Fear The Walking Dead - strach się bać, strach oglądać


Nie mam pod ręką żadnych konkretnych danych, ale nie sądzę, bym pomylił się, pisząc, że "The Walking Dead" jest obecnie jedną z najmocniejszych marek branży rozrywkowej. Komiks ciągle ma się dobrze, sprzedaż napędza jeszcze lepiej trzymający się serial, a wszystko to uatrakcyjniane jest przez liczne bonusy, między innymi pod postacią świetnych gier wideo od studia Telltale Games czy książek. Bonusami tego typu można nie tylko zrobić przyjemność fanom serii, którzy ciągle mają jej za mało, ale i sobie samemu (tj. dystrybutorowi, producentowi itepe, itede), dorzucając kolejną pewną gotówkę do zombie-skarbonki.

Marka ostatecznie ewoluowała tak bardzo i zyskała sobie tak sporą publiczność, że ktoś na górze stwierdził, iż jeden serial na takie uniwersum to zdecydowanie zbyt mało. Tak powstała koncepcja "Fear The Walking Dead" - show, o którym mało kto cokolwiek wiedział przed jego pilotem. Wszyscy zainteresowani zasiedli więc przed telewizorami w sierpniu, zapewniając FTWD rekordowy, najlepszy start nowego serialu w historii telewizji kablowych. Trzeba przyznać - osiągnięcie godne pozazdroszczenia.

Pytanie jednak - czy aby w tym przypadku popularność szła w parze z jakością serialu? Czy FTWD okazało się smacznym kąskiem przed szóstym sezonem normalnego "The Walking Dead". Chciałbym powiedzieć "nie", ale nie byłaby to do końca prawda. Na razie pozostanę więc na: "niezbyt".


Historia krąży wokół kilku różnych postaci, których los połączył w tak niesamowity sposób, że na twarzy pojawia się ironiczny uśmiech. Jest więc Madison, nauczycielka, która znalazła sobie nowego chłopaka, pod postacią Travisa. Dwójka dzieci naszej bohaterki nie przepada za nowym bojem mamy, podobnie zresztą jak zbuntowany syn Travisa i jego ex-żona. Los (czyt. apokalipsa zombie) łączy ich jednak w ten sposób, że "everybody hates Travis" dość szybko zamienia się w "everybody needs Travis". Gdzieś tam jeszcze nagle (już totalnie przypadkowo) pojawia się jakaś latynoska rodzinka, z ojczulkiem badassem, matką niemówiącą po angielsku i zamerykanizowaną córką. Spokojnie - podczas oglądania serialu łatwiej jest ich zapamiętać. Podobnie zresztą jak całą masę dodatkowych postaci.

Spytacie może: "po co robić tylu bohaterów na potrzeby sześcioodcinkowego serialu?". Otóż - nie wiem. Okazuje się jednak, że jakimś cudem znajduje się miejsce na ich wszystkich i każdy z nich ma swoje pięć minut. Inna sprawa, iż często to "pięć minut" trwa dosłownie właśnie tyle. Przez to spora część bohaterów FTWD okazuje się być: a) taka sama; b) do bólu schematyczna; c) niesamowicie ciapowata. Uprzedzam - wszystkie te odpowiedzi są poprawne.

Kirkmanowi, czyli twórcy scenariusza do wszystkich komiksów i seriali, udało się wykreować w oryginalnym "The Walking Dead" parę fajnych, interesujących postaci. Obok nich jednak, z każdym kolejnym sezonem, pojawiało się coraz więcej takich zupełnie nam obojętnych, których nie potrafiliśmy ani polubić, ani znienawidzić. W "Fear The Walking Dead" bohaterowie dla widza neutralni stanowią niestety zdecydowaną większość wszystkich postaci. A nawet, gdy pojawia się taki badassowy, stary latynos, nudzi on swoją schematycznością, stojącą na takim poziomie, że dobrze wiemy, co zrobi on w każdej kolejnej sytuacji w serialu.


Niby coś nowego, bo dopiero początki epidemii i San Francisco, a jednak FTWD okazuje się początkowo serialem w dużej mierze zwyczajnie nudnym. Niby rzeczywiście sporo się tu dzieje, ale brakuje czegoś naprawdę szokującego i poruszającego. To już było: i w oryginalnym "The Walking Dead", i w całej masie innych seriali/filmów. Spisawszy ten serial na straty, po jego trzecim odcinku miałem już wręcz go dość. Nie jest jednak łatwo, bym sobie daną produkcję odpuścił, toteż wytrwałem przed telewizorem. I cóż - jak się okazało - w jakimś stopniu było warto.

Kolejny akapit będzie lekko spoilerowy, więc jeśli macie uczulenie na zdradzanie jakichkolwiek elementów fabuły seriali - przeskoczcie do następnego.

Dużo dobra przynosi temu serialowi wątek wojska. Żołnierze niby wspierają ludność San Francisco, izolując ją od zagrożonej części miasta, jednocześnie jednak pokazują dość szybko, że coś tu nie do końca gra. "Fear The Walking Dead" w dość wiarygodny sposób udaje się pokazać, jakby wyglądała rzeczywista reakcja armii i rządu na apokalipsę zombie. Wojskowe tło dla drugiej połowy serialu dodatkowo napędza trochę jego tempo i dodaje wciągających, przykuwających oko smaczków.

Trzy ostatnie z sześciu odcinków FTWD zresztą dają radę tak ogólnie. I nie chodzi tu tylko o ocenę w porównaniu do kiepskiego początku tego show, ale zwyczajnie epizody te są wciągające. Co prawda, pewne rzeczy dalej kuleją, jednak wady te znikają pod funem, jaki przynosi ze sobą "Fear The Walking Dead". Oczywiście - jeśli za fun uznamy widok ciał ludzkich jedzonych przez zombie.


Serialowi udaje się więc w ostateczności jakoś tam obronić i sprawić, że nie mam serca nazwać go totalną klapą. Nie ma też jednak mowy o czymkolwiek przesadnie dobrym, bo dostajemy tu co najwyżej średniak. Średniak - co trzeba zaznaczyć - któremu bardzo wiele złego zafundowało upchanie go w sześciu odcinkach. Finał pierwszego sezonu FTWD w ogóle nie ma charakteru finału i w zasadzie serial ten mógłby być kontynuowany dalej, bez czekania na kolejny sezon. Może, gdyby pierwsza seria miała chociaż te dwanaście epizodów, i historia, i postaci rozwinęłyby się na tyle dobrze, że zapomnielibyśmy o początkowych niesmakach. Trudno jednak o nich nie pamiętać w przypadku, gdy trzy epizody serialu są kiepskie, a trzy średnie.

Wielu telewizyjnym show zarzuca się, że wypalają się po dwóch-trzech świetnych sezonach. "Fear The Walking Dead" nie udało się w pierwszej serii nawet rozgrzać ognia. Dobrze, że w najbliższy weekend wracamy już do naszych starych, dobrych znajomych z klasycznego TWD...

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

0 komentarze: