na drugą osobę, inni natomiast zamkną to w sobie, zepchną gdzieś do podświadomości, by tam się to wszystko kumulowało. 

A przy czytaniu esemesów zazdrość może wystąpić z każdego powodu. Widzisz, że facet rozmawiał z jakąś koleżanką? TY OSZUŚCIE! Widzisz, że wysłał którejś emotikonkę buziaczka na pożegnania? TY GNOJU! Widzisz, że nie pisze z nikim oprócz Ciebie? CZEMU USUWASZ PRZEDE MNĄ ESEMESY?!

Wszelakie badania zostały przeprowadzane na mym samym, na mych znajomych i na osobach mi obcych, których historie gdzieś tam zasłyszałem. Gdyby wyciągnąć ze wszystkich tych opowieści po jednej literze, pojawiłby się wypisany krwią napis: "NIE CZYTAJ WIADOMOŚCI SWEJ MIŁOŚCI". Widzicie - nawet się rymuje. 

Liczysz na to, że znajdziesz sobie faceta czy dziewczynę, która będzie chciała czytać Twoje esemesy, ale nie będzie przy tym zazdrosny/a ani w jakikolwiek sposób podejrzliwy/a? W takim razie odpowiedz mi na pytanie: po co ta cudowna osóbka miałaby w ogóle te wiadomości czytać? Pewnie podziwia ekran Twojego nowego iPhone'a, wierzę.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

Najlepsze decyzje podejmuję spontanicznie

Paliłem kiedyś fajki. Choć "kiedyś" to może nie do końca odpowiednie słowo, bo ostatnią zapaliłem jakieś pół roku temu. Moja przygoda z papierosami nie należała do najdłuższych. A przynajmniej tak mi się wydaje, patrząc na wiele innych osób. Zadymiałem siebie i znajomych przez jakieś półtorej roku. Nie żebym palił dużo, ale paczka na tydzień zazwyczaj spokojnie schodziła.

Wielcy palacze mogą teraz powiedzieć, że to nawet nie był prawdziwy nałóg. Ci bardziej rozsądni zrozumieją, iż ich poprzednicy racji nie mają. Bo potrzebowałem od czasu do czasu papierosa zapalić. Jak widać po tych tygodniowych statystykach, nie działo się to przesadnie często, ale mimo tego bez dwóch czy trzech fajek na dzień trudno mi było wytrzymać. Rzucić ich jednak nie miałem ochoty.

Dlaczego? Nie wiem, tak po prostu. Nie trafiały do mnie żadne pogadanki o raku, czarnych płucach i całej reszcie. Paliłem, bo chciałem - that's it. Fajki nie przeszkadzały mi w bieganiu, nie czułem przesadnej różnicy w smaku jedzenia. Za to relaksowały mnie i uspokajały. Po cóż więc miałbym je do cholery rzucić?

Jak już jednak wiecie, ostatecznie papierosy sobie jednak odpuściłem. Dlaczego? Ot tak, bez konkretnego powodu. Jak to zrobiłem? Pewnego dnia skończyła mi się kolejna paczka. Wtedy pomyślałem sobie: "okej, więcej już nie kupię". Myślałem, że będę po prostu podkradał ludziom fajki na imprezach albo zainwestuję w e-papierosa. Nic jednak z tych rzeczy ostatecznie się nie zdarzyło. Ja natomiast fajki rzuciłem - ot tak. Nie zapaliłem choćby jednego do dziś. 

Z bieganiem było podobnie, choć w tym przypadku mowa o rozpoczęciu czegoś, a nie porzuceniu tego. Jednego słonecznego dnia, natrafiłem w sieci na program treningowy, do którego link podrzucałem w pierwszym moim tekście z serii "Run, Majk, run!". Przyjrzałem mu się chwilę i nagle w duchu się uśmiechnąłem. Wstałem, naszykowałem sobie na szybko jakiś strój i postanowiłem rozpocząć moją własną przygodę z bieganiem. Nie wiem, jak sytuacja wygląda u Was, ale w Krakowie w ostatni weekend było naprawdę sporo śniegu. Mnie natomiast można było wtedy znaleźć rano biegnącego przez białe zaspy.

Wy natomiast czytacie teraz ten wpis na moim własnym blogu. Jak się już zapewne domyślacie - jego narodziny również były wynikiem kompletnie spontanicznej decyzji. Jasne, w tym przypadku uruchomienie tego typu przedsięwzięcia chodziło za mną jakiś czas. Ostateczny krok podjąłem jednak kompletnie bez zapowiedzi, całkowicie przypadkiem.

Wróciłem pewnego dnia po szkole i odpaliłem komputer. Wszedłem na Blogspot i wpisałem nazwę swojego małego kąciku w internecie: MajkOnMajk. Tytuł tego bloga nie był dyskutowany tygodniami przez armię pijarowców, przesiadujących z ciasteczkami w ogromnym wieżowcu. Nazwa ta powstała w pełni spontanicznie, a do dziś ludzie mówią mi, że wpada ona w ucho. 

Wybrałem pierwszy z brzegu szablon i zacząłem pisać. Jeden post, drugi, trzeci. Wiedziałem, że na zmianę layoutu przyjdzie jeszcze pora. Wiedziałem, że to nie tylko chwilowa zajawka. Podobnie jak przy rzucaniu fajek wiedziałem, że już autentycznie kolejnej paczki nie kupię. Podobnie jak przed pierwszym biegiem wiedziałem, że rok później będę pokonywał kolejne kilometry w już bardziej profesjonalnym stroju.

Ostatnio podjąłem się kolejnego wyzwania. Ono, podobnie jak myśl o stworzeniu bloga, chodziło mi po głowie już jakiś czas. Był to jednak jedynie przerywnik, którego nie brałem na serio. Raptem tydzień temu wstałem z łóżka, spojrzałem przez okno i w duchu powiedziałem sobie: "okej, zaczynamy". Tak rozpoczęła się moja przygoda z zestawem ćwiczeń, znanym jako Szóstka Weidera. 

Wcześniej parokrotnie już próbowałem podjąć się ukończenia tego planu treningowego, jednak zawsze ostatecznie odpadałem w okolicach połowy. Tym razem wiem jednak, że dam radę. Dlaczego? Bo najlepsze decyzję w swoim życiu podejmuję spontanicznie.

Nie wszystko trzeba dokładnie przemyśleć, serio. 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Najgorsze filmiki na YouTube

Ja wiem - miało być pozytywniej. Mieliście po przeczytaniu moich tekstów za każdym razem pozytywnie stawać przed oknem i uśmiechać się do świata. Mieliśmy razem tańczyć pod (płonącą) tęczą. Już nawet przygotowałem na dziś inspirujący tekst, który miał dodać Wam motywacji na całą resztę tygodnia. Trafił się jednak taki temat, że publikację wspomnianego wpisu musiałem przełożyć.

Nie codziennie zdarza się bowiem takie odkrycie, jakiego dokonałem wczoraj. Oto bowiem znalazłem wreszcie serię najgorszych filmików na YouTube. For real, to nie żadna ironia. Co więcej, nie mówię tu ani o cukierkowych vlogach czternastolatek, ani video tutorialach malowania powiek, ani nawet gameplayach z "Minecrafta". Mówię serio - największy internetowy serwis z głupimi filmikami ma na swoich serwerach coś jeszcze gorszego.

Jaki był wczoraj prawdopodobnie najważniejszy temat dla większości internautów? Rozdanie nagród Grammy. Czy tego chcecie, czy nie, w sieci zawrzało ogromnie na ten temat, a gala zrzuciła na chwilę na bok wydarzenia na Ukrainie i rosyjskie przygotowania do Olimpiady w Soczi. Czy Macklemore został słusznie nagrodzony? Czy Justin Timberlake powinien dostać więcej statuetek? Nie zebraliśmy tu dziś po to, by o takich błahostkach dyskutować. 

Zafascynowany świetnym występem scenicznym kolaboracji Imagine Dragons x Kendrick Lamar, postanowiłem wczoraj z samego rana poszperać więcej i znaleźć inne materiały z gali rozdania nagród Grammy. Pierwsze kroki poczyniłem standardowo, ku serwisowi YouTube właśnie. Wpisałem, dajmy na to, hasło "grammy 2014 daft punk". Z wywieszonym jęzorem klikam na którykolwiek link z pierwszej strony. No i fun się skończył.

Choć miniaturka zapowiadała prawdziwe nagranie, nagle na ekranie pojawiła się mi się jakaś nieznana twarz. Nope, nie ma duetu Daft Punk w hełmach, nie ma Pharella, nie ma też Steviego Wondera, który z nimi wystąpił. Zamiast tego człek kompletnie mi nie znany, a z jego ust też raczej nie sączy się przyśpiewka "We're up all night to get lucky". Zastąpiona została czymś w rodzaju: "cześć, dzisiaj zrecenzuję występ Daft Punk na Grammy".

Ci ludzie mają pierwszorzędne mózgi trolli. Albo marketingowców. W tym przypadku to jedno i to samo. Podstawiają zamiast filmików interesujących cały internet swoje totalnie amatorskie wygłupy, nagrane kamerką o rozdzielczości 0,3 megapiksela. Kilka godzin później mają po kilkadziesiąt tysięcy odtworzeń.

