Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

In vitro jest spoko, no ale bez przesady


Czy jestem za in vitro? Oczywiście! Rodzice nie mogący mieć z jakiegoś powodu dzieci nagle je dostają. Hura! Jakkolwiek walkę z aborcją potrafię jeszcze w jakimś stopniu zrozumieć, tak walka z in vitro jest dla mnie absurdem. Że plemniki są zamrożone? Cholera - więcej plemników jest codziennie spuszczanych w ubikacji w chusteczkach niż jest ich w lodówkach na całym świecie!

Wczoraj PiS zamknął refundację in vitro. Wielu może być zdziwionych, ale popieram tę decyzję. To znaczy - logiczne dla mnie jest, że PiS zrobił to raczej ze swoich głupkowatych poglądów moralnych, których nie popieram. Ale w przypadku samego zniesienia refundacji jestem już jak najbardziej za. Głównie z dwóch powodów.

Po pierwsze - nie jestem zwolennikiem rozdawania ludziom pieniędzy za byle co. A dziś "byle co" oznacza praktycznie wszystko. Ludziom finansuje się to, to i jeszcze tamto. Od lat dla mnie największym absurdem są pijacy, którzy zamiast iść do pracy żyją sobie z zasiłku dla bezrobotnych. Do pracy nie pójdą, bo więcej kasy dostają od rządu. Do dziś nikt z tym nic nie zrobił.

Po drugie - in vitro reklamuje się jako "leczenie niepłodności". Cóż za bullshit! Co to za leczenie niepłodności, kiedy kobietę sztucznie się zapłodni, bo facet nie może zrobić tego samemu? Dziecko z tego będzie, okej, ale ojciec i tak pozostanie bezpłodny. Jeśli będzie chciał zrobić sobie kolejnego potomka, ponownie będzie musiał skusić się na in vitro. Dlaczego? Bo nie został wcale wyleczony!

Na co mogłyby iść wszystkie światowe refundacje in vitro? Na badania nad prawdziwym leczeniem niepłodności. Żeby facet z nie do końca sprawnym penisem mógł sobie iść do lekarza, a ten strzeliłby mu jakąś operację lub podał leki. Następnego dnia ten sam mężczyzna pobaraszkowałby ze swoją niewiastą w łóżku, a po paru kolejnych dniach okazałoby się, że hura, jest sukces - dziewczyna jest w ciąży!

Feministki spytają mnie: "co z kobietami, ty szowinisto?!". Odpowiadam więc pytaniem: "a czy in vitro je leczy?". Czy kobieta, której komórka jajowa jest zapładniana sztucznie poza jej organizmem, jest zdrowa? Nie sądzę. Może urodzić w pełni zdrowego dzieciaka, pewnie. Ale czy potem będzie mogła już normalnie zajść w ciążę? Cóż - odpowiedź zostawiam do rozważenia Wam.

Podsumowując więc - TAK dla in vitro, NIE dla refundacji in vitro.

I to tyle, bo zaczynam brzmieć jak polityk.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Nigdy nie będziemy czarnuchami


Gdy ostatnim razem, w sierpniu, Kendrick Lamar koncertował w Polsce, pod sceną zebrały się naprawdę spore tłumy. Było to w jakiś zabawne, biorąc pod uwagę jak mało osób czekało na jego show na Open’erze dwa lata temu. Hype jednak robi swoje i przyciąga na koncert nawet tych, którzy znają jedynie „biczdontkilmajwajb” i „słimingpuls”. Polacy ściskali się pod sceną, byle tylko uzyskać jak najlepsze miejsce do spoglądania na swego „idola”. Oto fala fanów. Białych fanów.

Jedno różniło ten koncert od tych, które Kendrick daje w Stanach. Gdy raper namawiał ze sceny tłum do wykrzykiwania niektórych fraz czy refrenów, unikał mówienia „nigger”. Moim zdaniem – nie zrobił tego przypadkowo. Kto mógłby bowiem pozwolić sobie na mówienie per „czarnuchu”, jeśli pod sceną (na pierwszy rzut oka) nie ma nikogo o ciemnym odcieniu skóry?


My, biali, a szczególnie ci odcięci od amerykańskiego świata, nigdy nie będziemy „czarnuchami”. Choćby nagle jacyś polscy blokersi zafascynowani hip-hopem zza oceanu zaczęli do siebie mówić per "nigger", byłaby to raczej scena wycięta z absurdalnej komedii niż coś, co można potraktować poważnie. Po prostu – nigdy nie będziemy "czarnuchami".

Powiecie: "głupia rzecz, przejmować się takimi rzeczami na koncercie". Może i tak, choć ja trzymałem się tego, o co między wierszami prosił Kendrick. Gdy z głośników wybrzmiał kawałek "Alright" z ostatniej płyty Lamara, wykrzykiwałem wyłącznie "we gon’ be alright". Bez "nigger" na początku, które bezproblemowo wychodziło z ust wielu innych białych pod sceną. Właśnie nazwali kogoś "czarnuchem".

To trochę tak, jak gdybyś podszedł do przypadkowej osoby i powiedział: „elo, chuju”. Bo zdarza się tak, że bliscy znajomi mówią do siebie w ten sposób i nikt się za to nie obraża. Każdy rozumie kontekst i tkwiące w takich słowach emocje. Ale nie znaczy to, że podejdziesz nagle do obcej osoby i nazwiesz ją "chujem". Bo dla niej absurdalne będzie założenie, iż mówisz to tak naprawdę z... miłością? Braterstwem?


Znam przypadki osób, które zakumplowały się z Afroamerykaninami, pozwalającym im na wzajemne mówienie do siebie "nigger". To już jest zdecydowanie inna sytuacja, przybliżająca nas do tego przyjaznego "chuja". Choć – szczerze mówiąc – sam nie jestem pewien, czy odezwałbym się (mimo pozwolenia) do Afroamerykanina per "nigger". Nie ze strachu, ale zwyczajnie pragnąc zachować wobec niego szacunek.

Bo my, z perspektywy Polski, bierzemy sobie tego "niggera" i wykorzystujemy jak gdyby nigdy nic, jakby to było kolejne fajne, amerykańskie słowo. Kryje się jednak za nim coś o wiele więcej - coś, czego bez choćby lekkiego zagłębienia się w historię czarnych w Stanach nie ogarniemy. Gdy natomiast to zrobimy – może wtedy zrozumiemy, dlaczego z ust białego "nigger" jednak padać nie powinno. I nie ma to żadnego związku z perfidną "polityczną poprawnością".

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Czy wszyscy terroryści to muzułmanie?


Na hasło "nie wszyscy muzułmanie to terroryści", niektórzy odpowiadają: "ale wszyscy terroryści to muzułmanie". Czy tak rzeczywiście jest? Nie. Jednak także i w tej sytuacji musi się pojawić pewne "ale". 

Wiele osób zapomniało już, że terroryzm nie jest słowem nowym. Nie powstał on z powodu ataków islamskich fundamentalistów, nie dotyczy tylko i wyłącznie ich. Choć 11 września 2001 roku był przełomem dla terroryzmu, rozszerzającym znaczenie tego terminu, ciągle w wielu przypadkach łączył się on dalej ze swoim XX-wiecznym związkiem - rewolucją.

Po dziś dzień "terrorystami" nazywamy tych, którzy w brutalny sposób walczą o pewne ideały, związane ze swoim lokalnym podwórkiem. Obrońcy części narodu, obrońcy ludu uznawanego przez nich za ciemiężony przez resztę znajdującej się na danym terytorium ludności. Islam zrzucił ich do podziemia, stali się mniej znaczącą sferą terroryzmu. Wielu z nich jednak pozostało i pomimo walki o wieczny pokój w krajach Zachodu, to właśnie tam bardzo często się wychylali.

Frakcja Czerwonej Armii, zwana także Grupą Baader-Meinhof, była partyzantką "antyimperialistyczną", wywodzącą swe przekonania ze strony radykalnej lewicy. Walczyli w Niemczech przez ponad dwadzieścia lat, dokonując w tym czasie kilkudziesięciu zabójstw politycznych. Dokonali samodzielnego rozwiązanego w roku 1998, jeszcze parę lat wcześniej zabijając ważne osobistości świata niemieckiej polityki.

Skutki ataku Frakcji Czerwonej Armii na Bazę Lotnictwa Amerykańskiego w Ramstein.
Źródło: Wiki
Należy jednak odnieść się także do wieku XXI. Mamy więc IRA, Irlandzką Armię Republikańską, która nieustannie walczy o niepodległość Irlandii od Wielkiej Brytanii. Jeszcze w początkach lat 90. odpalali bomby w brytyjskich miastach. Do porozumienia pokojowego doszło tylko na pozór, nie wszyscy członkowie IRA poszli bowiem na ugodę. Część z nich stworzyła RIRA - Prawdziwą IRA. To oni w roku 2009 zaatakowali bazę wojskową, co zaowocowało śmiercią dwóch brytyjskich żołnierzy, a także zranieniem jednego Polaka. 

Na temat konfliktu północnoirlandzkiego powstał jakiś czas temu bardzo dobry i mocny film, zatytułowany "'71". W głównej roli Jack O'Connell, znany choćby z serialu "Skins" czy występu w produkcji wyreżyserowanej przez Angelinę Jolie. Więcej o "'71" przeczytacie TUTAJ.

"O swoje" do niedawna walczyła także ETA. Celem tej organizacji jest wyodrębnienie Baskonii z terytorium Hiszpanii. W 2008 przez ich samochód-pułapkę rannych zostało kilkanaście osób, a rok później przy pomocy bomby zabito szefa antyterrorystów z Bilbao. Po serii aresztowań, w roku 2011 ETA ogłosiła całkowite wstrzymanie się od ataków zbrojnych.

Są też muzułmańscy terroryści, których priorytetem wydaje się jednak być nie konkretnie szerzenie Państwa Islamskiego, ale również walczenie o separację od większych państw. Czeczeńskich walk na terenie Rosji nie trzeba chyba nikomu przypominać. Do dziś pamiętam, jak telewizje transmitowały na żywo wydarzenia z pierwszego września 2004, kiedy to terroryści opanowali szkołę w Biesłanie. Ataki mają także miejsce w Chinach. To działania separatystów ujgurskich, których główną religią jest islam, wiążą się między innymi z masakrą na stacji Kunming sprzed ponad roku, zwaną przez niektórych "chińskim 11 września".


Nie wszyscy terroryści są więc muzułmanami, a jeśli nawet już są - siedzi im w głowie coś innego niż idea islamu walczącego z całym światem. Gdzie jest więc "ale"? Praktycznie wszyscy współcześni terroryści, którzy niezwiązani są ze sprawą fundamentalizmu islamskiego, walczą o sprawy lokalne. O niepodległość, separację dla swojej własnej kultury, swego narodu. Nawet jeśli mówimy o "antyimperialistycznym" Baader-Meinhof, trzeba zaznaczyć, że ich walki skupiały się zdecydowanie na Niemczech.

Islamiści fundamentaliści rzucają natomiast wyzwanie całemu zachodniemu światu. Ich zamachy powodują więcej szkód niż jakiekolwiek organizacje terrorystyczne wcześniej. Większość z nich dzieje się poza granicami naszego zachodniego światka, dlatego słyszymy o nich rzadko. Mało kogo w rzeczywistości obchodzi, że jakaś bomba właśnie zabiła kilka osób na Bliskim Wschodzie. Ale i u nas, w Europie, zdarzają się zamachy muzułmańskich ekstremistów. I wtedy nie jest już tak wesoło. 

Należy więc pamiętać, że choć rzeczywiście nie wszyscy terroryści są muzułmanami, tak nigdy w historii żadna organizacja terrorystyczna nie zdziałała tak wiele zła, jak ISIS czy jemu podobne. Pamiętajmy jednak też o tej drugiej stronie medalu. Tak jak nie wszyscy Irlandczycy i Baskowie pragną niepodległości uzyskanej przemocą, tak i nie wszyscy muzułmanie chcą zabijać ludzi z powodu idiotycznych, religijnych pobudek.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na podstawie grafiki z serwisu Flickr.com

Czego może nas nauczyć muzułmanin nr 1 we Francji?


Mam wrażenie, że wszędzie, w całym społeczeństwie, istnieją wyłącznie dwa podejścia do muzułmanów, szczególnie po paryskich zamachach sprzed paru dni. Albo ktoś pyta się retorycznie: „A nie mówiłem? Trzeba było nie wpuszczać tych imigrantów! Stop islamizacji Europy!”, albo też ma podejście zupełnie odwrotne i zaznacza, iż imigranci nie mają z tą tragedią żadnego związku. Może jednak należałoby znaleźć prawdę gdzieś pośrodku?

Rzeczpospolita opublikowała na swojej stronie naprawdę interesujący wywiad z Dalilem Boubakeurem – rektorem Meczetu Paryskiego oraz przewodniczącym Francuskiej Rady Kultu Muzułmańskiego. Francuska Wikipedia nazwa go "numerem jeden wśród społeczności muzułmanów we Francji". I to właśnie on niezwykle rozsądnie zdaje się łączyć dwa, na pozór zupełnie przeciwne, podejścia do islamskich radykałów.

Po pierwsze – bierze w obronę swoich współbraci, gdzieś między kolejnymi wersami zaznaczając, że nie wszyscy muzułmanie są źli. Rzecz oczywista, która jednak dla wielu wydaje się czymś niezrozumiałym. Bo przecież skoro terroryści są muzułmanami, to każdy muzułmanin musi być terrorystą! No cóż – tak nie jest.

Z drugiej jednak strony Boubakeur podkreśla – jak mi się wydaje – rzecz o wiele ważniejszą. Będąc numerem jeden wśród francuskich muzułmanów zaznacza, że jego kraj sam sprowadził na siebie to, co zaszło w ostatni weekend. I nie – nie chodzi tu o grzeszenie i nienawrócenie się na islam. Boubakeur zwyczajnie mówi wprost, że Francja powinna już dawno zacząć kontrolować napływ muzułmańskich imigrantów na jej tereny.

Mamy tu więc dla wielu nieprawdopodobne połączenie myśli "prawicowej" i "lewicowej". Boubakeur cieszy się nawet z faktu, że na terenie Francji muzułmanki nie mogą zakrywać twarzy! Według niego, imigrantów islamskich można akceptować, ale wyłącznie wtedy, kiedy przybywają tu oni w poszukiwaniu stabilnej pracy i są gotowi zasymilować się z resztą społeczeństwa, a nie tworzyć getta. Rozsądek i otwartość w jednym - coś, czego nie potrafi ostatnio połączyć większość ludzi bawiących się w komentowanie bieżących problemów na Facebooku.

Cały wywiad do przeczytania TUTAJ. Zdecydowanie polecam - zajmie Wam to ze trzy albo cztery minuty, a może sporo wyjaśnić.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Czy polscy raperzy mają wpływ na poglądy polityczne słuchaczy?


Czy polscy raperzy mówią o polityce? Z rzadka. Oczywiście, mówimy tu o polityce wprost, o popieraniu jakichś partii, reprezentowaniu jakichś konkretnych poglądów. Problemy społeczne to jedna rzecz, bo że jest źle i brak hajsu w kiermanie, to wie każdy, kto choć polskiego rapu posłuchał. Ale polityki - tego u nas jest mało.

W temacie zaczęło się dziać trochę więcej dopiero ostatnimi czasy. Największym wydarzeniem wiążącym politykę i rap było chyba ostatnimi czasy słynne „przemówienie” Gurala o tym, jak to Korwin jest zły i nie należy na niego głosować. To już było takie wejście wprost w świat, który do tej pory był w polskim hip-hopie przykryty zasłoną milczenia. Lud zareagować musiał.

Oczywiście, bardzo szybko Gural został za swoją mowę oblany falą pomyj. I to z bardzo prostego powodu - większość słuchaczy polskiego rapu to ludzie młodzi, gustujący w poglądach prawicowych. Jasne, jest to pewnego rodzaju uogólnienie. Taki jednak wniosek można wyciągnąć z komentarzy, jakie pojawiają się na Facebooku, Glamrapie czy gdziekolwiek indziej.

Komentarzy popierających Gurala nie pamiętam. Pewnie jakieś się pojawiły, ale były one w zdecydowanej mniejszości. A przecież prawicowcem na miarę polskiego hip-hopu nie są też na pewno Łona czy Ten Typ Mes. Ten pierwszy zresztą najbardziej zawsze kojarzony był z polityką, bo o swoich lewicowych poglądach mówił wprost. Jego jednak krytykowano inaczej: „głupoty pierdolisz, ale Twoją muzykę szanuję”.

Wynikałoby więc z tego, że raperzy mają wpływ na słuchaczy raczej mały, kiedy mówimy o kwestiach stricte politycznych. Oddzielanie twórczości muzycznej od poglądów wydaje się w jakimś stopniu naturalną rzeczą w przypadku polskiego hip-hopu.


„Co jednak z KęKę?” – ktoś spyta. Nie sądzę, by miał on wpływ na jakieś zmiany w umysłach słuchaczy. Jego rap, w którym często przewijają się motywy prawicowo-patriotyczne, jest co najwyżej swoistym wieloutworowym hymnem dla sporej rzeszy słuchaczy. Znam sporo osób, propsujących Kę właśnie z uwagi na treści jego utworów, bowiem pokrywają się one z ich własnymi poglądami. Nie znam jednak nikogo, kto pod wpływem Kę przeszedłby „z lewa na prawa”, tak jak nie znam nikogo, kto pod wpływem Gurala zmieniłby swoje zdanie o Korwinie.

Ciągle jednak nie można jednoznacznie stwierdzić: „polscy raperzy nie mają wpływu na polityczne poglądy swoich słuchaczy”. Dlaczego? Bo wielu z nich po prostu nie udziela się w sieci. Internet młodych zaangażowanych politycznie jest miejscem mocno prawicowym - czy tego ktoś chce, czy nie. Nie znaczy to jednak, że wszystkie nastolatki muszą od razu popierać Korwina, Ruch Narodowy czy cokolwiek innego. Pamiętać należy, iż wiele osób zwyczajnie nie chce udzielać się w sieci - szczególnie wtedy, gdy są w mniejszości.

Kto wie - może więc wygłaszane przez któregoś rapera poglądy przestawiły słuchacza z jednej strony barykady na drugą? Może zaświtało mu coś w głowie, co obróciło jego myślenie do góry nogami? Może po prostu nie chciał o tym pisać w sieci? Niestety – wszystko kręci się wokół „może”.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Korwin: The Movie


Obejrzałem "Korwin: The Movie". Wielu znajomych pewnie zareagowałoby na to zdziwieniem, może nawet śmiechem. Nie, nie dlatego, że sami Korwin-Mikkego nie lubią. Po prostu ja sam nie jestem przesadnym zwolennikiem tego Pana.

Spytać więc ktoś może: "po co obejrzałeś ten film?". Odpowiedź jest prosta - bo to obecnie zdecydowanie najbardziej charyzmatyczny człowiek na polskiej scenie politycznej. Żaden Kaczyński czy ktokolwiek inny nie ma za sobą takiej ilości fanów, totalnych zwolenników. Bo prawda jest taka, że większość wyborców PO czy PiS-u to ludzie nie do końca przekonani, głosujący często na "mniejsze zło". A z Korwinem tak nie jest. Za nim stoją najbardziej wytrwali i najwierniejsi ludzie.

Najlepszym przykładem tego jest sam fakt powstania "Korwin: The Movie". Czy ktokolwiek z obecnych teraz na scenie polityków może się pochwalić tym, że zrobiono o nim półtoragodzinny film dokumentalny? Ja sobie takiej sytuacji nie przypominam. Dlatego może należy czasem przełamać swoją niechęć do poglądów czy postaw danej osoby i spróbować spojrzeć na nią z innej perspektywy? Tym bardziej, że w przypadku "Korwin: The Movie" naprawdę warto to zrobić.


W serwisie PolakPotrafi.pl na projekt zebrano prawie 60 tysięcy złotych. Za filmem stoi praktycznie jeden człowiek - AgenTomasz, autor podcastów politycznych. W snuciu opowieści o Korwinie, a w szczególności jego ostatniej, europarlamentarnej kampanii wyborczej, pomagają mu liczne mniej lub bardziej znane twarze. Jest Ziemkiewicz, jest Kukiz, jest Skiba.

Film zachowuje formę raczej klasycznego dokumentu, choć w tym przypadku nie mamy co z tego powodu narzekać. "Korwin: The Movie" jest bowiem przede wszystkim projektem bardzo konkretnym. Zostaje tu powiedziane wszystko to, co ma być powiedziane. I nie chodzi wcale o stworzenie jakiegoś filmowego panegiryku na cześć Korwina.

Owszem, projekt ten stanowi częściowo próbę ocieplenia wizerunku kontrowersyjnego polityka. Jak mi się zresztą wydaje - w jakimś tam stopniu mu się to udaje. Może jednak zasługa w tym także tego, że "Korwin: The Movie" wydaje się być filmem po prostu szczerym. Przede wszystkim - nie ma tu cenzury na krytykowanie głównego bohatera. Wszyscy przepytywani ludzie zgadzają się z tym, iż Korwin jest facetem, który robi sobie o wiele więcej zła niż wszyscy podpuszczający go dziennikarze. No bo jak sądzicie - czego sztab Kongresu Nowej Prawicy bał się najbardziej w ciągu ostatnich trzech dni przed wyborami? To proste - że ich prezes palnie kolejną głupotę.


Nie jest wcale łatwo zrobić emocjonujący, wciągający film dokumentalny. Nawet o kimś takim jak Korwin. Tu się jednak to udało - półtora godziny mija naprawdę dość szybko, ze wzrokiem wpatrzonym w ekran i porządnym skupieniem. "Korwin: The Movie" nie ma w sobie nic przesadnie odkrywczego, nie szokuje żadnymi ambitnymi zagraniami. Ale po prostu ogląda się to dobrze. Nawet wtedy, kiedy zwolennikiem Pana Mikkego się nie jest.

Dlatego, jeśli macie chwilę, zdecydowanie polecam po "Korwin: The Movie" sięgnąć. Tym bardziej, że dostępny jest do obejrzenia całkowicie za darmo. Będzie to na pewno lepiej zainwestowany czas niż oglądanie kolejnych odcinków idiotycznych programów, pokroju "Dlaczego Ja?", "Warsaw Shore" i co tam teraz w tym stylu telewizje pokazują. Nawet trochę zabawnie tu jest - czasem zamierzenie ze strony Korwina, czasem niekoniecznie.

Cały film do obejrzenia na jego OFICJALNEJ STRONIE lub na YOUTUBE.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Dlaczego Korwin nigdy nie uzyska sensownego wyniku w wyborach?


Podejmuję się dziś ciężkiego tematu. Ciężkiego, bo stoję pomiędzy wieloma grupami, które mają zupełnie różne podejście do chyba najbardziej kontrowersyjnego człowieka polskiej polityki, czyli Janusza Korwin-Mikkego. Bo to wcale nie jest tak, że istnieją jedynie jego zwolennicy i przeciwnicy. Zarówno ci pierwsi, jak i drudzy, nie są bowiem jednolitymi grupami. W obu przypadkach mamy zarówno ekstremistów oraz ludzi z bardziej pobłażliwymi, "lekkimi" poglądami.

Do kogo jest jednak skierowany dzisiejszy post? W szczególności do tych największych, bezkrytycznych zwolenników Pana Korwin-Mikkego. Nie będzie to jednak wypowiedź w żaden sposób hejterska, a zwyczajnie próba spojrzenia jak najbardziej racjonalnie na pytanie: "dlaczego Korwin nigdy nie uzyska sensownego wyniku w wyborach?".

Wiem, że wielu wystarczyłoby napisanie: "Hitler, zawsze się troszkę gwałci, itepe, itede". Zostawienie tego w ten sposób jest jednak błędem. Dlaczego? Bo druga strona od razu odpowie równie stanowczym tonem: "wyrwane z kontekstu, należy patrzeć wyłącznie na program gospodarczy Korwina". I tu od razu muszę zaznaczyć - takie zachowanie również jest błędem.

Dlaczego? Cóż - po kolei.

Źródło: Flickr.com
Przede wszystkim, Korwin-Mikke ma pewne poglądy, z którymi zgodzić się można. To znaczy - ja się z częścią nich zgadzam. Podobnie myśli paru moich znajomych. Nikt z nas nie głosuje jednak na Pana Janusza. Nie głosuje również na niego cała masa innych ludzi, którym jeszcze bliżej jest do poglądów liberalnych/nowoprawicowych.

Tak - problemem jest "Hitler nie wiedział o Holokauście", heilowanie w Europarlamencie i "zawsze się troszkę gwałci". Z każdym rokiem Korwin coraz bardziej wychodzi ze swoimi turboradykalnymi poglądami, które media podłapują z uśmiechem na twarzy. Z każdym rokiem coraz więcej zwolenników Pana Janusza odchodzi od niego. Dlaczego? Bo ma dość. Dość gadania głupot, zamiast skupienia się na planach politycznych, na których jeszcze niedawno tak bardzo ich idolowi zależało.

Nawet gdyby Korwin miał plan (potwierdzony tysiącami argumentów i opinii specjalistów), który zrobiłby z Polski mocarstwo w dziesięć lat, dalej wielu na niego by nie zagłosowało. Bo nie chcieliby, by jego kraj reprezentował facet heilujący w Europarlamencie i robiący całą masę innych dziwnych rzeczy. Pewnie wielu zaraz oburzy się za to porównanie, ale to jest ten dokładnie ten sam poziom, co Palikot przynoszący dildo czy świński łeb na konferencję prasową. Takie rzeczy to wyłącznie kabaret, służący jednemu - śmianiu się z niego. A zadaniem polityka naprawdę nie jest śmieszkowanie. Tym bardziej w taki sposób.


Panu Januszowi Korwin-Mikkemu w pewnym momencie naprawdę nieźle szło zbieranie poparcia. Działo się to wtedy, gdy mówił rzeczywiście o swoim programie wyborczym, o sensownych argumentach, które miały znaleźć mu nowych zwolenników. Potem jednak polityk ten ponownie wpadł w swój szał śmieszkowania gdzie tylko się da. I tak - wiem, że często jego żarty stanowiły 1/20 czy 1/30 całego wywiadu czy wystąpienia. Ale media zawsze podłapią te najgłupsze rzeczy, bo one będą zdecydowanie ciekawsze dla przeciętnego widza od całej reszty.

Korwin-Mikke potrzebowałby ogarnięcia podobnego do tego, jakie zaserwowano ostatnio w Prawie i Sprawiedliwości. Oczywiście, dalej wiemy, że za wszystkim stoi Jarosław Kaczyński, ale w mediach jest go o wiele mniej niż dawniej. Smoleńsk, ojca Rydzyka i całą resztę zastąpił młody, energiczny Andrzej Duda. Pewnie, ciągle coś tam się jeszcze pojawia o tych wyśmiewanych przez wielu tematach, ale jest tego zdecydowanie, zdecydowanie mniej.

Kaczyński dał się namówić na odejście w cień i zostanie cichym marionetkarzem. Może więc współpracownicy Korwina mogliby podobnie zadziałać w jego sprawie? Odsunąć ekstremizm na bok i zająć się polityką naprawdę na poważnie? Jeśli się tak nie stanie i śmieszkowanie nie zostanie porzucone, Korwin prawdopodobnie nigdy nie uzyska sensownego wyniku w wyborach.

No, chyba że, jak głosi wielu internautów, jest on w rzeczywistości nieśmiertelnym cyborgiem. Wtedy może uda mu się przetrwać do końca naszej cywilizacji i zostać jedynym osobnikiem na tej planecie, jednocześnie stając się jej samozwańczym "krulem".

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Co zrobić zamiast pomnika smoleńskiego?

Szanowny Panie Prezydencie-Elekcie, Andrzeju Duda.

Broniłem ostatnio Pana na swoim blogu (KLIK). No - w pewnym sensie, bo bardziej chodziło mi o wyśmianie głupoty internautów (uwielbiam to robić!). Wspominałem tam jednak, by wszyscy hejterzy trochę poczekali, bo kto wie - może Pan jednak rzeczywiście skupi się na sprawach poważniejszych, a nie tzw. "smoleńskingu". 

A jednak - w pierwszym wywiadzie po wyborach rzuca Pan od razu, że musi powstać pomnik związany z katastrofą w Smoleńsku. I to tuż pod Pałacem Prezydenckim! Ile to może kosztować? Cóż - ja nie wiem. Biorąc jednak pod uwagę, jak wiele pieniędzy idzie w ostatnich latach na robienie choćby loga dla rządowych programów, obstawiam, że całkiem sporo. Sam projekt kosztuje często więcej niż ostateczny efekt.

Ale, Panie Prezydencie - mam dla Pana propozycję! Może by tak przeznaczyć pieniądze przygotowane na budowę pomnika na coś o wiele bardziej przydatnego dla polskiego społeczeństwa? W ciągu paru minut wpadło mi do głowy nawet parę pomysłów, jak można by wykorzystać taką sporą kwotę. 

Oto one!

Grafika na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com
Pieniądze dla dzieciaków

Wie Pan, ile jest dzieciaków w domów dziecka albo biednych rodzin, które ledwo wiążą koniec z końcem? Cóż, pewnie tak - w końcu jest Pan prezydentem. Ja konkretnych liczb nie znam, ale z doświadczenia wiem, że takich biedaków jest sporo. Pieniądze "pomnikowe" byłyby dla nich prawdziwym zbawieniem, istną manną z nieba. 

Czy jedzenie i ubrania nie przydałyby się im bardziej niż wielki pomnik pod Pałacem Prezydenckim?

Pieniądze na coś pożytecznego

Pewnie z takiej "pomnikowej" kwoty nie dałoby się zbudować od razu szpitala czy szkoły, ale każde pieniądze pomogłyby na pewno w realizacji tego typu projektów. A to właśnie takie placówki są nam teraz potrzebne. Polacy muszą mieć pod ręką lepszą opiekę zdrowotną i więcej możliwości dla swoich dzieciaków.

A czy wielkie skrzydło Tupolewa pod Pałacem uzdrowi chorych i nauczy matematyki przyszłych inżynierów? Nie sądzę.

Pieniądze na kulturę

"Ida" dostała Oscara. Zygmunt Miłoszewski wydaje swoje kolejne książki za granicą, choćby w USA czy Francji. Wreszcie - "Wiedźmin" podbija cały świat, od Zachodniego Wybrzeża po Japonię. Wielu młodych, ambitnych twórców potrafiłoby osiągnąć równie wielki sukces - gdyby tylko ktoś zaserwował im potrzebną gotówki.

Taki mecenat byłby - moim zdaniem - lepszym wsparciem dla polskiej kultury niż wybudowanie pomnika.

A jako że czas to pieniądz...

Warto najpierw zająć się innymi, ważniejszymi sprawami niż stawianie pomników. Wiem, że prezydent w Polsce nie ma jakichś wielce szerokich kompetencji, ale mimo wszystko zajmuje się pewnymi sprawami, które są niewątpliwie bardziej znaczące dla większości społeczeństwa. 

Wiele NAPRAWDĘ istotnych rzeczy jest w naszym kraju do zrobienia - stawianie pomników do nich nie należy.

Z poważaniem,
Mikołaj Więckowski

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Czym naprawdę jest NowoczesnaPL?

Gdy parę tygodni temu ogłoszono powstanie Stowarzyszenia NowoczesnaPL, społeczeństwo zainteresowane tematem od razu podzieliło się na dwa obozy. Pierwszymi byli, oczywiście, osoby zaintrygowane i popierające inicjatywę Ryszarda Petru, reklamowaną między innymi nazwiskiem Leszka Balcerowicza. Drugi obóz zawierał z kolei - co równie oczywiste - krytyków całego pomysłu, dość szybko podłapujących hasło "NowoczesnaPL to nowe PO" i rzucając nim gdzie popadnie.

Przyznaję, że od początku bliżej mi było do tej optymistycznie nastawionej grupy, mimo tego rozumiałem obawy krytyków. W przeciwieństwie do wielu, postanowiłem jednak nie opierać się wyłącznie na czytaniu artykułów w internecie, ale sprawdzić samemu, z czym to się wszystko je. Dlatego też wybrałem się w słoneczny weekend do Warszawy, by wziąć udział w odbywającym się tam Kongresie Założycielskim NowoczesnejPL.

Jak moje wrażenia? Czytajcie dalej. Będzie konkretnie i słodko-gorzko.


Zaczniemy trochę nietypowo - od ludzi, którzy zebrali się na tym wydarzeniu. Sami prowadzący Kongres zresztą skupili się najpierw na zwykłych ludziach, oferując im możliwość nie tylko przyczepienia karteczek ze swoimi postulatami w specjalnym miejscu, ale i wygłoszenia paru słów do wszystkich zebranych na Torwarze. I z tym właśnie wiąże się trochę zabawna sprawa.

NowoczesnaPL stworzona została przez ekonomistę, Ryszarda Petru. Ogromna część wypowiadających się ludzi swoje przysłowiowe "pięć minut" wykorzystała jednak nie na dyskusję o gospodarce, a problemy ideologiczne. Miszmasz zebranych był naprawdę ogromny - od wielkich przeciwników Kościoła, przez turbofeministki i korwinistów, kończąc na pewnym starszym panu, który chyba wyjątkowo mocno tęskni za komunizmem. 

Zdarzały się jednak głosy bardziej rozsądnej publiczności, którzy przyszli na Kongres rzeczywiście w poszukiwaniu partii stawiającej na sprawy ekonomiczne, a nie spieranie się o mniej istotne rzeczy. Jeden uczestnik spotkania podsumował całą sprawę krótko: "gospodarka, głupcze!".

Następny punkt programu - wypowiedzi specjalnie zaproszonej ósemki gości. Raczej nie z pierwszych stron gazet, ale kilku z nich można było kojarzyć. Wrażenia? W większości, niestety, kiepskie. 

Wiecie na co mam uczulenie? Na populizm. Wiem, że nie da się go obejść całkowicie w dzisiejszej polityce, ale gdy słyszę hasła pokroju "wszystko tylko nie obecni rządzący!", "będziemy lepsi!", "naprawimy państwo!", to strzelam po prostu facepalm. A podobnych tekstów w sporej mierze używali zaproszeni goście. Ludzie klaskali, bo rzucano ogólnikami przyciągającymi masy. Kilkukrotnie podkreślano przeciwwagę dla sfrustrowanego tłumu głosujących na antysystemowego Kukiza, jednocześnie rzucając tekstami w rodzaju "jestem wściekła!". To jak to wreszcie jest?

Wyróżniała się dwójka: Rafał Brzozka, twórca słynnych Paczkomatów, który już wielokrotnie udowodnił, że "ma gadane" i - przede wszystkim - świetny Wadim Tyszkiewicz, bezpartyjny prezydent Nowej Soli, od kilkunastu lat cieszący się ogromną popularnością w swoim mieście (ostatnio w pierwszej turze uzyskał 85%!). No ale na drugim końcu dostaliśmy np. reprezentanta organizacji młodzieżowej, który nazywa obecny parlament skupiskiem "leśnych dziadków", argumentując to ich nieznajomością między innymi Tindera (TUTAJ dowiecie się, co to). Pozwolę sobie pozostawić to bez komentarza.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Bartlomiej Piwnicki (@kellermannnn)

Wreszcie jednak - wystąpienie samego Petru. Co w nim? Przede wszystkich: kilka głównych punktów programowych NowoczesnejPL, która - przypominam - ciągle nie jest partią polityczną. Co konkretnie?

- wolność gospodarcza - bardzo luźne hasło, które można w różny sposób interpretować. Wnioskuję jednak, że w dużej mierze chodzi po prostu o wiele ułatwień dla przedsiębiorców, czego trudno mi byłoby nie popierać.

- kadencyjność Sejmu - czyli polityk mógłby spędzić maksymalnie dwie kadencje w Sejmie. Co potem? "Powrót do realu". To postulat, który, moim zdaniem, trzeba najpierw w sporym stopniu przeanalizować, a nie od razu bić mu brawa.

- rezygnacja z finansowania partii politycznych z budżetu państwa - podobnie jak w przypadku kwestii kadencyjności Sejmu, mamy tu sporo plusów i minusów. Do analizy i dyskusji.

- reforma systemu pomocy społecznej - w tym, między innymi, likwidacja becikowego. Dawanie szans na rozwój, zamiast po prostu rozdawania pieniędzy. Jestem na tak, chociaż nie do końca wiadomo, jak to mogłoby wyjść w praniu.

- głosowanie przez internet - fajna sprawa, ale naprawdę wątpię, żeby to w znaczącym stopniu polepszyło frekwencję na wyborach.

- polska edukacja kształcąca bardziej pod kątem rynku pracy - niby dobra rzecz, ale jak kolejny raz słyszę historie o ludziach, którzy kończą studia i nie mogą znaleźć sobie roboty, to moja odpowiedź jest prosta: albo to są idioci, albo "humaniści". Albo jedno i drugie.

- reforma i aktywizacja NFZ - no niby okej, ale po partii, która miała reprezentować liberalizm, spodziewałem się jednak prędzej prywatyzacji służby zdrowia.

- odebranie przywilejów niektórym grupom zawodowym - zdecydowanie jestem za. Sorry rolnicy, górnicy i cała reszta - trzeba przestać Was głaskać bez powodu.


Dużo? Kurczę - dla mnie, nie do końca. Spodziewałem się po tym Kongresie wyjaśnienia wielu kwestii, dłuższej mowy Petru na temat konkretnej zawartości programu NowoczesnejPL. Zamiast tego dostałem natomiast w większości proste i niejednoznaczne ogólniki. Ubrane co prawda w świetne show, przypominające raczej koncert zagranicznej gwiazdy niż wystąpienie polityczne, ale dla mnie w tym przypadku ważniejsze są konkrety, a nie impreza ku uciesze ludu. 

Chociaż muzykę mieli fajną, przyznaję.
Będę wypatrywał kolejnych wieści o inicjatywie Petru, bo ciągle jestem całą sprawą zainteresowany. Przede wszystkim czekam jednak na konkretny program, a nie ogólnikowe hasła. Program taki może mieć kilkanaście albo nawet i kilkadziesiąt stron. Obiecuję - przeczytam cały.

Dlaczego? Bo bez tego ciągle zostanę bez odpowiedzi na pytanie: "czym naprawdę jest NowoczesnaPL?". Sorry - po Kongresie wciąż tego nie wiem. Show dla mas zrobione - teraz pora na coś więcej.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!