Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

Beckham, Ronaldinho i inne staruchy


Kiedy byłem mały, czytałem "BRAVO Sport". Jako knypek z pierwszych lat podstawówki miałem drzwi i ściany obwieszone plakatami z ulubionymi piłkarzami, a składy części zespołów znałem wręcz na pamięć. Byłem wiernym wyznawcą Realu Madryt, podobnie zresztą jak większość moich znajomych. Kiedy więc wychodziło się pokopać na prowizorycznym boisku, każda drużyna chciała być Realem. Każdy pragnął choć na chwilę zostać Ronaldo (tym starym, nie Cristiano), Roberto Carlosem, Figo, Zidanem, Raulem czy Morientesem.

W czasach mojej młodości nie było to raczej niczym nietypowym, więc wielu może się dziwić, że wspominam tak oczywiste rzeczy. Piszę jednak o tym, bo z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się to dziwne. Jeszcze parę lat temu kojarzyłem większość znanych twarzy piłkarskiego świata - dziś coraz częściej łapie się na tym, że podczas rozmów o futbolu nie wiem zupełnie o kim mowa. Nie oglądam żadnych meczów, nie czytam sportowych niusów, od dwóch lat nie kupuję nawet nowej "FIFY".

W ostatnią sobotę, 14 listopada, na słynnym stadionie Old Trafford zagrano niezwykły mecz. Połączona drużyna Anglii i Irlandii zawalczyła z ekipą Reszty Świata. Na murawę wyskoczyły jednak nie dzisiejsze gwiazdy piłki, a wszyscy ci, którzy grywali za czasów mojego dzieciństwa. Brytyjską drużyną poprowadził Beckham, bramki dla niej strzelali Owen i Scholes, a w przeciwnym teamie gole próbowali zdobywać tacy klasycy jak Luis Figo czy Ronaldinho.


Podobno bilety na to wydarzenie wyprzedały się w oka mgnieniu. I ja się temu ani trochę nie dziwię. Sentyment i nostalgia robią swoje, co w tym roku widać chyba mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Na kinowe ekrany wracają stare hity filmowe, jak "Jurassic Park", "Mad Max" czy wreszcie "Star Wars". Zapowiedziano oficjalnie powrót dwóch legendarnych seriali: "Twin Peaks" oraz "Z Archiwum X". Czy my aby na pewno mamy rok 2015, czy może przypadkowo cofnęliśmy się dwadzieścia lat do tyłu?

Ja się czasem śmieję z tego wszystkiego i tego, jak w części takich przypadków wielkie firmy próbują z nas po prostu wydusić kasę, podpierając się naszą nostalgią. Przyznaję jednak bez bicia - sam daję się temu czasem ponieść. Dlatego na nowe "Star Wars" kupiłem bilet dwa miesiące przed premierą i dlatego z wypiekami na twarzy chcę już dostać nowe "Twin Peaks". I dlatego też, pomimo swojej obecnej neutralności wobec piłki nożnej, na widok trików Ronaldinho jak za dawnych lat i klasycznych dośrodkowań Beckhama, poczułem znów chęć fascynowania się tym sportem.


Wielu pewnie ma tak samo jak ja. Nostalgia wkracza więc teraz także do świata piłki nożnej i - jak wszystko na to wskazuje - zacznie działać na podobnej zasadzie co ta filmowa. W styczniu 2017 w Meksyku mają odbyć się pierwsze rozgrywki z cyklu "Puchar Legend". Co dwa lata walczyć ma ze sobą dwanaście reprezentacji piłkarskich, złożonych z zawodników w wieku 35-45 lat. Mówi się o Beckhamie, Figo, del Piero, Zidanie, Ballacku, Roberto Carlosie.

Jeśli to rzeczywiście się uda i takie rozgrywki dojdą do skutku, całkiem możliwe, że jednak wrócę do oglądania spoconych kolesi latających po boisku. Bo - jak już wspomniałem - nostalgia robi swoje.

Więcej info o meczu z 14 listopada znajdziecie TU, a o Pucharze legend TU.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Soundtrack to my run #5


Rany, już dobre ponad pół roku minęło od pojawienia się na blogu ostatniego odcinka "Soundtrack to my run"! Dużą winę za to ponosi fakt, iż od jakiegoś czasu biegam wyłącznie bez muzyki. Trochę jednak tęskno mi do słuchawek i dodających sił rytmów, dlatego regularnie aktualizowałem swoją playlistę kawałków do słuchania podczas uprawiania sportów. I tak, od utworu do utworu, zebrała się kolejna pięćdziesiątka tracków, które udostępniam Wam w formie pojedynczej playlisty.

Tym razem stwierdziłem jednak, że nie ma sensu wypisywać wszystkich kawałków, jakie zamieściłem w piątym "Soundtrack to my run". Zamiast tego, poniżej znajdziecie po prostu playlistę w formie spotifajowej oraz jutubowej. Różnią się on od siebie jednak trzema rzeczami. Wśród kawałków na YouTube brakuje "u" Kendricka Lamara oraz "Prisoner" The Weeknda, a zamiast oryginalnej wersji "Hotline Bling" Drake'a jest fenomenalny cover tego kawałka w wykonaniu Sama Smitha i Disclosure.

Poza tym jednak obie playlisty niczym się już nie różnią, a ich zawartość jest naprawdę soczysta i różnorodna. Zaczynamy od mojego najnowszego muzycznego odkrycia, Ani Rusowicz, a potem czeka na nas miks wszelkich rapów, rocków, popów i elektroniki. Od spokojnych, po bangery. Jest to niewątpliwie gratka nie tylko dla biegaczy, ale również i tych, którzy chcą po prostu posłuchać dobrej, a często wręcz świetnej muzyki.

Poprzednie odcinki STMR znajdziecie TU, TU, TU i TU.

Enjoy & get inspired!



Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Co zrobić, gdy bieganie zaczyna nudzić?


Bieganie to sport, który potrafi wciągnąć. Jasne, nie jest to rzecz dla każdego - sam spotkałem parę osób, mówiących wprost, że próbowały się zabrać za regularny jogging, ale strasznie ich to męczyło. Jest jednak zawsze spora szansa, iż Ciebie akurat bieganie wciągnie maksymalnie. Będziesz potrzebował każdej kolejnej pokonanej trasy jak narkotyku, a zbyt długie przesiadywanie na kanapie zacznie Cię denerwować.

Nawet najwięksi zapaleńcy mogą jednak mieć chwile wątpliwości. Trudno by tak nie było, gdy początkowo oryginalna rozrywka zamienia się w rutynę. Ciekawą i przyjemną - ale jednak rutynę. Ta natomiast niechybnie prowadzi do nudy, która niejednego potrafi ostatecznie złamać. 

Jak więc sobie radzić z wkraczającą do naszych biegów nudą? Jako że samemu również przeżywałem takie sportowe rozterki, postanowiłem podzielić się z Wami moimi własnymi pomysłami, które wcieliłem w życie.

Źródło: Flickr.com
Znajdź swoją "przystań"

Dobrze jest znaleźć sobie miejscówkę, gdzie będziemy mogli na chwilę zatrzymać się podczas dłuższego biegu. Nie chodzi o to, by odpocząć, bo z doświadczenia wiem, że w dobrych warunkach nawet kilkunastu kilometrowa trasa nie musi być męcząca. Mówię zwyczajnie o miejscu, gdzie będziemy mogli na chwilę przystanąć i porozciągać się, zaburzając monotonię biegu. 

Ostatnio odkryłem, że dla mnie takimi przyjemnymi miejscami są punkty nad wodą. W Krakowie ostatnie regularnie odwiedzam pewien staw, który przecinam w paru różnych trasach, a w swojej rodzinnej okolicy znalazłem pod koniec lata świetny punkt z przycumowaną do brzegu drewnianą łódką, co niesamowicie kojarzy mi się z najlepszymi amerykańskimi thrillerami czy horrorami.

Pobaw się

Gdy zwyczajne bieganie przestaje Cię już bawić, dodaj do niego parę elementów, które sprawią, że czynność ta ponownie stanie się gratką wywołującą radochę i promienisty uśmiech. "Parkour" to zdecydowanie za dużo powiedziane, ale ja ostatnio lubię sobie poskakać po różnych przeszkodach czy przechodzić szybkim tempem po wysokich murkach. Drzewa, płotki, nawet miejskie kosze na śmieci - z wszystkiego da się zrobić urozmaicenie biegania.

Źródło: Flickr.com
Wejdź w nieznane

Przynajmniej raz w tygodniu pobiegnij trasą, której nigdy wcześniej w całości nie sprawdzałeś. Pozwól potrzymać się w niepewności, odkryć nieznane uliczki, a nawet... zgubić. Znalezienie się nagle na drugim końcu miasta może co prawda napędzić stracha, ale jednocześnie zawsze nas czegoś nauczy. No i - przede wszystkim - w przypadku nieznanej trasy nie ma mowy o nudzie!

Wejdź w mrok

Horrory przestały Cię straszyć? Przestałeś słyszeć "dziwne odgłosy" w swoim domu? Zasypiasz podczas opowiadania przez kumpli opowieści o duchach? W takim razie warto zrobić sobie jeszcze jeden test - pobiegnij w nocy do lasu lub słabo oświetlonego parku. Bardzo prawdopodobne, że dawkę emocji będziesz miał zagwarantowaną, a o nudzie zapomnisz w oka mgnieniu.

Biegaj z muzyką... i bez muzyki

Nawet, jeśli wydaje Ci się, że bez muzyki bieganie jest wręcz niemożliwe, warto od czasu do czasu odłożyć słuchawki na bok. Pokonywanie kolejnych kilometrów bez słuchawek w uszach potrafi być zupełnie innym doznaniem niż sytuacja, gdy jesteśmy odcięci od świata tonami basu i brzęczących gitar. Bieganie w ciszy to przede wszystkim jeszcze lepsze oczyszczenie umysłu, a do tego - moim zdaniem - czynność dająca masę czasu na własne przemyślenia i dodająca mnóstwo inspiracji.

Źródło: Flickr.com
Zrób sobie przerwę

Nie zmuszaj się do biegania co 2-3 dni. Zrób sobie raz na jakiś czas dłuższą przerwę, która pozwoli Ci nie tylko zregenerować mięśnie, ale i zwiększyć potrzebę adrenaliny. Gdy będziesz czuł, że już nie możesz wytrzymać, wskocz w buty i poszybuj w dal z radością, zapominając zupełnie o pokonywanych kilometrach.

Poćwicz

Zrobiła się ostatnio moda na street-workout. Miasta i wsie inwestują w swoiste suplementy siłowni na świeżym powietrzu, które dla wielu stają się o wiele lepszą, darmową alternatywą dla pakowania w dusznej sali. Street-workoutową miejscówkę warto uwzględnić w swojej trasie i skorzystać z jej dobrodziejstw, gdy już do niej dotrzemy. Sport to w końcu nie tylko bieganie, prawda?

Znajdź sobie partnera

Tego sposobu jeszcze nie sprawdzałem, ale myślę, że może on mieć naprawdę dobre działanie. Znajdź sobie kogoś, kto również biega i zgadaj się z nim na wspólną trasę. Nie może być mowy o nudzie, jeśli trafisz w dobre towarzystwo. A jeśli biegasz w Krakowie i szukasz kogoś do wspólnego biegania - daj znać. Możemy zgadać się na jakiś szybki trip.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

O tym, jak wyłem do księżyca

Do tej pory akceptowałem praktycznie tylko jedną porę do biegania - poranek. I to tak najlepiej najwcześniejszą godzinę z możliwych, czyli zwykle ósmą, niejednokrotnie siódmą, a czasem nawet i szóstą. Przed śniadaniem, po paru łykach wody, czasem jeszcze z posmakiem alkoholu w ustach, jeśli poprzedniej nocy trafiła się jakaś impreza. Czy to jest zdrowe? Podobno niezbyt. Ale mi z prozdrowotnymi hasłami mało kiedy jest po drodze.

Dla mnie liczyło się to, że takie bieganie zupełnie nie kolidowało z planem mojego dnia. Ba - wręcz dodawało mu solidnego kopa! Po porannych dziesięciu kilometrach czułem się pobudzony oraz pełny sił i chęci do życia. Kilka(naście? może nawet i -dziesiąt!) razy zdarzyło mi się biegać do południa. Nie było źle, ale to z kolei mi zupełnie rozbijało dzień. Czułem, że przez tę godzinę mogłem zrobić coś innego, bardziej przydatnego.

Ostatnio jednak zostałem zmuszony do zmiany swojego biegowego podejścia. Dlaczego? Problemem stało się... jedzenie! Od jakiegoś czasu bowiem codziennie z samego rana jestem niemiłosiernie głodny. Gdy więc w takiej formie ruszam na poranny jogging, czuję się, jakbym po prostu wydłużył sobie trasę do lodówki, co wyklucza w sporej mierze radość z biegania. Postanowiłem więc spróbować czegoś innego.

Grafika na podstawie zdjęcia z Flickr.com
Przede mną otworzyła się sfera zupełnie nieznana - bieganie nocą. Powiecie może, że o takie coś jeszcze niedawno było nietrudno, w końcu słońce znikało z nieboskłonu już w okolicach 16. Ale ja mówię o takiej prawdziwej nocy - dziesiątej czy jedenastej wieczorem. Obawiałem się, że to się w moim przypadku nie sprawdzi. Okazało się jednak, iż nie miałem racji!

Najważniejszym jest fakt, że nocny jogging nie psuje tak rytmu dnia, jak robi to popołudniowe bieganie. Ubywa mi co prawda trochę czasu na granie, ale udaje mi się jakoś to przetrwać. Gdy wracam do mieszkania, jestem jeszcze pobudzony i mogę przez mniej więcej godzinę zająć się czymś przydatnym na pełnych obrotach - na przykład napisać ten oto post. Pod koniec zaczyna mnie już powoli łapać znużenie i zaczynam tracić siły - dzięki temu łatwiejsze staje się z kolei zaśnięcie i nie wiercę się już z boku na bok przez kilkadziesiąt minut.

Poza tym, jest jeszcze jedna kwestia - klimat. Oczywiście, nie zdziwiło mnie, że ten nocny różni się od tego porannego. Nie sądziłem jednak, iż różnica jest tak duża! Świat prezentuje się w zupełnie innych barwach niż w słońcu, wymaga trochę innego spojrzenia nań. Znane miejsca zmieniają się nie do poznania i wymagają odkrycia ich na nowo! To ciekawa rzecz dla tych, którzy bieganie widzą jako coś więcej niż moment na wyżycie się.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

#piąteczek na krakowskim Rynku. Idzie grupka zachlanych imprezowiczów, śpiewająca sobie piosnki i niebezpiecznie chwiejącą się ku upadkowi. Kilka metrów dalej szybkim krokiem przemyka skulona w sobie para, starająca się wytrwać w mrozie. Jeszcze gdzie indziej kolejna parka - tym razem po kłótni, trzymająca się od siebie na bezpieczną odległość. Wszyscy oni na w pewnym momencie skupiają swą uwagę na jednym punkcie. Mają rozdziawione ze zdziwienia miny, jakby byli postaciami z anime. Obok nich właśnie przebiegłem ja.

Jeden z krakowskich parków. Oświetlona tylko główna alejka, reszta terenu skąpana w ciemnościach. Przemykam przez niego szybkim tempem, a drogę oświetla mi jedynie mała latarka na głowie*. Podrzucam sobie do myśli najczarniejsze scenariusze, jakie mogą mi się zaraz przydarzyć. Przypominam sobie Slendera, Laurę Palmer, plotki o zabójstwach w parku, przez który właśnie się przedzieram. Adrenalina delikatnie podskakuje. Za dnia byłoby to nie do pomyślenia.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)
Czy jednak nocą biega mi się lepiej niż o poranku? Nie jestem przekonany. Gdyby codzienne rano nie burczało mi w brzuchu, dalej obstawiałbym przy swoim klasycznym podejściu do biegania. Mimo wszystko, nocne harce trochę bardziej psują mi plan wygrywania życia, zabierając kilkadziesiąt przydatnych godzin. Lepsze jednak to niż wrzucanie biegania w sam środek dnia, gdzie dodatkowo zdecydowanie łatwiej łapie mnie kolka. A nocą w tym aspekcie jest bardzo podobnie jak rano - zero problemów.

Na ile pozostanę przy bieganiu pod Księżycem? Jeszcze nie wiem. Na razie jestem do tego zmuszony, ale jednocześnie sprawia mi to radość, bowiem jest to dla mnie czymś nowym, nietypowym. No i namówiło mnie to do jeszcze jednego testu: czy da się sensownie biegać bez muzyki? Ale o tym może innym razem...

Tymczasem pędzę wyć do księżyca i gwiazd.

* Super sprawa, zdecydowanie polecam, jeśli macie ochotę spróbować biegania nocą. Szczególnie, jeśli mieszkacie na obrzeżach miasta lub na wsi.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Po co Ci rozciąganie po bieganiu?

Specjaliście od biegania dzielą się zasadniczo na trzy grupy: tych, którzy postulują konieczność rozciągania się przed wysiłkiem, tych, którzy rekomendują raczej rozciąganie po pokonaniu ustalonej trasy, a także tych, którzy łączą obie te rady w jedną. Czy ja się uważam za eksperta? Bynajmniej! Wstydziłbym się wręcz nazywać tak sam siebie, biegając raptem od ponad półtora roku. Moje dotychczasowe doświadczenie pozwoliło mi jednak wyrobić sobie własne zdanie na temat tej mitycznej kwestii.

Rozciągania przed bieganiem nie uprawiam z prostych powodów - nie chce mi się. Wolę wyjść na zewnątrz i od razu ruszyć pędem w dal. Niejedna osoba radziła mi: "zmień to podejście, bo nabawisz się kontuzji!". Za mną biegi pięcio-, dziesięcio- i piętnastokilometrowe, a dalej nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa. Magia, prawda?


Inaczej sprawa ma się z rozciąganiem po wysiłku. To zacząłem regularnie wykonywać dość szybko po rozpoczęciu swej biegowej przygody i tak mi zostało do dziś. Próbowałem kilka razy sobie odpuścić i żadnych dodatkowych ćwiczeń nie wykonywałem. Dość szybko jednak się przekonałem, że akurat brak rozciągania po wysiłku zdecydowanie niesie za sobą negatywne skutki.

Konkretniej, jeden najważniejszy - nogi bardziej bolą. Oczywiście, na początku możesz sobie myśleć: "e tam, przecież czuję się dobrze!". Zmęczenie w nogach pojawia się jednak dopiero po jakimś czasie, gdy kończyny rozumieją, że nie ma już potrzeby dawać z siebie jak najwięcej. Dzieje się to nawet po rozciągnięciu, a jakże, jednak bez niego mięśnie są jeszcze bardziej spięte i wkurzone na swojego pana i władcę.

Przy krótkich biegach można sobie to co prawda odpuścić, ale już tego typu zlewki przy dziesięciokilometrowej trasie sobie nie wyobrażam. Od czasu do czasu oczywiście ciągle zdarza mi się po prostu zdjąć ciuchy i wskoczyć pod prysznic, ale dość szybko po tym pukam się w głowę i klnę na moją osobę sprzed pół godziny. To nie jest co prawda żaden ból niemożliwy do zniesienia, ale zwyczajnie wkurza on, dekoncentruje i zwiększa zmęczenie.

Radzę więc Wam, Drodzy Biegacze Początkujący Bardziej Niż Ja - rozciągajcie się po bieganiu! Dla wielu to może brzmieć jak kara, bo przecież czynność ta brzmi jak niepotrzebna rzecz, która na pewno zajmuje dużo czasu. Mylicie się jednak! Zasadniczo wystarczą dwie czy trzy minuty, by mięśnie poczuły się jak Wy, kiedy rano wstajecie i pierwsze co robicie, to rozkładacie ręce do góry i z ogromnym ziewnięciem rozciągacie się na wszystkie strony świata.

Nawet Snorlax promuje rozciąganie się!
Spytacie więc: jakie ja ćwiczenia stosuję? Niech więc na twarzach Waszych zjawi się uśmiech! Wszystko co robię po bieganiu zaczerpnąłem znikąd indziej, jak z lekcji wuefu! Na dodatek można to zsynchronizować z wszelkimi czynnościami, jakich musi po wysiłku dokonać prawdziwy biegacz XXI wieku.

Najpierw rozkrok: jak największy, ale też bez przesady - nie chcecie chyba wylądować w szpagacie na ziemi, prawda? W ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu sekund pozostawania w tej pozycji, można przebrnąć przez finiszowanie biegu w Nike+, Endomondo czy z jakiej tam apki korzystacie. Dalej kucamy na jednej nodze, drugą pozostawiając w jak największym rozkroku - ponawiamy to oczywiście z kończyną numer dwa. W tym czasie można wyłączyć muzykę, wszystkie możliwe aplikacje i schować telefon do kieszeni. Na sam koniec zaś opieramy się ręką o ścianę/drzewo/barierkę i wymachujemy najpierw jedną, a potem drugą nogą w przód i w tył, jak tylko najwyżej damy radę. Liczba powtórzeń? Minimum dziesięć.

Zgadza się - oto koniec całej roboty. No, ostatnio dorzucam do tego jeszcze skłony w przód. Całość powinna Wam zająć właśnie około dwóch czy trzech minut. Niby nic, a mimo tego uczucie zmęczenia w nogach jest naprawdę kilka razy mniejsze. Jednak jeśli macie ochotę i czas - rozciągajcie się jeszcze więcej. W tym przypadku rzeczywiście sprawdza się bowiem powiedzenie "im więcej, tym lepiej". Możliwe, że zaraz jakiś ekspert będzie chciał mnie poprawić, ale hej - ja mówię tu o swoim własnym doświadczeniu. Na mnie to działa, więc pewnie na kogoś innego również.

Jednak gdybyście mieli wątpliwości i obawiali się przetestowania mojego sposobu, zawsze możecie kupić dziesięć książek o bieganiu i przeczytać setki artykułów w sieci na temat rozciągania. Myślę że opinie nieskończonej liczby ekspertów, z których każdy myśli inaczej, zdecydowanie rozjaśnią Wam umysł.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Dlaczego nie natrafiam na takie widoki w Krakowie? :(
Źródło: Flickr.com

Soundtrack to my run #4

Udało się! Po ponad pół roku dałem wreszcie radę skleić kolejną listę kawałków iście idealnych do biegania! Tym razem zestawienie jest chyba trochę bardziej różnorodne niż zwykle, choćby dlatego, że ostatnio zdarza mi się biegać o naprawdę różnorodnych porach, począwszy od siódmej rano, przez środek dnia, na godzinach bliskich północy kończąc.  

Postanowiłem także całkowicie zrezygnować z podziału kawałków na "rap" i "nie-rap". Wpłynęło na to kilka czynników, w tym nowość, którą wprowadzam właśnie od czwartego odcinka "Soundtrack to my run". Z racji, iż kilka osób mnie o to prosiło, najnowsza lista z kawałkami do biegania jest dostępna zarówno na YouTube, jak i Spotify (tu niestety nie znajdziecie wszystkich tracków, ale zdecydowaną większość na pewno). Na playlistach w tych serwisach umieściłem jednak wyłącznie "główne" kawałki, bez tych, o których wspominam w nawiasach przy kilku pozycjach. Standardowo bowiem, całe zestawienie liczy sobie 50+ tracków. 

Jeśli nie mieliście jeszcze okazji korzystać z moich poleceń z serii "Soundtrack to my run", zachęcam do sprawdzenia jej poprzednich odcinków. Pierwszy znajdziecie TU, drugi TU, trzeci natomiast TUTAJ. A jako że za oknem ciągle panuje iście zimowy klimat, odsyłam przy okazji do niedawnego zestawienia moich ulubionych "kolęd" amerykańskich. One również w dużej mierze nadają się do puszczenia podczas biegania.

A teraz już, bez zbędnego przedłużania, zachęcam do sprawdzenia, a potem korzystania z mej najnowszej playlisty sportowej.

Enjoy & get inspired!

- 2 Chainz - "Where U Been?"
- A Tribe Called Red - "Electric Pow Wow Drum"
- Ab-Soul - "Hunnid Stax"
- Ariana Grande - "Love Me Harder"
- A$AP Ferg - "Shabba" (+ "Work REMIX")
- Beyonce - "7/11"
- The Cardigans - "My Favourite Game"
- Chet Faker - "Gold"
- Chet Faker - "I’m Into You"
- Childish Gambino - "3005" (+ "Sweatpants" oraz "Telegraph ave.")
- Chris Brown - "Loyal"
- Czarny HiFi - "Demony"
- DJ Khaled - "Hold You Down"
- DJ Khaled - "They Don’t Love You No More"
- Digitalism - "2 Hearts"
- Fisz Emade Tworzywo - "Bieg"
- Frank Sinatra - "Theme from New York, New York"
- Fritz Kalkbrenner - "Facing The Sun"
- Gil-Scott-Heron x Jamie xx - "I’ll Take Care Of U"
- Hozier - "Take Me To Church"
- I LOVE MAKONNEN - "Tuesday"
- Icona Pop - "I Love It"
- Iza Lach - "Teraz Już"
- Jason Mraz - "Long Drive" (+ "Hello, You Beautiful Thing")
- Jimson/Ejstejn - "Zdziczeć"
- John Legend - "All Of Me" (+ "Made To Love")
- John Newman - "Love Me Again"
- Kaiser Chiefs - "Ruby"
- Kartky - "Leverage"
- Kodaline - "All I Want"
- Lorde - "Royals"
- Meek Mill - "I’m A Boss"
- Michael Jackson - "Love Never Felt So Good" (+ "A Place With No Name")
- O. T. Genasis - "CoCo"
- Oxon - "Zimo, wypierdalaj!"
- Pawbeats - "Euforia"
- Pet Petter - "Steve Jobs"
- Rae Sremmurd - "No Type"
- Rasmentalism - "Wyjdziesz na dwór?"
- Rudimental - "Feel The Love"
- The Smiths - "There Is A Light That Never Goes Out"
- SoDrumatic - "Who Got The Funk"
- Spisek Jednego - "She Got Me Like" (kawałek pochodzi ze składanki "Hearbreaks & Promises", na której swe umiejętności zaprezentowali najlepsi polscy twórcy muzyki elektronicznej. Większość - jeśli nie wszystkie - ze znajdujących się tam kawałków, idealnie nadaje się jako soundtrack do biegania)
- Świnia/Fawola - "PółNaPół" (choć tak naprawdę całe "Demo EP")
- Tove Lo - "Stay High (Habits Remix)"
- Ty Dolla $ign - "Or Nah"
- The Weeknd - "Often"
- Woodlock - "Lemons"
- XXANAXX - "Story"
- Yung Lean - "Yoshi City" (+ z nowej płyty kilka innych kawałków, chociażby "Ghosttown")

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Nike Free Flyknit 4.0 - buty jeszcze wygodniejsze niż Free Runy

Trochę ponad rok po rozpoczęciu biegania i zakupieniu swoich pierwszy butów przeznaczonych stricte do tego celu, postanowiłem nabyć kolejną parę. Nie, żeby Nike Free Run okazały się już niezdatne do użytku - co to, to nie! Pomimo przebiegnięcia w nich setek kilometrów w upale, deszczu i śniegu, jedyny poważny ślad użytkowania, to jedno pęknięcie materiału, które nie przeszkadza zupełnie w niczym. Free Runy więc swój test wytrzymałości zdały i na pewno jeszcze nie raz będę w nich biegał.

Kiedyś jednak pewnie wreszcie i one padną, dlatego na wszelki wypadek postanowiłem się zabezpieczyć już teraz. Zdecydowałem się tym samym na zakup kolejnej pary butów do biegania, której będę używał na razie w trochę łagodniejszych warunkach, a Free Runy pozostawię sobie na tarzanie się w deszczu i śniegu. Wiedziałem już od jakiegoś czasu, że tym razem zainwestuję w kolejny innowatorski system od Nike, określany mianem Flyknit.

Cóż to w ogóle jest? - spytacie. Flyknit to system, którego sednem jest bardzo elastyczny materiał, idealnie dopasowujący się do stopy. W założeniu ma on przypominać nie klasycznego buta, a raczej coś w rodzaju skarpety. Przy odpowiednio dobranym rozmiarze nie ma mowy o zsuwaniu się obuwia ze stopy, bo całość trzyma się kurczowo naszej nogi.

Początkowo chciałem wybrać model Nike Free Flyknit z podeszwą 3.0, z racji tego, iż zwyczajnie jego design mocno utkwił mi w pamięci. Podczas przebieżki po sklepach Nike, jeden z pracowników doradził mi jednak, bym zszedł z dotychczasowego poziomu podeszwy 5.0 raptem o jeden niżej, do poziomu 4.0. Jako że zbiegło się to z premierą modelu Free Flyknit właśnie z systemem 4.0, zacząłem się coraz bardziej przyglądać także i tej wersji.

But kupiłem ostatecznie po sporawej obniżce (z trochę ponad czterystu złotych na około trzysta), która zresztą ciągle obowiązuje w licznych sklepach firmowych Nike. Długo przesiedziałem pełen wątpliwości, ostatecznie jednak dałem się skusić na zakup, po czym z radością oraz nowym obuwiem pod pachą wróciłem do mieszkania. Postanowiłem wypróbować buty jeszcze tego samego dnia, by od razu wyrobić sobie o nich zdanie.

Po około dwóch miesiącach testów mogę wreszcie wydać konkretny werdykt. I - jak wspomniałem już w tytule - najlepszym wyznacznikiem jakości tego obuwia będzie najprawdopodobniej fakt, że model Free Flyknit okazał się jeszcze wygodniejszy od Free Runów! Do dziś pamiętam, jakim szokiem były dla mnie pierwsze kroki w tych ostatnich, więc muszę przyznać, że różnica pomiędzy nimi a moim nowszym nabytkiem również mnie niesamowicie zadziwiła!

Bo różnica jest - i to naprawdę całkiem spora. Przede wszystkim niesamowitą sprawą jest wspomniany już system Flyknit. Działa on dokładnie tak, jak głoszą PR-owe gadki: ten but wkłada się i nosi jak skarpetkę. Całość opina stopę ze wszystkich stron, naprawdę świetnie dopasowując się do niej. Ruch bosej nogi został jeszcze lepiej odwzorowany niż we Free Runach.

To jednak nie koniec atutów systemu Flyknit. Zapewnia on bowiem również dwie inne istotne rzeczy. Pierwszą z nich jest lekkość. Nie mam pod ręką żadne hiperdokładnej wagi, ale "na oko" jest to najlżejszy but ze wszystkich, jakie miałem kiedykolwiek na nodze. To oczywiście wiąże się z drugim istotnym atutem system Flyknit - przewiewnością. Właśnie dzięki temu wszystkie buty z tym systemem uznawane są za idealne modele na lato. Nie dziwi więc, że ostatnio Nike przygotowało również Roshe Runy w wersji Flyknit.

Druga sprawa, którą koniecznie trzeba poruszyć przy recenzji Free Flyknitów, to oczywiście podeszwa. Opcja 4.0 rzeczywiście daje gwarancję jeszcze większej elastyczności całego buta, a do tego - pomimo mniejszej amortyzacji - zapewnia, według mnie, wygodniejszy bieg. Stopa jest jeszcze bliżej podłoża, ale mimo tego rzadziej po biegu miałem poobcierane i obolałe nogi, nawet podczas największych upałów.

Trzeba jednak zwrócić również uwagę, że Nike zmieniło trochę wygląd wszystkich swoich podeszew w ostatnich modelach. W ubiegłym roku (a zatem i w moich Free Runach) było one bardziej "rozwlekłe", wystające nawet trochę poza krawędź cholewki buta. Tym razem podeszwy jednak zmniejszono i bardziej ściśnięto. Co to daje? Przede wszystkim mniej kamieni i innych małych popierdółek, wchodzących w przerwy w podeszwie buta. Nie trzeba więc już po każdym biegu dokładnie pozbywać się tego typu rzeczy, gdyż zwyczajnie nie ma dla nich miejsca w nowym systemie.

Nie muszę więc chyba podkreślać, jak bardzo zadowolony jestem z modelu Free Flyknit 4.0. Jeśli ludzie w Nike w dalszym ciągu będą tak ulepszali swoje obuwie, z niecierpliwością czekam na to, co zaserwują nam kolejnym razem. Pomiędzy Free Runami a Free Flyknitami zrobiono naprawdę dużą różnicę, więc liczę na to, że podobny progres będzie miał miejsce także w kolejnych latach.

Najwięcej radochy z tego buta wyciągną oczywiście biegacze, ale i "normalnym" ludziom powinien on być przydatny. Design również się polepszył w stosunku do Free Runów, można więc z jeszcze większą przyjemnością w tego typu obuwiu zwyczajnie przechadzać się po mieście. Wygląda to fajnie, a na dodatek jest cholernie wygodne. Czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Jak wyuczyć w sobie ruszanie tyłka z kanapy?

Słomiany zapał to prawdopodobnie największy problem wszystkich osób, które chciałyby zacząć być aktywnymi. Czasem marzą one godzinami o ruszeniu tyłka z kanapy, ale ostatecznie tego nie robią. Innym udaje się przebiec dwa czy trzy razy po kilometrze, po czym poddają się i zapominają o swym postanowieniu. Jak więc wziąć się w garść i wyuczyć w sobie chęć do fizycznej aktywności?

Gdy nie wystarcza sam widok pływającej na ciele tkanki tłuszczowej i zdjęcia seksownych, szczupłych lasek, jest parę tricków, które można zastosować. Czy są one stuprocentowo skuteczne? Oczywiście, że nie! Nie ma tu opcji, która zadziała na sto procent przypadków. W sporym procencie jednak mogę się one okazać wystarczająco pomocne, by rzeczywiście stać się człowiekiem aktywnym.

Zacznij uprawiać sport, który masz na wyciągnięcie ręki

Bardzo wielu osobom, myśląc o zwiększeniu swej fizycznej aktywności, pojawia się od razu jedno słowo: siłownia. Nie zawsze natomiast jest to myśl, którą powinniśmy uwzględnić jako pierwszą. Dlaczego? Bo rzadko kiedy siłownię mamy tuż pod domem. Przy słomianym zapale konieczność dojechania gdzieś tramwajem czy busem może być wkurzająca i demotywująca. Warto więc na początek zacząć wykonywać sport, który mamy na wyciągnięcie ręki. Mogą to być proste ćwiczenia wykonywane w domu lub bieganie czy jazda na rowerze, dozwolone przecież w większości miejsc. 

Znajdź konkretny plan treningowy

W grach wideo popularny stał się w pewnym okresie tzw. "system osiągnięć". Za wykonanie konkretnych czynności w rozgrywce (np. ukończenia całości fabuły na najwyższym poziomie trudności), gracz otrzymuje osiągnięcie, zwykle pod postacią małego obrazka, ale też i własnej satysfakcji. Podobną zasadę warto wprowadzić także podczas biegania czy ćwiczeń w domu. Znajdź sobie konkretny plan treningowy, byś miał przed sobą ustalony jasny cel. 

Jeśli chcesz popracować nad mięśniami brzucha, może to być na przykład słynna Szóstka Weidera. Planów biegowych jest natomiast całe mnóstwo, a o tym używanym na początku biegowej kariery przeze mnie, pisałem swego czasu w serii postów "Run, Majk, Run!". Pierwszy jej odcinek znajdziecie TUTAJ, drugi zaś TUTAJ.

Zainwestuj w sport

Jeśli masz trochę odłożonych pieniędzy - nie przeznaczaj ich na chlanie, a zainwestuj w sport. Gdy wydasz na coś pieniądze, trudniej będzie Ci się pogodzić z faktem, że nie korzystasz z tego przedmiotu. Ja sam, podczas swoich biegowych początków, od razu zainwestowałem w oddzielne buty. Wiedziałem bowiem, że jeśli przestałbym biegać, miałbym spore wyrzuty do siebie, iż wyrzuciłem kasę w błoto. To (oraz fakt samej ogromnej wygody butów) zmotywowało mnie w naprawdę sporym stopniu.

Jednak taka inwestycja nie musi kryć się tylko pod postacią butów do biegania. Może to być karnet na siłownię czy basen, a nawet zwyczajna mata do ćwiczeń, które chcesz wykonywać w domu. Gdy zobaczysz ostatecznie efekty działania sportu, zrozumiesz z kolei, że nie wydałeś kasy na marne.

Dziel się swoimi sportowymi przygodami

Bieganie czy Szóstkę Weidera od początku traktowałem nie tylko jako sport dla samego siebie, ale i temat, który potem mogę opisać na blogu. Jeśli Ty również takowego prowadzisz - możesz zrobić podobnie! W innym przypadku możesz blog zwyczajnie założyć właśnie z myślą o dzieleniu się swoimi kolejnymi krokami w sporcie. To dla Ciebie mimo wszystko zbyt dużo? W takim razie zacznij korzystać z appek, takich jak Endomondo czy Nike+, by dzielić się swoimi wynikami sportowymi z innymi. 

Nie przejmuj się, że zaspamujesz ludziom tablicę na Fejsie. Wielu Twoich znajomych prawdopodobnie codziennie wrzuca tonę większego chłamu. A kto wie - może i wrzucane przez Ciebie wyniki zmotywują kogoś, by on również ruszył tyłek?

Daj się zainspirować

Wielką motywacją są nie puste hasła rzucane przez podręczniki motywacyjne, ale prawdziwe historie ludzi. Nieskromnie powiem, że w związku ze swoimi tekstami o bieganiu dostałem całkiem sporo pozytywnych komentarzy, prywatnych wiadomości czy maili. Zdecydowanie najlepsze były te, które mówiły: "wow, zainspirowałeś mnie do ruszenia wreszcie tyłka i od miesiąca biegam!".

W sieci jest jeszcze o wiele więcej historii podobnych do mojej, które również potrafią zainspirować. Dla mnie chyba największą tekstową motywacją do biegania była jednak książka Harukiego Murakamiego, "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Przeczytałem ją bodajże rok czy nawet dwa lata przed tym, jak sam zacząłem biegać, jednak po dziś dzień działa ona na mnie pozytywnie i motywująco. Możliwe, że wkrótce do niej wrócę i wtedy zrecenzuję ją wreszcie na blogu. Zdecydowanie jej się to bowiem należy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Gratisography.com

Zły dzień? Idź pobiegać!

Ostatnio miałem dość wkurzającą sytuację. Obudziłem się z samego rana i - jak zwykle - by szybko się pobudzić zacząłem sprawdzać wszystko co możliwe na telefonie. Esemesy, które dotarły w nocy, Snapchata, Instagram, powiadomienia na Fejsie, maile. Klikam tak i klikam, aż wreszcie telefon mi zwyczajnie padł. Szybko podłączyłem go do ładowania i skoczyłem się przygotować do biegania.

Gdy byłem już gotowy do wyjścia, postanowiłem sprawdzić, czy z telefonem wszystko gra. Moim oczom pojawiła się klawiatura nakazująca mi wpisanie swojego PIN-u. Pierwsza próba - nieudana. Druga - tak samo. Postanowiłem zaryzykować licząc na "do trzech razy sztuka". Niestety - znów pudło. Musiałem wpisać PUK, którego przy sobie nie miałem. Tym samym potrzebowałem zadzwonić do rodzinnego domu, by ktoś mi ten kod podyktował. Problem był jeden - ze swojego telefonu skorzystać nie mogłem. Wkurzyłem się. Poszedłem więc biegać.

Dobrze wiedziałem, że gdy zrobię te dziesięć kilometrów, wkurzenie ze mnie wyparuje. Wrócę i będę miał to właściwie głęboko gdzieś, dzięki czemu do sprawy podejdę na luzie i bez robienia z niej wielkiego problemu. I oczywiście to zadziałało. Miałem godzinę na dokładne przemyślenie wszystkich możliwości, dzięki czemu ostatecznie bez problemu odzyskałem kontrolę nad swoim telefonem. Mała podpowiedź na przyszłość, gdyby kogoś też taki problem złapał - ze Skype'a można dzwonić też na komórki i stacjonarne.

Główny hint na dziś brzmi jednak inaczej i jest zdecydowanie bardziej ogólny. Zawarłem go już w tytule, by trafiał jak najmocniej się to tylko da. Masz zły dzień? To rusz tyłek i wyjdź pobiegać! Niesamowitym jest, jak wiele trosk w czasie biegania odchodzi w niepamięć. Złamane serce? Kłótnia z kimś bliskim? Niezdany egzamin? Wskocz w sportowe buty i zrób tyle kilometrów, na ile Cię stać. Nawet jeśli ostatecznie nie będziesz miał po powrocie całej sprawy totalnie głęboko gdzieś, to na pewno podejdziesz do niej rozsądniej i bardziej na luzie.

Słyszałem kilka razy, że podczas biegania ludzie zupełnie nie myślą o jakichkolwiek sprawach życiowych i poddają się wyłącznie wysiłkowi. Ja to nie do końca tak odczuwam. Zdecydowanie wolę myśleć nad czymś podczas biegu. Znaleźć jakiś problem, z którym mogę się uporać. Wtedy mam wrażenie, że radzę sobie z nim nie siłą psychiczną, a fizyczną. Problem zdaje się wypływać ze mnie razem z potem. Jakkolwiek ohydnie to może brzmieć.

Dlatego ja nawet wolę mieć jakiś kłopot do rozwiązania podczas biegu. Wtedy profit jest podwójny: nie dość, że uporam się z samym problemem, to na dodatek mam się czym zająć w ciągu tej godziny, przez co nudzi mi się zdecydowanie mniej. Wychodzi więc na to, iż im ciężej człowiek ma w życiu, tym bieganie przychodzi mu łatwiej. Serio - sprawdzone osobiście.

Powtórzę więc jeszcze raz: jeśli masz jakiś życiowy dylemat lub zwyczajnie zły dzień - idź pobiegać. Tyle, ile dasz radę. Prawdopodobnie uda Ci się zresztą pokonać większy dystans niż w "normalnych warunkach". A na dodatek pozbędziesz się albo chociaż zminimalizujesz swój problem. Czyż nie brzmi to prześwietnie?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie

O tym, że bieganie jest zwyczajnie modne, mówi się już praktycznie wszędzie. Są oczywiście malkontenci, którzy na to narzekają, acz według mnie to naprawdę świetna sprawa, iż taka rzesza ludzi nawróciła się na uprawianie jakiegokolwiek sportu. I choć ja bynajmniej za żadnego profesjonalistę się nie uważam, tak regularne bieganie już ponad dobry rok sprawiło, że sam uwielbiam promować na blogu tę dyscyplinę.

I tak będzie również i dziś. Wiele bowiem osób przejawia jakieś tam chęci do rozpoczęcia swego ciężkiego, biegowego treningu, jednak wciąż ostatecznie nie bierze się do roboty. Dlaczego? Zwykle zapewne z ostatecznego braku chęci i mocnej motywacji. Dlatego w dzisiejszym poście przedstawię Wam pięć najważniejszych rzeczy, jakie przyniosło mi regularne bieganie.

Z otrzymywanego od Czytelników feedbacku, np. po takich postach jak dwuczęściowy "Run, Majk, run!" (KLIK i KLIK), dobrze wiem, że doprowadziłem do ruszenia tyłka przez sporą liczbę osób. Mam tym samym nadzieję, iż po tym wpisie liczba "nawróconych" jeszcze bardziej wzrośnie! :)

Teraz czas zaś na 5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie!

Zrzucenie zbędnych kilogramów

Chyba jeszcze nigdy tego konkretnego sformułowania nie użyłem, a zawsze chciałem to zrobić! Wiem, że na ten temat na blogu się już trochę nagadałem, jednak muszę o nim wspomnieć również i tutaj - choćby bardzo krótko. Nawet jeśli nie uważasz, iż zrzucenie paru kilogramów jest Ci konieczne do fajnego życia, po pozbyciu się tego tłuszczu, naprawdę docenisz różnicę. W moim przypadku było to aż dwadzieścia kilogramów i zdecydowanie tej metamorfozy nie żałuję. Tych, którzy chcą więcej poczytać na ten konkretny temat, odsyłam do wpisu jemu stricte poświęconego - KLIK.

Polepszona odporność

Przez większość swojego dotychczasowego życia byłem dość chorowitym człekiem. Nigdy co prawda nie przeleżałem nocy w szpitalu (i mam nadzieję, że nie będę musiał!), ale przez długi okres często zdarzało mi się łapać jakieś głupie przeziębienie. Polepszyło mi się trochę już na początku liceum, ale wciąż nie był to poziom perfekcyjny. Do niego zbliżyłem się dopiero po tym jak zacząłem biegać. W ciągu ostatniego roku gorączkowałem bowiem może raptem ze dwa razy, a katar zdarzył mi się chyba raz. Nawet, gdy otaczałem się gronem osób zakatarzonych, nie zarażałem się od nich chorobą. Bieganie zdecydowanie miało na to duży wpływ.

Większa pewność siebie

Szczerze mówiąc, ja akurat pewny siebie byłem od zawsze. Nie wiem, czy wpływały na to jakieś moje "życiowe sukcesy" osiągane już na pierwszym etapie egzystencji, czy też zwyczajnie z taką cechą się urodziłem, ale autentycznie wątpiłem w siebie mało. Bieganie jednak zdecydowanie jeszcze bardziej podwyższyło poziom tej mojej pewności siebie. Bo teraz, gdy tylko stoję przed jakimś trudnym zadaniem, mogę powiedzieć sobie: "stary, zdarzało Ci się przebiec dziesięć kilometrów w ponad trzydziestostopniowym upale, podczas cholernie wielkiej ulewy, a nawet w czasie śnieżycy, więc z taką pierdołą nie dasz sobie rady?!". Działa zawsze.

Energia

To może wydawać się trochę paradoksem, bo przecież po bieganiu wraca się czasem totalnie padniętym i niechętnym do robienia czegokolwiek. Ale autentycznie jest tak, że zrobienie tych kilku kilometrów daje dawkę energii większą niż niejeden wypity energetyk czy kilka filiżanek kawy. Szczególnie gdy biega się rano, po powrocie zawsze czuć mega pobudzenie. Pozytywny wpływ sportu na naszą witalność widać zresztą też nawet i w dni, w które nie wyskakujemy na dwór pohasać! 

Fun!

Na koniec rzecz niby oczywista, dla wielu nie-biegaczy wydająca się jednak sprawą absurdalną. Tak, bieganie jest obecnie jednym z moich najprzyjemniejszych hobby. Z męczenia się przez godzinę trzy razy w tygodniu wyciągam równie dużo funu co z grania w gry, czytania książki, oglądania dobrego filmu czy nawet i melanżu ze znajomymi. Czasem jestem tak nadchodzącym bieganiem zajarany, że dzień wcześniej na myśl o tym, pojawia mi się banan na twarzy i zaczynam z góry ustalać sobie, jakiej muzyki będę wtedy słuchał. Ostatnio na przykład, w dość mroźny i pochmurny dzień, pomyślałem, że muszę KONIECZNIE chociaż raz podczas biegu przesłuchać "Manekina" Quebonafide. Na tym etapie wręcz nie czułem, że biegnę - tak dużą radość sprawiło mi spełnienie tego mikroskopijnego marzenia.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Burza się zachmurza

Od wczoraj w Krakowie panuje prawie nieustanna ulewa. Wczoraj podobno reszta Polski miała pogodę ładniejszą, ale słyszę już głosy, że teraz równie nieprzyjemnie zaczyna się także i na północy. Ponoć istnieją ludzie, którzy deszczową pogodę uwielbiają, ja niestety raczej nie jestem jej przesadnym zwolennikiem. Wydaje mi się jednak, że ostatnio coraz mniej narzekam na ewentualne opady.

Do tej pory w sporej mierze nienawidziłem deszczu dlatego, że krzyżował mi plany biegania. Byłem wśród tych, którzy na widok ulewy myślą sobie: "o nie, dziś siedzę cały dzień w domu na tyłku i nic nie robię". Pewnego razu jednak stwierdziłem, że pieprzę to wszystko i wyskakuję pobiegać w środku ulewy. Okazało się, iż wcale nie jest to taka zła rzecz i teraz jedyne co mnie interesuje przed biegiem, to temperatura na zewnątrz, by wiedzieć jak ciepło się ubrać.

Podczas takich tras w deszczu, regularnie powraca do mnie jedno naprawdę świetne wspomnienie. Wiedzieć musicie na wstępie, że nie jestem człowiekiem, który boi się burzy. Nie rozmyślam nad tym, czy trafić może mnie jakiś piorun, bo biorę to zwyczajnie za pogodowy urok. Raz jednak w życiu zdarzyło mi się, że burza spowodowała u mnie przyspieszenie bicia serca.

Było to w ubiegłe wakacje, gdy kończyłem właśnie swoją wieczorną rundę biegową. Było koło dwudziestej pierwszej, a ja do mety miałem jeszcze jakieś półtora kilometra. Pogoda do biegania była przez większość trasy świetna. Do czasu jednak - w jednej chwili, zamiast muzyki ze słuchawek, usłyszałem bowiem cholernie głośny grzmot i zauważyłem ogromną błyskawicę na niebie.

Ostrzega się ludzi, że podczas burzy nie powinno znajdować się pod drzewami. Cóż, w tym przypadku miałem problemy z zastosowaniem się do tej rady, bowiem przed sobą miałem kilkusetmetrowy odcinek drogi, z obu stron otoczony gęstym lasem. Pioruny trzaskały co chwilę i zaczynałem być wręcz pewien, że zaraz zaczną one uderzać w ziemie obok mnie, jak na jakimś apokaliptycznym filmie.

To jednak nie ostatni element klimatu, jaki wówczas zapanował. Jednocześnie z początkiem burzy, w moich słuchawkach zaczęło bowiem grać "All Of The Lights" Kanye Westa. Poczułem się totalnie, jakbym był właśnie aktorem w jakimś filmie akcji. Taka "Wojna Światów" pasowała idealnie. I choć jednocześnie byłem w jakiś sposób przestraszony całą sytuacją, to jednocześnie wiedziałem, że będzie to jeden z najlepiej zapadających mi w pamięć biegów mojego życia. Istotnie więc tak chyba jest, skoro wciąż go wspominam, choć od tamtego czasu minął już prawie rok. 

A sponsorem dzisiejszego wpisu - poza "All Of The Lights", oczywiście - jest utwór "Burza" TrooMa i ka-meala.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Masa Krytyczna jest trochę głupia

Na początku małe wyjaśnienie dla tych, którzy zupełnie nie wiedzą, czym Masa Krytyczna jest. To organizowany już od wielu, wielu lat event, polegający na przejeździe przez miasto sporej grupy rowerzystów. Chcą oni tym sposobem zwrócić uwagę władz oraz społeczeństwa na problemy cyklistów w poruszaniu się przez daną miejscowość. W wielu miejscach Polski organizowany jest on regularnie - w każdy ostatni piątek miesiąca.

I teraz jeszcze jedna kwestia - ja naprawdę uwielbiam jeździć na rowerze. W ubiegłe wakacje robiłem to praktycznie codziennie i - z tego co pamiętam - moim najgorszym wynikiem były wówczas cztery jazdy na tydzień. Zdarzało się jednak również i tak, że jeździłem przez wszystkie siedem dni, od poniedziałku do niedzieli. Teraz, gdy tylko mam okazję, wsiadam na rower i ponownie przejeżdżam minimum kilkanaście kilometrów.

Wkurza mnie więc fakt, że Kraków, w którym obecnie mieszkam, nie jest najlepiej przystosowanym do jeżdżenia na rowerze miastem. Ścieżek rowerowych brakuje, wielu rowerzystów wkracza więc na chodniki, co denerwuje mnie jeszcze bardziej. Miejskie rowery z prawdziwego zdarzenia wprowadzono niedawno, a wciąż zdobyć je można w zbyt małej ilości punktów. 

Dlatego swego czasu miałem ochotę dołączyć do Masy Krytycznej. Chciałem wskoczyć na rower i w jakiś sposób zjednoczyć się w słusznej sprawie, czyli polepszenia warunków cyklistów w Krakowie. Dołączyć do tych kilkuset osób i razem przejechać ulicami miasta, by pokazać wspólną siłę. Ale wiecie co? To wcale nie jest taki perfekcyjny sposób, jak może się wydawać na początku.

Bo wiecie, taka Masa Krytyczna jest cholerną przeszkodą dla normalnego ruchu na drodze. I tak, mówiąc "normalny ruch", mam na myśli samochody. Możecie bowiem walczyć o co sobie chcecie, wtykać się tam gdzie Was nie chcą, ale jedno trzeba zaakceptować - droga to miejsce w szczególności dla aut. A ja, jako rowerzysta, jakoś potrafię to zrozumieć, w przeciwieństwie do wielu mi podobnych.

Masa Krytyczna odbywa się pod hasłem "My nie blokujemy ruchu, my jesteśmy ruchem". Pierwsza część tego zdania to czysty bullshit. Praktycznie każdy tego typu event kończy się bowiem korkami i sporym spowolnieniem ruchu. Gdyby uczestniczyli w nich tylko prawdziwi kolarze, wszystko może szłoby w miarę dobrym kierunku. Co jednak poradzić, gdy zostają na drogę posłani nawet i kilkulatkowie z rowerami na czterech kółkach?

A ilu tak naprawdę uczestnikom Masy przyświeca w szczególności poprawienie warunków rowerzystów? Bo mam wrażenie, że część z nich rusza tam po prostu dla funu. Przecież wszyscy kochają być w centrum uwagi, a to jest ku temu świetna okazja. Nieustannie bawi mnie np. filmik z Łodzi, gdzie grupa rowerzystów zajmuje cały pas jezdni, choć tuż obok ma... pustą drogę rowerową.

Jestem jak najbardziej za poprawą warunków rowerzystów w każdym możliwym miejscu na Ziemi. Ale nie mam zamiaru przy okazji przeszkadzać swoim głupim strajkowaniem innym ludziom, którzy próbują się gdzieś dostać przy pomocy samochodów. Może czas po prostu iść do rady miasta i u nich stać pod drzwiami, by dostać to, czego chcemy? Wydaje mi się, że oni mogą zrobić więcej niż zupełnie niezwiązani ze sprawą kierowcy samochodów. 

Gdyby natomiast ktoś w Krakowie zaplanował coś w rodzaju Masy Krytycznej, która jednak nie blokowałaby normalnego ruchu na drogach - chętnie do takiej akcji przyłączę się i z radością będę w niej uczestniczył. Na dotychczas organizowane eventy patrzę natomiast może nie tyle z pełną negacją, co na pewno z pewnymi uprzedzeniami.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Soundtrack to my run #3

Co prawda kilka ostatnich dni w Polsce było zdecydowanie chłodnych, ale mimo to wciąż należy pamiętać o tym, że oficjalnie wiosna jest już ciągle z nami. Z nadzieją wypatruję więc w internetowych serwisach pogodowych kolejnych dni pełnych słońca i wysokich temperatur. Będzie to bardzo przydatne nie tylko dla mojego samopoczucia, ale i biegania. Jakkolwiek bowiem nawet śnieg przed przebiegnięciem paru kilometrów mnie nie powstrzyma, tak wciąż jogging w cieple jest wygodniejszy niż w mrozie.

Wiosna to także świetny znak dla tych, którzy jakimiś przesadnie zawziętymi biegaczami nie są, ale w słońcu od czasu do czasu tyłek ruszą. Wychodzi więc na to, że kwiecień to idealny moment na wrzucenie trzeciego odcinka sportowo-muzycznej serii "Soundtrack to my run". Ponownie więc dostarczam Wam 50+ różnorodnych kawałków, podzielonych na dwie kategorie: RAP i NIE-RAP. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie, niekoniecznie jako utwory stricte do biegania, ale i chociażby wyciskania na siłowni. Klimatycznie większość kawałków utrzymanych jest natomiast właśnie w dość wiosenno-letnim tonie. Na najbliższe miesiące więc jak znalazł.

Poprzednie odcinki serii znajdziecie z kolei TUTAJ oraz TUTAJ. Enjoy & get inspired!

RAP
Ace Hood - "Bugatti"
Dinal - "Bułki z szynką" (ale tak naprawdę całe "W strefie jarania i w strefie rymowania")
Dinal - "Lawsang"
Diset - "Więcej świateł"
Dizzee Rascal - "Bonkers"
Eminem - "Love Game"
Eripe & Quebonafide - "Prowo" (+ „Valhalla”)
Hary - "’90"
Hopsin - "Sag My Pants"
Isaiah Rashad - "Shot You Down"
Kanye West - "The New Workout Plan"
KęKę - "Znakomicie"
Kontrafakt - "JBMNT" (+ "Stokujeme vonku")
Mac Miller - "Donald Trump"
Machinę Gun Kelly - "Wild Boy"
Mike WiLL Made It - "23"
Nas & Damian Marley - "As We Enter"
Quebonafide - "Hype"
Raider Klan - "In This Thang"
Rasmentalism - "Dobra muzyka" (a tak naprawdę to przy prawie całej ostatniej płycie się naprawdę fajnie biega)
Schoolboy Q - "Collard Greens" (+ chociażby "Gangsta", "Los Awesome" czy "Man of the Year")
TrooM x Lanek - "Tees (Bad Boy Bass)"
Tyler, The Creator - "She"
VNM - "Ale kiedy" (+ kilka innych tracków z nowej płyty, np. "Zawada 2k13" czy "Znów dobrze")
Yung Lean - "Kyoto"

NIE-RAP 
Afro Kolektyw - "Czasem pada śnieg w styczniu" (z ich ostatniej, rockowej płyty, również chociażby "Nasza doskonałość")
Bella Huxley - "I Love It (I Crashed My Car)"
Beyonce - "Flawless"
Billy Talent - "Red Flag"
Bloc Party - "Helicopter"
Blur - "Song 2"
Brenda Walsh - "Porn Site"
Brodka - "Varsovie (Bueno Bros. remix)"
Cashmere Cat - "Wedding Bell"
Crystal Fighters - "Love Natural"
David Guetta - "Memories"
Disclosure - "Latch" (+ "When A Fire Starts To Burn")
Freedom Fry - "Summer in the City"
Geographer - "Verona"
Jamal - "DEFTO" (z ostatniej płyty również chociażby "Plastikowe kwiaty" czy "Peron")
Krzysztof Krawczyk - "Parostatek" (serio!)
LCD Soundsystem - "Daft Punk Is Playing At My House"
Lily Allen - "Take What You Take"
Maximo Park - "Our Velocity"
Mazarin - "For Energy Infinite" 
Muchy - "Galanteria" (+ "Brudny śnieg", oba kawałki z płyty "Terroromans")
Neon Indian - "Polish Girl"
Pharrel Williams - "Happy" (+ "Gush")
Tenacious D - "Kielbasa" (chociaż kurczę, ja słucham całej płyty i podczas biegania zwyczajnie śmieję się w najlepszych momentach. Kto już słuchał, ten wie dlaczego.)
WEKEED - "Wild Child"

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Nordic walking - nikt nie wie, o co chodzi, ale wszyscy idą w to

Jeszcze cztery czy pięć lat temu musiałbym pewnie krótko napisać we wstępie do tego postu, czym w ogóle nordic walking jest. Wówczas bowiem słynne "kijki" wciąż były częściej widziane raczej w rękach niemieckich turystów niż polskich emerytów. Dziś jest już inaczej i nordic uprawiają nawet i starsze Polki. W szczególności w dużych miastach, choć nawet i wsie mają swych fanów tego popularnego sposobu rekreacji.

Problem pozostał jeden - wciąż mało kto tak naprawdę wie, jak naprawdę powinno poruszać się przy użyciu "kijków". Ludzie zazwyczaj używają ich jako niepotrzebnego balastu, często wręcz tarzając je za sobą po ziemi. By poprawić ten stan rzeczy i nauczyć się odpowiedniego uprawiania nordic walkingu, część osób ruszyła więc do profesjonalnych trenerów. Szkoda tylko, iż jakiś procent tych nauczycieli jest tak łasy na kasę, że nie poprawia błędnie korzystających z kijków uczniów, a jedynie przechodzi razem z nimi kilka kilometrów. W końcu pieniądze i tak trafią do portfela.

Przez długi czas śmiałem się z tych ludzi, którzy specjalnie kupują najdroższe możliwe kijki, a i tak nie wykorzystują ich potencjału. I przyznam szczerze - wciąż na widok tego typu osób na twarzy pojawia mi się ironiczny uśmiech. Jednocześnie jednak, trochę zmieniło mi się podejście do takich sytuacji. Oprócz negatywów, zacząłem bowiem widzieć w tym również drobny pozytyw.

Bo kurczę, może i rzeczywiście ludzie ci niepotrzebnie wydają kasę na kijki, skoro i tak ich na dobrą sprawę nie używają poprawnie. W końcu równie dobrze mogliby oni po prostu wyjść na spacer, bez ciągnięcia za sobą dwóch kawałków aluminium. Pytanie jednak - ile tak naprawdę z tych osób ruszyło by w ogóle tyłek w celu zwykłego chodzenia? Ilu odstawiłoby telewizor i ruszyło przejść się parę kilometrów?

Jestem wręcz pewien, że sporo mniej. Chociażby dlatego, iż nordic walking jest modny, zwykłe spacerowanie nie. Dla części z Was może się to wydać argumentem smutnym, ale niestety - jest on prawdziwy. Może mieć to też związek chociażby z samym zakupem kijków. Skoro się już wydało na nie pieniądze, to warto by z nich skorzystać, prawda? Podobnie jest z bieganiem. Ja zawsze powtarzam, że najlepszą motywacją do rozpoczęcia regularnego joggingu jest kupienie sobie dobrych butów specjalnie do tego celu.

Możemy się więc wciąż śmiać z tych wszystkich nieudolnych "nordic walkingowiczów", warto jednak zwrócić uwagę również na ten jeden konkretny plus - oni mimo wszystko ruszają tyłki. Biorą te aluminiowe kijki (niepotrzebnie, ale oj tam, oj tam), wskakują w luźne ciuchy i wychodzą przejść się parę kilometrów. To wciąż lepsze niż ciągłe siedzenie na dupie i oglądanie idiotycznych seriali w telewizji.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Jak schudnąć 20 kg w pół roku?

"Wow, Mikołaj, ale Ty schudłeś" - mniej więcej takie komentarze słyszę non stop od jesieni od osób, z którymi przez dłuższy czas się już nie widziałem. Ja ogromnej różnicy nie widzę, przynajmniej gdy standardowo spoglądam w lustro. Inaczej sprawa ma się natomiast podczas przeglądania starych zdjęć. Wtedy często i mi włącza się totalny szoker.

Niecały rok temu ważyłem jeszcze dwadzieścia kilogramów więcej. Niektórym moim znajomym wydaje się to wręcz niewyobrażalne, bo poznali mnie już po mej "wielkiej metamorfozie". Waga oraz porównywanie zdjęć jednak nie kłamią. Wiele osób przy okazji zawsze mi zadaje pytanie: "ej, ale jak Ty to zrobiłeś?". Standardowo odpowiadam jednym zdaniem, dziś jednak zrobię dla Was wyjątek. Jeśli chcecie schudnąć przed letnim wyjściem na plażę, jeszcze zdążycie. A ten post podpowie Wam, jak możecie swoje marzenie spełnić.

Na pytanie o odchudzanie zazwyczaj odpowiadam po prostu: "biegałem". Bo tak naprawdę tylko to sprawiło, że tak dużo zrzuciłem w tak krótkim czasie. Zacząłem biegać w kwietniu, robię to do dziś. Początkowo traktowałem to raczej jako sposób prowadzący do zwiększenia swej wytrzymałości i poprawienia swej sprawności fizycznej. Jasne, zrzucenie paru kilogramów również wchodziło w grę, ale ostateczny efekt zdecydowanie przekroczył moje najśmielsze oczekiwania.

Moje treningi nie polegały jednak na zwykłym wyskoczeniu na dwór i zrobieniu największej możliwej liczby kilometrów. Znalazłem naprawdę dobry program w sieci, który pozwalał mi na stopniowe zwiększenie swych możliwości bez zbędnego przemęczania się. O tym, jak to wszystko wyglądało, pisałem już w dwóch postach z serii "Run, Majk, run!". Zawierają one łącznie raptem paręnaście akapitów, które podpowiedzą Wam, jak z bieganiem w ogóle zacząć. Nie potrzebujecie żadnych książek za kilkadziesiąt złotych czy specjalnego trenera. Wystarczy, że przeczytacie sobie to, co napisałem TU oraz TU.

Źródło: Flickr.com
Spytacie jednak zapewne: "i co - to wszystko?". Nie do końca. Podstawowe hasło, jakie powinniście wziąć sobie do serca, gdy macie chęć schudnąć, powinno brzmieć: "rusz dupę i mniej żryj". Może trochę wulgarne, ale i przez to bardzo dosadne - musicie przyznać. Fraza ta zawiera jednak w sobie naprawdę wszystko to, co powinno doprowadzić Was do sukcesu.

"Rusz dupę" już wytłumaczyłem, czas więc na część "mniej żryj". Czy korzystałem z jakiejś specjalnej diety? Nie. Ba, nie czytałem w ogóle o jakiejkolwiek z nich. Starałem się po prostu jeść mniej, szczególnie pomiędzy głównymi posiłkami. Powiedziałem "bye" słodyczom maści wszelakiej i jeśli już miałem coś przekąsić, wybierałem owoce, jogurty i inne tego typu pierdoły. Reszty przesadnie nie zmieniałem. Obiady wciąż mogły zawierać spokojnie typowego polskiego schaba z ziemniakami czy nawet pizzę. 

Ważnym nawykiem jest natomiast picie wody. Serio, powinniście ją łykać litrami, jeśli Waszym celem jest jakieś tam schudnięcie. Podobno zresztą każdy człowiek powinien wypijać dziennie półtora litra wody, by być zdrów jak ryba w wodzie. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale woda zwyczajnie powoduje, że chce Ci się mniej jeść. A to w przypadku hasła "mniej żryj" jest naprawdę przydatne.

O jedzeniu jeszcze jedno - nie głodujcie się. To naprawdę nie polega na tym, by codziennie wszamać jeden czy dwa małe posiłki. Pamiętajcie, że nasze hasło zawiera też frazę "rusz dupsko". A do tego, by zwlec się z łóżka i ruszyć w parokilometrową trasę, zdecydowanie potrzebna jest siła, którą zyskujecie z jedzenia (thank you, Captain Obvious). Ba, prawdopodobnie nawet jedząc normalnie schudniecie całkiem sporo. Pamiętajcie, że ja w pół roku schudłem dwadzieścia kilo, a może Wam wystarczy np. pięć czy dziesięć? Wtedy spróbujcie zwyczajnie skupić się na bieganiu, bez przesadnego ograniczania swych racji żywieniowych.

Jeszcze jedno pytanie, jakie może Wam zaświtać w głowach: "czy to jest zdrowe?". Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Zapewne wielu pełnoprawnych lekarzy powiedziałby Ci: "człowieku, nie możesz się czegoś takiego podjąć, dwadzieścia kilo w pół roku to zdecydowanie za dużo!". Ale hej - ja czuję się naprawdę w porządku, wręcz zdecydowanie lepiej niż te kilka miesięcy temu. Czuję się pełen sił i zdarza mi się, że w naprawdę słoneczny dzień, zamiast pomyśleć: "mam ochotę na piwo nad jeziorem", do głowy mi przychodzi tylko: "piękna pogoda na spocenie się podczas biegania!". Jakkolwiek obrzydliwie to brzmi.

Źródło: Flickr.com
Trochę martwiłem się, że po czymś takim może przyjść słynny efekt jo-jo, który z opowiadań wydawał mi się czymś strasznie okropnym i przygnębiającym. Na szczęście mniej więcej od października utrzymuję stałą wagę. Jem więcej niż podczas tego treningowego pół roku, nie raz zapychając się żarciem z fast-foodów, chipsami czy czekoladowymi batonami. W kinie bez popcornu się nie obejdę. Ciągle jednak biegam trzy razy w tygodniu, po każdym wysiłku czując się coraz lepiej. Bo bieganie jest naprawdę świetną sprawą, a że dodatkowo udało mi się przy tym spalić trochę kilogramów? Tym lepiej dla mnie!

Na koniec jeszcze dwie prośby ode mnie. Numer jeden: nie poddajcie się, gdy nie będzie wyników od razu. Pierwsze tygodnie biegania to tak naprawdę jedynie wprowadzenie do sportowego świata, przygotowanie Was przed prawdziwym wysiłkiem. Na prawdziwe efekty musicie poczekać do mniej więcej trzeciego lub czwartego miesiąca, ale wtedy naprawdę pójdzie to już z górki. 

Prośba numer dwa, skierowana zapewne w szczególności do dziewczyn: przed podjęciem się odchudzania, wpisz sobie w Google, jak też powinno liczyć się wskaźnik BMI. Sprawdź swój i upewnij się, czy aby na pewno masz jakąkolwiek nadwagę. Jeśli nie - nie psuj sobie zdrowia, bo potem możesz skończyć jako anorektyczka w szpitalu. Szczupłe kobiety narzekające na swoją wagę to jedna z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać mężczyznę w relacjach damsko-męskich. Serio!

A jeśli masz jeszcze jakieś pytania związane z mym magicznym czynem zrzucenia dwudziestu kilo w pół roku: pisz śmiało! W komentarzach pod postem, na Facebooku czy via e-mail. Będzie mi niezmiernie miło pomóc, jeśli tylko będę potrafił :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com