Można powiedzieć, że to taki nowy rickrolling. No można, ale trochę mija się to z prawdą. Bowiem przynajmniej ja mam tak, że zostając wrobiony w słuchanie kultowego "Never Gonna Give You Up", mimo wszystko śmieję się z żartu. Filmiki recenzujące występy na wielkich galach są natomiast tylko i wyłącznie wkurzające. Nie ma nic fajnego w tym, że zamiast wypiętego tyłka Beyonce pojawia Ci się przed oczami pryszczaty nastolatek. Nic.

Zabawniejsze jest nawet nagrywanie telefonem telewizora, na którym puszczona jest gala. Naprawdę.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Bum!

Lubię tego chińskiego Noblistę Mo Yana. Nigdy nie byłem jakoś totalnie zachwycony jego książkami, by polecać je każdemu możliwemu człowiekowi na świecie, ale najzwyczajniej mi się one po prostu spodobały. Zarówno z "Krainą wódki", "Obfitymi piersiami, pełnymi biodrami", jak i "Klanem czerwonego sorga" spędziłem miłe chwile. Toteż nie miałem ani krzty wątpliwości, by nabyć kolejną wypuszczoną w Polsce powieść tego autora - "Bum!".

Tytuł ten przedstawia zadziwiającą historię pewnego młodego Chińczyka. To postać nietypowa, bo chłopak w dzieciństwie uzależniony był od... mięsa. Jak sam zauważa, dodawało mu ono nie tylko siły witalnej, ale i wzmacniało jego inteligencję oraz pomysłowość, co obserwujemy przez cały czas trwania jego historii. Ją zaś główny bohater opowiada samemu, kierując swe słowa do starego mnicha, którego pomocnikiem chce w przyszłości zostać.

Podobnie jak w "Obfitych piersiach" czy "Klanie czerwonego sorga", sporo miejsca poświęcone jest także rodzinie głównej postaci. Matka, ojciec oraz przybrana siostra Luo Xiaotonga stanowią ważny element całej historii i w ważny sposób kreują tego najważniejszego bohatera. Podobnie zresztą bywa z pozostałymi postaciami występującymi w książce, będącymi zazwyczaj mieszkańcami tej samej wioski. Wśród nich zdecydowanie najważniejszy jest miejscowy bogacz, Lao Lan, który w różnych momentach powieści jest postrzegany przez głównego bohatera na różnorodne sposoby.

Teraz będę powtarzał to, co piszę przy okazji każdej innej książki Mo Yana, mowa jednak o elementach, których pominąć nie sposób. Po pierwsze, abstrakcja. W tym przypadku jednak zdecydowanie bliższa tej znanej z "Krainie wódki" niż tej z dwóch pozostałych powieści. Jest tu naprawdę wiele niesamowitych sytuacji, czasem szokujących, czasem zaś po prostu...

Rozśmieszających. Humor to bowiem kolejna cecha pisarstwa chińskiego Noblisty, która widoczna jest w każdym jego dziele. Przez śmiech Mo Yan nie tylko zwyczajnie wciąga Czytelnika w swój świat, ale i niesamowicie łagodzi sytuacje, które przedstawione w inny sposób potrafiłyby co najwyżej wprowadzić w depresję. Autor ponownie gra na emocjach i trudno się oprzeć tej rozpoczętej przez niego rozgrywce.

"Bum!" spodobało mi się wyjątkowo mocno. Jestem właściwie stuprocentowo pewien, że powieść ta przypadła mi do gustu bardziej niż "Obfite piersi, pełne biodra" i "Klan czerwonego sorga". Staje więc zdecydowanym krokiem do walki z "Krainą wódki", a to już coś znaczy. Świetnie opowiedziana historia, charakterystyczny dla Mo Yana humor i moc abstrakcji, to podstawowe cechy "Bum!". Zdecydowanie polecam na rozpoczęcie swej przygody z chińskim Noblistą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #54 - Kato

Kolejna niedziela, kolejny odcinek "Raperzy czytają". Konkretniej - już pięćdziesiąty czwarty. Tym razem gościem moim i Waszym jest Kato, reprezentant Strzelec Krajeńskich i internetowego labelu invsbl. Do tej pory znany w szczególności ze swojego wydawnictwa stworzonego we współpracy z producentem Crimem. Krążek "A Jeśli Nasza Ziemia jest Ich Rajem?" został wypuszczony w roku 2012. Już wkrótce, pierwszego lutego, ma natomiast pojawić się kolejny projekt Kato, tym razem na bitach Tekena - "Nie Ma W Nas Bohaterów". Promują go dwa klipy: do kawałków "Cisza na środku pola bitwy" oraz "#PtakiLatająWyżej".

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

W czasach szkolnych uciekałem od każdej możliwej lektury, co nie znaczy, że nie byłem aktywnym czytelnikiem. Wręcz przeciwnie. Czytałem bardzo dużo, a moja bierność polegała w znacznym stopniu na pewnego rodzaju buncie. Nie potrafiłem się zmusić do czytania rzeczy, które narzucono mi z góry, i których nie ,, mogłem” lecz ,,musiałem” przeczytać. Dodatkowo świadomość, że wraz ze mną czyta tę samą książkę cała klasa, oraz że nie dowiem się niczego nowego, (i czego nie dowie się żaden z nich) odpychała mnie dość mocno od szkolnych lektur. Biorąc pod uwagę ilość Raperów wypowiadających się w tym cyklu, postaram się unikać „książek oczywistych”, gdyż zostały one zapewne już przemielone na kilka sposobów, i niczego nowego nie wniósłbym do nich moją osobą.

Jestem fanatykiem historii. Jestem również fanatykiem książek i filmów opartych na autentycznych wydarzeniach, stąd dużą część mojej domowej biblioteki zajmują książki biograficzne lub autobiograficzne. Wyjątkowo chciałbym polecić biografie Lance Armstronga. Zarówno , "Mój powrót do życia", jak i ,"Liczy się każda sekunda". Szczególnie teraz, w cieniu nie tak bardzo odległych wypadków związanych z Armstrongiem, byłyby to ciekawe pozycje nie tylko dla fanów sportu. Chociaż przede wszystkim w tej drugiej książce dużo miejsca zajmuje opis treningów. Więc jeśli chciałaby którąś z nich przeczytać osoba, która jest nastawiona na typową - ciekawie opowiedzianą historię o człowieku przełamującym własne słabości, i dążącym do upragnionego celu wszelkimi (jak już wiemy - nie zawsze legalnymi) sposobami, to przystępniejszy będzie dla niego "Mój powrót do życia".

Chciałbym teraz polecić - może nie tyle co konkretną książkę - co autora, który swoją prozą zrobił na mnie wielkie wrażenie. Jest to Sven Hassel. Jego ksiązki może nie wyglądają zbyt zachęcająco na półce sklepowej, otoczone przez pięknie wydane pozycje w twardych okładkach z przykuwającymi uwagę ilustracjami, ale pod względem zawartej treści przewyższają w mojej ocenie kilkukrotnie wszelkie bestsellery oraz pozycje uznawane za modne. Sven Hassel był uczestnikiem II wojny Światowej, lecz unikatowym czyni go fakt, iż stał po ,,tej złej" stronie barykady. Należał do jednostki Karnej Wermachtu i walczył na niemalże wszystkich frontach. Kultura zachodnia zalewa nas opowieściami o bohaterskich Amerykanach czy Anglikach pokazując tym samym Niemców jako zwyrodnialców ślepo posłusznych Fuhrerowi. Jak już zdążyliśmy się przyzwyczaić, rzeczywistość nie zawsze wygląda tak jak przedstawia nam ją większość. Historię tworzą zwycięzcy. Hassela wyróżnia również dosadność i brutalność przedstawianych sytuacji. Człowiek niemalże namacalnie czuje klimat i brud ciągnący się z pól bitewnych. Z konkretnych tytułów, od których polecałbym zacząć swoją przygodę z książkami tego autora, wymieniłbym w szczególności takie pozycje jak : "Gestapo”, "Zlikwidować Paryż” czy "Legion Potępieńców”.

"Efekt Lucyfera" Philipa Zimbargo to obszerna praca naukowa napisana przystępnym językiem, opowiadająca w głównej mierze o grupie studentów, którzy podzieleni na dwa zespoły "więźniów" oraz "Ochroniarzy" przez pewien czas odgrywali swoje role. Książka pokazuje jaki wpływ na nasze zachowanie oraz postawę psychiczną ma sytuacja, w której się znajdujemy i rola, w jaką przyszło nam się wcielić. Jest to niezwykle dosadna i w pewnych momentach wręcz odpychająca książka, która udowadnia, że pozornie cywilizowanym ludziom nie tak daleko do zwierząt, jak nam się wydaje, i że podświadoma potrzeba dominacji i władzy potrafi doprowadzić do wielu zachowań, których wyrzekalibyśmy się z wielkim zapałem. Szczególnie drastyczny jest opis wojny domowej gdzie na przeciw siebie stanęli Hutu i Tutsi. Niezwykle realistycznie przedstawione gwałty na kobietach przy pomocy karabinów lub pod groźbą śmierci, nakazanie 10-letniemu dziecku uprawiania stosunku płciowego z własną matką na oczach rodzeństwa. Z uwagi na takie fragmenty polecałbym tę książkę osobom o wybitnie stalowych nerwach.

Mimo sporej ilości pozycji, które chciałbym jeszcze opisać, wymienię tylko jedną, aby uniknąć uczucia znudzenia wśród czytelników. Ostatnim dziełem jest debiut literacki Indyjskiego autora Rakesha Satyala pt. "Błękitny Chłopiec" . Jest to powieść o dorastającym 12-latku, któremu wydaje się, że został reinkarnacją Hinduskiego Boga Krzyszny. Jest to piękna historia o poszukiwaniu własnej tożsamości i błądzeniu, jakiemu jesteśmy poddawani podczas wchodzenia w "dorosłe życie". Książka nie jest jednoznaczna i mimo dość osobliwego zachowania głównego bohatera, każdy z nas może znaleźć w nim chociaż malutką cząstkę siebie samego. Jest to również pozycja, przez którą w kręgu moich znajomych, byłem narażony na wszelkiego rodzaju docinki i żarty. Gdyż przypadkiem powiedziałem iż zastanawiam się nad nazwaniem płyty ,,Błękitny Chłopiec", co teraz z perspektywy czasu sam uważam ze idiotyczny pomysł, to jeszcze gdy się okazało, że główny bohater jest homoseksualistą to ilość uszczypliwości lecąca w moją stronę osiągnęła apogeum. Na szczęście już im przeszło.

Na koniec chciałbym napsiać o autorze do którego podchodzę jak pies do jeża. Mam tu na myśli nikogo innego jak Charlesa Bukowskiego. Sposób, w jaki gloryfikują go i wynoszą na piedestał polscy raperzy i ilość odniesień do jego osoby w tekstach, jest dla mnie odrzucająca i sprawia, że nie mam najmniejszej ochoty sięgać po jego pozycje. Skoro dla tylu raperów jest on tak wspaniałym twórcą, to po konfrontacji tego ze stanem intelektualnym naszej sceny doszedłem do wniosku że... musi być z Nim coś nie tak. Z drugiej strony, nie przekreślam go i gdy już się odważę wziąć coś w swoje ręce, to nie wykluczam że i ja zostanę oczarowany. Narazie się dzielnie bronię.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

7 komentarze:

Pod Mocnym Aniołem

Jedni powiedzą "wstyd", drudzy powiedzą "hańba". Ja natomiast pokornie powiem "żałuję". Żałuję, że nigdy wcześniej nie widziałem któregokolwiek z filmów Smarzowskiego. Na "Drogówkę" czaiłem się ciągle od jej premiery, ale jeszcze nie sprawdziłem całości. "Wesela" widziałem kiedyś jakiś krótki urywek. Poza tym autentyczne nic. Jednak na "Pod Mocnym Aniołem" pójść musiałem. Starsi stażem czytelnicy MajkOnMajk wiedzą dlaczego. Innym natomiast tłumaczę - bo czytałem książkowy oryginał.


Bohaterem tego niecodziennego widowiska jest Jerzy (Robert Więckiewicz). Jerzy jest pisarzem i alkoholikiem. Jerzy ma kobietę (Julia Kijowska), którą zapewnia o swej miłości. Jerzy jednak często trafia do zakładu dla fanów napojów wyskokowych. A tam osobników spotyka różnych - jednych jemu podobnych, innych jednak degeneratów (zdaje się) jeszcze większych.

Film na pewno jest mniej chaotyczny od książkowego oryginału. Oczywiście, tu wciąż nie wszystko podane jest na tacy chronologicznie, ale połapać się jest łatwiej niż w powieści Pilcha. I dobrze, bo dodaje to na pewno nuty oryginalności do tematu oryginalnego już przecież w trochę mniejszym stopniu. I metaforyczności, oczywiście.

"Ten tytuł nie jest lekki" - powiedzą niektórzy. "Ten tytuł jest zabawny" - powiedzą drudzy. Ja natomiast wydam ostateczny werdykt: oni wszyscy mają racje. Naprawdę. Oczywiście, Smarzowski na pewno nie chciał zrobić z tego czystej komedyjki. I rzeczywiście, mimo wszystko bliżej temu do dramatu. Ale błędem jest jednocześnie mówienie, że "Pod Mocnym Aniołem" nie jest w ogóle zabawne. Bo zabawne bywa i jestem pewien, iż tak miało to właśnie wyglądać. Książkowy oryginał to też symbol łączenia ze sobą dramatyzmu i komedii. 

"Humorem prostackim" część osób może nazwać ten zaprezentowany w filmie Smarzowskiego. Ja jednak ująłbym go prędzej jako "humor czarny". Pilchowski rodzaj zabawności udzielił się reżyserowi i wyszło z tego coś autentycznego, choć tragikomicznego na swój sposób. Przygody zarzyganych alkoholików jednych mogą jedynie śmieszyć, innych mogą przerażająco zastanowić. Idealnym wyjściem jest jednak tak naprawdę połączenie tych dwóch rodzajów odbierania "Pod Mocnym Aniołem".

Aktorzy? W sporej mierze wręcz stworzeni do oddanych im ról. Robert Więckiewicz zagrał w kilku bardziej komercyjnych kupach, co jest mu wypominane bardzo często. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż jest on aktorem bardzo dobrym. Tutaj spełnia swą rolę wręcz perfekcyjnie, podobnie jak taki Andrzej Grabowski, Arkadiusz Jakubik czy Krzysztof Kiersznowski. Role kobiece trochę tu wypadają gorzej, choć szczerze mówiąc trudno mi dokładnie wytłumaczyć dlaczego. Wydają się trochę mniej naturalne, ot co.

Przy "Pod Mocnym Aniołem" bawiłem się bardzo dobrze. Trochę przesiedziałem z zamyśleniem, trochę się pośmiałem. Film spełnił moje oczekiwania, a może wręcz wypadł lepiej niż miał w zamierzeniu mym wypaść. Na pewno produkcja ta odbierana będzie na wiele różnych sposobów. W moim przypadku jest jednak naprawdę pozytywnie. Masz mnie, Smarzowski. Twoje inne filmy też w końcu będę musiał sprawdzić.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

2 komentarze:

Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi radości

Na samym początku tego postu powinienem rzucić jakąś wyświechtaną frazę w rodzaju "w dzisiejszych czasach" albo "problemem współczesnego społeczeństwa". Ale nie zrobię tego. Dlatego, że choć rzeczywiście mam zamiar dziś odnieść się do sytuacji współczesnej, jestem pewien, że podobnie było już wiele, wiele lat temu. Tak jak jednak wspomniałem, ja skupię się na teraźniejszości. Od czegoś trzeba więc mimo wszystko zacząć. Niech więc będzie to zwrot... "obecnie".

Obecnie na YouTube pojawia się coraz więcej programów zatytułowanych np. "Co mnie wkurwia?" albo "5 rzeczy, które doprowadzą mnie kiedyś do samobójstwa". Nazwy wyjątkowo dosadne i wyjątkowo jasne w swym przekazie. Gdy odpalasz takie wideo, możesz być wręcz stuprocentowo pewien, że za chwilę czeka Cię tyrada narzekania. Czasem takiego "typowo polaczkowego", innym razem jednak nie do końca.

Gdy materiały te są słabe, zazwyczaj siedzę przed ekranem z pokerową twarzą i na końcu dobywa się z moich ust drobne westchnienie pełne zażenowania. Gdy jednak tego typu filmik jest zabawny, wtedy się po prostu śmieję. Nieprawdopodobne, a jednak. Trudno jednak zareagować inaczej, gdy materiał prezentujący negatywne sfery życia, w jakiś sposób rozśmiesza. 

Mimo wszystko, mimo tego całego rozbawienia, jest w tym wszystkim coś smutnego. Ten fakt, że osoba dostarczająca nam lolcontentu, podsuwa pod nos narzekanie i życiowe smutki pod postacią gazu rozśmieszającego. Wszyscy się śmiejemy, czasem wręcz turlamy po podłodze, chichocząc na cały dom. Z czego się jednak w pewnym sensie śmiejemy? Ze smutków dnia codziennego.

Może to ja źle przeszukuję internet, może to moja wina, że przyzwyczajony jestem do śmiania się z każdej możliwej tragedii. Ale naprawdę - mało w internecie dostrzegam prawdziwej radości. Radości z życia, by to konkretniej ująć. Czasem zdarzy się na jakimś blogu tekst o wygrywaniu wszystkiego, który rysuje Ci magiczną kredką uśmiech na twarzy. Dlaczego to jednak dzieje się tak rzadko?

Ja nie jestem święty. Właściwie to tych pozytywnych tekstów u mnie zbyt dużo nie jest. Są w większości neutralne, czasem jakieś bardziej nostalgiczne. Wpadłem w to bagno, którego nikt nie stworzył, bo powstało tak naprawdę samorzutnie. Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi radości jak my. My wszyscy. Justin Bieber trafił do więzienia - hehehe. Na Kwejku śmieszny obrazek - hehehe. "Sorry, taki mamy klimat" - hehehe. A ja teraz piszę na blogu smutną notkę o smutnych ludziach. Każdy z nas jest po trochu jednym z nich.

Gdzie ci narodowi wieszcze, zachwycający się piękna naturą polskiej wsi po dziwnych tabletkach, popitych kilkoma łykami rodzimej wódki? Gdzie te peany na cześć wszystkiego co możliwe, wszystkiego czym się można zachwycić? Podpowiem Wam - nie ma. A jeśli już, to w ilościach równie śladowych, co orzeszki arachidowe w jedzeniu.

Dlatego, jeśli znasz jakieś miejsce w internecie, gdzie znajduje się tylko content pełen zadowolenia z życia - podrzuć go w komentarzach. Brakuje nam tej radości z życia przerzucanej na litery i pozostaje tylko codzienne odpalanie Kwejka z butelką wódki i śmianie się do rozpuku. Sorry, nie takiego wygrywania życia oczekuję. Śmieszne memy i żarty są fajne - nie zaprzeczam. Ale jest też coś lepszego, serio.

Źródło: Gratisography.com

2 komentarze:

Niezależne nie zawsze znaczy ambitne

W ciągu paru ostatnich lat, w sferze kultury mocno wypromowało się określenie "indie". Słowo to nie jest bynajmniej związane z krajem o tej samej nazwie, a oznacza ono po prostu "niezależny". Są więc "indie movies", "indie games", a przeważająca ilość współczesnych zespołów rockowych nie gra rocka starodawnego, a właśnie takiego określanego mianem "indie". Do szczęścia brakuje tylko "indie books", które ponoć istnieją, ale mało kto zwraca na nie uwagę.

Cała ta "niezależność" wypływa zazwyczaj po prostu z oderwania się twórców danego produktu kultury od wielkich gigantów danej branży. Filmy i gry tego typu mają więc zazwyczaj o wiele mniejszy budżet od hollywoodzkich hitów czy kolejnych odsłon "Call of Duty", a i konotacje z rzekomymi monopolistami konkretnych rynków rzadko tu występują. Inaczej jest jedynie w przypadku muzyki. Grajkowie spod znaku indie rocka kiedyś rzeczywiście byli mocno niszowymi twórcami, dziś jednak ich krążki często są wypuszczane przez Sony Music czy inny Universal.

Wszystkie jednak te "niezależne" twory, stały się centrum zainteresowania ludzi szukających kultury jedynie stricte ambitnej. W dużej mierze wśród nich można więc znaleźć różnorodnych snobów, hipsterów i ogrom innych tego typu ludzi. Przeciętniaków czy też "zwyczajnych" osobników jest tu zdecydowanie mniej. "Indie" wciąż bowiem uchodzi za sferę przeznaczoną jedynie dla tych, którzy są (podobno) znawcami kultury wszelakiej.

Problem w tym, że tego typu myślenie idzie czasem zbyt daleko. W wielu umysłach "indie" stawiane jest na równości z "ambitne", a tu przecież nie o to chodzi. "Niezależność" ta może i kiedyś była domeną kultury rzeczywiście przeznaczonej tylko dla koneserów, dziś jest jednak inaczej. Filmy, gry czy muzyka indie są obecnie bowiem tworami dostępnymi i lubianymi przez wszystkich, czasem nawet tych, którzy między kontaktami z tego typu rozrywką, stawiają na słuchanie Pitbulla, Weekendu, oglądanie "American Pie" i "Hanny Montany" czy granie w "Kinect Adventures" i "Wii Sports".

Tak dla przykładu: jednym z filmów niezależnych, które widziałem w ubiegłym roku, były "Najlepsze najgorsze wakacje". Widniał on w sporej ilości internetowych rankingów, traktujących właśnie o produkcjach "indie". Tymczasem nic w nim do nadzwyczaj ambitnej sztuki bym nie zaliczył. Produkcję tę oglądało mi się całkiem przyjemnie i obstawiam, że podobne odczucia miałaby gimnazjalistka, będąca fanką One Direction. To fajny film z kategorii "indie", który przy okazji pokazuje, że ta "niezależność" nie zawsze równać się musi ambitnej fabule.

Gry? Proszę bardzo - "Super Meat Boy". Wiecie, ta niezależna gierka, robiona przez dwóch kolesi, w której steruje się mięsną kostką, próbującą dotrzeć do swej partnerki. Całość jest po prostu platformówką, z kilkoma ciekawymi, dość innowacyjnymi elementami. Twórcy jednak nie zaprzeczają, że chcieli się przy jej pomocy wprost odwołać do staroszkolnych zręcznościówek sprzed parunastu lat. Czy mamy więc tu do czynienia z produktem ambitnym? Niezbyt. A z produktem z kategorii "indie"? Jak najbardziej. Przy okazji natomiast przypomnę, że twórcy "Super Meat Boya" wystąpili w genialnym filmie "Indie Game: The Movie". Warto go sprawdzić, jako uzupełniacz dzisiejszego wpisu.

Nie zaprzeczam, że wśród współczesnych tworów "indie" znajdą się też takie autentycznie ambitne. Wśród filmów są to chociażby "Miłość" Haneke czy "Historie rodzinne". Nadużyciem jest jednak nazywanie "ambitnymi" wszystkich filmów z kategorii "niezależne". "Indie" dziś jest bowiem częścią nie tylko sfery fanów kultury niszowej, ale i masy kochającej popkulturę. I bywa nawet, że twory "niezależne" są dziś tworzone bardziej jako ukłon ku tej drugiej niż pierwszej grupie.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

5 błędów popełnianych podczas nauki

No i jak tam studenci - sesja już się zaczęła, czy wciąż na nią oczekujecie? A Wy, maturzyści - szykujecie się już na maj? Jakakolwiek jest Wasza odpowiedź na to pytanie, z jednym jednak prawdopodobnie wszyscy się zgodzimy: nauka do najprzyjemniejszych rzeczy nie należy. Oczywiście, krążą jakieś miejskie legendy o ludziach, którzy podobno uczyć się uwielbiają. Ja jednak jeszcze nigdy kogoś takiego na swej drodze nie spotkałem.

Nauka jest nudna, bo trzeba ciągle wałkować te same rzeczy. Przez to tak naprawdę łatwo zostać wytrąconym z równowagi i zostać zaabsorbowanym przez coś zupełnie innego. No ja np. właśnie powinienem uczyć się na egzamin, a piszę post na bloga. Shit happens. Jest jednak sposób, by naukę może nie tyle "umilić", co w jakiś sposób uczynić bardziej znośną.

Istnieje bowiem wiele błędów, które są notorycznie popełniane przez ludzi, próbujących się czegoś nauczyć. Wybrałem z nich magiczną piątkę i przygotowałem specjalne zestawienie. By uczyło się lepiej. Wszystkim.

Źródło: Flickr.com
Błąd pierwszy: zarywanie nocek

Na początku liceum moja nauczycielka polskiego powiedziała całej klasie: "liceum to nie poziom dla wszystkich, przygotujcie się na to, że na pewno zarwiecie niejedną nockę w celu nauki". To straszne proroctwo nigdy nie spełniło się w moim życiu. Nigdy nie zarywałem nocek dla nauki i nigdy nie mam zamiaru.

Czy umiem wszystko, czy też nie umiem nic - maksymalnie zawsze kończyłem swój bój z książkami o 22. Dokładniej - tak zdarzyło się ze dwa albo trzy razy. Okej, na studiach jest już inaczej, bo tutaj zdarzyło mi się powtarzać coś do 23. Gdy jednak słyszę o ludziach, idących spać o 3-4 w nocy, a mających zajęcia o 8, to patrzę na nich z wytrzeszczonymi oczami.

Lepiej się wyspać, serio. Może i rzekomo wiedzieć będziecie mniej, ale Wasz umysł na pewno będzie lepiej pracował podczas samego egzaminu, co spowoduje, że poza pamiętaniem wykutych definicji, będziecie też potrafili myśleć. 

Błąd drugi: picie tylko energetyków i kawy

Paradoksalnie, nie jest to jedynie kwestia dotyczący tych zarywających nocki. Sam bowiem, nawet będąc wyspanym, zostaję w ciągu dnia totalnie zmulony przez nudną naukę. A gdy jest się śpiącym, o rozproszenie jest jeszcze łatwiej. Dlatego, pozwolić sobie na solidną dawkę płynnego pobudzacza czasem można. 

Ja osobiście preferuję w takich sytuacjach bardziej energetyki niż kawę, ale z doświadczenia wiem, że żaden z tych specyfików nie jest tak cudowny, jak się wydaje na początku. I nie gadajmy tutaj o sprawach zdrowotnych, bo to nie miejsce na to. Problemem jest w tym przypadku po prostu fakt, iż zarówno kawa, jak i energetyki  mają mocny tzw. "efekt zejścia" (a przynajmniej ja tak to nazywam). Chodzi o to, że kofeina przestaje działać zupełnie nagle i powoduje wtedy jeszcze większą chęć spania niż przed jej spożyciem.

Nie mówię o całkowitej rezygnacji z energetyków czy kawy, ale warto je czasem czymś zastąpić. Co będzie w tej sytuacji dobre? Na pewno yerba mate, która ma zdecydowanie dłużej rozłożony "efekt zejścia". A jeśli nie macie ochoty inwestować w to dziwaczne zielsko, możecie spróbować też chociażby zielonej herbaty. Ostatnio zacząłem ją pić dość regularnie i mam wrażenie, że rzeczywiście ma ona jakieś przydatne właściwości pobudzające. "Efektu zejścia" natomiast w tym przypadku nie uświadczyłem w ogóle.

Źródło: Flickr.com
Błąd trzeci: niewychodzenie z domu

Budzisz się o ósmej, robisz sobie śniadanie i zaczynasz naukę. O czternastej robisz obiad i czytasz dalej te wymysły wielkich profesorów. O dziewiętnastej przegryzasz coś na kolację, oczywiście cały czas z podręcznikiem albo notatkami w ręku. O dwudziestej czwartej doładowujesz sobie moc energetykiem i kujesz dalej. O drugiej zasypiasz. Cały dzień przesiedziałeś w domu.

To nie jest dobre. Szczególnie wiedzą to Ci, którzy są uzależnieni od jakiejkolwiek aktywności fizycznej, np. biegania czy jazdy na rowerze. Paradoksalnie jednak, każdy z nas jest w jakimś stopniu ćpunem świata zewnętrznego. Codziennie wychodzisz do pracy, na uczelnię, do szkoły. Nawet jeśli nie zajmuje Ci to długo, trochę tych kroków dziennie musisz zrobić. Jeśli nagle zaburzysz swój rytuał, siedząc cały dzień w domu, może to się skończyć - po raz kolejny - zwyczajnym przymuleniem.

Więc wyjdź z domu. Chociaż na godzinkę. Najlepiej z jakimś zadaniem, które zajmie Ci głowę myśleniem o nauce. Skocz na zakupy, pobiegaj trochę, wpadnij po jakąś książkę potrzebną do egzaminu do biblioteki, choć możesz ją znaleźć w internecie. Przy okazji nawdychasz się trochę świeżego powietrza. Nie, przewietrzanie pokoju przez otwieranie okna nie wystarczy.

Błąd czwarty: odmawianie sobie rozrywki

Nie, uczenie się kompletnie cały dzień wcale nie jest takie fajne i efektywne, jak może się wydawać. Jacyś uczeni ponoć dowiedli kiedyś, że mózg człowieka rzeczywiście przyswaja sobie wiadomości jedynie przez około cztery godziny nauki dziennie. Nie wiem dokładnie ile w tym prawdy, jednak wydaje mi się, że coś w tym jest.

Dlatego czasem po prostu TRZEBA zrobić sobie przerwę. I to nie tylko na zamówienie pizzy czy pójście do ubikacji. Przede wszystkim, przerwa powinna Was rozerwać, oderwać od świata nauki, byście choć na chwilę o nim zapomnieli. Nie ma sensu całkowicie porzucać swojego hobby w zapełnionych przez podręczniki dniach. Nauka przez 10 godzin z rzędu i tak bowiem Wam po tych kilku godzinach prawie kompletnie nic nie da. 

Masz ochotę na film? Spoko, obejrzyj go - najlepiej przejdź się do kina, to przy okazji wyjdziesz z domu (patrz: błąd trzeci). Masz ochotę pograć w grę? Super, z doświadczenia wiem, że nawet totalna klęska w multiplayerze nowego "Call of Duty" wkurza mniej niż myślenie o nauce. A może masz ochotę na książkę? Okej, to możesz jednak ograniczyć, bo czytanie ma wiele wspólnego z nauką, przez co przerwa tego typu nie zawsze daje pożądane rezultaty.

Źródło: Gratisography.com
Błąd piąty: kompletne odpuszczanie muzyki

Wielu podczas nauki domaga się kompletnej ciszy, która ma im zapewnić totalne skupienie się na wytwornych sekwencjach, płynących z ich podręczników. Czy powiedzenie "nie" jakiejkolwiek muzyce jest jednak na pewno takie spoko? Nie do końca.

Gdy stawiasz na ciszę, musisz być przygotowanym na to, że każdy, nawet najcichszy odgłos, może Cię zwyczajnie rozproszyć. U sąsiada zadzwoni telefon i od razu odwracasz głowę w stronę jego mieszkania z zaciśniętymi zębami. Potem odwracasz wzrok na podręcznik i myślisz sobie: "cholera, gdzie to ja skończyłem?". Warto więc przyzwyczaić się do braku ciszy i włączyć jakąś muzykę.

Jaką? Instrumentalną, to na pewno. Jazz jest wyborem perfekcyjnym. Czasem można pokusić się o wokal, ale tylko ten naprawdę nierozpraszający uwagi. Poza tym, należy puścić muzykę cicho. Najlepiej włączyć ją już z samego rana, jeszcze przed rozpoczęciem nauki. Wtedy pokój "wypełni się" muzyką i będzie po prostu tłem dla wszystkiego. Jeśli szukasz dobrej muzyki do nauki, sprawdź moją serię wpisów, zatytułowaną: "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki". Jej dotychczasowe odcinki znajdziesz pod kolejnymi numerami: 1, 2, 3, 4, 5, 6.



Słowo na koniec. Pomysł na ten wpis pojawił się już u mnie jakiś czas temu, jednak nie zrealizowałbym go pewnie tak szybko, gdyby nie trochę podobny post na blogu Andrzeja Tucholskiego, jestKultura.pl, który mnie ostatecznie zainspirował do wzięcia się w garść. Tym samym, do tegoż właśnie postu odsyłam, gdybyście zechcieli jeszcze bardziej powiększyć swą wiedzę na temat efektywnej nauki: KLIK.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

22 komentarze:

Cztery sytuacje, które zrobiły mi piątek

Od ostatniego piątku parę dni już minęło, ale to nie powód, bym zaprzepaścił taki fajny w mej opinii post. Wraz z rozpoczęciem weekendu spotkałem się bowiem aż z czterema sytuacjami, którymi po prostu musiałem się z kimś podzielić. Gdy natrafiłem na pierwszą z nich, miałem ochotę wrzucić zwyczajnie status na fanpage bloga. Druga akcja nastąpiła jednak tak szybko, że zacząłem się wahać, co do tej opcji. Gdy kilka minut później trafiłem na sytuację numer trzy, byłem już pewien, iż podrzucę Wam to wszystko w postaci posta na blogu. Bramka czwarta jedynie mnie w tym pomyśle utwierdziła.

Okej, let's roll!

Pierwsze dwie sytuacje dzieją się w Burger Kingu. Yup, znowu postanowiłem rozpocząć weekend obżerając się w fast-foodzie. Gdy odebrałem swoje zamówienie, większość "zwykłych" stolików była już zajęta. Postanowiłem więc standardowo przysiąść się do tych wyższych blatów, przygotowanych właśnie dla kompletnie losowych ludzi. Takich jak ja.

Jeszcze zanim zacząłem jeść, rozpoczęła się akcja numer jeden. Na skos ode mnie przysiadła się bowiem dwójka dzieciaków z podstawówki, którzy zaczęli nawijać o... grach MMO. Nie wiem za cholerę, o jaki tytuł im konkretnie chodziło, ale widać, że byli w nim totalnie obeznani. Zaczęli rzucać nieznanymi mi nazwami, dodatkowo dorzucając anglicyzmy w rodzaju "mam już sto eksperiens". 

Dlaczego to mi zrobiło piątek? Bo w głowie pojawiła mi się wizja mnie samego, w wieku tych dzieciaków. Do dziś pamiętam jak z kumplami w podstawówce przechadzaliśmy się po boisku i nawijaliśmy o nabijaniu kolejnych leveli w różnorodnych MMO. My wtedy też posługiwaliśmy się hasłami, które zrozumieliby tylko inni fani danej gry i też podrzucaliśmy czasem jakieś angielskie słówka, dodające nam respektu. Rzekomo. Damn, to były fajne czasy.

Na akcję numer dwa zwróciłem uwagę tuż po tym, jak dzieciaki zwinęły się, swoją drogą chamsko zostawiając śmieci na stoliku, zamiast wyrzucić je do kosza. Gdy spoglądałem za nimi z tego powodu krwiożerczym wzrokiem, moja uwaga wreszcie padła na kolesia siedzącego naprzeciw mnie. Spojrzałem na jego tackę z jedzeniem. Dwa Big Kingi XXL, frytki i cola. Wow.

Może dla niektórych to się wydać normalne, ja jednak zawsze jestem ogromnie zdziwiony, gdy ktoś potrafi w siebie upchnąć na raz dwa takie sporawe hamburgery. Tym bardziej, jeśli wygląda się tak jak ten konkretny facet. W skrócie - każda z naszych babć powiedziałby: "omójbożejakionchudy". Ja doceniam takie umiejętności jedzenia. Serio.

Ku bramce numer trzy przechodzimy do pobliskiego Saturna. Dalszy kierunek? Standardowo - dział z grami. Właściwie to nigdy nie wiem, po cholerę tam idę, ale coś mnie tam przyciąga za każdym razem. Dzisiejsza wyprawa okazała się jednak mieć ciekawe zakończenie. Opadła mi bowiem kopara, gdy spojrzałem na miejsce, gdzie pograć sobie można przy użyciu Kinecta, czyli xboksowej kamerki.

Oto bowiem stoi tam typowy pijaczyna. Uśmiech od ucha do ucha, czerwona twarz i lekko chwiejna postawa. Samo to brzmi już jak powód do szczerego banana na twarzy. A gdy połączy się to ze skakaniem naszego śmiałka przed kamerką, próbującego rzucić wirtualną rzutką w tarczę, dostajemy combo iście genialne. Mogłem to wszystko nagrać - odpalałbym sobie ten filmik za każdym razem, gdyby coś mnie przymuliło.

Ostatnia stacja? Carrefour. Nie miałem właściwie co zrobić, więc postanowiłem kupić wreszcie parę rzeczy, które chodzą mi po głowie od tygodnia. Dobre piwo miodowe na przykład. W koszyku miałem trzy rzeczy, ale jakoś mi się zbytnio nie spieszyło, więc zaakceptowałem fakt, że trafiłem na godziny szczytu i będę musiał swoje odczekać. Nawet do kasy samoobsługowej, która dla sporej liczby osób wciąż wydaje się potworem gorszym od laleczki Chucky.

Nie tylko ja zresztą przybyłem z małą ilością rzeczy, mimo to swoje wystając. Moim zdecydowanym faworytem okazała się jednak pewna dziewczyna. Postała ona te pięć czy dziesięć minut tylko po to, by kupić... jabłko. Jedno jabłko. Kobieto - masz mój szacunek. 

Well folks, that's all for today - jak to zdarza się mawiać jednemu z moich wykładowców. Mam nadzieję, że Wam też spodobał się taki pomysł na post. Zero filozofowania, zero pouczania, a zamiast tego samo życie i czysty fun. Jak dla mnie, brzmi po prostu przyjemnie.

Źródło: Gratisography.com

5 komentarze:

Żółte ptaki

"Żółte ptaki" to książka, która zdaje się, że zebrała sobie sporą grupkę fanów w naszym kraju. Wydany w ubiegłym roku twór Kevina Powersa początkowo nie wydawał mi się zbyt interesujący,  jednak po wielu pozytywnych recenzjach, tytuł ten trafił wreszcie na moją listę życzeń. Los ponownie mi dopomógł, zsyłając tę pozycję do e-bookowej promocji za dziesięć złotych. Jak zwykle - po prostu nie mogłem się takiej ofercie oprzeć.

Kevin Powers zabiera nas w swej powieści do Iraku. Tam wysłana została dwójka głównych bohaterów: Bartle i Murph. Oboje to żołnierze amerykańskiej armii, mający za zadanie utrzymać w Iraku porządek. Ten pierwszy jest narratorem powieści, ten drugi zaś umiera. Jego śmierć zapowiedziana jest już na początkowych kartach książki, do jej sceny musimy jednak dotrzeć posiłkując się wspomnieniami Bartle'a. 

Scenariusz zaskakuje i ciągle trzyma w napięciu, to trzeba przyznać. Z jednej strony zasługa w tym samej historii wojennej, z drugiej zaś wprowadzenia lekkiego chaosu w chronologii wydarzeń. Rozdziały "irackie" przeplatane są bowiem z innymi sytuacjami z życia Bartle'a, zazwyczaj mającymi miejsce już po jego służbie. Zapewniona jest więc dynamika, ale i...

Emocje. To one bowiem są szczególnie ważnym elementem "Żółtych ptaków'. To właśnie emocje podkreśla wiele osób, które twór Kevina Powersa uważają za dzieło sztuki. Nie ukrywam, że i ten element w ogromnej mierze przyciąga do całości i powoduje, że odłożenie książki na bok nie należy do najłatwiejszych zadań. Doceniam to, choć wciąż moim zdaniem liczni recenzenci przeceniają ten aspekt, oddając ku niemu peany. Podczas czytania "Żółtych ptaków" nie dane mi było ani się wzruszyć, ani zszokować się i siedzieć nad powieścią z rozdziawionymi ustami. Choć może ktoś inny powie, że wyprany jestem z uczuć. Możliwe, trudno.

Czyta się jednak ten tytuł zdecydowanie przyjemnie. Oprócz tego dość szybko, bo książka do długich zdecydowanie nie należy i kto wie, może część osób nazwałaby ją wręcz "mikropowieścią". Ale to dobrze, ja takie pozycje lubię, szczególnie gdy taka krótka forma zostaje odpowiednio wykorzystana. A tu na pewno tak jest, bo po przeczytaniu "Żółtych ptaków" nie ma się ani wrażenia, że czegoś tu brakuje, ani tym bardziej, że coś zostało zbyt rozwlekle zaprezentowane.

Jaki więc jest ostateczny werdykt? "Żółte ptaki" to książka, którą przeczytać można. Nazywania jej "dziełem" czy "klasykiem" nie rozumiem, lecz czasu poświęconej na nią nie żałuję. Jest okej, choć nie sądzę, bym chciał kiedyś jeszcze do tej pozycji wrócić. Sprawdzić warto, nie zaś trzeba - oto ma ostateczna opinia.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

0 komentarze:

Raperzy czytają #53 - Igrekzet

Dziś "Raperzy czytają" wprost z Bielska-Białej, stamtąd bowiem pochodzi kolejny gość akcji, Igrekzet. Zawodnik ten znany jest w szczególności ze swojej konceptualnej EPki "Sznyty spojrzeń", stworzonej wspólnie z producentem NoTimem i wypuszczonej w roku 2012. Z tym samym beatmakerem dzisiejszy gość nagrał również kawałek na mixtape "Swag Jak Skurwysyn", który pojawił się wraz z ciekawym lyric video raptem parę dni temu. Igrekzet ma na koncie również sporo innych luźnych nagrywek, w tym chociażby track z dwoma wcześniejszymi gośćmi "Raperzy czytają": Wicherem oraz Ad.M.ą.

Teraz zaś oddaję głos samemu muzykowi.

Witam wszystkich! Jak powszechnie wiadomo, zarówno literatura, jak i kinematografia mają na celu wprowadzenie nas w pewien nastrój, wzbudzanie emocji i (przynajmniej w części gatunków) skłanianie do refleksji. Główna różnica pomiędzy nimi polega jednak na tym, że książki pobudzają naszą wyobraźnię, czynią nas reżyserami obserwowanych przez nas wydarzeń, podczas gdy oglądając film widzimy gotowy efekt cudzej wyobraźni. Nie wiem czy fakt, że jestem słuchowcem, ma w tym wypadku jakieś znaczenie, ale choć sporo oglądam i sam lubię czasem dostać wszystko na tacy, słowo działa na mnie w sposób szczególny i uwielbiam je w każdej formie, stąd nie potrafiłbym sobie odmówić tego pisanego.

Książką, która sprawiła, że zacząłem czerpać autentyczną satysfakcję z czytania i która wywarła na mnie największe wrażenie z dotychczas przeczytanych, jest zdecydowanie "Klub Dumas" Artura Pérez-Reverte. Przepadam za twórczością zmysłową, emocjonalną, nostalgiczną, a dodatkowo owianą nutą tajemniczości - to wszystko oraz nieprzewidywalne zwroty akcji zawarte są w tym thrillerze, na podstawie którego Polański nakręcił film "Dziewiąte Wrota", nie ma on jednak podjazdu do powieści.
"Nocny deszcz nie ustawał. Corso zgasił lampę. W sypialni, siedząc na skraju pustego łóżka, zapalił ostatniego papierosa i znieruchomiał w półmroku, łowiąc ślad oddechu, nieobecnego wśród pościeli. Wreszcie wyciągnął dłoń i pogłaskał włosy, których nie było na poduszce. (...) Lucas - wymówił na głos swoje imię tak, jak wymawiała je ona. Była zresztą jedyną osobą, która nazywała go po imieniu. Te pięć liter stanowiło symbol spustoszonej wspólnej ojczyzny, o jakiej niegdyś oboje marzyli" - jeśli trafia do Ciebie taki styl, ta książka wryje Ci się w pamięć na zawsze.

Do czołówki zaliczyć muszę ponadto "Wyznania Gejszy" Arthura Goldena, bardzo emocjonująca opowieść - szczerze mówiąc, ekranizacji do tej pory nie obejrzałem, muszę się kiedyś pokusić. Polecam również zbiór opowiadań Stephena Kinga pt. "Szkieletowa Załoga" - jak powiedział sam autor: "Lektura powieści pod wieloma względami przypomina długi satysfakcjonujący romans. (...) Opowiadanie przypomina ukradkowy pocałunek w ciemnościach z nieznajomym. To oczywiście nie to samo co romans lub małżeństwo, ale pocałunki też są bardzo miłe, ich efemeryczność zaś sama w sobie stanowi nie lada atrakcję".
Aaa, zapomniałbym - Graham Masterton i jego horrory, z których moim ulubionym jest niezbyt gruby, acz pełen akcji "Dżinn". Świetna rzecz.

W ostatnim roku nie przeczytałem zbyt wiele, nie licząc cegieł o Związku Radzieckim, który był tematem mojej pracy licencjackiej - dopiero wakacje przyniosły wystarczająco wolnego czasu, bym mógł poświęcić się przyjemniejszym lekturom, do których mogę zaliczyć m.in. "Przestępczą Sieć" Toma Clancy. Chwyciłem także polecanego mi Bukowskiego i chociaż "Listonosz" nie do końca spełnił moje oczekiwania, zapewne sięgnę jeszcze po jakieś wypociny zgorzkniałego Charlesa.

Aktualnie czytam... Harlequina, a konkretniej "Tę Jedną Chwilę" Laury Van Wormer. Beka, zawsze wydawało mi się, że ta seria to jakieś romansidła targetowane do kobiet, gdy jednak otworzyłem książkę na przypadkowej stronie i przeczytałem fragment zmysłowej sceny pomiędzy dwoma kobietami, postanowiłem przeczytać całość, hahah.

Słowo na koniec: czytaj - uciekaj czasem do świata fantazji, bo rzeczywistość, mimo że sama w sobie jest pełna wrażeń, potrafi przytłoczyć i warto raz na jakiś czas sobie od niej odetchnąć. Pozdrawiam!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

4 komentarze:

Wilk z Wall Street

DiCaprio na Oscara zasłużył już dobre parę lat temu. Koniec, kropka. Aktorem jest on naprawdę wybitnym i trudno nie docenić jego umiejętności. Nawet gdy film, w którym gra, do najlepszych nie należy, warto go obejrzeć dla samej roli DiCaprio. Patrz - ostatnia ekranizacja "Wielkiego Gatsby'ego". Dlatego nie będę ukrywał, że na "Wilka z Wall Street" chciałem (czy może raczej "musiałem") iść właśnie ze względu na Leonardo. Czy jednak w tym przypadku sam film utrzymuje poziom głównego aktora w nim występującego?


"Wilk z Wall Street" to produkcja inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Opowiada ona historię Jordana Belforta (DiCaprio), brokera, który korzystając ze sprytu i nie do końca prawych moralnie (a później wręcz nielegalnych) chwytów, osiąga ogromne bogactwo i staje się idolem wielu podobnych do niego. Po pewnym czasie zaczyna się jednak nieuchronnie interesować nim FBI, zamierzające prześledzić wszelką jego działalność. Od samego Belforta zależeć może, jak potoczą się jego ostateczne losy.

Najnowszy twór wybitnego Martina Scorsese nominowany jest do Oscara, choć większość osób doskonale zdaje sobie sprawę, że ostateczne szanse na zwycięstwo ma on raczej nikłe. Czy to z powodu jego niezbyt wysokiego poziomu? Zdecydowanie nie. Problemem jest natomiast obrazowość, z jaką cała historia sprytnego bankiera została zaprezentowana na wielkim ekranie.

"Wilk" to trzygodzinny film, którego esencją są seks, narkotyki i pieniądze. To twór hołdujący stricte hedonistycznemu życiu i właściwie nawet niezbyt wytykający jego wady. Na dodatek, żywot taki zostaje tu pokazany dobitniej niż w wielu innych produkcjach. Ćpanie pojawia się tu właściwie w prawie każdej scenie, nagie kobiety pieprzone są przez bohaterów tylko odrobinę rzadziej, pieniądze natomiast to temat nieschodzący z ust postaci. Nie ma miejsca na ugłaskiwanie czegokolwiek. 

Poza tym, ta produkcja to jeden z najśmieszniejszych filmów jakie widziałem kiedykolwiek. By głośno nie zaśmiać się podczas seansu, trzeba być chyba totalnym sztywniakiem, który ostatni raz uśmiechał się, gdy udało mu się zrobić pierwszą w życiu kupę. Humor występuje tu właściwie w ilościach równych narkotykom i uzależnia równie mocno, co one. A że większość żartów wydaje się tu wręcz absurdalna, całość rozśmiesza jeszcze bardziej.

Wszystko to zaś łączy jeden, prawdopodobnie najważniejszy aspekt "Wilka" - ten film wciąga. Ja wiem, powtarzam tę frazę w przypadku wielu innych produkcji. Ten tytuł wyprzedza jednak pod tym względem chyba wszystko, co miało swą kinową premierę w ubiegłym roku. Normalnie w ciągu seansu sprawdzam godzinę chociaż dwa/trzy razy, nie z nudów, lecz czystej ciekawości. Tutaj nie miałem na to kompletnie ochoty, bo nie chciałem stracić choćby sekundy filmu. A gdy film się skończył, nie wierzyłem, że minęły już te okrągłe trzy godziny.

Czy naprawdę muszę dodawać, jak świetna jest cała reszta? Poza DiCaprio aktorzy to może nie żadna śmietanka towarzyska, ale wszyscy odwalili swoją robotę na światowym poziomie. Zdjęcia nie są może tak efektowne i oryginalne, jak we wspomnianym już "Wielkim Gatsbym", ale po prostu robią to, co należy. Muzyka? Właściwie to jej nie pamiętam, ale robił ją Howard Shore, więc musiała być fantastyczna.

"Wilk z Wall Street" to film, który MUSISZ obejrzeć. To wspaniały hołd dla hedonizmu, świetnie zrealizowany i przezabawny. Koniecznie chcę to obejrzeć drugi raz. I jeszcze jeden. A potem pewnie i kolejny. Rozrywka na najwyższym poziomie. A do tego z DiCaprio. Czego chcieć więcej?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

6 komentarze:

Rób to, co kochasz. Szybko.

Wczoraj przeżyłem mały szok. Znalazłem w sieci blog dziewczynki z podstawówki, zawierający elementy charakterystyczne dla szafiarek. Na twarzy pojawiło się u mnie jedno wielkie "WTF". No bo jak to tak - taka młoda i już pokazuje ficiki i lajfstajlowo opisuje swoje życie? Gdzie są rodzice?! Gdzie jest Straż Internetów?! Gdzie prokuratura?! I już miałem ochotę wrzucić szybki status na Facebooku, już miałem ochotę pośmiać się z całego tematu razem z Wami. Ale.

Ale w sumie z czego tu się śmiać? Kurczę, dziewczyna ma dwanaście lat i pisze sobie w internecie. I to zaskakująco ciekawie językowo, polszczyznę ma opanowaną bowiem lepiej niż jakieś 3/4 polskiej sieci. Autentycznie. To wrzucanie zdjęć można wziąć niby pod uwagę jako coś innego, ale ponownie pytam: po co?

Załóżmy, że ona prowadzi sobie przez najbliższe lata tego bloga. Do osiemnastki zostało jej sześć lat. Wtedy - powiedzmy - zaczyna się to odcięcie od pełnej opieki rodziców i próba podbicia świata na własną rękę. Ona natomiast, jeśli tylko będzie mądrze rozwijała swoją małą przestrzeń, ma okazję zarabiać na tym pieniądze. Po tych sześciu latach już całkiem spore.

Ja zaczynałem swoją przygodę z internetowym pisaniem jeszcze wcześniej od niej. O tym jednak pewnie szerzej napiszę kiedy indziej. Dziś natomiast liczy się sam fakt, że miałem jakieś głupkowate stronki i blogi w wieku poniżej dziesięciu lat. Gdyby jakimś cudem przetrwało to do dziś, pewnie nadawałoby się do obśmiania na facebookowych fanpejdżach. Ale jednak pisałem już wtedy.

Byłem jeszcze w pierwszej połowie swojej nastoletniości, gdy zacząłem pisać dla różnych, bardziej profesjonalnych stron. Przeżyłem spory etap jako "dziennikarz growy". Pisałem o grach wszelakich dla paru różnych serwisów, innych mniej, drugich bardziej popularnych. Ale działałem chociaż w taki sposób. Robiłem to, co kochałem już wtedy. Pisałem.

Dziś, gdy mam ochotę dać znać jakiejś redakcji, mówię im: "Ej, słuchajcie, miałem okazję pisać w serwisach X i Y, a nawet kilka tekstów podrzuciłem dla Z! No i zdarzyło się rzucić trochę artykułów do takich internetowych magazynów A i B. A teraz to prowadzę codziennie aktualizowanego bloga". W tym momencie roboty automatycznie nie dostanę, no pewnie. Ale naczelny, czy kto tam mojego maila dostanie, od razu z większym optymizmem spojrzy na moją wiadomość do niego niż tekst w rodzaju "jestem studentem pierwszego roku dziennikarstwa i chciałbym se u Was postażować za pieniądze".

W moim wieku większość osób może sobie w CV co najwyżej wpisać "rozdawanie ulotek banku" albo "przewracanie hamburgerów w Macu". Jasne, jeśli składasz aplikację do KFC, ta druga opcja pewnie bardziej przyda Ci się niż moje redaktorskie popisy w sieci. Ale hej - chyba Twoim priorytetem nie jest zapieprzanie do końca życia w fast-foodzie, hm?

Teraz sobie pomyśl - co lubisz robić w życiu? Tak, wiem, to standardowe, wałkowane wiele razy na różnych blogaskach pytanie. Ale teraz serio - co lubisz w robić życiu? Pisać? Super. Śpiewać? Mega, chciałbym umieć. Skakać po drzewach? Świetnie. Dodawać i odejmować? Genialnie. To wszystko jest bez ironii. Jeśli coś lubisz robić, to naprawdę po prostu to rób. Skup się na tym w życiu i przy prawdziwym zatraceniu dla tego hobby oraz paru mądrych zagraniach, możesz zbijać pieniądze na tym już w naprawdę młodym wieku.

Im młodszy jesteś, ten wpis jeszcze bardziej kierowany jest do Ciebie. Masz dziesięć lat? Działaj. Właśnie wchodzisz do gimnazjum? Zignoruj wyzywanie Cię od "gimbów" za każdą rzecz, którą robisz i działaj. Wbijasz do liceum? Spoko, do boju. Zaczynasz studia? No, chłopie, czas się wreszcie wziąć w garść, a nie jedynie chlać wódę jak przez całe liceum.

Możesz czekać na koniec studiów i wtedy zaczynać pierwsze zlecenia jako "junior brand manager" za minimalną krajową. Pewnie. Możesz też jednak zacząć coś robić podczas całego swojego toku nauki i gdy już wyjdziesz w świat, być pod lupą ludzi, którzy podejdą do Ciebie na jakiejś imprezie i powiedzą: "Słuchaj, wiem co nieco na temat Twojej działalności i chciałbym zaoferować Ci współpracę". Gdy praca zacznie szukać Ciebie, a nie Ty jej - wtedy zrozumiesz, że naprawdę warto robić to, co się kocha. Już od małego.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

6 komentarze:

Jeden zespół o dziwnej nazwie

Przypomniał mi się ostatnio pewien zespół. Zespół, który przez pewien okres czasu właściwie nie schodził z moich słuchawek i puszczany był na okrągło. Ba, nie raz wrzucany był na tracklisty imprezowe, coby poskakać ze znajomymi do jego najbardziej energetycznych kawałków. Wstawianie jego piosenek na facebookową tablicę też oczywiście mam za sobą.

Z tego co widzę, obecnie kilka egzemplarzy ich obu płyt znajduje się na Allegro, w czasie mojej zajawki na nich, nabycie ich w Polsce nie było jednak tak łatwe. W Empikach, Media Marktach i całej reszcie, krążków tych zwyczajnie nie było w ogóle. Na Allegro coś się czasem zdarzyło, ale też w niezbyt zachęcających cenach. I choć wówczas moja płytowa kolekcja praktycznie się jeszcze nie urodziła, bardzo mi zależało na nabyciu cedeków właśnie tego zespołu.

Ostatecznie udało mi się je zdobyć - w Anglii. Jakieś 3 lata temu byłem w Zjednoczonym Królestwie na mniej więcej dwa tygodnie i tuż przed powrotem do Polski udało mi się zajść do sklepu sieci HMV. Wiecie, taki tamtejszy Empik. Płyt? Zatrzęsienie. Promocji? Ogrom. Moje zakupy zakończyły się na bodajże czterech wydawnictwach. Wśród nich właśnie moje wymarzone dwie płyty zespołu, będącego bohaterem dzisiejszego wpisu. Kto wie, może kiedyś to będzie spory rarytas?

Tym bardziej, że zespół już nie istnieje. A przynajmniej znajduje się w stanie zawieszenia. Chłopaki nagrali dwa krążki, pokoncertowali jakieś pięć lat i działalność zwinęli. Dlaczego? Zdecydowali się skoncentrować na innych projektach. Czy wrócą? Mam nadzieję, bo w Polsce byli raz, a ja wtedy na ich show nie byłem. Choć fanem wiernie pozostałem do dziś.

Teraz mam nadzieję, że może i kilku z Was uda mi się zarazić muzyką Brytyjczyków. Nie, jeszcze Wam nazwy tego bandu nie podam, poczekajcie chwilkę - niech zostaną ci, których temat rzeczywiście zainteresował.

Zespół ten gra muzykę dość ciekawą, którą bez spojrzenia w internety, jakoś trudno mi przypasować do konkretnego gatunku. Sieć jednak podpowiada, że do czynienia mamy z new rave. Dla tych mniej kumających, wersja bardziej opisowa - to coś przypominające połączenie elektroniki z rockiem. Ale wiecie, nie jakieś popierdółkowate brzdękanie, tylko prawdziwy kop energii na każdy poranek. Uważajcie, niektóre kawałki mogą Wam naprawdę rozsadzić uszy.

Z drugiej jednak strony, ich muzyka wcale nie jest jednolita. Wśród znajomych zawsze słuchaliśmy tych najmocniejszych kawałków, ale w domu można było też spokojnie przerzucić się na te spokojniejsze. Choć "spokojniejsze" to może złe słowo, bowiem i te tracki nie do końca nadawać się mogą do snu. Powiem więc tak - ot, bywa czasem bardziej rockowo. Indie rockowo, bo to teraz takie modne określenie i modny gatunek. Prawdziwie "spokojnych" kawałków jest może ze dwa. Albo nawet i jeden.

Wystarczająco zachęceni? Przejdźmy może więc do sedna. Zespół zwie się Does It Offend You, Yeah?, a ich dwie płyty noszą tytuły "You Have No Idea What You're Getting Yourself Into" oraz "Don't Say We Didn't Warn You". Nazwy kawałków też są nadzwyczaj nietypowe. Moim zdecydowanym faworytem jest "Attack Of The 60ft Lesbian Octopus". Odpowiadam: tak, da się tego słuchać. A nawet zdecydowanie warto! Poniżej więc parę linków, które przydadzą się Wam do rozpoczęcia przygody z DIOYY. Jeśli przypadnie Wam do gustu - dajcie znać! Będzie mi  niezmiernie miło :)

Klipy:
- "Pull Out My Insides" (ten bardziej rockowy, "spokojniejszy" track)

Imprezowe sztosy:

Wykonania na żywo:

DIOYY do przesłuchania rownież na:

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Co prawda, to nie zdjęcie z koncertu DIOYY, ale tak mi się ono spodobało, że po prostu musiałem je tu wrzucić.
Źródło: Flickr.com

11 komentarze:

Wytknij mi błąd. Kulturalnie.

Internet to cudowne miejsce dla wielu osób, które bez niego nie miałyby tak "efektownego" życia. To świetna przestrzeń do pokazania swojej inteligencji, głupoty, humoru, myśli samobójczych. Jeśli tylko znajdzie się swoją widownię, o którą tutaj nietrudno, dostaje się więcej miejsca do wyrażania swych poglądów (a więc chwalenia czy krytykowania) niż w "prawdziwym" świecie. Z tego tłumu ludzi efektywnie wykorzystujących internet, wyodrębnić można jedną, uwielbianą przeze mnie grupkę - Grammar Nazi.

Jeśli nie jesteś w sieci pierwszy dzień, to na pewno wiesz, kim ci osobnicy są. Gdybyś jednak jakimś cudem swoje internetowe rozdziewiczenie przeżywał z użyciem mojego bloga, przybywam z pomocą. Gramatyczni Naziści, to ci, którzy wytykają każdy możliwy błąd, w każdym widzianym przez nich tekście. "U" zamiast "ó"? Przecinek nie w tym miejscu, co trzeba? Zła odmiana wyrazu? Każdy z tych elementów może być powodem do erekcji u Gramatycznych Nazistów.

Wielu ludzi tej intrygującej grupy nienawidzi równie mocno, jak jej reprezentanci nienawidzą błędów w tekstach. Tym samym, na widok jakiegokolwiek przytyku ze strony Grammar Nazi, bronią oni nieświadomych swego ogromnego błędu internautów. Nazistów natomiast prowadzą pod mur, w celu odstrzelenia. Czy więc zachowanie fanatyków poprawnej pisowni jest rzeczywiście aż tak złe dla internetu?

Nie powiedziałbym. Spora część Gramatycznych Nazistów robi kawał dobrej roboty, nie tylko pomagając przetrwać w jakiś sposób poprawności językowej, ale i edukując tych, którzy rzeczywiście swojego błędu nie byli świadomi, a chcą pisać lepiej. Nie każdego stać na zatrudnienie profesjonalnego korepetytora, poprawiającego każdy jego post zmierzający na Fejsbuczka, a często osobom tym naprawdę zależy, by przekazać swoją informację jak najbardziej poprawnie. Jak to jednak zawsze bywa - również i ta sprawa ma dwie strony medalu.

W tym przypadku tę drugą tworzą wyjątkowo agresywni i niemili Grammar Nazi. Im nie wystarcza zwykłe zwrócenie uwagi na błąd w tekście. Ich satysfakcjonuje jedynie doprowadzenie do publicznego wyśmiania osoby popełniającej błąd i wyrzucenie z siebie przy okazji jak największej liczby obraźliwych epitetów. Dopiero wtedy czują się oni spełnieni, czasem chyba nie rozumiejąc, że wszystko to skutkuje wprowadzeniem sytuacji gorszej, niż gdyby błędu w ogóle nie wytknęli.

Ja jestem naprawdę wdzięczny, gdy ktoś mi powie: "ej, Mikołaj - zrobiłeś błąd tu i tu". Wtedy odpowiadam: "dzięki stary, już poprawiam". Dostaję czasem takie wiadomości w kwestii bloga od Czytelników i mam szczęście, że zawsze mają one po prostu formę miłego zwrócenia uwagi. Ja dzięki nim zyskuję - czemu mam więc być na nich zły?

Gdyby jednak ktoś wrzucił pod postem komentarz w rodzaju: "jak mogłeś taki błąd popełnić imbecylu, ja pierdolę!!!", to cóż - pozostaje mi jedynie jego skasowanie. Chamstwo często przekreśla przydatną reakcję, a szkoda.

Drodzy Czytelnicy, tym samym oficjalnie przyznaję Wam "pozwolenie" na kulturalne zwracanie mi uwagi na popełnione przeze mnie w tekstach błędy. Możecie to robić na PW czy w komentarzach - droga wolna. Jeśli tylko obędzie się bez chamstwa, ja Wam po prostu podziękuję. Niektórzy spinają się nawet, gdy błąd wytknie się im kulturalnie. Ja na szczęście taki nie jestem.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: commons.wikimedia.org

4 komentarze: