Nigdy wcześniej nie widziałem tylu zapłakanych ludzi w kinie


Podczas seansu w pewnym momencie usłyszałem pociąganie nosem. Zastanawiałem się przez chwilę, czy aby na pewno nie był to ktoś z bohaterów filmu. Ale nie - na ekranie powaga, powstrzymywanie emocji, zachowywanie zimnej krwi. Zacząłem się więc wsłuchiwać w publiczność. Pociągnięć nosem przybywało.

Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, a mrok na sali został przegoniony przez kinowe lampy, szybko wstałem i spojrzałem się za siebie. Patrzyłem na twarze ludzi, chcąc upewnić się, czy w czasie seansu się aby nie przesłyszałem. Do samego końca obserwowałem wychodzących z sali. I rzeczywiście - nie myliłem się.

Ludzie płakali na filmie. Teraz łzy nie ciekły im już po twarzy, ale podkrążonych, zaczerwionych oczu ukryć się nie dało. Nawet u paru facetów dostrzegłem oznaki tego, że uronili łzę na tym filmie. Część osób dyskutowała, choć o wiele mniej i ciszej niż zwykle po wyjściu z kina. Było dziwnie, bo bez tego pofilmowego krzątania się i ciągłych uśmiechów.


Cisza po tym, jak zostajesz dobity filmem, to jednak sprawa numer jeden. Inna, chyba nawet bardziej dziwna kwestia, to cisza podczas samego seansu. Gdy przyszedłem do kina, zobaczyłem ogromną kolejkę ludzi do kasy. Pomyślałem tylko: "cholera, niech mi ktoś powie, że oni nie idą na ten sam film, co ja". (Nie)stety - moje życzenie się nie spełniło.

Mam spore doświadczenie z widzami w multipleksach. Nie lubię ich, bo ciągle gadają, śmieją się bez powodu i rozmawiają ze sobą, gdy trwa już film. Ale tu tego nie było. Zorientowałem się dość szybko, że ludzie siedzą cicho, wpatrując się w ekran. Jedyne, co było słychać, to od czasu do czasu to smutne pociąganie nosem.


"Everest" zaczyna się dziwnie. Tak, wiem, że to słowo mówi jednocześnie wszystko i zupełnie nic. Ale w tej chwili lepsze słowo nie przychodzi mi do głowy. Jest "dziwnie", bo z jednej strony, film przykuwa wzrok do ekranu. Nie ma się ochoty spojrzeć na zegarek, a to dla mnie taki wyznacznik wciągającego filmu. Jednocześnie jednak... brakuje tu tego "czegoś". "Everest" na początku jest jakby trochę bezpłciowy, zrobiony fajnie, ale bohaterowie nie wydają się naszymi dobrymi znajomymi, a jakimś przypadkowymi kolesiami, których nie pamiętamy nawet imion.

Wszystko zmienia się mniej więcej w połowie. Jest mnóstwo filmów, które nazywane są "dramatami", a dramatyczna jest w nich jedynie końcówka. To ona ma spowodować, że widzom zaczną cieknąć łzy i przez pryzmat końcówki uznają: "OOO, ALE DOBRY FILM WIDZIAŁEM!". Cóż - z "Everest" jest inaczej.

Tutaj dramat trwa przez całą drugą połowę filmu, czyli mniej więcej godzinę. Już pierwsze problemy wchodzących na Mount Everest ludzi powoduję lekkie wzdrygnięcie ze strachu. A potem jest już tylko gorzej... Lub lepiej - zależy jak na to spojrzeć. Bo zdecydowanie trzeba przyznać, że twórcy odwalili przy tej produkcji kawał dobrej roboty, tworząc dramat przez wielkie "D". Jednocześnie jednak, historia ta jest aż tak smutna i tragiczna, że pozostaje mi jedynie zacytować Steve'a Davisa, który recenzował "Everest" dla "The Austin Chronicle": "czasem oglądanie tego filmu dosłownie boli".


Mimo wszystko, pomyśleć sobie możecie: "kurcze, ale przecież to pewnie po prostu kolejny film o górskich wspinaczkach". Otóż nie. Znaczy, cóż, trochę tak, w końcu trudno wymyślić coś naprawdę oryginalnego w tej tematyce. W przypadku "Everest" ważne jest jednak niesamowicie tło wydarzeń, na podstawie których powstał scenariusz tego filmu. To nie jest kolejna historia profesjonalnych wspinaczy górskich, natrafiających na problem. To opowieść dziejąca się w momencie, gdy Mount Everest zaczęły oblegać swoiste "ekstremalne wycieczki". Często zupełnie przypadkowi ludzie płacili profesjonalnym alpinistom kilkadziesiąt tysięcy dolarów za to, by pomogli im wspiąć się na sam szczyt. W pewnym sensie, ten film pokazuje skutki tego, jak może skończyć się handlowanie złowieszczą naturą.

"Everest" to film naprawdę mocny, który czasem rzeczywiście "dosłownie boli". Czy ma problemy? Owszem, konkretnie jeden duży - nie do końca wyszła twórcom kreacja bohaterów. Przez bardzo dużą ilość postaci, śledzimy tak naprawdę losy jednolitej grupy ludzi, a nie paru charakterystycznych indywiduów. Pod koniec filmu twórcy próbują to zmienić, skupiając się na paru konkretnych bohaterach. Wtedy jednak pojawia się pytanie: "ale dlaczego oni nie opowiedzieli szerzej o tamtym i tamtym?!".

Ciągle jednak - błąd ten rzuca się w oczy najbardziej dopiero, gdy ochłoniemy już trochę po seansie. Samo "Everest" przez dwie godziny (a szczególnie tę drugą) dokopie Wam, przytłoczy Was, a może nawet doprowadzi do płaczu. Seans mroźny jak Everest.
Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

0 komentarze: