Krótko i na temat - hymn Barneya Stinsona

"Krótko i na temat" trochę czasu już nie było, o poleceniu pojedynczego kawałka nie wspominając. Dlatego dziś postanowiłem odpuścić sobie dłuższy post i podrzucić wam piosnkę, której słucham dość często już od jej premiery. Mowa o nowym tracku Justina Timberlake'a. Zacząłem go w sumie ogarniać dopiero niedawno (w dużej mierze dzięki Roziemu, więc pozdro dla niego), ale chłopak robi naprawdę przyjemne r'n'b, dlatego na jego kolejną płytkę czekam z dużym zaciekawieniem.

Pierwszy singiel to wspólny kawałek z Jayem-Z. Zaczyna się on naprawdę prześwietnym motywem, który aż prosi się o wydłużenie, a najlepiej zrobienie z niego oddzielnego utworu. Na szczęście dalsza część "Suit & Tie" również stoi na wysokim poziomie, choć klimat jest zupełnie inny. Internauci nowy kawałek Timberlake'a określili "hymnem Barneya Stinsona". Zgadzam się z tym stuprocentowo i każdy, kto oglądał "How I Met Your Mother" na pewno również przytaknie.

A teraz - do słuchania! I be on my suit & tie shit!

0 komentarze:

A dlaczego w tym filmie cały czas śpiewają?

Nie będę ukrywał, że jestem kompletnym laikiem w kwestii musicali. Hołduję jednak zasadzie, iż próbować trzeba wszystkiego, nawet rzeczy, które kiedyś wydawały mi się absurdem. I choć miałem w planach obejrzenie "Les Miserables", to zakupienie biletu na seans w poznańskim kinie było kompletnie niezaplanowane i spontaniczne. Okazję trzeba jednak wykorzystać, więc starałem się w jak największym stopniu skupić się na filmie. Jak mi się podobało? Po kolei, zacznijmy od podstaw.

"Nędznicy" są adaptacją musicalu o tym samym tytule, opartym z kolei na powieści Victora Hugo. Również znanego pod taką samą nazwą. Opowiada on historię niejakiego Jeana Valjeana (Hugh Jackman), byłego więźnia, który złamał zasady warunkowego zwolnienia. Lecz pod nowym nazwiskiem zyskuje on szacunek ludzi, starając się pomóc biednym i uciśnionym. Poszukuje go jednak nieustępliwy Javert (Russel Crowe), pragnący wymierzyć winę byłemu zbrodniarzowi. W międzyczasie poznajemy postać Fantine (Anne Hathaway), zarabiającej na utrzymanie swej córki (wersja dorosła grana przez Amandę Seyfried). A wszystko to w realiach kolejnej francuskiej rewolucji.

Przed obejrzeniem "Les Miserables" trzeba być koniecznie przygotowanym na fakt, iż jest to musical. Tu śpiewają cały czas. Przez ponad dwie i pół godziny filmu, łącznie jest może z minuta normalnych dialogów. W sumie szkoda, bo, w mojej opinii, jest jeszcze kilka momentów, w których można by spokojnie odpuścić sobie śpiewanie. Może i fanatycy musicali mnie w tym momencie przeklną, ale jestem teraz głosem widza niedzielnego. A takiemu, śpiew przez tak długi czas wreszcie się znudzi.


Za same wokale należy się jednak duży plus. Pomińmy fakt, że nie jest to najwyższy poziom śpiewu. Dlaczego więc pochwała się należy? Bo w filmie wystąpili aktorzy znani chyba większości fanów "normalnego" kina. Gdy widzi się na ekranie śpiewających Wolverine'a i Gladiatora, po prostu trzeba oddać im szczere gratulacje. Największe zastrzeżenia można mieć chyba do tego drugiego, ale tragicznie na szczęście nie jest. Z kolei najlepiej poradziła sobie Anne Hathaway. Choć bardziej przypadły mi do gustu sceny ze śpiewem grupowym, aniżeli solówki. No i oczywiście, nie mógłbym odmówić sobie przyjemności pochwalenia najbardziej komicznej dwójki filmu - Sachy Barona Cohena (tak, to ten co grał Borata i spółkę) oraz Heleny Bonham Carter (jak zwykle świetnie sprawdza się w roli głupiej pizdy). 

Grzechem byłoby nie wspomnieć w tym miejscu o fenomenalnych zdjęciach, scenografii i kostiumach. Ludzie od tych elementów zrobili kawał dobrej roboty, za którą może nawet i Oscar się należy. Okej, trochę efektów komputerowych dałoby się zrobić o wiele lepiej, ale to musical, i kto wie, może taka prostota była wręcz pragnieniem samego reżysera.

Trochę ponarzekałem, trochę pochwaliłem, to teraz czas na... największą wadę "Les Miserables". Co to takiego? Ano, język angielski. Ten film wręcz domaga się, by wszystko zostało w nim zaśpiewana po francusku. Ja rozumiem, że nie wciągnięto by wtedy takich aktorów, że może nawet mniej ludzi, by to obejrzało. No ale, goddammit, język mieszkańców Brytanii jest największą skazą na całym filmie.

Polecić, czy nie polecić "Les Miserables" - oto jest pytanie. Teoretycznie odpowiedź powinna być jednoznaczna, bo to przecież film bardzo dobry. I mówię to ja, w musicalach zdecydowanie niegustujący. Jednakże, jeśli potem ktoś przez moją rekomendację pójdzie z ciekawości do kina i po wyjściu będzie mówił: "A dlaczego w tym filmie cały czas śpiewali? A komu to poczebne? Mogli zrobić normalny film przecie", to będę miał do siebie żal, że poleciłem opisywany twór idiocie. Obejrzyjcie "Nędzników" jeśli jesteście w pełni gotowi na to, że to będzie MUSICAL. I tak, to oznacza, że oni tam na pewno będą śpiewać. Dużo.

P.S. Ponownie pozdrawiam Maćka i Marysię, bo to właśnie z nimi wpadliśmy do kina, tuż przed słynną imprezą z Fritzem Kalkbrennerem ;)

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

2 komentarze:

10 najlepszych kawałków Daft Punk

Daft Punk pracuje nad nową płytą, która ma ukazać się jeszcze wiosną bieżącego roku. Dla mnie to chyba, jak dotąd, najważniejsza muzyczna informacja tego roku. Wątpię, żeby był ktoś na tym blogu, kto nie zna tego duetu, no ale jeśli jednak tak jest, to odsyłam po prostu na Wikipedię. Całej reszcie jedynie przypominam, iż będzie to pierwszy od 8 lat (!) album studyjny Guy-Manuela de Homem-Christo i Thomasa Bangaltera. Po "Human After All" pojawiła się co prawda koncertówka "Alive 2007" oraz prześwietny soundtrack do ostatniego "Tronu", ale to jednak nie to samo, co "normalny" materiał od Daftów.

Czekając z wiadomo czym, wiadomo gdzie, postanowiłem przy okazji wrzucić moje subiektywne "top 10" kawałków francuskiego duetu. Wybór był naprawdę trudny, ale wreszcie wytypowałem najlepszych z najlepszych. Kolejność w zestawieniu nie jest ważna, wrzucałem wszystko raczej w sposób losowy.

"Technologic"

Pierwszy kawałek Daft Punk, który usłyszałem. Do dziś dokładnie pamiętam całą sytuację. Był sierpień, rok 2008, moja pierwsza, a druga ogólnie, impreza z cyklu Xbox Fun Day. Wszyscy grali w coś na konsolach, gadali z innymi ludźmi, a ja akurat przechodziłem obok stanowiska DJ'a. I wtedy usłyszałem słynne: "buy it, use it, break it, fix it". Wtedy raczej miałem muzycznie dość zamkniętą głowę i nie gustowałem w takich klimatach, ale ten kawałek od razu wpadł mi w ucho. W domu odnalazłem go przez reklamę "Alfa Romeo Mito". A potem było już przesłuchiwanie kolejnych dokonań Daftów.


"One More Time"

Kawałek otwierający płytę "Discovery", z kultowym samplem i wokalem. Dla mnie w pewnym momencie, jakiś rok temu, miał bardzo ważne znaczenie, związane z konkretną osobą. Jeśli to czyta, to wręcz na pewno wie, że o nią chodzi. One More Time :)



"Harder, Better, Faster, Stronger"

Chyba najbardziej znany kawałek francuskiego duetu. Wyjątkowy inspirujący, szczególnie dla twórców słynnych "Daft Hands" oraz "Daft Bodies". Sampli z kawałka użył nawet Kanye West w jednym ze swoich sztandarowych singli - "Stronger". Jeśli nie znasz "HBFS" to prawdopodobnie obudziłeś się właśnie z wieloletniej śpiączki.


"Too Long"

Najdłuższy, pojedynczy kawałek Daft Punk. Dziesięć minut świetnej muzyki, z natychmiastowo wpadającym w ucho wokalem. Chyba jedno z najlepszych zakończeń płyt w historii, w tym przypadku krążka "Discovery". Ten kawałek zdecydowanie nie jest "too long".



"Around The World"

Tego w takim zestawieniu nie mogło zabraknąć! Szukając kawałków do dzisiejszej notki, zdziwiłem się właśnie się przy "Around The World". Dlaczego? Bo byłem wręcz pewny, że pochodzi on z "Discovery" lub "Human After All". Tymczasem, znalazłem go na pierwszym krążku duetu, "Homework", który całkiem mocno różnił się przecież od późniejszych dokonań Francuzów. Mam wrażenie, iż to właśnie "Around The World" ukształtowało dokładniej styl Daft Punk.



"High Fidelity"

Mój drugi ulubiony track z "Homework". Część osób może go po tytule go nawet nie kojarzyć. W "High Fidelity" szczególnie charakterystyczne są sample wokalu. Mi strasznie przypominają one język francuski, ale ponoć ich treść to "the new vaga, bond".


"Derezzed"

Mam wrażenie, że to najbardziej "daft punkowy" kawałek z soundtracku do "Tron: Legacy" (choć to i tak zupełnie inne brzmienie). Swoją drogą, w mej opinii, to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych stworzonych na potrzeby filmu. I wyjątkowo oryginalna. Ostatni "Tron" był produkcją raczej średnią, ale trzeba to koniecznie zobaczyć, dla muzyki właśnie.


Daft Punk vs Queen - "Another One Bites The Dust" vs "Da Funk"

Teraz trochę z innej beczki. Kawałek ten, czy raczej połączenie dwóch różnych piosenek, pochodzi z gry "DJ Hero". Podobnie jak parę innych tego typu tracków, został on stworzony specjalnie na potrzeby muzycznej produkcji Activision, przez samych członków Daft Punk. Mashup "Another One Bites The Dust" i "Da Funk" jest moim ulubionym z całej ścieżki dźwiękowej, dlatego wrzucam tu właśnie jego.


"Make Love"

Oprócz energetycznych kawałków, Daft Punk posiadają też trochę spokojniejszych produkcji. I nawet, gdyby "Make Love" nie miało tytułu, ani tego drobnego wokalu, to i tak każdy by wiedział, że to kawałek o miłości. Bardzo, bardzo klimatycznie.


"Something About Us"

A jeśli już mowa o piosnkach spokojnych, nie mogło tutaj zabraknąć właśnie "Something About Us". Takiego czegoś nie zrobiłby nikt inny. Idealna kompozycja do snu.

I need you more than anything in my life
I want you more than anything in my life
I'll miss you more than anyone in my life
I love you more than anyone in my life

0 komentarze:

Starbucks zrobi Ci dobrze, niezależnie od rozmiaru

Do Starbucksa wpadam rzadko, co chyba ten post wyjątkowo mocno ukaże. Nie często odwiedzam kawowego giganta w szczególności dlatego, że w mej mieścinie, zwanej Kaliszem, po prostu go nie ma. Hipsterkie trunki popijam więc jedynie, gdy trafię na jeden z lokali je serwujących w jakimś dużym mieście. Tym samym, dopiero ostatnio przyjrzałem się bliżej ofercie Starbucksa. I odkryłem w niej coś wyjątkowo ciekawego

Mowa o oznaczeniach wielkości napojów. Mamy "Tall" (z angielskiego "wysoki"), "Grande" (z włoskiego/hiszpańskiego/portugalskiego "duży"/"wielki") oraz "Venti" (z włoskiego "dwadzieścia"). W Stanach jest jeszcze "Trenta" (z włoskiego "trzydzieści").Co mnie zdziwiło? Oczywiście to, że nie ma tu kompletnie żadnego "Small", "Piccolo" ("mały" z włoskiego), czy innego "Petit" (a to z francuskiego).

Ktoś oczywiście może mi zarzucić nadinterpretację, ale według mnie jest to po prostu dobry pomysł marketingowców. Klientowi z mniej wypełnionym portfelem będzie milej zamówić napój "wysoki", aniżeli "mały". Ot, takie tworzenie sympatyczniejszej atmosfery dla klienta. Według mnie ruch bardzo dobry i dziwi mnie, że inne knajpki czy fast-foody tego nie wykorzystują. No, ale może dlatego, że w takim McDonald's "mała" kawa jest naprawdę mała i przy niej starbucksowe "Tall" wydaje się olbrzymem.

Swoją drogą, cieszę się niezmiernie, że kawiarnie zaczynają się w Polsce rozwijać. Szkoda co prawda, że część ludzi ciągnie do nich raczej "alternatywność", no ale cóż poradzić. Ważne, że te wszystkie Starbucksy, czy Nieba Kawy (czy raczej już Costy) zaczynają mieć potwierdzenie, że nasz kraj ma potencjał. Choć do kawiarnianej knajpki na każdym rogu, jak w UK i US, jeszcze dużo brakuje.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: flickr.com

3 komentarze:

Raperzy czytają #3 - Tomasz Andersen (Roszja)

W dzisiejszym, trzecim odcinku akcji "Raperzy czytają" naszym gościem jest Tomasz Andersen, znany też jako Roszja. Nie uznaje się on za rapera, lecz jedynie użytkownika formy znanej nam jako rap. Na scenie jest jednak już od parunastu lat. W latach 1997-2000 pracował nad swoją płytę "Dusza podziemia", potem współtworzył skład Sfond Sqnksa oraz wydał wspólny materiał z Lu, zatytułowany "Przez ścianę" Jego ostatnia płyta to "Wbrew wskazówkom", wydana już pod pseudonimem Tomasz Andersen, w roku 2011. Ten koncepcyjny album znalazł sobie wierną grupkę fanów, w tym mnie, porywając nie tylko samą historią, ale również bitami (większość autorstwa samego Roszji), czy nietypowymi refrenami. Cała płyta do odsłuchu TUTAJ.

Oddajmy teraz głos Tomaszowi Andersenowi:

Od kilku lat moim ulubionym autorem z szeroko pojętej beletrystyki jest Viktor Pelevin. Pielevin urodził się w Moskwie. Na świecie Rosjanie znani są z wybitnych literatów, ale Pielevin to zupełnie nowy rozdział w literaturze. W jego książkach nie brakuje czystej rozrywki, ale zakres wiedzy i błyskotliwość autora są fenomenalne. Udało mi się przeczytać wszystkie jego książki. Z naszego punktu widzenia godną polecenia jest książka "GeneracjaP", którą Pelevin napisał pod koniec lat 90. W bombowy sposób opowiada o czasach transformacji ustroju, przejścia od komunizmu do kapitalizmu. Moje ulubione tytuły to "Święta księga wilkołaka" i napisana w podobnym klimacie "Empire V". Osoby zainteresowane autorem znajdą recenzje w internecie. Osobiście mam wrażenie, że Pelevin jest jednym z najlepszych pisarzy naszych czasów.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Fritz Kalkbrenner w Poznaniu, czyli o tym, jak się bawi plebs

Prawie trzy godziny jazdy autobusem, kilka kursów tramwajami i chodzenie po mroźnym Poznaniu - tak wyglądała moja wczorajsza noc. Dlaczego? Postanowiłem bowiem wybrać się do stolicy Wielkopolski na koncert niemieckiego twórcy muzyki elektronicznej - Fritza Kalkbrennera, brata bardziej znanego Paula. Miał on rozgrzać klub SQ przy Starym Browarze od godziny 1:30. Na miejsce przybyłem trochę wcześniej, bo w okolicach pierwszej w nocy. Szybko zrozumiałem jednak, że to nie sam koncert będzie głównym tematem mojego dzisiejszego wpisu.

Najpierw jednak chciałbym coś tam o tym Fritzu wspomnieć, bo to w końcu z myślą o jego występie wybrałem się do Poznania. Trzeba przyznać, że Niemiec naprawdę potrafi porwać klubowiczów do zabawy. Ludzie gibali się w rytm muzyki, wymachiwali łapami przy bardziej znanych kawałkach i mam wrażenie, że dobrze bawili się w ramach koncertu. Zmniejszenie mojego entuzjazmu w tej sferze wprowadziła tak naprawdę tylko garstka elementów. Mówię w szczególności o puszczaniu przez jakieś dziesięć minut loopu z kawałka "Get a Life" (ja wiem, że to dobry kawałek, no ale bez przesady) oraz brak "Facing the Sun". Poza tym leci duży props dla Fritza.

Sprawa koncertu odbębniona, czas więcej zabrać się za główny temat dzisiejszego wpisu, czyli... publiczność. Razem z Maćkiem, który wybrał się ze mną na imprezę, obstawialiśmy, że połowa osób przyjdzie po prostu nieźle popić, reszta zaś będzie zainteresowana stricte koncertem. Myliliśmy się i to bynajmniej nie w tę pożądaną stronę. 

Tłok już przy samych drzwiach wejściowych do klubu mnie nie zdziwił, biorąc pod uwagę, że tak samo to wygląda w innych tego typu miejscówkach. Widząc jednak dość niemrawo wyglądające towarzystwo, zacząłem coraz bardziej bać się o resztę publiczności. Moje prognozy dość szybko zamieniły się w prawdę. Widok pijanych lasek, łapczywie szukających jakichkolwiek chętnych do zabawy facetów, nie ujmował im tak wiele, jak dziewczynom spokojnie śpiącym sobie w lożach. I to bynajmniej nie z powodu późnej godziny.

Koniec atrakcji z cyklu "beka z ludzi"? Ależ skądże. Dalej było jeszcze lepiej. Nie chcę być pomawiany o mizoginizm, dlatego muszę wspomnieć, że faceci również w najlepszym stanie nie byli. Dwóch tańczyło razem niedaleko mnie, a inny przez jakieś czterdzieści minut wymachiwał łapami na wszystkie strony z zamkniętymi oczami. Okrzyków z tyłu sali od grubasów po czterdziestce również nie brakowało.

Tego typu impreza to także świetna okazja do zarzucenia sieci na osobnika odmiennej płci. Ach, te piękne widoki, gdy na środku parkietu zaczyna się lizać para obcych (potwierdzone info) ludzi, każde z nich oczywiście doprawione procentami. Ale w końcu na takich delikatnych pieszczotach nie mogło się zakończyć i dość szybko dwójka, na którą od dawna patrzyła większość mojej części sali, zaczęła wkładać sobie dłonie między krocze, koleś łapał laskę za cycki itp., itd. Wspomniany facet dość szybko jednak opuścił swoją ofiarę i zaczął szukać następnej. Jedna mu nawet odmówiła - wow, po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Wręcz brawa dla niej. Potem jednak chłopak wdał się w tyle awantur, że musiał sobie czekać za kumplami przed drzwiami do klubu.

Następna część beki to rzadko spotykane, choć istniejące również na tej imprezie, gimby. Jedna dziewczynka wyglądała nawet na tak młodą, że nie zdziwiłbym się, gdyby przed nią był ostatni rok podstawówki. Co oni mogą robić na tego typu imprezach? Oczywiście popijać sobie piwko. To ma być ta słynna selekcja w klubach? Bitch, please. 

Nie mogę się powstrzymać, by wspomnieć także o modzie panującej wśród publiczności. Zasadniczo można podzielić ludzi z takich imprez na trzy kategorie: nieźle ubrani (w większości dziewczyny), dziwacznie ubrani (wczoraj wyjątkowo mało, choć było kilku) oraz tzw. "wieśniacy". Ci ostatni to w zdecydowanej większości faceci. W tych swoich staromodnych jeansach, polóweczkach/koszulach na krótki rękaw i buractwem wypisanym na twarzy. Mrau.

Uf, to chyba na tyle. Szczerze powiedziawszy, chętnie założyłbym tego typu klub. Plebs przychodzi, plebs się bawi, plebs płaci (choć nie wiem skąd ma kasę). A ja, jako właściciel, nie przyszedłbym tam ani razu, żeby żyć w błogiej nieświadomości, co się w środku dzieje. Jakoś przykro mi się robi, jak widzę zgonujące laski w takim miejscu. No ale w końcu YOLO!

P.S. Pozdrowienia dla Maćka i Marysi, z którymi wbiłem na koncert oraz studenckiej ekipy, która nas przenocowała :)

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: Flickr.com

3 komentarze:

5 najlepszych shooterów online

Pomijając fakt, że dziś jestem raczej graczem niedzielnym, to nawet w czasach, gdy przy konsoli spędzałem mnóstwo czasu, rozgrywką sieciową zajmowałem się dość mało. W większości wolałem pograć w singlu, choć zdarzały się wyjątki. Ba! Bywało nawet, że kupowałem jakiś tytuł w szczególności dla multiplayera. Choć chyba zawsze zaczynałem najpierw od przygody dla samotnika. Postanowiłem w związku z tym stworzyć zestawienie pięciu najlepiej wspominanych przeze mnie shooterów online, przy których spędziłem najwięcej czasu. We wszystkie z podanych produkcji grałem na Xboksie, choć tylko jednej z nich nie ma na pececie. Kolejność alfabetyczna, nie ma podziału na konkretne miejsca.

Battlefield: Bad Company 2

Nawet nie próbujcie szukać - nie, w zestawieniu nie ma "Battlefielda 3". Dlaczego? Zacznijmy od tego, że "zwykły" BF i ten z podtytułem "Bad Company" to tak naprawdę dwie dość różne serie. Ja jakoś nigdy zajawki na klasyczny twór DICE nie miałem, z kolei przy obu częściach przygód Kompanii B spędziłem dobre kilkadziesiąt (a może i więcej) godzin. Nigdzie indziej nie było multiplayerowego shootera z takimi efektownymi możliwościami niszczenia terenu. Jedno z najlepszych online'owych wspomnień to zburzenie budynku, gdy przeciwnik jest w jego wnętrzu.

Tym samym, dla mnie odejście od formy "Bad Company" i powrót do dość ograniczonego stylu rozgrywki w "Battlefield 3", był pewnego rodzaju cofnięciem się w rozwoju. Nie mówię, że najnowszy twór DICE jest zły, bo nie jest. Przy nim też spędziłem trochę miłego czasu. Wolę jednak serię "Bad Company", a w szczególności bardziej dopracowaną "dwójkę". Choć o mapie Oasis z jedynki nigdy nie zapomnę.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Call of Duty 4: Modern Warfare

Ewidentnie najlepsza część serii "Call of Duty", przynajmniej jeśli chodzi o multiplayer. Nie było jeszcze trybów Spec Ops i Zombie, ale nie było też... narzekania. To potem zaczęto iść co raz bardziej w stronę słabszych graczy, przez co prosi zaczęli narzekać. To od "czwórki" zaczął się prawdziwy fenomen serii Activision, a oprócz świetnego trybu online, posiadała ona również bardzo dobry singiel, z kultową misją w Prypeci. Można więc powiedzieć, że w moim rankingu "Modern Warfare" znalazło się za całokształt.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Gears of War

Teraz przygotujcie się na wykład prawdziwego ortodoksa serii. Pierwsza część "Gears of War" nie miała Hordy i wielu różnych bajerów, a mimo to, według mnie, była to najlepsza odsłona seria Epic, przynajmniej jeśli chodzi o multiplayer. Tu każdy wiedział jak naprawdę się gra. Shotgun, shotgun i jeszcze raz shotgun. Lancera (czyli taki karabin maszynowy) można było spokojnie wywalić, a każde użycie piły mechanicznej było automatycznie linczowane jakże inteligentnymi tekstami w rodzaju "noob", "sucker" itp.

Tworzyło to pewnego rodzaju zamknięta społeczność, ale miało swój ewidentny klimat. Gra, w której nie przymierzałeś celownikiem, tylko musiałeś nauczyć się radzić sobie bez niego. A oprócz tego trzeba było się przyzwyczaić do skakania na boki. No i to kultowe zgadywanie się z Polakami na wspólny mecz - rodacy zawsze grali 16 rund, co było łatwo wyszukać w nietypowym jak na dzisiejsze czasy matchmakingu. Druga i trzecia część "Gears of War" to już nie to samo...

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Halo 3
Halo w tym zestawieniu nie mogło zabraknąć. Tym bardziej trójki, która przez bardzo długi czas królowała w rankingu najczęściej granych tytułów na Xbox Live. "Reach" było ewidentnie słabsze i niestety Bungie nie udało się zbyt dobrze pożegnanie z serią. "Czwórka" za to wróciła do korzeni i naprawdę bardzo przyjemnie mi się w nią gra (ostatni raz odpalałem kilka dni temu, tak właśnie wygląda życie niedzielnego gracza).

Ponoć ciągle trochę ludzi gra w "Halo 3" i chwała im za to, bo ten tytuł warto utrzymywać, pomimo pojawienia się nowych części. To tutaj mapa Valhalla miała najlepszy klimat, to tutaj był kultowy Guardian. Ja jeszcze dobrze wspominam plansze Last Resort i High Ground. Gdybyście teraz mnie na nie wpuścili, pewnie i tak pamiętałbym każdy zakamarek.


Team Fortress 2

Nie będę zaskoczony, gdyby ktoś zdziwił się, że grałem w to na Xboksie. Jeśli ktoś interesuje się branżą, to wie, że konsolowe wersje gry Valve nie były właściwie w ogóle wspierane i wszystkie darmowe dodatki (w ilościach hurtowych) pojawiały się jedynie na pecetach. Mimo tego, ja przy "Team Fortess 2" na konsoli Microsoftu spędziłem naprawdę wiele przyjemnych godzin. Bo twór Valve to produkcja wyjątkowa, która na swoim poletku konkurencji nie ma.

Humor, kilka różnorodnych klas, komiksowa grafika - takie połączenie wypadło wręcz świetnie. No i mapa, na której spędziłem jakieś dziewięćdziesiąt procent swojego czasu z TF2, czyli 2Forts. Nie wiem dlaczego prawie wszyscy chcieli grać właśnie na niej. Może dlatego, że była to jedna z najlepszych multiplayerowych map, jakie pamiętam?

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Muzyczny geniusz, o którym nikt nie słyszał

Mam wrażenie, że większości osób filmy dokumentalne kojarzą się z nudnymi, przegadanymi produkcjami, na których tak naprawdę nic się nie dzieje. Seks szympansów komentowany przez Krystynę Czubównę i inne tego typu pierdoły. Nie ukrywam, że ja też w pewnym stopniu uogólniam ten gatunek i raczej unikam takich tworów. Czasem jednak natrafiam na wyjątkowy film dokumentalny, który aż prosi się o to, by go obejrzeć. Często szukam takich wśród nominacji do Oscara, bo chyba jeszcze żaden poznany przeze mnie w ten sposób dokument nie zawiódł. Również i w tym roku ruszyłem na polowanie. I znalazłem coś genialnego - "Searching for Sugar Man".

Zacznijmy od mej skromnej rady - nie tykajcie trailera. Popsujecie sobie tylko oglądanie całości, bo tworzył go jakiś idiota. Co powinniście wiedzieć przed seansem? Że jest to film o niejakim Rodriguezie, rockmanie z początku lat siedemdziesiątych. Czym tak bardzo różnił się on innych, takich jak on? Nikt w Stanach nie kupił jego płyt. Oczywiście, znalazło się zapewne parę osób, które krążki przygarnęło, ale na tle całego kraju to tak naprawdę zero sprzedanych egzemplarzy. I pewnie dziś nie moglibyśmy oglądać "Searching for Sugar Man", gdyby nie fakt, że płyty Rodrigueza stały się bestsellerami w... Południowej Afryce.

Sixto (bo tak na imię piosenkarzowi) prześcignął w tamtym rejonie wszystkie inne gwiazdy, włączając The Beatles i Elvisa. Zwykły przypadek sprawił, że słuchał go każdy - od młodych, po starych. Nikt jednak nie wiedział, kim jest Rodriguez. Ludzie mówili o jego śmierci podczas koncertu, gdzie ponoć sam się podpalił. Chcąc dowiedzieć się więcej o tym tragicznym wydarzeniu, garstka fanów rusza na poszukiwania, studiując każdy dostępny im materiał. I o tym właśnie jest "Searching for Sugar Man".

Szczerze mówiąc nie jestem pewien, co mogę jeszcze powiedzieć o tym filmie. Aktorstwa nie ocenię, bo występują w nim zwykli ludzie. Reżyser dostał świetny materiał na film i przez to tak naprawdę trudno orzec, czy rzeczywiście jest kimś dobrym w swym fachu. Ale za to mogę coś chyba powiedzieć o muzyce. Mogę, bo w końcu, jak wskazuje Last.fm, od czasu obejrzenia filmu (czyli jakiś tydzień temu), przesłuchałem jego kawałków... pięćset razy. 

Jak można się domyślić, cały soundtrack w filmie to kawałki Sixto Rodrigueza. Gdy usłyszałem pierwszy utwór, jakoś na początku filmu, już wtedy wiedziałem, że pierwsza czynność, jaką zrobię po skończeniu filmu, to sprawdzenie całego materiału przezeń stworzonego. Bohater "Searching for Sugar Man" wydał dwie płyty - "Cold Fact" w 1970 i "Coming from Reality" rok później. Obie zawierają piosenki łączące rock, folk i blues. I założę się, że gdyby w czasach ich premier ktoś je zauważył, Sixto byłby dziś znany na całym świecie i wymieniany obok tych tuzów, których prześcignął popularnością w Afryce. Obu płyt słucham dopiero tydzień, ale mam wrażenie, że ich geniusz będzie towarzyszył mi jeszcze przez długi czas. Must-listen. Ale najlepiej po seansie.

Ktoś powiedział, że "Searching for Sugar Man" to najbardziej pozytywny film w historii. I chyba miał rację. Chciałbym być teraz tydzień wcześniej i jeszcze raz obejrzeć całość od początku. A potem odsłuchiwać po raz pierwszy jego genialne kawałki. Ten film powinien dostać Oscara choćby po to, by jeszcze więcej ludzi usłyszało o twórczości Sixto. Obejrzyjcie go, możecie uznać to za nakaz. Będziecie mi jeszcze dziękować.

I wonder how many times you've been had
And I wonder how many plans have gone bad
I wonder how many times you had sex
I wonder do you know who'll be next
I wonder I wonder wonder I do

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Czterdzieści osiem hobbitów na sekundę

O "Hobbicie" na blogu już było. Nowy film Petera Jacksona recenzowałem na początku stycznia, tuż po seansie w kaliskim kinie. Wtedy wspominałem, że w mym mieście niedostępna była wersja 48FPS (frames per second - klatki na sekundę), którą dość mocno chciałem samemu sprawdzić. Postanowiłem więc w wolnym czasie wybrać się do większego miasta w celu ponownego zobaczenia "Hobbita", tym razem czterdziestoośmioklatkowego. I tak właśnie wylądowałem dziś w Łodzi.

Przed seansem miałem sprzeczne uczucia co do tej nowej technologii. Z jednej strony spodziewałem się, że może ona wprowadzić pewien powiew świeżości do kina, a z drugiej straszyły mnie opinie i trailery podbite do 48FPS, które zapowiadały seans dość... "dziwny". Nie będę ukrywał, że podczas pierwszej sceny nie byłem zachwycony. Delikatnie rzecz ujmując. Trwałem jednak dalej w oglądaniu całości i tak wyrobiłem sobie wreszcie własną opinię. Wcale nie tak złą.

Do czterdziestu ośmiu klatek na sekundę trzeba przywyknąć. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu obrazu w filmach i jest to chyba największa blokada dla ludzi. Wszystko dzieje się tak szybko i płynnie, jak nigdy dotąd w kinematografii. Teoretycznie jest to bardziej realistyczny obraz, ale po prostu nietypowy dla tego typu rozrywki.

Drugim problemem nowej technologii jest fakt, iż twórcy "Hobbita", w mej opinii, nie opanowali jej jeszcze dostatecznie dobrze. Choć wiele scen wygląda naprawdę świetnie i lepiej niż w wersji 24FPS, to jednak część epizodów dzieje się po prostu za szybko, z prędkością... nazbyt realistyczną? Wygląda to czasem jak film nagrany w klasycznej wersji i po prostu przyspieszony. Bywają zbyt szybkie ruchy kamerą, zbyt gwałtowne ruchy aktorów. Film w takich momentach aż prosi się o coś w rodzaju zwolnienia.

Nowej technologii wróżę przyszłość jedynie wtedy, gdy zarówno publiczność, jak i reżyserzy, rzeczywiście się do niej przyzwyczają. Czterdzieści osiem klatek daje możliwość jeszcze większej immersji w świat filmu, jednakże to my, widzowie, musimy przełamać pierwsze lody. A twórcy niech dokładniej popracują nad swym tworem w takiej wersji. Warto iść na "Hobbita" w HFR i przekonać się, z czym to się w ogóle je. Kto wie, może film Jacksona rozpowszechni tę technologię tak, jak "Avatar" Camerona rozpowszechnił trójwymiar?

P.S. Pozdrawiam Daniela, który towarzyszył mi  w seansie :)

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Pokemony w wersji MMO

Jeśli miałbym wskazać serię gier, której poświęciłem w swym życiu najwięcej czasu, byłoby to chyba... "Pokemony". Mówię tu oczywiście o kultowych eRPeGach wydawanych na przenośne konsole Nintendo, począwszy od "Green" z GameBoya, po najnowsze części z 3DSa, czyli "X" i "Y" (ich premiera planowana jest na październik bieżącego roku). Najciekawszym jest fakt, że tak naprawdę nigdy żadnego sprzętu od Wielkiego N nie miałem i wszystko przechodziłem na windowsowych emulatorach. Któż tak jednak w Polsce nie robił. Oczywiście mówię o osobach, które wiedziały, że "Pokemony" zaczęły się nie od dość "dziecinnego" anime, a właśnie czarno-białej gry.

Ach, te wspomnienia. Chyba jedne z najlepszych związanych z branżą gier wideo. A ostatnio znów zaistniały one w mej głowie przez nietypowe znalezisko. Coś, na co czekałem wiele, wiele lat - "PokeMMO". Gdy zobaczyłem tytuł., serce od razu zaczęło mocniej bić. Serio, serio. Szybkie kliknięcie w link i już wiedziałem, co będzie zajmowało mój cenny czas w najbliższych dniach. A może i tygodniach? Zaczynam się bać.


"PokeMMO" jest dokładnie tym, czego można się spodziewać po przeczytaniu dotychczasowej części tej notki - tak bliskim mi RPG przeniesionym w świat internetów. Fani serii postanowili wziąć odświeżoną wersję chyba największego klasyka serii, czyli "Red" i wrzucić do niej elementy sieciowej rozgrywki. Możemy więc spokojnie ukończyć ponownie całą przygodę w regionie Kanto (czyli tym pierwszym, skąd pochodził Ash z anime), a do tego bawić się z innymi osobami. Jest możliwość wyzwania gracza na pojedynek, globalny czat, łatwa wymiana stworków (nareszcie!) oraz kilka innych tego typu funkcji.

I na tym się chyba nie skończy, bo aktualna wersja gry oznaczona jest wciąż jako Alpha. I choć oznacza to sporadyczne lagowanie, niezbyt stabilnie działający program i inne tego typu problemy, to jednak bawić się wygodnie można. A co do tego potrzebujemy? Programu "PokeMMO" oraz pliku z grą "Fire Red" w wersji amerykańskiej. Jeśli chcemy mieć kilka dodatkowych pierdół, w stylu możliwości podążania za nami jednego Pokemona, przydadzą się również ROMy z "Soul Silver" i "Heart Gold".

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Idźcie po prostu grać. Ja też idę. Wspomnienia wracają. A poniżej pozdrawiają Was mój seksowny, pikselowaty bohater i jego równie seksowny Charmeleon.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

7 komentarze:

Na południe od granicy, na zachód od słońca

W jednym z ostatnich postów pisałem, że od dłuższego czasu na mojej półce leży nietknięta, krótka powieść Harukiego Murakmiego. Jakoś tak się zawsze zdarzało, że pojawiała się inna książka, którą chciałem przeczytać jak najszybciej. "Na południe od granicy, na zachód od słońca" zeszło więc na drugi, a może i jeszcze dalszy, plan. Wreszcie jednak powstrzymałem się przed rzuceniem się na świeży towar i spokojnie rozpocząłem czytanie tworu Murakamiego.

Główny bohater powieści, niejaki Hajime, jest jedynakiem. Fakt ten w bardzo ważny sposób kształtuje jego życie, czego świadkami jesteśmy zresztą już na pierwszych stronach. Jego najbliższą przyjaciółką w dzieciństwie była Shimamato, kulawa dziewczynka, podobnie jak on niemająca rodzeństwa. Poza przyjaźnią w sercach dzieci rośnie również coś więcej. Ich drogi jednak się rozchodzą i każdy podążą w innym kierunku. Już na początku książki jesteśmy wprost informowani, że do kolejnego spotkania przyjaciół jeszcze dojdzie, choć żadne z nich o tym nie wie. W międzyczasie śledzimy życie Hajime, usiane zarówno dobrymi, jak i złymi momentami, często związanymi z jego jedynactwem.

Tak, to książka o miłości. Wyeksploatowana tematyka nie jest jednak przeszkodą dla Murakamiego, który wrzuca tu garść swoich charakterystycznych elementów. Mimo tego, "Na południe od granicy, na zachód od słońca" nie jest kopalnią życiowych mądrości jak parę innych utworów Japończyka. Tutaj pisarz bardziej skupia się na uczuciu pomiędzy Hajime a Shimamato, a szczególnie na tym co myśli na ten temat główny bohater. To wejście w świat nietypowej miłości i przeszkód, jakie stają przed kochankami.

Jedna rzecz wyjątkowo mocno odciągała mnie od pochłonięcia omawianej powieści. Mówię o bodajże dwóch pierwszych rozdziałach, w których to autor opisuje młodzieńcze przygody Hajime. Konkretniej zaś - jego nastoletnie próby seksualne. Mam wrażenie, że wyjątkowo Murakami trochę pogmatwał się w stylu i pragnie w dość chamski i kompletnie bezpruderyjny sposób pokazać nam te przygody głównego bohatera. Niestety, Japończyk to nie Bukowski, a ta książka to nie "Kobiety", dlatego muszę postawić minusa za ten właśnie element początku powieści. Harukiemu po prostu to nie wyszło.

Książka jest krótka, co według mnie należy raczej uznać za jej atut, aniżeli wadę. Murakami pociągnął fabułę wystarczająco długo, choć niektóre historie, jak choćby pierwszej dziewczyny Hajime, proszą się o lepsze dokończenie. Zdecydowanie przyjemnym elementem powieści jest z kolei na pewno wątek prowadzenia klubów jazzowych przez głównego bohatera. Trochę autobiograficzny, bo sam autor też swego czasu w tym biznesie siedział. No i ponownie Murakami zaznacza utwory muzyczne ważne dla całości. Udało mu się naprawdę świetnie, mowa bowiem o "The Star-Crossed Lovers" oraz "Pretend" Nat King Cole'a.

"Na południe od granicy, na zachód od słońca" nie jest ani książką bez wad, ani najlepszym dziełem w twórczości Murakamiego. Jest mimo tego przyjemną, krótką powiastką o miłości, temacie tak bezczeszczonym w dzisiejszej literaturze. Dlatego jeśli chcecie sięgnąć po dobrą książkę o dwójce kochanków - wybierzcie twór Murakamiego, a nie jakieś bestsellerowe szmatławce. 

Na blogu pojawiły się również jak dotąd trzy inne teksty związane z japońskim pisarzem. Mowa o recenzji książki "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" oraz dwóch notkom, inspirowanych jego opowiadaniami - "Przypadki" i "Mężczyzna spotyka w ciągu całego życia tylko trzy naprawdę ważne kobiety".

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Raperzy czytają #2 - Żyt Toster

W drugim odcinku cyklu "Raperzy czytają" witamy Żyta Tostera, młodego rapera z rocznika '89. Popularność zyskał on w szczególności dzięki dwóm akcjom - najpierw pierwszym "Aptaun Support", a potem ubiegłorocznej edycji "Młodych Wilków" Popkillera. Osobiście Żytem zajawiłem się po kawałku "Infolinia", kojarzącym mi się mocno z twórczością Łony. Potem sprawdzałem każdy jego kolejny kawałek, aż do premiery płyty "5 miejsc po przecinku" (odsłuch na kanale Aptaun TV). Warto ją sprawdzić, bo to kawał porządnego rapu z potencjałem na przyszłość. Ostatnio wypuszczony został również klip do kawałka "Zaniedbania".

A teraz oddajmy głos samemu Żytowi:

Zdecydowanie polecam wszystkie podróżnicze książki Wojciecha Cejrowskiego. Jestem fanem jego luźnego, często potocznego stylu i łatwości, z jaką potrafi on obrazować swoje historie. Częstym zabiegiem w jego lekturach jest stosowanie form graficznych układanych z liter np. zmieniająca się czcionka, wielokropki mające obrazować kapiącą wodę itp. Dodatkowo są one pełne świetnych przygód i obrazują życie w wielu krajach/miastach/miasteczkach/indiańskich wioskach Ameryki Łacińskiej.

Przykład? Lata '70, w naszym kraju komuna pełną gębą, a Wojtek wjeżdża do jakiegoś egzotycznego kraju na książeczkę ubezpieczenia, przedstawiając ją jako paszport. Autor stara się też przybliżyć nam zwyczaje życia ludzi z innych kręgów kulturowych, co z kolei może okazać się dla niektórych lekkim socjologicznym szokiem. Tak więc gorąco zachęcam do zaczytania się w podróżniczych lekturach Wojciecha Cejrowskiego w kolejności chronologicznej (pomijając "Kołtun Się Jeży", bo to już zupełnie inna historia). W każdej z nich znajdziemy takich opowieści na pęczki.


(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
fot. Wojtek Koziara

0 komentarze:

Krótko i na temat - wywiad z kanibalem

Są takie zakamarki YouTube'a, do których część osób nigdy nie chce trafić, a ja czasem specjalnie próbuję się dostać. Najdziwniejsze filmiki, począwszy od psychodelicznego humoru po najbardziej okropne rzeczy, jakie można sobie wyobrazć. Nie wiem więc tym samym, jak to możliwe, że dopiero wczoraj znalazłem materiał, o którym teraz czytacie. Pojawił się on, co ciekawe, w "Related videos" na stronie głównej YT. I to bynajmniej nie tylko u mnie. O czym więc mowa? O wywiadzie z kanibalem. Prawdziwym, żyjącym na wolności, dzięki różnym lukom prawnym i tym podobnym rzeczom. Issei Sagawa jakieś 30 lat temu zabił i zjadł swoją holenderską koleżankę. Dziś jest autorem kilku książek, aktorem w filmie porno i dziennikarzem w japońskim brukowcu. Nie wykazuje zbytniej skruchy. Powiedziałbym, że to człowiek chory, ale zrobię wyjątek i powiem tym razem dosadniej - on jest popierdolony.

Zachęcam do obejrzenia, bo to mimo wszystko naprawdę interesujący materiał. Odradzam go jednak widzom o słabych nerwach, w filmie umieszczono bowiem między innymi zdjęcia pokrojonych części ciała ofiary. Oglądacie na własną odpowiedzialność.

Nie wiem jak to otagować, więc wrzucam jedynie do zakładki "krótko i na temat".

0 komentarze:

Siedzę na koniu - Django

Jeśli ktoś spytałby mnie, kto jest mym ulubionym reżyserem, prawdopodobnie bez namysłu odpowiedziałbym: Quentin Tarantino. Fanatykiem oglądania filmów nie jestem, ale tak się złożyło, że widziałem większość tworów Amerykanina. Moja przygoda z jego twórczością zaczęła się chyba przy "Kill Billu", który zawładnął moim sercem. Potem był oczywiście prześwietny "Pulp Fiction", "Cztery pokoje" i kilka innych produkcji. Czułem więc obowiązek iść do kina na najnowszy twór Quentina - "Django". Oficjalna premiera w Polsce - 18 stycznia. Najbliższy seans w moim mieście - godzina 9:15. Here we go!

Przed obejrzeniem filmu nie rzucałem się łapczywie na materiały promocyjne. Nie widziałem chyba nawet w całości żadnego zwiastuna. Trailery czasem zbyt dużo pokazują, więc wolę się od nich trzymać często z daleka. Gdy wchodziłem do kina, znałem jedynie zarys fabularny całości. W dużym skrócie, scenariusz opowiada historię tytułowego murzyna Django (Jamie Foxx), który podróżuje przez Amerykę wraz ze swym wybawicielem, doktorem Schultzem (Christopher Waltz, za tę rolę dostał Złotego Globa i jest nominowany do Oscara), łowcą głów. Podstawowym celem głównego bohatera jest uratowanie swej żony Broomhildy (Kerry Washington; swoją drogą - czy tylko mi skojarzyło się to z "Wakacjami z duchami"?). Jak się okazuje w mniej więcej połowie filmu, jest ona niewolnicą posiadaczy jednej z największych plantacji bawełny - Calvina Candie'ego (Leonardo DiCaprio). Tym samym nasza dwójka pomysłowych bohaterów wyrusza z wyjątkowo ryzykowną misją.


"Django" to western, jednak chyba każdemu, kto widział choćby jeden film Tarantino, nie muszę tłumaczyć, iż jest to western nietypowy. Absurd, groteska, przerysowanie, litry krwi i wyjątkowy humor wylewają się wręcz z ekranu. Tylko u Quentina (no dobra, nie tylko, ale to donioślej brzmi) strzał z rewolweru może odrzucić ofiarę na kilka, czy kilkanaście metrów. Zwykło się gdzieniegdzie mówić, że ten film jest swoistym hołdem dla westernów. Kłóciłbym się, bowiem to nie jest ortodoksyjny, klasyczny tego typu twór. Prędzej nazwałbym takowym "Prawdziwe męstwo". Jeśli już więc nazywać "Django" hołdem dla czegokolwiek, to raczej wspomniałbym o spaghetti westernach. A jeśli już o nich mowa - czy wiedzieliście, że jedna ze sztandarowych produkcji tego typu nosi taki sam tytuł, jak nowe dzieło Tarantino? Więcej o "Django" z roku 1966 możecie sobie poczytać choćby na Wikipedii.

Jeśli chodzi o aktorów, nie można mieć do nich zastrzeżeń. Jamie Foxx zagrał niczym młody Samuel L. Jackson, który swoją drogą również pojawia się w filmie, w roli chyba najbardziej wkurwiającego murzyna w historii kinematografii. Z każdym kolejnym ujęciem z jego udziałem, modliłem się coraz bardziej, by Django wpakował mu wreszcie kulę w łeb. Choć nie można ukryć, że jest to świetnie wykreowana i zagrana postać. Foxx, Jackson, Waltz i DiCaprio - cała ta czwórka robi takie show, że reszty mogłoby nie być. Choć też są dobrzy. Żałuję jedynie, że Quentin nie uraczył nas poszerzeniem historii tajemniczej, zamaskowanej kobiety. Cały czas siedzi mi ona w głowie. Można pomyśleć na pierwszy rzut oka, że to Uma Thurman. Cóż, to jednak nie ona, a jedynie niejaka Zoe Bell, która była swoją drogą dublerką w "Kill Billu". Podobieństwo jednak jakieś tam rzeczywiście jest.

"Django" to kolejny dobry tytuł w kolekcji Tarantino. Zawsze zastanawiałem się, jak to możliwe, ze komuś nie podobają się dzieła tegoż reżysera. Ponoć jednak takie coś jest możliwe, więc z góry uprzedzam - nie jarasz się twórczością Quentina, nie idź na jego nowy film. Jeśli jesteś zaś fanem, przygotuj się na prawie trzy godziny świetnie spędzonego czasu. Jasne, "Pulp Fiction" czy "Kill Bill" były lepsze, co nie zmienia faktu, że "Django" stoi na poziomie, do którego większość reżyserów nigdy nie dojdzie. Jak dla mnie - "must watch". Dla większości pewnie po prostu "(very) worth seeing".

P.S. Pozdrowienia dla Łukasza za towarzyszenie podczas seansu i podsunięcie pomysłu na tytuł tej notki :)

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Lepsza muzyka, ładniejsze życie

Nie wiem jak wy, ale gdy ja przeczytałem informację o dołączeniu ekipy Rasmentalism do Asfalt Record, zrobiłem wielkie "łooooo" niczym Red. Wszyscy przypuszczali, że Ras, Mentos i DJ DBT (jak dobrze pamiętam, to tak wygląda teraz ten skład) prędzej zawitają do Aptaun, gdzie przecież jest już ich dobre kumpel, W.E.N.A. A tymczasem nie dość, że poszli zupełnie inną drogą, dołączając do, mam wrażenie, dość elitarnej grupy z Adamem Ostrowskim na czele, to jeszcze zapowiedzieli płytę w stylu "cloud rap" (o singlu pisałem TUTAJ). Longplay został jednak zapowiedziany dopiero na jesień 2013. Na szczęście na pierwszą wspólną akcję Rasmentalism i Asfaltu nie musieliśmy tak długo czekać. Postanowiono bowiem wypuścić od lat wyczekiwaną przez fanów reedycję płyty "Dobra muzyka, ładne życie".

Długo zwlekałem z zakupem "Hotelu Trzygwiazdkowego", czyli drugiego wydawnictwa Rasmentalism. Niestety trochę z tym czekaniem przesadziłem, bo wreszcie okazało się, że wszystko zostało już wyprzedane. Płacz, gniew, zgrzytanie zębów. Tym bardziej, że była to moja ulubiona płyta z roku 2011. Gdy więc zapowiedziano reedycję pierwszego longplayu jednej z moich ulubionych grup z Polski, od razu rzuciłem się ją zamówić w pre-orderze. Po jakimś miesiącu od wysłania kasy, dostałem swój egzemplarz. I słucham od tego czasu prawie non stop. Czas się więc podzielić opinią na temat nowej wersji "Dobrej muzyki, ładnego życia".

Nie mam zamiaru tu pisać, co sądzę o tej części płyty, którą jaramy się od kilku lat. Jeśli ktoś uważa się za słuchacza rapu i nie zna dotychczasowych dokonań Rasmentalism, niech wie, że powinien teraz przerwać czytanie i sprawdzić wszystko, co się tylko da od tej świetnej ekipy. Skupię się więc na tym, co nowe w reedycji. Przede wszystkim więc - ponowny master i mix, zrobiony przez Noona. Nie wiem, czy ktokolwiek przypuszczał, że w tym przypadku jest szans na jakikolwiek zawód. Toż to dawniej najlepszy beatmaker, teraz zaś najlepszy realizator nagrań (chyba tak to się mówi, no nie?) w światku hip-hopowym. Jak się spisał w przypadku "Dobrej muzyki, ładnego życia"? Bardzo dobrze. Nawet na głośnikach od laptopa odczuwa się skok jakościowy w porównaniu do oryginału, nie mówiąc już o odsłuchu na dobrych słuchawkach. Choć mimo wszystko wydaje mi się, że nie brzmi to tak różnie jak w przypadku oryginału i remasteru ostatniej płyty Bonsona. Ale to dobrze, tam do niektórych nowych wersji kawałków wręcz nie mogłem się przyzwyczaić.

Druga zmiana to dodanie jeszcze jednego cedeka, na który wrzucono pięć remiksów i jeden nowy traczek. Wszystko zaczyna się od kozackiej wersji "Nie wracam" na bicie od Ostrowskiego. Trudno mi ocenić, czy lepszy jest on, czy oryginał. Każdy ma bowiem zupełnie inny klimat i każdy jest na swój sposób wyjątkowy. Dalej mamy "Witaj w domu", produkcji Envee'ego (ten od płyty z Fiszem chociażby). Nietypowy beat, który na pewno nie każdemu się spodoba. Mi przypadł do gustu, ale wolę zwykłą wersję. Dalej jest remiks Spinache do "Podeszw". Wypuszczono go chyba jeszcze przed premierą. Trochę łatwiej przyswajalny klimat niż przy tworze Envee'ego, ale i w tym przypadku preferuję oryginał. Następnie swój bit do "Nie słuchasz" podrzucił Kixnare. Znów, według mnie, nie przypadnie on do gustu każdemu. Fajnie buja, ale jednak oryginał zjada. Ostatni remiks to przeróbka "Pierwszego i ostatniego razu", z wykorzystaniem sampla ze starej produkcji Mentosa. Przyjemne połączenie elektroniki z klasycznymi dźwiękami. Chyba podszedł mi najbardziej obok produkcji od O.S.T.R.'a. Ostatni track na płycie to zupełnie nowy sztos od Rasa i Menta - "Boom Clap". Dość skromna, ale bujająca produkcja w połączeniu z nowymi zwrotami - jaram się!

Jest jeszcze nowa okładka - czarna. W środku świeże wstępniaki od głównych bohaterów płytki. I to chyba na tyle. Cieszę się niezmiernie, że mam wreszcie jeden z moich osobistych klasyków na półce. W lepszej wersji niż kiedyś. Lepsza muzyka, ładniejsze życie. Jak też się jaracie rapsami Rasa i produkcjami Menta to kupcie ich płytkę. Raptem trzy dyszki, a ładnie podkreśli waszą półkę z płytami. A teraz czekamy na ten cały RA$APmentalism.

PS. Odsłuchać płytkę możecie na oficjalnym kanale Asfalt Records.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)
Źródło: asfaltshop.pl

0 komentarze:

Opary alkoholu i jadalne dzieci w Krainie wódki

Podczas przyznawania ubiegłorocznych Literackich Nagród Nobla szczerze liczyłem, że takową wreszcie otrzyma jeden z mych pisarskich idoli - Haruki Murakami. Według szacunków to właśnie on miał największe szanse na docenienie przez Komitet, co jeszcze bardziej podsyciło mój apetyt. Gdy usłyszałem, iż wyróżnienie to dostał Azjata, nie potrafiłem ukryć swojej radości. Jak się jednak okazało, laureatem nagrody został nie Japończyk, lecz Chińczyk. Konkretniej Mo Yan. Mój zawód połączył się jednak z zaciekawieniem twórczością nowego Noblisty. A to rychło doprowadziło do chęci przeczytania jednej z dwóch jego książek wydanych po polsku. Padło na "Krainę wódki".

Nie ukrywam, iż chwytliwy tytuł zrobił w tym przypadku dużo. Lubię tematykę alkoholową w literaturze, więc warto było sprawdzić, jak postrzega ją Mo Yan. Fabuła powieści toczy się pod koniec wieku XX, oczywiście w Chińskiej Republice Ludowej, w dużej mierze w tytułowej, surrealistycznej "Krainie wódki", czyli Alkoholandii. Książka skonstruowana jest jednak nad wyraz wyjątkowo. Większość rozdziałów składa się bowiem z czterech części. Jedna to opisywana na tylnej okładce przygoda Dinga Gou'era, doświadczonego śledczego. Zostaje on wysłany do Alkoholandii w celu rozwikłania tajemnicy dzieci, rzekomo jadanych w tamtych okolicach. Jednocześnie śledzimy korespondencję samego autora książki z Li Yidou, jego fanem, a zarazem doktorem alkohologii i twórcą opowiadań, które to są właśnie tą czwartą częścią konstrukcji "Krainy wódki". 

Choć takie podzielenie książki może wydawać się chaotyczne, jest wręcz odwrotnie. Wszystko łączy się w spójną całość i trudno jest mi wyróżnić, które fragmenty powieści były najlepsze. Czekałem z utęsknieniem zawsze zarówno na przygody Dinga, jak i opowiadania Li Yidou (listy stanowią raczej przerywnik pomiędzy tymi dwoma elementami). Nie zmienia to faktu, że po pierwszych około trzydziestu stronach miałem "Krainy wódki" serdecznie dość. Kompletnie mnie nie wciągnęła i najchętniej spaliłbym ją na stosie. Na szczęście nagle powieść się rozkręciła tak efektownie, że pochłonąłem całość w kilka dni. Wolniej mi szło przy bodaj dwóch ostatnich rozdziałach. Nie satysfakcjonowała mnie ani końcówka historii Dinga, ani nudniejsze niż na początku opowiadanka. 

To na co trzeba uważać przy wyborze "Krainy wódki" to jej wyjątkowy styl. Na forach wiele razy natknąłem się na opinie, że takiej dozy "nieliterackości" nie da się wręcz czytać i Mo Yan musiał nazbyt zatopić się w alkoholowym stanie. Mi jednak kompletnie nic w książce w tej kategorii nie przeszkadzało. Nie ruszyły mnie negatywnie ani opisy dziwnych dań, ani wulgarny język i kilka równie wulgarnych scen, ani hektolitry alkoholu wypijane przez bohaterów, ani nic innego do czego przyczepiali się znawcy w internetach. Zakochałem się w nietypowym absurdzie autora. Zupełnie inny niż choćby u Murakamiego, choć chyba równie dobry. Nie wyłapałem do końca sensu wszystkich metafor w powieści, ale jeśli się nie mylę, w dużej mierze krytykują one Chińską Republikę Ludową. Sugeruje to zresztą hasło samego Mo Yana z okładki: "Prawda o Chinach nie jest elegancka". Równie nieelegancka jest ta książka.

Czy w ostateczności mogę polecić "Krainę wódki"? Zdecydowanie, choć nie każdemu. Jeśli czujecie wstręt do czegoś z poprzedniego akapitu - nie sięgajcie po tę powieść. Dla mnie jej styl, jak i większość historii w niej zawartej, była wyjątkowo ciekawa i z radością oddawałem się lekturze. Choć nie ukrywam, iż zdarzały się także gorsze momenty. Mam nadzieję, że będzie mi dane w najbliższym czasie sprawdzić drugą książkę Mo Yana po polsku, czyli "Obfite piersi, pełne biodra". No i że ktoś przetłumaczy pozostałe jego twory.

PS. Pozdrawiam Aldonę, dzięki której jestem szczęśliwym posiadaczem "Krainy wódki" :)

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Argo fuck yourself!

Nominacje do Oscarów przyznane, rozdanie nagród za ponad miesiąc. Czas się więc wziąć za obejrzenie przynajmniej dużej części wybranych przez Akademię filmów. Jak dotąd na blogu pojawiła się już moja opinia na temat "Miłości", tym razem jednak czas na coś z drugiego bieguna kinematografii - "Operację Argo". Nie jest to zdecydowanie mój typ filmu. Nie przepadam zbytnio z tworami o wszelakich agentach, porwaniach i tym podobnych rzeczach. Wszystkie one wydają mi się okrutnie podobne do siebie, więc zazwyczaj unikam zapoznawania się z nimi. Czasem jednak robię wyjątek, tak jak choćby dla "Operacji Argo". W końcu nominacja do Oscara i dwa Złote Globy muszą coś znaczyć.

Historia w filmie oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, co jeszcze bardziej mnie nań zajawiło. Opowieść dotyczy tytułowej "Operacji Argo", której celem było uratowanie sześciu Amerykanów z Teheranu. Udało im się uciec z amerykańskiej ambasady podczas ataku na nią w i ukryć się pod skrzydłami Kanadyjczyków. Dni jednak mijają, a grupka pozostaje w ciągłym stresie w Iranie. Pomocy ma udzielić CIA, a konkretniej agent Tony Mendez (Ben Affleck). Wymyśla on plan ewakuacji szóstki pod przykrywką... ekipy filmu science-fiction.


Dzięki temu elementowi fabuły, poważny scenariusz nabiera również nutki komizmu. Tworzony jest on w szczególności przez dwóch wspólników Tony'ego w fałszywej operacji - hollywoodzkiego producenta Lestera Siegela (Alan Arkin, dostał za tę rolę nominację do Oscara za najlepszego aktora drugoplanowego) oraz charakteryzatora Johna Chambersa (John Goodman). Rzucają oni przez cały film garścią zabawnych sytuacji i tekstów, w tym znajdującym się w tytule dzisiejszego postu zwrotem "Argo fuck yourself".  Co ciekawe, wielu osobom wbił on się do głowy równie mocno, co sama fabuła filmu.

Pozostali aktorzy również spisali się dobrze, choć czasem wyjątkowo moją uwagę odwracały przezabawne wąsy bohatera granego przez Rory'ego Cochrane'a. Charakteryzatorzy ewidentnie stanęli na wysokości zadania! Tak w końcu wyglądali ludzie pod koniec lat osiemdziesiątych. Ogromny plus dla Bena Afflecka, który przecież nie tylko zagrał główną rolę, ale również zajął się reżyserią całości. I udało mu się to naprawdę dobrze! Hollywoodzki styl, z którego jednak wyrzucono sztuczność.

Trudno mi ocenić "Operację Argo". Z jednej strony jest to film dobry, do którego nie mam w sumie żadnych większych zastrzeżeń. Z drugiej jednak, nie jestem pewien, czy rzeczywiście jest to twór na miarę Oscara i Złotych Globów. Może to tylko ze względu na moje uprzedzenie do tego typu kinematografii, może jednak mam rację. Na pewno przy doborze nominacji działało w tym przypadku jakieś rozmiłowanie w Ameryce członków Akademii. Nie chcę mówić o propagandzie, bo "Operacja Argo" wydaje się nie mieć z nią zbyt wiele wspólnego, ale to jednak historia o uratowaniu obywateli USA z rąk wrogów. 

Ostateczny werdykt? Polecam. Zarówno tym, którzy lubią takie filmy oraz tym, którzy, tak jak ja, rzadko po nie sięgają.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze:

Plebs z McDonald's

Lubię jadać u wujka McDonalda. Od czasu do czasu. To całkiem przyjemna odskocznia od pizz, kebabów, czy po prostu obiadów domowych. Zawsze biorę zestaw zwykły lub powiększony którejś z kanapek i czuję się najedzony. Rozumiem, że w najbliższej mi tego typu knajpie czasem brak miejsca. Kaliski McDonald's po prostu nie ma zbytniej konkurencji w swoim otoczeniu i wszyscy zlatują się do niego. Zdziwienie jednak ogarnia mnie zawsze w wielkich galeriach handlowych.

Ostatnia sobota, łódzka Manufaktura. Postanawiam iść, około godziny piętnastej, wszamać coś do strefy fast-foodowej. Przechadzam się na początku po całym pomieszczeniu, by zobaczyć, czy coś wyjątkowo przyciągnie moją uwagę. Widzę niesłychaną rzecz - zamknięty McDonald's i karteczka z napisem "Awaria". Za prześwitującymi roleto-kratami widać zmieszanych pracowników. Wiadomo, że pewnie za jakiś czas to naprawią. Na szczęście dla wszystkich, wokoło znajduje się kilka innych knajpek z szybkim żarłem. Mimo tego, jakieś dziesięć osób czeka przed McKwakiem. Spojrzałem na nich pogardliwie i poszedłem dalej.

Skończyłem tak jak zawsze - w Subwayu. Lecz to nie on będzie tematem dzisiejszego wpisu. Podczas mojego zamawiania kanapki w tymże niszowym fast foodzie, otworzono ponownie McDonald's. Obserwowałem sytuację pod nim przez cały swój pobyt w okolicy. Ludzi rzucili się do tamtejszych kas, jakby rozdawano tam coś za darmo. Po dziesięć osób w każdej kolejce. Wszyscy z kutachami w łapie czekali na swoją kolej. Obok mnie KFC, pod którym tłum jest jakoś trzykrotnie mniejszy. Patrzę w dal. Burger King, ze trzy albo cztery osoby. What the fuck?

Co jest tak fajnego w staniu pół godziny w kolejce po Big Maca, zamiast przejść parę kroków i zamówić Double Whoppera? Zresztą, przesadzam. Plebs łazi do wujaszka McDonalda po to by kupić sobie hamburgerka za ponad trzy złote, spermowego szejka albo inne McFlurry. Nic porządnego nie kupią, bo albo ich nie stać, albo się odchudzają. Więc biorą jeszcze czasem dietetyczną colę. To już w ogóle jest chore.

Założę się, że większość ludzi z tamtej kolejki nawet nigdy nie próbowała niczego w Burger Kingu. Bo przecież trzeba się poddać owczemu pędowi i żreć to samo przez całe swoje życie. A Król Burgerów naprawdę ma kilka rzeczy lepszych niż McDonald's. Do Subwaya już nie wysyłam, bo dzieciaki nie wydadzą piętnastu złotych na zestaw u amerykańskiego wujka, a co dopiero jeszcze paru monet więcej na porządną kanapkę. Innych nazw knajp nawet nie czytają, bo brzmią mniej cool i oznaczenie na Fejsbuczku będzie wyglądało mniej efektownie. Jakieś North Fishe, chińskie sajgonki z psów albo meksykańskie tortille z robakami. Tia.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

8 komentarze:

Raperzy czytają #1 - Cruz

Wreszcie oficjalnie rozpoczynamy akcję "Raperzy czytają". Po tygodniach planowania i nawiązywania kontaktów z kolejnymi raperami, wreszcie czuję, że możemy zacząć.

Nie chciałem zaczynać z żadnym mainstreamowym raperem, miałem zamiar postawić na kogoś mało znanego, lecz ambitnego w swych tekstach. Padło na Cruza. Jeśli go znacie, dobrze wiecie, że ma zarówno bardzo oddanych fanów, jak i grupę nieustających hejterów. Tym drugim jednak najbardziej przeszkadzają chyba odmienne poglądy polityczne rapera.

Jego pierwszym wydawnictwem rapowym była epka "Akcjonariusz" z lat 2007-2008. Wyprodukowany przez Expe i Zioło, z gościnnym udziałem między innymi Wojtka Cichonia, znanego jako Kidd. Aktualnie Cruz chyba jednak rozpoznawalny jest bardziej  ze swojego wspólnego projektu z Zaspałem. Ich pierwsza płyta to "Sztuka Naiwna", wydana na początku ubiegłego roku. Oprócz gospodarzy, pojawili się na niej między innymi LaikIke1 i Bisz, czyli jedni z moich faworytów Anno Domini 2012. Druga płyta duetu MC/producent, "Dada", pachnie jeszcze świeżością, gdyż została wydana pod koniec grudnia. Możecie ją sobie przesłuchać w całości na YouTube lub pobrać ze Skweru.

A teraz oddajmy głos samemu Cruzowi:

Czytam właśnie „Jadąc do Babadag” Andrzeja Stasiuka. Za książkę zabrałem się dość późno - od kilku lat różni znajomi opowiadali mi o jej autorze, polecali jego rzeczy. Zacząłem od „Dukli”: pozycja krótka, poprzetykana ilustracjami, ale wzmagająca apetyt. Przy pierwszej styczności Stasiuk wydał mi się pisarzem świetnie malującym - trochę w takich wyblakłych, ale wciąż ciepłych barwach; dużo nostalgii i wspomnień.

„Jadąc do Babadag” to chyba najsłynniejsza z książek Stasiuka (na blogach podróżniczych i literackich często znaleźć można zdjęcia ich autorów pod tablicą z nazwą tej rumuńskiej miejscowości), sam sięgnąłem po nią nie tyle ze względu na jej sławę, co z powodu swej fascynacji Europą Wschodnią i naiwnej kerouac`owskiej wiary w sens drogi bez sensu. Sięgnąłem i pochłonęła mnie bez reszty. Co chwile odpalam Google Grafika, Google Mapy i szukam, weryfikuję, próbuję dowiedzieć się czegoś więcej o tych wszystkich nadzwyczajnych miejscach. Ta książka jest taką mapą skarbów dorosłego chłopca. Stasiuk znowu maluje bez oceniania, ze wspomnień i chyba dla nich głównie. Choć oszczędza detali, często tylko kreśląc kontury miejsc i chwil, potrafi oddać ich klimat i smak tak esencjonalnie, że stawiając obok własne podziurawione wspomnienia czuję się jak ułomny. Książkę sytuuję niedaleko bitnikowskiej biblii - „W drodze”. Intuicyjnie wyczuwam wspólny pierwiastek, którego nie potrafię jeszcze nazwać. Lektura dostarcza mi podobnych emocji i wrażeń - wzywa, pomimo że w „Jadąc do…” nie ma szaleństwa i biegu, a jest tęsknota i włóczenie się z rękoma w kieszeniach i papierosem w ustach. To dojrzalsze, ale mam wrażenie, że podobnie motywowane. Uważam również, że Stasiuk jest zen - potrafi obserwować rzecz jaką jest - nie tracąc uważności pozwala na swobodny pływ wydarzeń. 

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

2 komentarze:

Książkowy zakupoholizm

Miewam w swym życiu, chyba nawet dość regularnie, okresy, w których nałogowo pochłaniam książki. Potrafię przeczytać kilkusetstronicowe powieści nawet w dwa czy trzy dni. Jako, iż lubię mieć wszystko u siebie na półkach, wiąże się to również z ogromnymi zakupami. Najciekawszym jest fakt, że zazwyczaj kupuję kilka książek w krótkim odstępie czasu, mimo nieprzeczytania poprzednich, wierząc w moje aktualne chęci do czytania. Po jakimś czasie jednak zajawka na pochłanianie kolejnych tomisk maleje w ogromnym stopniu, a na moich półkach wciąż leży kilka nawet nieotwartych tworów.

Podobna sytuacja ma miejsce właśnie teraz. Przez końcówkę ubiegłego roku znów nawykłem do czytania książek, co wzmocnione kupnem Kindle wywołało mój "książkowy zakupoholizm". Proces zaczął się jakoś w ubiegłym tygodniu, gdy przeglądałem mą ulubioną księgarnię ebookową, czyli Woblink. Natrafiłem na promocję książek Lema. "Cholera, nie czytałem jeszcze przecież jego żadnej książki, toż to grzech!" - pomyślałem i... zakupiłem "Solaris". Za bodaj dyszkę. No przecież aż żal byłoby nie wziąć.

Rozpoczął się kolejny tydzień, natrafiłem na kolejną promocję na Woblinku. Tym razem z książkami poświęconymi Japonii. Mój wzrok przykuły dzieła Murakamiego ukazane w reklamie, ale je sobie odpuściłem, bo przypomniało mi się, że jakoś od dwóch miesięcy na mojej półce leże nietknięte nawet "Na południe od granicy, na zachód od słońca" tegoż właśnie autora. Ale, ale! Natknąłem się na "Bezsenność w Tokio" Marcina Bruczkowskiego - książkę, o której "coś tam, gdzieś tam" słyszałem, ale nigdy się nią bliżej nie zainteresowałem. Spytałem kilku moich znajomych - część też "coś tam, gdzieś tam" słyszała, nikt jednak nie wiedział nic konkretnego. Cena? Kolejna dyszka. No przecież warto sprawdzić, no nie?

Ale, ale! Promocje, jak się okazało, są nie tylko kuszące w świecie ebooków. Również papierowe książki można zgarnąć w ciekawych cenach. Ot, choćby w takim Empiku, gdzie pojawiła się promocja, w której biorąc dwa produkty, płacimy tylko za ten droższy. Oczywiście na półki "1+1" rzucono bardzo małą część oferty. Niestety, większość książek w tejże promocji okazała się marnymi szmirami, w rodzaju kolejnych książeczek o wampirach. Mimo tego, cierpliwie polowałem na coś ciekawego.

Moim wybawieniem okazał się Empik w łódzkiej Manufakturze. Na początku oczywiście nie widziałem nic nadzwyczajnego, ale w pewnym momencie coś podkusiło mnie, bym schylił się ku dolnemu rzędowi półki promocyjnej. A tam... "Lolita" Nabokova! Już od jakiegoś czasu chciałem to przeczytać, a tu proszę, mam szansę dorzucić do tego za free jeszcze jedną książkę. Z doborem drugiego produktu nie miałem problemu. Już w kaliskim Empiku moją uwagę przykuł "Prześwietny raport kapitana Dosa" Eduardo Mendozy.

Na tym na razie zakończyły się żniwa mego książkowego zakupoholizmu. Powstrzymałem się przed kupnem ostatnio mocno reklamowanego "Życia Pi" i audiobooka "Blade Runnera", o którym to wspominałem w jednym z ostatnich wpisów. Na razie czas dokończyć "Proces" Kafki oraz zbiorek opowiadań Bukowskiego. A potem zabieram się za nowości. Uda się to wszystko przeczytać, wierzę.

(kliknij na zdjęcie, by zobaczyć je w oryginalnym rozmiarze)

0 komentarze: