Dziennikarz też człowiek

Kojarzycie Maćka Kurzajewskiego? Na pewno. To ten facet od transmisji sportowych w TVP i programu "Kocham Cię, Polsko". Nawet jeśli nie oglądacie telewizji, to wręcz musicie go kojarzyć. Wspominam tu o nim dziś nie przypadkowo - będzie to bowiem główny bohater dzisiejszego wpisu.

"Kurzajewski wraca do TVP" - takie tytuły newsów można było ostatnio znaleźć na portalach informacyjnych. Kliknąłem w pierwszy tego typu link, bo cała sprawa mnie dość mocno zaciekawiła. Gdzie ten Kurzajewski uciekł? A może to TVP wyrzuciło go, podobnie jak miało miejsce swego czasu z pewną pracownicą Telewizji Polskiej, gdy podczas jednego z programów porannych okazało się, że swego czasu popalała ona jointy. Jak się okazało - bliżej trafiłem ze swoją drugą tezą.

Kurzajewski został bowiem zawieszony w pracy dziennikarskiej za udział w reklamie banku. Spotu nie kojarzę, ale na pewno wielu z Was coś zaświtało w tej chwili w głowie. Pan Maciej wystąpił w reklamie z Szymonem Majewskim i zgarnął za to pewnie sporo pieniędzy. Mi to nie przeszkadza. Odmienne zdanie od mojego mają jednak władze TVP.

Według nich, Kurzajewski złamał bowiem tamtejsze zasady etyki dziennikarskiej. Wyobrazić sobie je nie jest trudno. Dziennikarz nie może brać udziału w reklamach, bo przez to kojarzony jest z jakąś marką, co zatraca jego "obiektywizm" i "wiarygodność". Jakkolwiek sam argument ten wydaje mi się idiotyczny, moją uwagę jeszcze bardziej przykuwa pewnego rodzaju hipokryzja samego TVP.

Czy bowiem między programami tej stacji nie są prezentowane różnorodne reklamy? Czy przed wieloma jej tworami, nie są podani "sponsorzy" czy też "patroni" tychże tworów? Czy w jej programach śniadaniowych i serialach nie atakuje nas zewsząd product placement? Czy przez to wszystko więc również i całe TVP nie traci swojego "obiektywizmu" oraz "wiarygodności"?


Krytykować reklam, product placement i całej reszty takich tworów nie mam zamiaru. Hołduję bowiem zasadzie, mówiącej, że nawet jeśli czasem na czymś zarabiać nie trzeba, to po prostu warto - pieniądze bowiem nie gryzą. Czy jednak w takim przypadku nie należy zezwolić na podobne zdobywanie ich przez swoich pracowników?

Staję dziś w obronie Maćka Kurzajewskiego, bo facet ten chciał po prostu sobie dodatkowo zarobić. Główny pracodawca natomiast zabronił mu tego, choć działa w podobny sposób i używa argumentów, które można by sprowadzić do zwrotu "bo tak". Ja bym na miejscu pana Maćka rzucił TVP i ruszył gdzie indziej. Na pewno znalazłyby się inne stacje, które chętnie przyjęłyby go pod swoje skrzydła. Kto wie - może nawet oferując lepsze zarobki?

Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

The Walking Dead w wersji audio po raz drugi

Ci, którzy z blogiem są już za pan brat od dobrych paru miesięcy, pamiętać mogą, że swego czasu miałem okazję zrecenzować słuchowisko oparte na komiksie "The Walking Dead". Choć wtedy podszedłem do całości raczej pozytywnie, nie obyło się od wytknięcia przeze mnie kilku błędów temu projektowi. Mimo tego, z niecierpliwością czekałem na kolejne jego części. Drugie "Żywe trupy" pojawiły się w okolicach końcówki roku, początkowo tylko w wersji cyfrowej, potem również i fizycznej. Nabywszy ostatecznie tą drugą, zabrałem się do odsłuchu. Czy jest lepiej niż przy pierwszym podejściu?

Tym razem zabrani jesteśmy w świat trzeciego i czwartego zeszytu komiksów. Bohaterowie docierają więc do więzienia, które ostatecznie staje się ich stałym miejscem zamieszkania. Choć wciąż na świecie panują zombie, Rick i spółka zdają się czuć o wiele bezpieczniejsi, będąc chronionymi przez wielkie mury. Mimo tego, że potrzebują oni zjednoczenia w słusznej sprawie, niektórzy zaczynają odczuwać do siebie wzajemną niechęć.

Ponownie nadmienić muszę, że jeśli nie mieliście kontaktu z komiksowym oryginałem, a skupiacie swą uwagę jedynie na serialu, zdziwić może Was wiele różnic w scenariuszu. Mam nawet wrażenie, iż druga część słuchowiska jeszcze bardziej niż "jedynka" różni się od tworu AMC. Fabuła naprawdę sporo różni się od serialowej i z każdym momentem zaskakuje. Tak naprawdę można to nazwać tworami zupełnie innymi, zbieżnymi jedynie w przypadku niektórych bohaterów.

Choć wątpię, by tak rzeczywiście było, miałem często wrażenie, że twórcy czytali moją recenzję pierwszej odsłony projektu. Prawie wszystkie błędy, które uprzednio wytknąłem, w drugiej części kompletnie zniknęły! Naprawdę o wiele bardziej brzmi to teraz jak widowiskowy audiobook, aniżeli po prostu adaptacja komiksu. Narratora jest jakby więcej, a i dialogi wydają się rozsądniej przygotowane i "mniej komiksowe". Całość wreszcie nie przelatuje sobie ot tak, a trzyma w napięciu i jest odpowiednia rozłożona w czasie. Jestem naprawdę miło zaskoczony!

Aktorów również się jakoś milej słucha, choć pewnie dlatego, że role słabo brzmiących dzieci zostały ograniczone. Główna obsada ciągle działa naprawdę solidnie, a dodatkowo została wzbogacona przez Mirosława Zbrojewicza czy Sonię Bohosiewicz. Jacek Rozenek w roli Ricka i tak pozostaje jednak moim zdecydowanym ulubieńcem. Swoją drogą, twórcy zrobili naprawdę fajny gest w stronę fanów i sporo z nich (w tym ja) dostało płytkę z autografami paru aktorów. Mała rzecz, a cieszy :)

Świetnym pomysłem jest również według mnie wrzucanie na końcu każdego epizodu krótkich fragmentów piosenek. Szczerze przyznam, że nie pamiętam, czy podobna sytuacja miała miejsce przy pierwszej części słuchowiska, ale tym razem to odnotowuję. Puszczane piosenki są bowiem naprawdę przyjemne dla ucha i chętnie przygarnąłbym następnym razem wydawnictwo, składające się nie tylko ze słuchowiska, ale i drugiej płyty, zawierającej cały soundtrack. Bo przyznać trzeba, że naprawdę daje on radę!

Co zaś z kwestią reszty udźwiękowienia "Żywych trupów"? Tu jest bez zmian, czyli po prostu bardzo dobrze. W trakcie całości realizmu dodają więc wszelakiego rodzaju odgłosy strzałów, kroków, otwieranych drzwi i całej reszty. Wyłącznie chwalę, bo i przyczepić się tu nie ma do czego. Twórcy, czyli ekipa Sound Tropez, zdecydowanie znają się na swojej robocie.

Drugą część słuchowiska o Ricku i jego ekipie polecam więc jeszcze bardziej niż "jedynkę". To naprawdę świetna robota, obok której nie można przejść obojętnie, niekoniecznie nawet będąc fanem "The Walking Dead". Ja już z niecierpliwością czekam na kolejną część projektu "Żywe trupy", mając nadzieję, że twórcom uda się utrzymać w konwencji wypuszczania kolejnych części mniej więcej co pół roku. Trzymam kciuki!

0 komentarze:

Raperzy czytają - na półmetku

W tym tygodniu nie będzie typowego odcinka "Raperzy czytają". Zamiast tego, jako że akcja dotarła już do połowy swojego zamierzonego celu, postanowiłem przygotować krótkie podsumowanie tych pierwszych pięćdziesięciu epizodów.

Przyznam szczerze, że jestem bardzo miło zaskoczony postawą wielu raperów, którzy z ogromnym entuzjazmem przyjmują zaproszenie do tej serii. Spotykałem się często nie tylko z komentarzami typu "super pomysł!", ale i bywało, że artyści przyznawali się do śledzenia akcji od dłuższego czasu. Było to miłe i napawało optymizmem. Tym bardziej, jeśli ostatecznie szło za takim nastawieniem samo podesłanie tekstu.

Jeśli bowiem nie było tu tekstu Twojego ulubieńca, mogą być ku temu dwa powody. Po pierwsze - oczywiście - dany artysta mógł po prostu nie chcieć wziąć udziału w "Raperzy czytają". Zazwyczaj dotyczy to osób, które po prostu na moje zapytanie nie odpowiadały, choć zdarzali się i tacy, otwarcie przyznający, że w kwestiach książek nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Nigdy natomiast nie otrzymałem wprost odpowiedzi odmownej, kwitowanej po prostu: "bo nie".

Drugim powodem, może być natomiast fakt, że nie każdy chętny do wzięcia udziału w akcji raper, ostatecznie swój tekst podesłał. Ja jednak nigdy obrażony nie jestem. Rozumiem, że trudno bywa z czasem wolnym, innym razem zaś zawodzi pamięć. Ja sam zapomniałem kiedyś o tekście jednego rapera, który przez moje zapominalstwo ostatecznie pojawił się jakieś dwa później po planowanej premierze.

Ogromnym sukcesem jest natomiast fakt, iż udało się do akcji ściągnąć raperów z naprawdę wielu różnych sfer rapgry. Byli tu już mainstreamowcy, byli królowie podziemia, byli też dla większości ludzie zupełnie nieznani. Pojawiło się wiele osób, będących związanymi z akcjami Popkillera i Aptaunu, mającymi promować nowe twarze na scenie. Dostałem również materiał od trzech zawodników z zagranicy: Stany reprezentowali Boho Fau oraz Hex One, gościem z Nowej Zelandii był natomiast RaizaBiza. Mam nadzieję, że podczas drugiej pięćdziesiątki "Raperzy czytają", również będę miał okazję nawiązać współpracę z zawodnikami spoza Polski.

Na drugi półmetek akcji życzę zaś sobie i Wam, by pojawiło się tutaj jak najwięcej naszych wspólnych idoli muzycznych. Pamiętajcie również, że warto podrzucać mi ksywki zawodników, których chcielibyście widzieć w "Raperzy czytają". Możecie to robić w komentarzach na blogu, na Facebooku lub też podsyłać mi informacje drogą mailową.

Końcówkę tego postu uwieńczmy zaś zestawieniem dziesięciu najczęściej czytanych odcinków "Raperzy czytają". Enjoy & get inspired!


Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Porachunki

"Porachunki" (w oryginale "The Family") raczej nie będą miały w Polsce łatwo. Premiera tej produkcji jednocześnie z "Hobbitem", może sporo zaszkodzić w jej sukcesie kasowym. A przecież potencjał jest. Mamy gwiazdorską obsadę (przyznam szczerze - obejrzałem ten tytuł dla Roberta De Niro), włoską mafię, gagi i Luca Bessona w roli reżysera. Czy jednak taka mieszanka może rzeczywiście się sprawdzić w praniu?

Giovanni (De Niro) jest włoskim mafiozo, uciekającym przed płatnym zabójcą. Co chwila zmienia on nazwiska i miejsca zamieszkania, tułając się po świecie ze swoją rodziną. Rodziną dość standardową dla kinematografii, bo składającą się oprócz męża z żony (Michelle Pfeiffer), córki blondynki i młodszego od niej syna. Najnowszym punktem na mapie rodziny Manzoni staje się Normandia. W małym miasteczku położonym w tym rejonie, czeka ich nie tylko ukrywanie się przed zabójcami, ale i próby wkupienia się do łask pozostałych mieszkańców. U każdego członka rodziny na wierzch zaczyna jednak wychodzić temperament prawdziwego włoskiego mafioso.

Nie ma co ukrywać - film ten nie jest ósmym cudem świata pod względem nowatorstwa. Podobnych scenariuszy parę już się zdarzyło, czasem i w tej samej konwencji włoskiej mafii. "Porachunki" jednak mimo wszystko efektywnie się bronią. Czym? Na pewno faktem, że produkcja ta naprawdę wciąga. Po ocenach innych recenzentów spodziewałem się czasem przynudzającego średniaka. Do sprawdzenia całości jednak ostatecznie się przekonałem. I dobrze zrobiłem.

Przez prawie dwie godziny filmu praktycznie nie odrywałem wzroku od ekranu. Nawet gdy skończył się popcorn, jakoś niezbyt się tym przejąłem. Bo "Porachunki" trzymały mnie ciągle przy sobie, a ja czekałem na każdą kolejną minutę tej produkcji. Oczywiście, główny wątek jest raczej przewidywalny, jeśli widziało się kiedykolwiek twór w jakiś sposób podobny, sedno dla całości stanowią jednak historie poboczne. 

Spotkałem się z kilkoma opiniami w sieci, iż "Porachunki" nie powinny być okraszone mianem "komedii". Bzdura. Może i humor rzeczywiście nie jest podstawowym elementem tej produkcji, ale pojawia się w niej sporo gagów, z których uśmiać się da łatwiej niż z niektórych "hitów", mających rzekomo rozbawiać widza do łez. Motywy mafijne wykorzystano w tym aspekcie naprawdę dobrze i uśmiech na twarzy wywołują nawet perypetie dzieciaków Giovanniego.

Przyznać jednak trzeba, że film ten na pewno nie byłby tak dobry bez tych konkretnych aktorów, którzy zostali zatrudnieni. De Niro pokazuje jak zwykle klasę i odgrywa włoskiego mafioso naprawdę świetnie. Pfeiffer również efektywnie podkreśla, że nie jest znaną aktorką bez powodu. Wyróżnia się tu też Tommy Lee Jones w roli drugoplanowej, a na dodatek potomkowie ściganego Włocha zupełnie nie przeszkadzają, a wręcz umilają seans swoimi osobami. Czy można chcieć czegoś więcej?

"Porachunki" to fajny film. Można by wytknąć mu kilka wad, ale po co, skoro najzwyczajniej w świecie przyjemnie się go ogląda? Nikt go do produkcji roku pewnie nie nominuje, ale w tym przypadku nie o to chodzi. O co więc? O najczystszy fun płynący z seansu. Mi to wystarcza.

0 komentarze:

18 lat - świetny wiek na zaręczyny!

Wychowałem się na wsi. Nie na takiej, gdzie cały dzień śmierdzi zwierzęcą kupą (bo kiedyś to nawet mieliśmy prawa miejskie), ale jednak. Ja zawsze nazywałem tę cudowną krainę mianem "miasteczka". Wiecie, takie coś pomiędzy wsią a miastem. Klimat mej miejscowości tytuł ten zdawał się oddawać wręcz perfekcyjnie i chyba nie tylko ja z niego korzystałem.

Mimo wszystko, tutejszemu społeczeństwu bliżej było do tego wiejskiego niż miejskiego. Przykład najprostszy - plotkowanie. Stary Zdzichu wracał do domu pijany o trzeciej w nocy i tłukł swoją żonę, o ósmej rano natomiast wszyscy wokół już o tym dyskutowali zawzięcie. Że niby po cichu, że niby, by nikt rozmów tych nie usłyszał. O całej sytuacji jednak wiedział dosłownie każdy - od dzieciaków w podstawówce po stare, głuche babcie. 

Dziś jest lepiej, dziś bowiem, by świeżą plotkę usłyszeć, nie muszę się dowiadywać o niej przez rozmowy z innymi. Dziś wystarczy wejść na Facebooka. Czy jestem na nudnym wykładzie w Krakowie, czy przejeżdżam właśnie przez Warszawę Zachodnią - dostęp do najświeższych historii z mojego rodzinnego "miasteczka" mam na wyciągnięcie ręki. Jakich informacji mam ostatnimi czas na tablicy aż w nadmiarze? Tych o zaręczynach moich rówieśników.

Gdy zobaczyłem tego typu wieść za pierwszym razem, minę miałem mniej więcej TAKĄ. Potem zacząłem się powoli przyzwyczajać. Już od ponad roku widuję w końcu podobne informacje o zaręczynach ludzi równych mi wiekiem lub też nieznacznie starszych czy nawet młodszych. Powiedzmy, że się przyzwyczaiłem. Ba, chyba nawet zacząłem tę całą sytuację rozumieć.

Jej sedno tkwi bowiem w najważniejszym podobieństwie między wszystkimi tymi ludźmi. Miłość? Nah. Wpadka? Nah. Alkohol? Co ciekawe - też nie. O cóż więc takiego chodzi? Biegnę z odpowiedzią: wszyscy ci ludzie mają zamiar zostać tam, gdzie się wychowali. Ich celem nie są studia w jednym z większych miast, nie jest podbicie świata, nie jest znalezienie sobie jakiejś nobilitującej pracy w rodzaju prawnika czy lekarza. Im wystarczy chałupka na wsi, praca na roli lub na budowie, do tego swojska żonka i gromadka ubrudzonych dzieci. 

Czy będą naprawdę szczęśliwi? Trudno powiedzieć. Jednym to wystarczy i będą naprawdę zadowoleni chodzili co niedzielę do wiejskiego kościoła, podziękować Bogu za zesłane im dary. Inni (a czasem nawet ci sami) będą zaś z każdym dniem narzekali na rząd, polityków, tego samego Boga, sąsiadów i kogo się tam jeszcze da. Od czasu do czasu jednak pozwolą sobie na luksus - wyjazd last minute do Egiptu. Śmiejcie się, śmiejcie - ja tam bym chętnie do Egiptu mimo wszystko poleciał.

Mój plan na ślub brzmi: dopiero po trzydziestce. Jeśli wypadnie wcześniej - trudno, nie zabiję się, to tylko taka umowna granica. W wieku osiemnastu, dziewiętnastu czy dwudziestu lat bym jednak po prostu potrafił. Mogę być nawet z jedną dziewczyną lat pięć, powiedzmy, że rocznica wypadnie w moje dwudzieste piąte urodziny. Dla mnie to wciąż za wcześnie. 

Niech sobie robią co chcą ci moi dawni towarzysze, którzy ślub wezmą za rok czy dwa. W moim przypadku byłoby to pewnego rodzaju "przegranie życia", dla nich natomiast niekoniecznie. Ja nie wiem, co będzie się konkretnie działo z moim życiem za rok czy dwa. Poza tym, że będę je wygrywał, oczywiście. Oni natomiast wiedzą wszystko, mało co bowiem w ich egzystencji może się zmienić. 

Może więc te osiemnaście lat w niektórych przypadkach rzeczywiście jest wystarczającym wiekiem na zaślubiny dla niektórych? Akceptuję taki stan rzeczy, pogardzać przestaję, sam zaś w swoim przypadku go wprowadzać nie mam zamiaru. Dotarliśmy tym samym do konsensu, Drodzy Państwo.

Źródło: Flickr.com

8 komentarze:

10 pytań, które mogą pojawić się w czasie związku

Okej, tytuł dzisiejszego wpisu może być trochę mylący. Nie chciałem go jednak nazbyt wydłużać, bo obecna forma i tak do najkrótszych nie należy. O co więc dokładnie chodzi? Postanowiłem stworzyć listę dziesięciu pytań, które mogą się pojawić w każdym związku i partner skonfrontowany z nimi nie powinien okazywać żadnego zdziwienia czy wręcz degustacji.

Pojawiają się one bowiem w głowie zdecydowanej większości ludzi, lecz trochę mniej często bywają one wypowiadane na głos. Jeśli komuś takiej dyskusji podejmować się po prostu nie chce - proszę bardzo, ja nie uważam też bowiem, że wypowiedzenie takich pytań jest jakąkolwiek koniecznością. Mimo wszystko, gdy wreszcie się one pojawią w jakiejś rozmowie, druga osoba powinna być w jakiś sposób na nie przygotowana. To bowiem tematy, które zdecydowanie lepiej klarownie wyłożyć niż ich idiotycznie unikać.

Poniższa dziesiątka to ścisła czołówka zebrana nie tylko z mojego życia, ale częściej nawet z obserwacji innych ludzi. Jest więc mimo wszystko całkiem obiektywna, jakkolwiek trudno w życiu w ogóle o jakimkolwiek obiektywizmie mówić. 

Aha, jeszcze jedno - większość piszę z perspektywy faceta, bo tak jest mi po prostu łatwiej i nie tworzy się dzięki temu żaden bajzel stylistyczny.

Ile razy ktoś Cię porzucił/ile razy Ty kogoś porzuciłaś?
(uznajmy to za jedno pytanie, okej?)

Pytanie podrzucające naprawdę sporo wiedzy na temat drugiej osoby. Jeśli to zawsze nasza partnerka była osobą porzucającą, możemy spodziewać się, że prędzej my również staniemy się jej ofiarą niż ona naszą. Jeśli natomiast częściej to ona była zostawiana, dostajemy zapowiedź, iż przy ewentualnym kryzysie związku, osoba ta i tak będzie się trzymała nas jak kula u nogi. Oczywiście, zawsze możemy być ostatecznie zaskoczeni, ale mimo wszystko w większości przypadków takie właśnie opcje się sprawdzają.

Jak było z Twoim byłym?

Wielu pewnie od razu nasunie się kwestia seksu - nie tylko o nią tu jednak chodzi. Warto takie pytanie zadać, by przekonać się, jak partnerka mówi o eks. Jeśli obelgi krzyczy wniebogłosy, możemy spodziewać się, że ma za sobą związek zakończony w trudny sposób. Pozytywne nastawienie do byłego można natomiast już interpretować dwojako. Może to bowiem wykazywać jakiegoś rodzaju tęsknotę do niego lub też po prostu udowodnić, że dwójka ta rozstała się w pokoju i bez zbędnych kłótni. To drugie wróży dobrze na przyszłość naszemu związkowi.

Z iloma uprawiałaś seks?

Do spraw łóżkowych dojść jednak też musiało. Liczba partnerów seksualnych pokazuje, jak wiele może po nas oczekiwać nasza druga połówka. Im mniej ich było, tym łatwiej będzie nam dotrzeć do jej "poziomu zadowolenia". Oczywiście, jest możliwość, że pierwszy eks naszej partnerki okazał się seksualnym bogiem pokroju Trybsona i my wypadniemy przy nim blado. Mimo wszystko - takie sytuacje to raczej rzadkość.

Co dostawałaś od eks?

Jeśli człowiek nie jest totalnym ascetą, to w jakimś stopniu zawsze pozostanie materialistą. Jeśli przez dwa lata związku nasza partnerka dostawała od eks na każdą okazję drogie perfumy, może trochę dziwnie się poczuć (nawet podświadomie!), gdy my zaserwujemy jej jedną różyczkę i bombonierkę. Oczywiście, gdy w takim momencie dziewczyna się obrazi - wywalcie ją po prostu na chodnik, bo jest materialistką do potęgi n-tej. Skutkiem tego pytania w związku z normalną osobą, ma być po prostu możliwość finansowego dostosowania się do ukształtowanego przez poprzednich partnerów naszej niewiasty poziomu prezentów na okazje wszelakie.

Jaki jest Twój ulubiony kolor?

Pytanie to jest często zadawane z kompletnie idiotycznych powodów. Utrwaliło się bowiem w sporej części społeczeństwa przekonanie, że koniecznością prawdziwego poznania swej partnerki, jest znajomość właśnie jej ulubionego koloru. Co z tego, że żyjecie ze sobą od kilku miesięcy i przebywacie w ciągu tygodnia w swoim towarzystwie po kilkadziesiąt godzin. Nie znasz jej koloru - w ogóle jej nie znasz. Warto więc po prostu być na takie pytanie przygotowanym i nie spodziewać się od razu, że druga połówka pragnie nam zakupić fantastyczny prezent w naszym ulubionym kolorze. Może ona po prostu bowiem być dzieckiem zatrutego myślenia społeczeństwa. Cóż poradzić.

Czy mogę... ?

W zdecydowanej większości przypadków odpowiedź brzmi: "tak, możesz". Możesz iść z kumplami na piwo. Możesz iść z kumpelami do galerii. Możesz ponieść mi torbę. Możesz podpalić mi papierosa. Itp., itd. Jeśli Twoja druga połówka ma zamiar zrobić coś innego niż pieprzenie się z obcym - pozwól jej na to (chociaż różnie to bywa w tych dzisiejszych "związkach otwartych"). Nie ma sensu ograniczać drugiej osoby tylko z powodu Twojego widzimisię. Dziewczyno, oducz swojego chłopaka (bo to zazwyczaj ich problem) pantoflarstwa jak najszybciej się da. Serio.

Koty czy psy?

Ja wiem, że to brzmi idiotycznie, ale to pytanie naprawdę cholernie często pojawia się na etapie związku. Jeśli Wasze poglądy w tej kwestii będą się zgadzać, powiecie sobie "o, hihihi, ale słodko". W innym przypadku może wyniknąć między Wami temat do sporej ilości zabawnych przekomarzań. Całe szczęście, nie znam prywatnie żadnej pary, która rozstałaby się ze względu na faworyzowanie odmiennej opcji zwierzęcej. 

PS. Prawidłowa odpowiedź to "koty".

Kochasz mnie jeszcze?

To pytanie oznacza, że druga połówka odczuwa, jakoby w Waszym związku było naprawdę źle. Jeśli tak rzeczywiście jest, lepiej powiedzcie sobie po prostu "adieu". W innym przypadku zrób wszystko, żeby udowodnić jej, że ma okres, bo wymyśla totalne głupoty.

Jak wyglądał Twój pierwszy raz?

Pierwsze razy w sporej ilości przypadków są naprawdę humorystyczne. Zdarzało mi się już słyszeć o rozdziewiczaniu na pralce, w toalecie, a nawet na placu zabaw. Zazwyczaj to kobiety boją się, że po opowiedzeniu swojej historii wyjdą na totalne idiotki. Lepiej jednak zaakceptować swoją przeszłość i - gdy rzeczywiście pierwszy raz był żałosny/zabawny - samemu się z siebie przy okazji pośmiać. Dystans do siebie to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie doceniam u kobiety i wiem, że nie tylko ja tak mam.

?

Jakiego pytania brakuje w tym według Ciebie w zestawieniu? Jeśli masz pomysł - podrzuć go w komentarzu. Fajnie powymieniać swoje opinie z innymi :)

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Nie wstydzę się Kevina

Tradycje świąteczne można mieć doprawdy różnorodne. Jedni czerpią z kultury swoich dziadków, drudzy adaptują się do bardziej nowoczesnych standardów, inni natomiast mają swoje własne, prywatne obrzędy. Niektórzy wylatują na Boże Narodzenie do ciepłych krajów, część umawia się "na Pasterkę", czyli łojenie wódy za kościołem, ktoś co roku podrzuci temu samemu bezdomnemu świąteczny prezent. Ja łączę się natomiast zawsze ze sporą grupą Polaków, którzy Wigilię kojarzą w dużej mierze z jednym - obejrzeniem "Kevina samego w domu".

Nie wiem, w które święta film ten pojawił się po raz pierwszy na Polsacie. Ja pamiętam to tak, jakby był on ze mną w Boże Narodzenie od zawsze. Od pierwszej zapamiętanej przeze mnie Wigilii, przez wiek nastoletni, aż po dziś dzień. Na początku oglądałem słynny film co roku w całości, czasem nawet tęskno mi do niego było tak bardzo, że robiłem sobie dodatkowy seans latem. Potem coraz częściej skupiałem się raczej tylko na fragmentach, ale choćby pół godziny "Kevina" obejrzeć musiałem. Innej opcji nigdy nie przewidywałem w moim świątecznym planie.

Bodajże dwa czy trzy lata temu, Polsat chciał ze świątecznej ramówki przygody Kevina wyrzucić. Internetowy tłum nie zawsze wygrywa (patrz - Sokołów vs. "Kocham gotować"), w tym przypadku jednak zwycięstwo było pewne. Na władze telewizji od razu posypały się tony maili, petycji i linków do wydarzeń na Facebooku. Standardowego puszczenia ulubionego świątecznego filmu chcieli wszyscy - nawet Ci, którzy wcale nie mieli zamiaru go oglądać. Lud zapragnął, Polsat dostarczył. Oglądalność okazała się wystarczająca, więc wszyscy poczuli się wygrani.

Wówczas do czynienia mieliśmy z prawdziwym zjednoczeniem się Polaków w słusznej sprawie. Może nie jak w przypadku śmierci papieża czy katastrofy smoleńskiej, ale jednak. Zdaje się jednak, że ta bańka wzajemnego wsparcia ostatecznie pękła. Niektórzy bowiem Kevina McCallistera zaczęli się wypierać. "Oj, bo to taki film dla dzieci, co ja go będę oglądał". "W tym czasie mogę odpalić sobie ściągniętą Szklaną pułapkę 10 - to jest dopiero super!". Część zaś stawia na lakoniczność: "Kevin? Phi.". Ach, Wy niewdzięcznicy.

Ja Kevina wypierać się nie mam zamiaru. Mówcie sobie, cokolwiek chcecie - dla mnie jest to wciąż jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem w życiu. W kategorii produkcji familijnych, zajmuje on zaś w moim rankingu zdecydowanie pierwsze miejsce. No, może tuż obok "Toy Story". Jak mniemam, o zestawieniu "top filmów świątecznych" wspominać już nie muszę?

Dziś dla nas przygody Kevina są normalnością, prawdziwym standardem filmów świątecznych. W czasie swojej premiery, był on jednak produkcją całkiem oryginalną, wyłamującą się z wielu schematów tworzenia produkcji w klimacie Bożego Narodzenia. Sławę też zdobył całkiem sporą - to nie jest tak, że twór ten znają tylko Polacy. Trudno się zresztą temu dziwić, bo za "Kevinem samym w domu" stoją naprawdę ważni ludzie kinematografii - reżyserem był Chris Columbus, twórcą GENIALNEJ muzyki równie genialny John Williams, a jednego z dwójki bandziorów zagrał przecież Joe Pesci, który w tym samym roku wystąpił w oscarowych "Chłopcach z ferajny".

Do tego, przyznajmy szczerze - Macaulay Culkin zagrał świetnie. I to nie zasługa tylko dostarczonego scenariusza. Ten koleś miał po prostu przed sobą przyszłość naprawdę kultowego aktora, znanego nie tylko z jednej produkcji. "Home Alone" mogło być jego katapultą do innych produkcji, sam Culkin zdecydował się jednak spaść na samo dno. A szkoda, bo trudno znaleźć drugiego takiego dziecięcego aktora, który wyróżniałby się swą postacią na tle całego filmu. Jakkolwiek film ten zabawny i przemyślany by nie był.

Miałem w tym roku obejrzeć "Kevina" tuż przed świętami, ze znajomymi. Ostatecznie plan ten nie wypalił, dlatego w tym roku to właśnie dwudziesty piąty grudnia jest dniem wypełnienia mej corocznej tradycji. Nie wstydzę się jej, bo nie mam czego. Za każdym razem, spytany o moje uwielbienie do "Home Alone", potwierdzam je z dumą.

#teamkevin

4 komentarze:

Życzenia świąteczne AD 2013

Drodzy Czytelnicy!

Ponownie jak w roku ubiegłym, dziś na bloga również zamiast typowego postu, przygotowałem życzenia świąteczno-noworoczne. Jedni nazwą to standardem i brakiem próby wyłamania się z konwencji. Ja natomiast uważam składanie życzeń nie tylko po prostu za tradycję, ale tradycję naprawdę miłą i przyjemną. Tym bardziej, jeśli słowa te niewypowiadane są pod przymuszeniem, lecz rzeczywiście z serca.

Tym samym życzę na sam początek udanych Świąt oraz Sylwestra. W tym pierwszym okresie, znajdźmy czas dla bliskich i niech oni znajdą ten czas dla nas. Prezenty to ponoć nie podstawa, ale miło jest je zarówno dostawać, jak i nimi obdarowywać - niech więc występują obficie w obu tych formach. Życzę również, by każdy stół wigilijny był obficie zapełniony wszelkiej maści smakołykami. Szczególnie stawiam na karpia, bo to moje ulubione danie świąteczne. Rada dla tych na diecie: są święta, dajcie sobie spokój ze sprawdzaniem kaloryczności każdego produktu!

W kwestii Sylwestra natomiast, pragnę by każdy z Was spędził ten wyjątkowy dzień tam, gdzie rzeczywiście tego chce. Jeśli ktoś pragnie wlać w siebie morze wódki na domówce z kumplami - proszę bardzo. Jeśli ktoś natomiast chce potańczyć na balu z prawdziwego zdarzenia - niech również taką możliwość otrzyma. Pamiętajcie jednak, że w przypadku takiej imprezy jak Sylwester, naprawdę od miejsca ważniejsze jest nie miejsce, lecz ludzie, z którymi kieliszki będziemy unosić do góry.

Czego natomiast życzę Wam na rok 2014? Przede wszystkim powiększania swej mądrości z każdym kolejnym dniem. Jasne, miłość, przyjaźń, pieniądze, zdrowie, rodzina - to wszystko jest bardzo ważne. Do żadnej z tych rzeczy nie można jednak podejść bez posiadania i codziennego rozbudowywania swojej wiedzy. Często łączy się to z nauką na błędach, temu jednak niestety nie da się nic zaradzić.

By zaś pociągnąć bardziej tę kulturalną stronę bloga, życzę Wam serdecznie rozwoju również i w tej dziedzinie. Niech kolejny rok przyniesie możliwość przeczytania tonów świetnych książek, przesłuchania setek nowych płyt, obejrzenia samych produkcji godnych Oscarów i zagrania w gry, określane z miejsca tytułami ponadczasowymi. Na te wszystkie rzeczy przyda się zarówno spora ilość gotówki, jak i wolnego czasu - życzę więc Wam obu tych elementów.

Sobie (ale i Wam również!) życzę dalszego rozwoju bloga. Niedawno MajkOnMajk skończył rok, a raptem parę dni wcześniej na facebookowym fanpage'u przekroczona została liczba tysiąca fanów. Dobrze to rokuje na przyszłość i jestem pewny, że przepowiednia ta się spełni.

Ktoś może spytać: "hej, Mikołaju - a gdzie prezenty?". Prezenty będą, ale dość nietypowo, bo dokładnie pierwszego stycznia. Mi się one podobają, mam nadzieję, że Wam również przypadną do gustu :)

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Enjoy & Get Inspired.

Wasz Bloger, Mikołaj. 

PS. Alternatywną wersję życzeń ode mnie można znaleźć na moim prywatnym profilu facebookowym - o TUTAJ.

Super bałwan przyłącza się do życzeń.
Źródło: Flickr.com

2 komentarze:

Prawda

Do nowej książki Michaela Palina miałem ochotę zajrzeć od razu podczas jej polskiej premiery. Sama postać członka słynnej grupy Monty Pythona oraz recenzje określające "Prawdę" nad wyraz dowcipną pozycją, zapowiadały twór bardzo dobry. Wstrzymywałem się jednak długo przed ostatecznym zakupem, który nastąpił dopiero, gdy natrafiłem na świetną promocję w jednej z e-bookowych księgarni. Dobrze oceniany tytuł za dyszkę brzmi nieźle, prawda? Tym samym dziś mam dla Was recenzję właśnie "Prawdy" Palina.

Fabuła książki krąży wokół postaci Keitha Mabbuta, niespełnionego dziennikarza i pisarza, który choć ma na koncie prestiżową w pewnych kręgach nagrodę, obecnie zmuszony jest do pisania prac na zlecenia wielkich korporacji. Pewnego dnia otrzymuje on jednak ofertę stworzenia czegoś zupełnie innego i naprawdę wielkiego. Jedno z wydawnictw pragnie, by to właśnie Mabbut napisał biografię Hamisha Melville'a, znanego na całym świecie ekologa, odnoszącego ciągle nowe sukcesy. Problem jest jeden - postać ta nie udziela nikomu choćby krótkich wywiadów. Główny bohater otrzymuje jednak zastrzyk gotówki, który pozwala mu na ruszenie śladami swojego idola.

Na samym początku zdementować muszę jedną z najważniejszych plotek związanych z tym tytułem - on wcale nie stawia na humor. Dowcipkowania tu mało, żartów sytuacyjnych zresztą również. Nie powiem, byłem przez to w pewien sposób zawiedziony, bo liczyłem na pozycję o zdecydowanie innym zabarwieniu. Przestrzegam więc Was, byście nie spoglądali na "Prawdę" przez pryzmat haseł umieszczonych na polskiej okładce książki. Czy te braki w sferze humorystycznej skreślają jednak twór Palina całkowicie?

Na szczęście zdecydowanie nie. To bowiem istotnie pozycja czasem zahaczająca wręcz o thriller czy kryminał. Autor umiejętnie skonstruował fabułę, która najzwyczajniej w świecie porządnie wciąga. Nie ma tu co prawda niczego wielce nowatorskiego, ale Palin umieścił w swej książce wystarczająco wiele momentów, które czytelnika zaskakują, by czytało się całość bardzo dobrze. Da się nawet polubić i w jakiś sposób zżyć z postaciami tu występującymi, szczególnie z głównym bohaterem, któremu szczerze kibicowałem w jego drodze do sukcesu.

"Prawda" nie należy do długich książek, ale jej mały rozmiar Palin wykorzystał w odpowiedni sposób. Akcja toczy się cały czas i widać, że w tworzeniu takiej wartkiej fabuły autor czuje się jak ryba w wodzie. Płynnie przechodzi się przez kolejne rozdziały i dość szybko dociera do ostatniej stronicy. Książka daje sporą ilość funu, a to chyba najważniejsze - prawda?

"Prawda" nie wejdzie do żadnego zestawienia książek roku, prawdopodobnie nie będzie też polecana przeze mnie w przypadkowych sytuacjach. Nie zmienia to jednak faktu, że całość czytało mi się przyjemnie. To pozycja do przeczytania, gdy nie ma się pomysłu na wybór następnej książki do kolejki. Czy warto? Warto. Czy trzeba? Niekoniecznie.

0 komentarze:

Raperzy czytają #50 - Pogz

Przed Wami pięćdziesiąty już odcinek "Raperzy czytają" - oficjalny półmetek serii. Tym razem gościem akcji jest Pogz, zawodnik, o którym ostatnimi czasy jest całkiem głośno. Znawcy polskiego podziemia na pewno kojarzyć go będą z kultowym składem WieszOCoChodzi, w którym swoje miejsce mieli również EsDwa czy Te-Tris. Wspólną płytę z tym pierwszym, Pogz wypuścił już dobre parę lat temu, ostatnio z kolei nastąpił czas na duet z tym drugim. I choć w tym roku polskich albumów z parą MC było sporo, to właśnie "Teraz" przez wielu uznawany jest za najlepszy tego typu krążek. Nie można też zapomnieć o innych projektach dzisiejszego gościa "Raperzy czytają", jak choćby jego wydawnictwu z roku 2012 - "Wietrzenie magazynów MixEP".

Co zaś Pogz ma do powiedzenia na temat książek?

Nie będę zbyt oryginalnym pisząc, że jeszcze nie dawno nie czytałem nic, może z wyjątkiem małej przerwy na twórczość Tolkiena w wieku, gdy piwnica w bloku jawiła mi się jako jaskinia, z którejś z powieści. Przełomowe wydarzenia w życiu jednak zmieniają ludzi i po ślubie (przypadek? nie sondze) zacząłem chłonąć po kilka / kilkanaście pozycji miesięcznie. Większość z tego to szeroko pojęta psychologia rozwoju, od ekonomii, giełdy, filozofii sukcesu przez perswazję, NLP, po pozycje o zabarwieniu duchowym. Tak, tak, wygrywam życie :)

Mając za sobą ok. 150 pozycji „papierowych”, jak i prawie 100 audiobook’ów, jest o czym pisać i co polecać, ale zdecydowałem się pójść w jakość, a nie ilość i napisać tylko o jednej książce.

Nic, cokolwiek czytałem, widziałem, słyszałem lub odczułem w życiu, nie zmieniło mojego spojrzenia na świat tak jak „Przebudzenie” – klasyk niejakiego Anthony’ego De Mello. Typowe, jak to mówi mój stary znajomy, rycie gara.

Od zawsze czułem, że ktoś mądrzejszy ode mnie musi podzielać moją autorską filozofię życia, którą można określić nie mniej, nie więcej jako „mam-wywalonizm”. No i proszę, znalazł się ktoś, kto nie tylko ubrał to wszystko w ładne słowa, przepełnione, nierzadko czarnym humorem, przypowieści. Przede wszystkim dał mi możliwość usystematyzowania i poukładania sobie w głowie własnej filozofii, spojrzenia na świat, podejścia do życia – nazwij to jak chcesz. Dziwne jest tylko to, że większości ludzi, którym polecałem tą pozycję, mówiąc delikatnie, nie przypadła do gustu. Cóż, każdy ma swój świat, ale jedno mogę Ci obiecać, to co tam przeczytasz nie pozostanie Ci obojętne. Albo się zakochasz, albo znienawidzisz i spalisz – to zawsze lepsze niż kolejne dziwy z pierwszej strony "Faktu".

Czuję trochę niedosyt bo jest wielu innych, o których chciałbym wspomnieć, ale będąc szczerym, nie wiem, czy czytanie w tak dużej ilości nie robi mi z głowy bardziej zmielonego mięsa niż logicznie myślącego człowieka. Tak czy inaczej, jakbym miał zabrać ze sobą coś do poczytania na bezludną wyspę, wiecie co bym zabrał. Jeżeli macie podobne pozycje, podrzucajcie je na facebook.com/pogzowy, trzeba karmić uzależnienie :)

PS. Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają", zalajkuj facebookowy fanpage bloga, by być na bieżąco z jej następnymi odcinkami oraz resztą notek.

0 komentarze:

Spring Breakers

Już od czasu pierwszego kontaktu z trailerem "Spring Breakers", zdecydowanie nie chciałem oglądać tego filmu. Nie trafiało do mnie nic: ani pojawiające się od czasu do czasu rekomendacje internautów, ani też maksymalne noty wystawiane przez nielicznych (ale jednak) recenzentów. Tematyka tejże produkcji zbytnio odrzucała mnie i kojarzyła się jednoznacznie z potworkami tegorocznej kinematografii, takimi jak "nieletni/pełnoletni" czy "Bling Ring". Ostatnio jednak jeden z wykładowców kazał mojej grupie ćwiczeniowej obejrzeć właśnie ten tak unikany przeze mnie tytuł. Tym razem więc nie mogło być żadnego "ale" - seans "Spring Breakers" przeżyć musiałem.


Produkcja ta opowiada o czwórce nastolatek (wśród aktorek je grających, są słynne Selena Gomez i Vanessa Hudgens), które wyruszają na ferie do słonecznej Florydy. Zdobywają pieniądze na wyjazd poprzez napad na sklep, po czym ruszają w dziką podróż pełną wódy, piwa, zielska i gołych cycków. Ot, typowy sposób na imprezowanie. Typowość ta jednak załamuje się, gdy nasza czwórka poznaje Aliena (James Franco, znany choćby ze "127 godzin") - człowieka w pełni oddającego stereotyp czarnego gangstera. Jedyny problem w tym, iż jest on... biały.

Jeśli nie jesteście słodkimi dziewczynkami z gimnazjum, to zapewne Wam również film ten nie wydaje się po takim opisie zbyt nadzwyczajny. Nie można jednak zaprzeczyć, że mimo wszystko, produkcja ta spełnia inną rolę niż na pierwszy rzut oka. Reżyser, Harmony Korine, tak naprawdę bowiem wyśmiewa i przestrzega tu przed dzisiejszą popkulturą. Bardziej spostrzegawczy zauważą to od razu, innym potrzebna by zaś była argumentacyjna litania, na którą nie ma tu zbytnio miejsca. Zaufajcie mi więc, że "Spring Breakers" jest więc, trochę paradoksalnie, tworem w pewnym sensie "ambitnym".

Niestety, nie zmienia to faktu, że całość jest również cholernie słaba. W moim prywatnym rankingu jest to najgorszy film, jaki miałem okazję widzieć w tym roku. Serio. Rozumiem, że ma on pewnego rodzaju "przesłanie" i z tym faktem nie ma się co kłócić, skoro sam go zauważyłem. Jakakolwiek wartość metaforyczna nie może jednak zdziałać zbyt wiele przy całej, tak słabej reszcie.

Totalna przewidywalność to największy problem tej produkcji. Kolejne sceny można sobie ułożyć w głowie jeszcze przed ich pojawieniem się i w sporej mierze nasze przewidywania zapewne okażą się trafne. Jest też totalnie idiotyczny scenariusz - oczywiście, jeśli nie weźmiemy tu pod uwagę tej kwestii bardziej metaforycznej. Gdzieś czytałem zajawkę "Spring Breakers", w której była mowa, iż od filmu tego "nie można oderwać wzroku". Cóż, gdybym nie musiał go obejrzeć całego, prawdopodobnie wyłączyłbym go o wiele wcześniej niż po półtorej godziny.

Wiele osób ma opinię podobną do mnie, podkreśla jednak jednocześnie, iż bardzo dobrze zrobiono w tym filmie wszelkie ujęcia. Zgodzić się z tym nie mogę w żaden sposób. Całość ewidentnie miała zostać zrobiona na modłę "teledyskową". Niestety, mamy tu raczej do czynienia z inspiracją teledyskami najgorszej jakości. Nie ma w tutejszych zdjęciach kompletnie niczego nadzwyczajnego. Nawet wspomniany przeze mnie wcześniej "Bling Ring" - pomimo tego, że również jest tworem okropnym - w tej materii zdaje się wypadać lepiej.

Genialny soundtrack? To również można wcisnąć między bajki. Muzyka tu stanowi bardzo ważny element całości, a pomimo tego mojej uwagi nie przykuła kompletnie. Przy Skrilleksie da się bujać/wykręcać na imprezie, ale słysząc jego utwory w tym filmie, jedyne, co się myśli, to wybitnie neutralne: "ok". Moją większą uwagę zwrócił tylko instrumental nawiązujący do "Wild for the Night" A$AP Rocky'ego. I to tylko dlatego, że kawałek ten najzwyczajniej w świecie bardzo lubię.

Twór Korine'a nie broni się więc niestety żadnego rodzaju mądrościami zeń płynącymi. Pomysł w głowie reżysera może i był dobry, wykonanie już jednak takie nie jest. Ogrom debilizmu przysłania to, co wartościowe. Szkoda. Szkoda więc też tym filmem w ogóle zawracać sobie głowę. 

0 komentarze:

Mobilne San Andreas - playtest

Moją grą roku jest tym razem ewidentnie najnowsza odsłona kultowej serii „Grand Theft Auto”. Spodziewałem się tego już przed jej premierą, ale miło zyskać autentyczne potwierdzenie takiego stanu rzeczy. Piąta odsłona gangsterskiej sagi to jednak nie jedyny content, jaki jej twórcy dostarczyli graczom w tym roku. 

Pod koniec Anno Domini 2012 Rockstar podrzuciło posiadaczom urządzeń mobilnych wersję „GTA: Vice City” właśnie na wszelakie tego typu platformy. Stało się to z okazji dziesiątych urodzin tegoż tytułu. Wcześniej zresztą podobna sytuacja miała miejsce z „trójką”. Idąc tokiem rozumowania Rockstar, mobilnej wersji „San Andreas” mogliśmy spokojnie oczekiwać dopiero za rok. Mniej więcej miesiąc temu gracze zostali jednak zszokowani informacją, iż tytuł ten pojawi się na wszelakich smartfonach i tabletach jeszcze przed Sylwestrem. Sama gra zawitała zresztą na App Store równie nagle, co jej zapowiedź. Gdy jednak się to stało, ja od razu postanowiłem zakupić swój egzemplarz remake’u tej prawdziwie legendarnej produkcji.

Grove Street - Home. Wrócić tu było moim planem już od ponad roku, do tej pory miałem jednak to zrobić na nieużywanym od dawien dawna PlayStation 2. Rockstar me plany pokrzyżowało, tworząc właśnie wersję mobilną. Czy wciąż można czerpać z tej produkcji taką ilość funu, jak kilka temu? Niepodważalnie tak. Pozostaje więc jeszcze jedna kwestia do wyjaśnienia: jak tytuł ten sprawdza się na platformach mobilnych?

W największym skrócie - jest nieźle. Oczywiście, to tylko zwyczajny port, ale i tak brawa dla Rockstar, za jego stworzenie. Nic nie zostało tu wycięte, dostajemy dokładnie ten sam content, co w przypadku wersji oryginalnej. Są więc wszystkie miasta, misje, dodatki w rodzaju siłowni czy fryzjera, no i klasyczne radiostacje. „San Andreas” dostępne jest tym samym w prawie niezmienionej formie, jednak na platformach możliwych do włożenia czy to do plecaka, czy też nawet kieszeni.

Oczywiście podstawową zmianą jest sterowanie. Trudno tu oczekiwać czegoś nadzwyczajnego. Kupując mobilne „San Andreas” musicie być przygotowani na to, że grać będziecie na ekranie dotykowym. Nie ma więc mowy o dokładności pada czy kombinacji myszki i klawiatury. Rockstar zrobiło co mogło, ale zachwycać nie ma się czym. Fajną sprawą jest na pewno to, że funkcje dostępne tylko w niektórych misjach czy pojazdach, otrzymały oddzielne „przyciski”, odpowiednio oznaczone. Mimo wszystko jednak, w kwestii wygody wciąż daleko temu do fizycznych kontrolerów.

Ciekawa jest natomiast sprawa grafiki. Jak sami twórcy informują, oprawa audiowizualna została jeszcze udoskonalona w stosunku do oryginału. Nieznacznie - ale jednak. Wiele osób pewnie nie zdziwi zbytnio ten fakt. Ja jednak wciąż bywam zaskoczony tym, jak wiele współczesnych telefonów ma moc większą niż PlayStation czy pierwszy Xbox. Poprawione cienie mogą być błahostką, ale jeśli spojrzeć na to z innej strony, mogą okazać się one czymś naprawdę intrygującym.

Niestety, jest też druga strona medalu. Mobilne „San Andreas” chrupie. Sam testowałem je na iPadzie 2, który - jasne - najnowszym modelem nie jest, ale ponoć na tych świeższych również nie bywa za ciekawie. Spadające klatki to norma, szczególnie podczas, np. skręcania pojazdem. Wtedy kamera obraca się automatycznie, a kod jakoś z tym nie wyrabia. Na początku nawet gra kilkukrotnie wywaliła mnie do głównego menu iPada. Po restarcie tabletu nic takiego się już jednak nie powtórzyło. Ciekawostką może być fakt, iż im bardziej naładowaną baterię ma nasz sprzęt, tym „San Andreas” lepiej działa. Przynajmniej takie spostrzeżenie zanotowałem.

Fajnie więc, że Rockstar przygody CJ-a wypuściło na mobilne platformy. Szkoda jednak, iż tym razem nie jest tak różowo z działaniem całości, jak w przypadku remake’ów „trójki” czy „Vice City”. Cóż jednak poradzić: większy teren rozgrywki, lepsza grafika - to robi swoje. Pograć można, ale całość prawdopodobnie będzie działać Wam lepiej na jakimkolwiek komputerze w domu. Chyba, że macie taki dziesięcioletni - wtedy może rzeczywiście mobilna wersja wypadnie lepiej.

All you had to do was follow the damn train, CJ!

0 komentarze:

Jak zrobić (nie)dobrze klientowi?

Gdyby ktoś kiedyś zaproponował mi możliwość jedzenia jednego konkretnego dania codziennie, bez wahania wybrałbym sushi. Japonię bardzo lubię, tę magiczną potrawę z Kraju Kwitnącej Wiśni natomiast ubóstwiam. Dlatego od czasu do czasu daję się skusić na ten kulinarny cud świata. Nigdy jednak nie sądziłem, że surowa ryba i ryż zawinięte w wodorosty, kiedykolwiek staną się podstawą do tego typu postu mego autorstwa.

Odkąd wylądowałem w Krakowie, odkrywam różnorodne serwisy internetowe, oferujące możliwość zamówienia jedzenia przez sieć. Fajna sprawa, bo systemy takie działają często sprawniej i szybciej od kontaktów telefonicznych. Jakieś dwa-trzy tygodnie temu, postanowiłem sprawdzić kolejny tego typu serwis - PizzaPortal.pl. Jego nazwa może być myląca, bo swoje oferty prezentują w nim również restauracje kompletnie z pizzą niezwiązane. Jak się już zapewne domyśliliście - tak, są tam też knajpki z sushi.

Zamówiłem więc zestaw ze sprawdzonej już przeze mnie wielokrotnie restauracji - Haiku Sushi (kiedyś pewnie pojawi się wreszcie w serii "Knajping"). Sushi należy chyba do najdłużej dowożonych towarów z restauracji, dlatego bez cienia zwątpienia przyjąłem informację, że zamówienie dotrze do mnie za około półtorej godziny. Postanowiłem spokojnie poczekać. Czekałem. Czekałem. No i jeszcze trochę poczekałem.

Minęły już ponad dwie godziny od złożenia zamówienia, a ja od kilkunastu minut wypatrywałem samochodu dostawcy pod blokiem. Auta przejeżdżają właściwie co chwilę, tego najważniejszego jednak na horyzoncie brak. Brzuch zaczął mi już naprawdę mocno burczeć, dlatego przełamałem się, uspokoiłem nerwy i zadzwoniłem do knajpki, z której sushi miało dotrzeć. I całe szczęście, że telefon ten wykonałem.

Zamówienia mego bowiem w Haiku nie mieli w ogóle w rejestrze. Moje zdziwienie tymczasem powoli zaczynało zmieniać się we wkurwienie. Liczyłem na odpowiedź w rodzaju: "już wysyłamy kuriera, przepraszamy za kłopot" albo "kurier jest w drodze, może się trochę spóźniać przez pogodę". Zamiast tego dostałem informację, że ja podobno nic w ogóle nie zamawiałem. A pieniądze przecież z karty ściągnięte, na mailu zaś leży potwierdzenie przyjęcia zlecenia. Co mam zrobić? Pan z Haiku odesłał mnie do PizzaPortal.pl.

Na początek miłe zaskoczenie - infolinia działa, choć godzina już późna. Dzwonię więc, odbiera miła pani, która wysłuchuje moich żalów i obiecuje za chwilę skontaktować się z restauracją, po czym ponownie ze mną. Po kilku minutach ponowny telefon: "zamówienie przyjęte, powinno do Pana wkrótce dotrzeć". Mija trzecia godzina od mojego złożenia zlecenia przez internet. Mam poczekać kolejne sześćdziesiąt minut. Pani sprawę załatwiła, życzy więc dobrej nocy i jak gdyby nigdy nic się rozłącza. 

Teraz czas na sedno całej sprawy. Zaprawdę powiadam Wam, że każda porządna firma w tym momencie zaproponowałaby jakąś rekompensatę. Nie oczekiwałem darmowego dania, liczyłem jednak chociaż na jakiś rabat na następne zamówienie. Ktoś powie: "ej Majk, nie poprzewracało Ci się trochę w dupie?". Odpowiadam więc krótko: nie. Po prostu oczekuję rekompensaty, gdy ktoś mnie robi w chuja.

Czekam nabuzowany nie tylko z powodu konieczności jeszcze dłuższego czekania, ale i faktu, że najzwyczajniej w świecie jestem cholernie głodny. Byłem głodny już, gdy zamawiałem jedzenie. Czyli - dla przypomnienia - trzy godziny temu. Zjadłem więc w międzyczasie batona. Ponoć czekolada poprawiła humor. Tym razem nie podziałało, ale ucieszyło mnie coś zupełnie innego.

Oto bowiem odebrałem telefon od Haiku. Nie wiedziałem, co mam w takiej sytuacji powiedzieć, więc po prostu słuchałem. Do ucha natomiast wleciła porcja przeprosin, obietnica poprawy oraz prośba o pokutę i rozgrzeszenie. Rozgrzeszenia udzieliłem, pokutę restauracja wybrała sobie sama: "do następnego zamówienia dorzucimy Panu coś ekstra". I tak właśnie usłyszałem zdanie, na które czekałem. 

Dziś Haiku umowy dotrzymało. Do zamówienia dostałem jeden cały zestaw gratis. Łącznie miałem 24 kawałki wybornego sushi. Podpowiadam niezorientowanym - to sporo, jak na jedną osobę. Byłem zszokowany, gdy to zobaczyłem, teraz natomiast jestem cholernie przejedzony. Ale w przypadku sushi można sobie na takie coś pozwolić. Ja ostatecznie wygrałem życie, Haiku zaś wygrało mój szacunek do nich. Oto naprawdę świetny przykład na to, jak zrobić klientowi dobrze.

Co zaś z PizzaPortal.pl? Od nich nic nie dostałem. I szczerze mówiąc, niezbyt obchodzi mnie, kto zawinił w całej sprawie - czy oni, czy Haiku. Ja w to nie wnikam, ja jestem bowiem klientem ich obu. Restauracja przytuliła mnie, ugłaskała i dała buzi. Pani z serwisu jedynie przytuliła. 

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Wyglądaj jak badass i chroń twarz zimą

Nie przepadam za noszeniem szalików. I szczerze mówiąc, dość trudno mi się ustosunkować do pytania: "dlaczego?". Ot, jakaś taka zwyczajna awersja do tejże części zimowego ubioru. W tym roku postanowiłem więc ostatecznie, że szalika kupować w ogóle nie będę. Potrzebowałem jednak dorwać coś zupełnie innego - maskę do biegania.

Udaje mi się bowiem trzymać swoich planów i pomimo coraz większych chłodów za oknem, wstaję trzy razy w tygodniu z samego rana i wskakuję w swoje Free Runy. Myślałem, że wystarczą mi w czasie biegania czapka i rękawiczki. Niestety, myliłem się. W pewnym momencie zrozumiałem bowiem, że wciąż na ogromne zimno narażona jest moja twarz, trafiana przez mocarny wiatr. Bieganie tyłem nie jest najfajniejszą sprawą, postanowiłem więc jakoś temu zaradzić.

Zacząłem więc szukać czegoś, co w myślach nazywałem sobie właśnie "maską". W internecie pojawiały się różne podpowiedzi, ja jednak chciałem zobaczyć, jak tego typu rzecz wygląda w rzeczywistości. Ruszyłem więc do galerii handlowej, gdzie prawie w każdym sklepie zostałem zbywany zasmuconą miną ekspedientki i zwrotem "przykro mi, ale niestety nie posiadamy niczego takiego". Ostatecznie dotarłem do placówki sieci Intersport, gdzie wreszcie znalazło się coś dla mnie.

Nie posiadali oni co prawda czegoś, co jest stricte "maską do biegania", ale wskazano mi jego ciekawy zamiennik. Okazało się nim "coś" od firmy Buff. Szczerze mówiąc, nie potrafię jednak wciąż konkretnie określić, czymże ta rzecz jest. Najprędzej nazwałbym to połączeniem chusty i tzw. "komina". Choć ja i tak mówię po swojemu: "maska".

Co ciekawe, "ta rzecz" od Buff ma wiele różnych zastosowań. Ja standardowo zakładam ją przez głowę na szyję, po czym górną część naciągam na twarz. Jednakże na samym opakowaniu pokazane jest, iż równie dobrze można z całości zrobić sobie opaskę do biegania na czoło, jak i nawet czapkę. Fajna sprawa, choć ja raczej będę korzystał jedynie z wybranej już przeze mnie opcji.

Do wyboru jest naprawdę sporo różnych wariantów "maski", ja jednak postawiłem na najcieńszą jaką znalazłem w sklepie, zrobioną z mikrofibry. Wiedziałem, że wersje polarowe czy wełniane będą utrudniały mi w dużym stopniu oddychanie podczas biegu. A przecież to właśnie w celu możliwości uprawiania ulubionego sportu zimą, zakupiłem to ciekawe akcesorium. Jak się jednak ostatecznie okazało - całość przydaje się nie tylko w takich chwilach.

Powoli zaczynałem czuć zimno na twarzy również podczas zwyczajnego przechadzania się po mieście, dlatego dość szybko postanowiłem sprawdzić działanie "maski" również w takich okolicznościach. Jak się okazało - tu również całość sprawdza się znakomicie! Chroni bowiem nie tylko twarz, ale i szyję, przez co - jak dla mnie - działa jeszcze lepiej niż zwyczajny szalik. Na dodatek jest to całkiem ciekawy element ubioru, który nie dość, że w mej opinii wygląda całkiem fajnie, to dodaje człowiekowi +10 do bycia badassem. Jak powiedziała moja znajoma, widząc mnie w "masce": "gdybym Cię nie znała, to pomyślałabym, że chcesz mnie okraść". Mam nadzieję, że potencjalnych dresów też to zniechęci do zaczepiania mnie.

Wyrokuję więc ostatecznie, iż w ten nietypowy chusto-komin zdecydowanie warto się zaopatrzyć. Jeśli biegacie, zwyczajna wersja z mikrofibry będzie dla Was prawdziwym zbawieniem, a zwyczajni piesi mogą dorzucić jeszcze trochę pieniędzy i zgarnąć wersję z wełny merynosów lub polaru. Cenowo nie jest  najgorzej - za swoją "maskę" z kolekcji "Star Wars'' zapłaciłem około sześćdziesięciu złotych. Jak na całozimową inwestycję wypada to całkiem okej.

Zapomniałem w tekście wspomnieć o jeszcze jednym plusie tej chusty: wreszcie coś efektownie zakrywa moją mordę.

8 komentarze:

Mój piątek trzynastego

Nigdy nie zwracałem zbytniej uwagi na fakt istnienia piątku trzynastego. Ot, jest sobie taki przesądny dzień, który ja traktuję zdecydowanie tylko humorystycznie. Zazwyczaj fakt rozpoczęcia się takiego dnia, był w moim przypadku odnotowany jedynie krótkim, porannym dialogiem z kumplami, w rodzaju:

KTOŚ: Ej, dzisiaj jest piątek trzynastego!
CAŁA RESZTA: Heh.

Wyjątkowość piątku trzynastego była więc okazywana tylko taką krótką wymianą "zdań". Nigdy tej rzekomo pechowej dacie nie udało się efektywnie zaznaczyć w moim życiu. Wielki pech, w którykolwiek z tych magicznych piątków? Nie przypominam sobie. Wielkie szczęście? Też raczej nie.

Kilka dni temu nastał nowy piątek trzynastego. Tym razem okazało się, że wszyscy wokół mnie mają to wielkie wydarzenie po prostu głęboko w dupie. Nikt nic nie wspomniał, nikt nie oglądał się co chwila za siebie, w poszukiwaniu zakradającego się do niego zabójcy, nikt nie został w domu tylko dlatego, że bał się wyjść na zewnątrz. Wyjątkowo jednak obecność piątku trzynastego odkryłem tego roku sam. Czyżby powodem był ten legendarny pech?

Zaczęło się już po samym przebudzeniu, gdy uświadomiłem sobie, że właśnie wypuszczono nową płytę Sokoła i Marysi Starosty. Piątek trzynastego był konkretnie zaplanowaną w tym przypadku datą, dlatego jednocześnie do głowy wpadła mi informacja zarówno o premierze krążka, jak i kalendarzowym "wybiciu" feralnego dnia. "Czarna Biała Magia" to płyta zdecydowanie mroczna i wyróżniająca się, przez co pasowała do klimatu nadanego przez ten cały piątek trzynastego. Pech jednak trafił nie mnie, a samego rzekomego twórcę pecha. Krążek okazał się bowiem wydawnictwem na naprawdę wysokim poziomie, które - swoją drogą - dziś wreszcie trafiło w moje łapska w wersji fizycznej.

W walce ze swoim rywalem wyszedłem więc na zdecydowane prowadzenie. Miłe rozpoczęcie dnia, muszę przyznać. Jak się jednak okazało, dalej miało być... zdecydowanie dziwniej.

Przyspieszonym krokiem wpadam do Galerii Krakowskiej, by przejść przez nią na tutejszy Dworzec Główny. W "tunelu" łączącym te dwa obiekty, widzę jednak tłumy ludzi siedzącycg na podłodze i stojących nerwowo pod ścianami. Na pytanie "co się dzieje?", odpowiedział mi starszy pan, mówiąc, że oto na dworcu ogłoszono alarm bombowy. Dobrze myślicie - jedyne, co wpadło mi w tym momencie do głowy, to: "o kurwa".

Gdzieś pomiędzy kolejnymi przekleństwami w głowie wirowały mi jednak myśli bardziej rozsądne. Poszedłem więc zjeść coś i poczekać na rozwój wydarzeń. Skonsumowałem zdenerwowanymi ruchami posiłek, po czym ruszyłem ponownie w stronę dworca. A tam już wszystko otwarte, już bombowy mit został obalony. Na dodatek mój pociąg przyjechał bez opóźnień i bez tychże również swobodnie ruszył w drogę. Żyć, nie umierać.

Więc choć blisko było remisu (a może nawet przewagi) między mną a piątkiem trzynastego, znów wyszedłem z całej sytuacji obronną ręką. Na dodatek po raz pierwszy byłem w miejscu, gdzie ogłoszono alarm bombowy. Sytuacja od początku wydawała mi się błaha i nierealna, ale hej - to wciąż spełnienie jakiegoś tam dziecięcego marzenia. Wiem, dziwne miałem w młodszym wieku życzenia.

Dzień się jednak nie skończył, co bardzo chciał mi piątek trzynastego podkreślić. Rzucił mi więc wyzwanie jeszcze raz. Przesiadka w Warszawie poszła bezproblemowo, ale już podczas dojazdu do Olsztyna zgrzytałem zębami. Opóźnieniu winne jest PKP czy feralny dzień? Trudno wyrokować. Jakąkolwiek jednak postać Zło by nie przybrało - znów udało mi się je wykiwać. Na kolejną przesiadkę dotarłem rzutem na taśmę, ale jednak dotarłem.

Udało się: zwyciężyłem. Miał być dzień pechowy, wyszedł może nawet wyjątkowo szczęśliwy, dostarczający jednak sporo stresu i adrenaliny. Działanie tej dwójki zostało jednak skutecznie rozbrojone przez odsapnięcie, gdy udawało się pokrzyżować plany piątkowi trzynastemu. W takim momencie aż chce się zakrzyknąć za internetowym guru MLM: "Jestem zwycięzcą!".

Może Wy też macie jakieś ciekawe przeżycia związane z piątkiem trzynastego? Jeśli tak - dajcie znać w komentarzach.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze:

Klan czerwonego sorga

Mo Yan to ubiegłoroczny Noblista, którego dwie książki zostały wypuszczone w naszym kraju w latach 2006-2007, a po otrzymaniu nagrody przez Chińczyka, wznowiono ich nakład. Zarówno "Krainę wódki", jak i "Obfite piersi, pełne biodra", miałem już okazję na blogu recenzować. Co ciekawe, choć żadną z tych pozycji nie zachwycałem się jakoś wyjątkowo mocno, utkwiły mi one w pamięci. I choć wciąż mam wiele innych książek do nadrobienia, gdy odbyła się polska premiera "Klanu czerwonego sorga" Mo Yana, pobiegłem od razu do sklepu odebrać swój egzemplarz. Czy było warto?

Tym razem pisarz ten pokazuje nam historię pewnej rodziny chińskiej, ciągnącą się przez około pięćdziesiąt lat. To powieść o miłości (niekoniecznie widzianej z perspektywy znanej współczesnemu Europejczykowi), wojnie czy honorze. Hasła te brzmią dość infantylnie - przyznaję. Do takiego stanu rzeczy "Klanowi czerwonego sorga" jednak daleko, bo to książka zdecydowanie dojrzała, choć z nutką pewnego "zdziecinnienia", jak to u Mo Yana bywa.

Cała historia opowiadana jest przez mężczyznę, będącego członkiem najnowszego pokolenia rodziny zamieszkującej północno-wschodnie Gaomi. O nim samym nie otrzymujemy zbyt wielu informacji, narrator skupia się bowiem na przekazaniu historii swego ojca, dziadka i babki oraz ich towarzyszy. Czas ich życia przypada bowiem na okres wielu walk w Chinach, zarówno tych będących wynikiem wojen domowych, jak i utarczek z Japonią. Jest tu tym samym miejsce na pokazanie tego typu konfliktów, które zdają się mieć dla zachodniego czytelnika nie tylko wartość rozrywkową, ale i w pewnym sensie edukacyjną.

Większość miejsca to wciąż jednak wątki stricte obyczajowe. I zapewniam w tym miejscu, że każdy, kto ma za sobą już jakąś powieść Mo Yana, poczuje się tu jak w domu. Po lekturze "Klanu czerwonego sorga" jeszcze bardziej utwierdziłem się bowiem w przekonaniu, że pisarz ten ma swój charakterystyczny, niepodrabialny styl. Styl naprawdę wybitny, warto dodać.

Począwszy od konstrukcji fabuły, przez nietypowy humor, aż styl samego pisania - wszystko to Mo Yan doprowadził do perfekcji już w przypadku "Klanu czerwonego sorga", który chronologicznie jest jednym z jego pierwszych tworów w ogóle. Nawet dziwne imiona postaci nie przeszkadzają w jakiegoś typu zżyciem się z nimi. Nie sposób przecież przejść obojętnie obok sporej dawki żartów sytuacyjnych, które pojawiają się w nawet najbardziej poważnych momentach. I, co ciekawe, ich powagi wcale zbytnio nie obniżają. 

"Klan czerwonego sorga" jest zdecydowanie powieścią wartą przeczytania - jak zresztą wszystko, co Mo Yan dostarcza. "Kraina wódki" podobała mi się bardziej, ale już w wyborze między "Obfitymi piersiami" a dziś recenzowanym tytułem, miałbym większy problem. Ponarzekać mógłbym jedynie na to, że... książka ta jest za krótko. Pomimo tego, iż polskie wydanie ma jakieś pięćset stron, to tytuł ten aż prosi się, by fabułę pociągnąć jeszcze dalej, aż do historii samego narratora powieści.

Poza tym jednak zastrzeżeń do "Klanu czerwonego sorga" nie mam, a na dniach mam zamiar zakupić kolejną powieść Mo Yana, wydaną u nas raptem jakieś dwa tygodnie temu - "Bum!". Możecie spodziewać się jej recenzji pewnie gdzieś w styczniu lub lutym.

0 komentarze:

Raperzy czytają #49 - Alpha

Półmetek serii "Raperzy czytają" już za tydzień. Tymczasem gościem odcinka poprzedzającego pięćdziesiąty, jest Alpha, reprezentujący scenę poznańską. Jak sam mówi, lubi on eksperymentować z mieszaniną rapu, elektroniki i żywych instrumentów. Ma na swoim koncie kilka albumów, a nad paroma następnymi wciąż pracuje. W przyszłym roku ma pojawić się projekt "Bękarty Formy" tworzony wspólnie z Respo oraz płyta solowa na bitach Jaxa. Alpha jest również wokalistą w zespole de^confluence, którego członkowie nazywają muzykę przez siebie graną określeniem "post-rap".

Co zaś dzisiejszy gość ma do powiedzenia w kwestii książek?

Z opowieści moich rodziców wynika, że mając dość codziennego czytania mi bajek, nauczyli mnie robić to samemu w wieku 3 lat. Wkrótce potem, przerażeni, musieli siłą wyciągać mnie na dwór, siedziałem i czytałem, nie odzywałem się do nikogo. Możliwe też, że dopuściłem się wtedy pewnego szantażu, bo jako pierwszy na podwórku dostałem swój rower ;)

Historia zafascynowania literami jak u większości osób, także i u mnie jest bardzo długa i ewoluuje.

Zacząłem poważne czytelnictwo tradycyjnie od "Władcy Pierścieni" i "Harry'ego Pottera". Parę lat później przerobiłem całą szafę mojego ojca z oldskulowymi polskimi wydawnictwami s-f z lat 80. Idealizm i zaangażowanie polityczno-społeczne - tak można by mnie było wtedy opisać i te drańskie książki miały na to spory wpływ.

Jako nastolatek zakochałem się w dziełach brutalnych i brudnych, przedstawiających to w przewrotny, sarkastyczny sposób - Sapkowski, Pilipiuk, Kosiński (serdecznie polecam). Nie ukrywam, że niespodziewanie przygotowały mnie do dorosłego życia, nauczyły nabierać dystansu i używać wspaniałego, wulgarnego języka.

Nienawidziłem liceum, jednak pokochałem Kafkę i Dostojewskiego. Do dziś to jedni z moich ulubionych autorów. Kiedyś, po przesłuchaniu "Człowiek, który chciał ukraść alfabet" sięgnąłem po Hrabala. Niesamowity, wielostronicowy bełkot, zadziwiające, że chce się w to zagłębiać... ale przeczytałem połowę jego dzieł ;) Najlepiej wchodzi po pijaku.

W międzyczasie romansowałem z pewnymi autorami w oryginale - Harlan Coben, Stephen King, paru podobnych. Pierdolcie tłumaczenia! Jeśli znasz język, czytaj w tym języku. Osobiście bardzo jaram się kontekstem kulturowym każdej z powieści, a to jest często nieprzetłumaczalne. Studia to dla mnie okres kryzysu czytelnictwa - niesamowicie nudne, niezrozumiałe, wielostronicowe dzieła psychologiczne związane z moim kierunkiem odstraszyły mnie od otwierania książek w ogóle. Paradoksalnie jednak, zostawiły spory ślad w moim obecnym myśleniu.

Przełamałem impas dopiero niedawno, po otrzymaniu od bliskiej mi osoby "Wilka Stepowego" Hermana Hesse. Jest to jedna z najważniejszych dla mnie książek. Otworzyłem ją podczas wyprawy autostopem po Francji, miesiąc od wyruszenia z Polski, podczas wschodu słońca na ogromnej wydmie z widokiem na ocean. Niesamowite wspomnienie.

... i potem ruszyło. Od tego czasu pożarłem masę książek, które wciąż kształtują moją światopogląd: niemal wszystkie felietony Boya-Żeleńskiego, perełki od Huxleya i Orwella, dziadek podrzucił mi parę książek z solidarnościowego podziemia... spory ładunek ciężkich do przerobienia idei. Podczas wizyty w Barcelonie z gitarzystą zespołu, który tworzę (de^confluence pozdrawiam!), obiecałem sobie wziąć się za dzieła Zafóna.. .niestety wciąż się nie udało i czeka w kolejce koło takich ludzi, jak Remarque czy Mrożek.

Czekam na iskrę. To pewna przygoda, niewiadoma. Bukowskiego przeczytałem po wizycie w łódzkim pubie Biblioteka, gdzie nad pisuarem znajduje się cytat z jego powieści;)

5
%%

PS. Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają", zalajkuj facebookowy fanpage bloga, by być na bieżąco z jej następnymi odcinkami oraz resztą notek.

0 komentarze:

Ani słowa więcej

W tym tygodniu początkowo nie miałem planu zrecenzować kinowej nowości. W większości dlatego, że wszystkie ostatnie premiery, które bardzo chciałem zobaczyć, miałem już okazję obejrzeć. Stwierdziłem jednak, iż mimo wszystko jakieś kino odwiedzę, nie zważając zbytnio na to, na jaką konkretnie produkcję trafię. Padło ostatecznie na "Ani słowa więcej" - film, który zapowiadał się według mnie nieźle, ale nie przesadnie nadzwyczajnie. Czy moje prognozy sprzed seansu sprawdziły się?


Film to historia dwóch osób, w wielu kwestiach bardzo różniących się od siebie. Eva (Julia Louis-Dreyfus) i Albert (James Gandolfini - tak, ten z "Rodziny Soprano") wpadają na siebie przypadkiem na przyjęciu, po którym zaczynają się ze sobą spotykać. Obydwoje łączy przeżycie rozwodu, dzieli zaś chociażby waga. Pięćdziesięciolatkowie dogadują się jednak ze sobą i tworzą całkiem przyjemną parę. Wszystko zmienia się (uwielbiam ten zwrot), gdy jedna z klientek Evy (która jest masażystką) okazuje się... byłą żoną Alberta.

Komedia romantyczna? Na pierwszy rzut oka. Więcej tu bowiem na pewno aspektów humorystycznych, spychających nudny romantyzm gdzieś na bok. I dobrze, bo dzięki temu "Ani słowa więcej" w jakiś sposób wyróżnia się z tłumu podobnych gatunkowo produkcji. Dobrze również dlatego, że bardziej rasowej komedii romantycznej po prostu bym nie zdzierżył. A tak jest zabawnie i luzacko, nie tylko w kwestii głównych bohaterów.

Wątki poboczne również stanowią bowiem ważną rolę w tej produkcji. Zabawne są zarówno perypetie znajomego Evie małżeństwa i ich sprzątaczki, koleżanki córki głównej bohaterki czy też byłej żony Alberta. Większości drugoplanowych postaci nadano całkiem wyrazisty charakter, dzięki czemu da się ich w jakiś sposób polubić i zapamiętać. A że każda z nich dostarcza sporej dawki humoru, proces ten staje się jeszcze łatwiejszy.

Paradoksalnie, najbardziej denerwowała mnie sama Eva. W dużej mierze wyczuwam tu jednak winę aktorki ją odgrywającej. Ona po prostu zdecydowanie przesadza z akcentowaniem każdej emocji. "WOW", "THAT'S GREAT", "THANK YOU" i inne zwroty, wyrażone przez nią, najzwyczajniej świecie denerwują. Znajdzie się zaraz jakiś spec od Amerykanów i powie, że oni przecież tak właśnie robią. Z góry więc zwracam uwagę, iż inni aktorzy nie mają tu problemów z taką nadgorliwością w przekazaniu każdego możliwego słowa.

Mimo licznych plusów, nie mogę nazwać "Ani słowa więcej" produkcją nadzwyczajną. Spełniły się moje prognozy, bowiem film ten jest po prostu... zwyczajny. Oczywiście, w jakiś sposób wyróżnia się on ze stosu podobnych produkcji, ale niestety nie wyklucza to jego "zwyczajności" właśnie. Nie ma tu nic odkrywczego, dlatego spodziewam się, że o tytule tym dość szybko zapomnę. Pomimo tego, że oglądanie go w kinie sprawiło mi sporawą radość.

Wy jednak możecie z obejrzeniem "Ani słowa więcej" spokojnie poczekać do czasu, gdy DVD z tym filmem będzie dorzucane do prasy kobiecej albo nawet znajdzie się ono w koszach wyprzedażowych. Bo to tytuł fajny, ale pójścia do kina raczej niezbyt warty. Choć na ewentualny seans z chłopakiem/dziewczyną powinien się nadać.

0 komentarze:

Nie mam pomysłu na tytuł tego wpisu, ale mówi on o Murzynie i zachodzeniu drogi

Sytuacja, która stała się inspiracją dla tego postu, wydarzyła się jakieś dwa tygodnie temu. Już wtedy pomyślałem, że byłby to całkiem ciekawy temat na blogowy wpis. Mimo tego, natchnienie ogarnęło mnie dopiero teraz. "Teraz" w znaczeniu piątkowego popołudnia, nie zaś dnia, w którym Wy tenże wpis czytacie. Kiedy to ostatnie się dzieje? Natenczas nie wiem. Wena jednak przyszła i szkoda byłoby ją zmarnować, piszę więc tekst na zapas.

Galeria Krakowska to miejsce zderzenia sporej ilości kultur. Oczywiście, większością przebywającą tu wciąż są Polacy, ale zdarzają się też studenckie zwierzęta z Erasmusa, grubawi turyści z Wielkiej Brytanii czy Japończycy, kompletnie zagubieni, a jednocześnie mocno zafascynowani życiem w Polsce. Bywają tu też osoby czarnoskóre.

Tak zupełnie swoją drogą - ja do Murzynów (nigdy nie jestem pewien, czy określenie to należy do obraźliwych czy nie; uznajmy, że nie) nic nie mam. Ba, są oni dla mnie wręcz bardzo interesującymi osobami i bardzo chętnie przyjąłbym jakiegoś do grona swych znajomych. Bynajmniej nie po to, by potem chwalić się: "ej stary, kumpluję się z jednym czarnoskórym". Ot, interesuje mnie po prostu ich kultura, różna nie tylko od naszej, ale i osób o skórze białej, pochodzących z ich kraju.

Jak się więc już pewnie domyślacie, bohaterem dzisiejszej opowieści jest właśnie Murzyn. Takowy bowiem, wspomniane dwa tygodnie temu, podążał przede mną jedną z "uliczek" Galerii Krakowskiej. Gdy tak szliśmy, prawie że gęsiego, mój czarnoskóry towarzysz podróży nagle gwałtownie skręcił w lewo, tym samym zwalniając, co spowodowało konieczność nagłego zatrzymania się przeze mnie. Facet szybko się jednak odwrócił i powiedział naprawdę przepraszającym tonem zwyczajne "sorry". Byłem oszołomiony, dlatego zamiast kulturalnego odpowiedzenia "no problem", też zarzuciłem swojskim "sorry".

Tak, zadziwiło mnie, że ktokolwiek za podobny wybryk postanowił mnie w ogóle przeprosić. Zadziwieni mogą być teraz jednak również i niektórzy z Was, z innego jednak niż ja powodu. Gdy opowiadałem tę historię jednej ze znajomych, odpowiedziała mi ona bowiem, że nie widzi w tym nic dziwnego. Może to ja źle opisuję tę sytuację, dlatego chciałbym jeszcze nadmienić, iż jest to ten rodzaj zachodzenia drogi, na który szkodnicy nigdy nie zwracają uwagi. Bo to taka płynna kontynuacja całego ruchu, rzecz przypadkowa, gdy czasem nawet nie wiemy o istnieniu jakiejkolwiek istoty za nami podążającej. I "przepraszam" wtedy się po prostu nie słyszy.

Ja przynajmniej nigdy wcześniej w takiej sytuacji podobnych słów nie usłyszałem, ani też ich nie używałem. Po całej tej sytuacji jednak żałuję, obiecuję poprawię oraz proszę o pokutę i rozgrzeszenie. Tym bardziej, że kilka dni potem w bardzo podobnej (a może nawet i mniej szkodliwej!) sytuacji, jedna dziewczyna, już ewidentnie Polka z krwi i kości, rzuciła do mnie również swojsko brzmiącym "przepraszam". To też taki pstryczek w nos dla tych, którzy już chcieli krzyczeć: "ludzie z ZACHODU zachowują się lepiej niż Polaczki!". No więc nie. W obu przypadkach są osoby kulturalne i kulturalne mniej.

Chyba, że dziewczyna ta chciała mnie na to "przepraszam" po prostu poderwać. To mogłoby załamać mit o równym poziomie kultury przybyszów z zagranicy i naszych rodaków. Trzymajmy się jednak wersji mit ten potwierdzający. Dla pewności zaś, ja też będę od teraz ofiary mojego zachodzenia drogi przepraszał. A przynajmniej spróbuję.

Źródło: Flickr.com

0 komentarze:

Dom

Właściwie w przypadku każdego swojego tekstu (wyjątkiem są na pewno recenzje), staram się wymyślić jakiś chwytliwy, przyciągający ludzi tytuł. Czasem mi to wychodzi lepiej, czasem wręcz tragicznie, zawsze jednak jakieś próby myślenia w tym kierunku przejawiam. Tym razem jest jednak inaczej. Od początku wiedziałem, że dzisiejszy post nazwę po prostu "Dom". Nie z powodu braku chęci do szukania innego pomysłu. Tytuł ten ma bowiem podkreślić znaczenie tego konkretnego słowa. Nie tylko dla samego tekstu, ale i całego życia człowieka.

Jak stali Czytelnicy zapewne pamiętają, od października mieszkam w Krakowie. Konkretniej - w mieszkaniu wynajmowanym z kumplem. Jest tu przyjemnie, wygodnie i spokojnie, dzięki czemu mogę się oddawać bezproblemowo procesowi pisania codziennych postów na bloga. Czuję, iż zaklimatyzowałem się tu już w jakiś wystarczający sposób. Ale.

Czasem, gdy wysyłam do kogoś esemesa, chcę tej osobie przekazać (czy też z własnej woli, czy też z pewnego rodzaju przymuszenia), iż obecnie jestem w trakcie wracania do. "Wracania do", bo zawsze w tym momencie pisania zatrzymuję się na chwilę. Po tych osiemnastu latach spędzonych w jednym miejscu, mam ochotę automatycznie napisać "do domu". Ale obecne mieszkanie nie jest moim "domem", a tylko i wyłącznie "mieszkaniem" właśnie.

I nie wydaje mi się, żeby ta kwestia nazewnictwa, wynikała z tego, iż do tej pory mieszkałem w autentycznym piętrowym domu, teraz zaś przeniosłem się do małej "klitki" w bloku. Słowo "dom" encyklopedycznie może i znaczyć wyłącznie budynek. Wydaje mi się jednak, że dla każdego tak naprawdę człowieka, jest to również jakaś wartość trudniejsza do określenia słowami. Nieważne, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy działa to jedynie podświadomie.

Angielskie słowo "home" moim zdaniem lepiej oddaje cały ten sens, w rodzimym "domu" bardziej ukryty. Pamiętacie otwierającą "GTA: San Andreas" scenę, gdy główny bohater, powracając ze swoistego wygnania, mówi: "Grove Street - Home"? Odnosi się on wtedy nie tylko do tego jednego konkretnego budynku, gdzie przeżył swe życie, a do całej ulicy czy też osiedla, na którym się wychował. CJ nie mówi "Grove Street numer_domu". Po prostu "Grove Street".

Ale czy "dom" oznacza w takim razie tylko i wyłącznie miejsce dzieciństwa każdego człowieka? Nie wydaje mi się. "Dom" zdaje się być raczej po prostu miejscem, w którym mieszkamy już nie tylko na stałe, ale wiążemy z nim jakieś iście "domowe" plany. Jeśli kiedyś wybuduję sobie dom i zamieszkam tam z rodziną, "domem" będę nazywał go prawdopodobnie od pierwszego mojego dnia w tym miejscu. 

"Dom" nie wiąże się bowiem z samą placówką, ale i uczuciami, jakie do niej żywimy. Mi więc do nazwania takim właśnie określeniem innego miejsca niż rodzinna okolica, wciąż jeszcze daleko.

Źródło: Flickr.com

4 komentarze: