Crimson Peak. Wzgórze krwi


Gdy Guilermo del Toro wzywa, należy na wezwanie odpowiedzieć. Ściągnąć tyłek z kanapy, szybko się ubrać i wyskoczyć jak najszybciej w świat. Konkretniej - do najbliższego kina, by obejrzeć "Crimson Peak. Wzgórze krwi", nowy film tego wyjątkowego reżysera, twórcy między innymi "Labiryntu Fauna" czy "Pacific Rim" (RECENZJA).

Kolejna przygoda od del Toro zaczyna się od słów: "Duchy istnieją". Brzmi to naiwnie? Głupio? Po prostu kiepsko? Tak. Szczególnie, gdy słowa te wypowiada dwudziestoparoletnia dziewczyna, która równie dobrze mogłaby być nastolatką. Należy więc czym prędzej uświadomić sobie jedną rzecz - to nie jest kolejny marny film o duchach.


Nie należy w ogóle zakładać, że "Crimson Peak" jest horrorem. Bo nie jest. Zawiedzeni będą ci, którzy pójdą na ten film z nadzieją na strach i koszmary po nocach. Jasne, parę razy ktoś za mną w kinie drgnął lekko z przerażenia. Jednak mnie - i wiele innych osób - "strachy" z tej produkcji zwyczajnie nie przestraszyły. I nie powinno nas to ani trochę dziwić.

Del Toro nie wykorzystuje fantastycznych, przerażających postaci po to, by wywołać apogeum strachu na sali kinowej. Nie ma tutaj marnych prób wywołania okrzyków u widzów przez nagłe wyskakiwanie potworów na środek ekranu. Zamiast tego, tak jak słynny Faun z "Labiryntu...", tutejsze stwory wywołują lęk, obrzydzenie i niepewność. Bo niekoniecznie muszą one stać po tej złej stronie. My jednak, wraz z główną bohaterką, nie wiemy, co im chodzi po głowie.

A o czym jest w ogóle "Crimson Peak"? O tym, co kryje się na tytułowym "Wzgórzu krwi". Jakie tajemnice kryje ono w swych czeluściach? Co jest w nim takiego przerażającego? O tym przekona się Edith (w tej roli Mia Wasikowska), młoda blondynka, która właśnie poślubiła właściciela rezydencji na Crimson Peak, niejakiego Thomasa Sharpe'a (Tom Hiddleston, na którego widok dziewczyny piszczały z radości). Do tego tanga potrzeba jednak aż trojga, dlatego pamiętać należy również o jeszcze jednej istotnej postaci w filmie - siostrze Thomasa, Lucille (zagrała ją niezawodna Jessica Chastain).


Wszystko dzieje się gdzieś na przełomie XIX i XX wieku, co początkowo niezbyt mnie zachęcało. Charakterystyczny klimat tych lat zabierał w pewnym sensie del Toro możliwość zrobienia z tego filmu czegoś naprawdę nowatorskiego i nowoczesnego. Zmienia się to jednak, gdy docieramy na Crimson Peak, wyglądający jak mikro-Hogwart w wersji halloweenowej. Z jednej strony - chciałoby się tam zamieszkać; z drugiej - przespanie tam choćby jednej nocy mogłoby dla wielu skończyć się wyrwaniem sobie wszystkim włosów ze strachu.

Sama intryga w filmie sprawuje się jednak co najwyżej dobrze. Klasyczną historię obudowano chyba trochę zbyt słabo w surrealistyczny klimat, jaki uwielbiamy u del Toro. Oczywiście, stanowi on w twórczości hiszpańskiego reżysera zawsze raczej smaczek dla całości, pod którym kryje się o wiele normalniejsza opowieść. W "Crimson Peak" brakuje jednak takiego znaku rozpoznawalnego, jakim był Faun z "Labiryntu...". Na dodatek, z jakiegoś powodu, finał filmu... śmieszy. Z tego co zauważyłem w sieci, nie tylko ja doznałem takiej absurdalnej reakcji na samą końcówkę "Wzgórza krwi". Dlaczego? Trudno mi powiedzieć. Ale chyba jednak nie to było zamierzeniem del Toro.


Da się dobrze pobawić przy "Crimson Peak", ale Wzgórze nie zostaje w pamięci na tak długo, jak maltretowany już tu przeze mnie chyba w każdym akapicie "Labirynt Fauna". Jest klimatycznie i czuć del Toro - ale jakby tak trochę za mało. Jest trochę zbyt banalnie, zbyt naiwnie. Wybrać do kina się jak najbardziej można, ale jednocześnie nie jest to niewątpliwie żaden must-watch - przynajmniej dla tych, którzy nie uważają się za fanów del Toro. Pamiętajcie jednak - to nie jest horror! Na halloweenowy wieczór zda się jednak idealnie.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

0 komentarze: