Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gry. Pokaż wszystkie posty

Thank You For Playing. Kultowe magazyny o grach


Do crowdfundingu, czyli zbierania przez społeczność pieniędzy na jakiś konkretny cel, mam podejście dość ambiwalentne. Z jednej strony - jest to bardzo fajna rzecz, pozwalająca samemu odbiorcy decydować, czy chce powstania jakiegoś projektu. W przypadku małych twórców, crowdfunding potrafi wręcz uratować życie ich projektowi. Z drugiej jednak strony - ku Kickstarterom i wszystkim innym tego typu serwisom zaczynają pędzić coraz większe firmy, które równie dobrze mogłyby sfinansować swoje cele bez wsparcia społeczności. Co za tym idzie, w pewnym sensie mogą "podebrać" pieniądze twórcom małym, potrzebującym pieniędzy o wiele bardziej. A przecież to nie koniec problemów, jakie ciągnie za sobą crowdfunding.

Dziś jednak będzie o projekcie, który bez wsparcia społeczności by najpewniej po prostu nie powstał. Ponad 400 osób zrzuciło się za pomocą serwisu Wspieram.to na stworzenie filmu o "kultowych magazynach o grach", czyli periodykach z samych początków polskiej prasy traktującej o grach właśnie. "Top Secret", "Gambler", "Świat Gier Komputerowych", no i wreszcie - "Secret Service".


Przyznam szczerze, że choć projekt intrygował mnie od początku, tak nie wyczekiwałem go jakoś bardzo mocno. Wszystko z jednego powodu - to nie są magazyny moich czasów. Kiedy one wychodziły na rynek, ja ciągle jeszcze robiłem w pieluchę i nie potrafiłem nawet mówić. Wychowałem się na prasie o grach, ale tej z lat dwutysięcznych, szczególnie zaś magazynach konsolowych, czyli "PSX Extreme" oraz "Neo Plus". Kiedy jednak nadarzyła się okazja (dzięki twórcom filmu, za co bardzo dziękuję), by "Thank You For Playing" obejrzeć - zrobiłem to jak najszybciej się dało.

Wrażenia? Bardzo dobre.


Zacznę jednak nietypowo, bo od kwestii technicznych, które perfekcyjne nie są. Trzeba wiedzieć, że praktycznie całe "Thank You For Playing" opiera się na wypowiedziach redaktorów wszystkich omawianych czasopism (oraz Adriana Chmielarza, znanego polskiego twórcy gier), ilustrowanych czasami wycinkami z tych magazynów czy archiwalnymi zdjęciami. Początkowo trochę trudno mi się do tego było przyzwyczaić, bo przyzwyczajony jestem do bardziej nowatorskiego i mniej oczywistego podejście do filmów dokumentalnych. 

I chociaż ostatecznie przestaje to przeszkadzać, na pewno można było od tej strony "Thank You For Playing" przygotować lepiej. Tym bardziej, że film ma kilka bardziej oryginalnych scen, jak np. miks ujęć z Bydgoszczy czy postać Gulasha opierająca się o barierkę. Gdyby takich fragmentów było więcej, nie byłoby się do czego przyczepić.


Wartość merytoryczna filmu jednak naprawdę daje radę. To ten przyjemny rodzaj nostalgii i tęsknoty do czasów, w których samemu nie miało się okazji żyć. Wizja życia w redakcji growej lat 90. nie jest tu może w pełni idealistyczna, ale wyłania się jednak z niej coś niesamowitego, co podkreśla fakt, jak wielu autorów tych pism określa swój czas pracy w nich "najlepszym okresem życia". I sporo prawdy niesie się w tym, że chyba rzeczywiście nie da się czegoś takiego osiągnąć w dobie internetu. Czy to jest trochę takie narzekanie starych pryków? No właśnie nie do końca. Ale by się o tym przekonać, trzeba już po prostu obejrzeć film.

Co ciekawe, "Thank You For Playing" nie jest wcale jakąś długaśną i wchodzącą w każdy szczegół historią omawianych przez siebie magazynów. To bardziej oddanie tego charakterystycznego klimatu, laurka dla twórców i czytelników, a także coś, co zachwyci sobą tych, którzy - podobnie jak ja - nie mieli do czynienia z tymi czasopismami. Jedna z tych opowieści o świecie, w jakim żyło się przecież nie tak dawno temu, a wydaje się, jakby to była historia sprzed wielu, wielu lat.


Nostalgiczny film - czasem smutny, czasem tak zabawny, że można zaśmiać się na głos przed ekranem. Dla polskich graczy must-watch. Naprawdę. Może właśnie szczególnie dla tych młodych, którzy nie zdają sobie sprawy, ile historii stoi za tą bardzo młodą branżą. Jeśli więc szukacie idealnego zestawu świątecznego dla gracza, kombo może być tylko jedno: płytka z "Thank You For Playing" (do kupienia na cdp.pl) + egzemplarz "Historii polskich gier komputerowych" (RECENZJA).

Dzięki wszystkim tym, którzy pomogli sfinansować ten świetny projekt.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Dawno, dawno temu, w odległej grafice


Natrafia się czasem w sieci na takie filmiki, które po prostu chce się pokazać wszystkim wokół, krzycząc "PATRZ, PATRZ!". Sporo z nich pokazuje coś SUPER w sposób nietypowy - bo niby to są rzeczy oczywiste, nie ma nic dziwnego w tym, że istnieją. Ale jakoś nie myślimy o tych sprawach i ktoś nagle musi nam o nich przypomnieć. Dziś podrzucam Wam jeden z tego typu materiałów.

Ekipa DigitalFoundry postanowiła porównać słynną scenę pościgu speederów z szóstej części "Gwiezdnych wojen" oraz podobną akcję z najnowszej starwarsowej gry - "Star Wars: Battlefront". Nie jest to jednak zwykłe porównanie. To mash-up scen z filmu oraz rozgrywki ze wspomnianej gry. Co w tym niesamowitego? Cóż - zobaczcie sami.


Szczerze mówiąc - na początku w ogóle nie przeczytałem, o co chodzi w tym filmiku. Zwyczajnie pojawił mi się gdzieś na Fejsie, kliknąłem w niego i przewinąłem mniej więcej do połowy. A tam - pościg. No fajnie, ale co w tym wyjątkowego? Dopiero po chwili się zorientowałem, w czym tkwi sedno całej sprawy. Na pierwszy rzut oka trudno rozgryźć, która scena pochodzi z filmu, a która z gry!

Dopiero po chwili dotarło do mnie, jaka część materiału wycięta została z "Powrotu Jedi". Co wstrząsnęło mną jeszcze bardziej - z filmu pochodzą te mniej efektowne i bardziej sztuczne sceny! Tak, wiem, że dziwnie porównywać produkcję z początku lat 80. i grę wykorzystującą moc najnowszych pecetów oraz konsol. Ale ileż to rzeczy udowadnia!

Że gry stały się bardziej emocjonujące niż niejeden filmowy hit - to jedno. Że zbliżają się coraz bardziej do fotorealizmu (choć to może za mocne słowo) - to drugie. Że nie potrzeba już uproszczeń w reżyserii gier, które trzeba było stosować jeszcze przecież parę lat temu. Z każdym rokiem pozwolić sobie można na jeszcze więcej - z każdym rokiem wszystko wygląda jeszcze naturalniej.

I dlatego chociażby dziwi mnie fakt, że film na podstawie "World of Warcraft" będzie połączeniem gry aktorskiej z niezachwycającymi wcale wirtualnymi postaciami. Można było zrobić świetną, wręcz fotorealistyczną animację, która zachwycałaby krytyków i mogła spokojnie powalczyć o Oscara. A tymczasem dostajemy coś, co wygląda jak gorsza wersja "Hobbita".

Gdy byłem stosunkowo młody, pewnie w okolicach pobytu w gimnazjum, kupiłem sobie na DVD film "Final Fantasy VII: Advent Children". Co jest dość zabawne, bo w FFVII nigdy w życiu nie miałem okazji grać. Ale film kupiłem i obejrzałem - a potem byłem zachwycony poziomem graficznym tej produkcji. Całkowicie animowana, przypominającą poziomem najlepsze cut-scenki z gier.


Przy okazji tego wpisu zajrzałem na YouTube, by ponownie zachwycić się "Advent Children". Oniemiałem. Piękno uciekło, a animacje o lepszych wizualiach pokazuje się dziś na Cartoon Network, Disney XD i całej reszcie tego typu kanałów. Ba - wiele gier wygląda lepiej od filmowego "Finala"! Pomyślcie więc, ile moglibyśmy zrobić, tworząc odpowiednik "Advent Children" w dzisiejszych czasach, dla współczesnego hitu. Jakież animowane cudo mogłoby powstać!

Choć może nie potrzeba już nam idealnych filmików z gier, skoro to same gry wyglądają coraz piękniej?



Więcej o "Star Wars: Battlefront" opowiem dziś w swojej cotygodniowej audycji o grach - Vice City FM. Słyszymy się o 20 na www.radio17.pl

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Chcę śnić czarne loki splątane


Mało jest tak wspaniałych historii w grach wideo, jak w trzecim "Wiedźminie". Historii, które poruszają tak mocno, że myśli się o nich jeszcze po odejściu od komputera czy konsoli. Historii, które chce się przeżyć jeszcze raz, jak najszybciej. Których nie udźwignąłby żaden film czy serial, a książka nie pozwoliłaby aż tak wczuć się w tę opowieść.

Gdy tylko skończyłem "Dziki Gon", pomyślałem: "cholera, potrzebuje jeszcze jednej takiej historii". Chciałem fabuły, która nie jest jedynie marnym zlepkiem paru scen, będących pretekstem do robienia sieczki z kolejnych tabunów wrogów. Potrzebowałem... przeżycia. Historii, która napotkana w naszym prawdziwym świecie, zapadłaby nam w pamięć do końca naszych dni.


Padło na drugi sezon epizodycznej gry "The Walking Dead" od studia Telltale Games. Pliki ze wszystkimi pięcioma "odcinkami" tego tytułu przeleżały u mnie na konsoli około roku. Nie potrafiłem się jakoś zabrać za tę produkcję, chociaż jej pierwsza część oraz inna gra od jej twórców, "The Wolf Among Us", spodobały mi się niesamowicie. Bo były HISTORIAMI.

I gdy wreszcie odpaliłem sezon drugi growego "The Walking Dead", wiedziałem, że znów trafiłem pod dobry dach. Opowieść o małej dziewczynce przemierzającej świat po apokalipsie zombie jest czymś naprawdę niesamowitym. Tytuły od Telltale Games są właściwie bardziej interaktywnymi filmami niż typowymi grami, ale są interaktywne wystarczająco mocno, by poczuć moc tego growego wciągnięcia się w opowieść.

To wszystko tylko wirtualni ludzie. Niezbyt nawet ładni, bo twórcy nie postarali się o jakąś cudowną grafikę. Ale coś jednak strzela w głowie, gdy w "The Walking Dead" musisz wybrać między dwiema z tych nierzeczywistych osób. Musisz pomóc jednej z nich, zostawiając drugą na pastwę losu. I tak naprawdę nie wiesz, jak się ta historia skończy. Czy rzeczywiście Twoje dobre chęci na cokolwiek się zdadzą? Czy masz myśleć "tego lubię, ale ona się nam bardziej przyda", czy też polegać wyłącznie na swoich emocjach?


Zgadza się - emocjach. Odczuciach. Zaufaniu. Do wirtualnych postaci, choć wiem, jak dla wielu osób niezaznajomionych z tematem może to brzmieć abstrakcyjnie. Bo jak to tak? Przecież to wyłącznie kupa algorytmów! Ale hej - czy nie współczuliście kiedyś jakiemuś bohaterowi książki czy filmu? Nie zapłakaliście nad losem bohatera tak, jak wymarzył sobie tego autor danego dzieła? A z grami więź jest jeszcze mocniejsza. Bo tu bardziej niż gdziekolwiek indziej wczuwamy się w rolę naszego herosa. Nie stoimy obok, a praktycznie jesteśmy nim. 

Małą dziewczynką samą w wielkim świecie. Wiedźminem Geraltem poszukującym ukochanej osoby. Kapitanem statku kosmicznego, który stoi przed wizją utraty swojej załogi. Wschodnioeuropejskim imigrantem, przybywającym nielegalnie do USA. Ba, nawet zwykłym żołnierzem, którego zadaniem jest sprać parę tyłków.

Bo i jego historię można porządnie opisać. Można ją jednak i spieprzyć. Po "The Walking Dead" zabrałem się za "Army of Two: The Devil's Cartel". Strzelanka, szczerze mówiąc - średnio przyjemna. Między innymi przez swoją głupią, zupełnie niepotrzebną fabułę, która jest wyłącznie pretekstem do zabijania kolejnych setek przeciwników. Potem przyszła pora na grę o snajperze. Nie pamiętam nawet jej tytułu. Taka sama sytuacja. Fabuła to totalny bullshit, którego równie dobrze mogłoby nie być. Bo przecież tu i tak chodzi o jedno - zabijanie.

Po "Wiedźminie" przestało mnie to kręcić już praktycznie całkowicie. Nie chcę gier bez dobrych opowieści. Mam dość pustej rozrywki, nawet, jeśli sprawia ona mi ciągle radość. Domagam się czegoś więcej. Czegoś, co zatrzyma mnie przy konsoli do drugiej w nocy nie z powodu myśli "jeszcze jedna plansza...", ale "chcę wiedzieć, co będzie dalej". A gdy już odejdę od gry...

fiołkowe oczy mokre od łez.



Przypominam przy okazji, że więcej o grach będę mówił dziś w swojej cotygodniowej, wtorkowej audycji radiowej. "Vice City FM" posłuchacie na Radio17.pl od 20 do 21.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie grafiki z serwisu DeviantArt.

Nie tylko Wiedźmin. Historia polskich gier komputerowych


Gdy pod koniec maja na światowych półkach sklepowych zadebiutował "Wiedźmin 3", mało komu udało się umknąć od szumu wokół tego wydarzenia. I nie chodzi mi tu tylko o świat nerdów i geeków, zatroskanych o losy gier wideo. O "Wiedźminie 3" mówiły bowiem wszystkie polskie media, od tych najbardziej specjalistycznych, po najbardziej mainstreamowe. 

Growa adaptacja prozy Sapkowskiego już od jakiegoś czasu jest zresztą uznawana za swoisty synonim określenia "polska gra komputerowa". Nikogo chyba już nie zdziwi już przytoczenie kultowej i przełomowej (według wielu) sytuacji, kiedy to amerykańskiemu prezydentowi, podczas jego pobytu w naszym kraju, podarowano właśnie paczkę z wiedźmińskimi grami i książkami. Od dawna szukaliśmy rozpoznawalnego produktu eksportowego, symbolu Polski na arenie międzynarodowej. Teraz wreszcie go mamy - "Wiedźmina 3" promowano wielkimi bilboardami nawet na Times Square.

Ale przygody Geralta z Rivii nie są jedynymi polskimi grami, z jakimi liczy się cała branża. Mamy także inne tytuły znad Wisły, które rozeszły się na świecie w milionach egzemplarzy. I dlatego właśnie teraz, w trakcie czegoś, co możemy chyba spokojnie nazwać boomem na polskie produkcje, warto dowiedzieć się, jakie są korzenie gamedevu w Polsce.


Jak to się stało, że u nas, po tej gorszej stronie żelaznej kurtyny, udało się zasiać zainteresowanie komputerami? Dlaczego błędne jest przekonanie, iż dobre gry w Polsce robi się dopiero od niedawna? Skąd wziął się Adrian Chmielarz, chyba najbardziej rozpoznawalna na świecie (i zarazem najbardziej kontrowersyjna) osobistość nadwiślańskiego gamedevu? I wreszcie - jak to się stało, że pierwszą produkcją na licencji "Wiedźmina" była... gra SMS-owa?

Na te i wiele, wiele innych pytań, postanowił odpowiedzieć za pomocą pełnoprawnej książki nie byle kto. Nie można bowiem chyba siedzieć w polskim światku gier (szczególnie konsolowych) i nie kojarzyć Marcina Kosmana, wieloletniego redaktora magazynu "PSX Extreme", a do niedawna naczelnego serwisu Polygamia.pl. Całe więc szczęście, że to właśnie on wpadł na pomysł napisania książki o historii polskich gier komputerowych.

Na zdjęciu Marcin Kosman wraz ze swoją książką.
Źródło: OpenBeta.pl
Czterysta stron oprawione w świetną, humorystyczną okładkę autorstwa naczelnego rysownika branży, Śledzia, przynosi ze sobą wszystko to, czego moglibyśmy po tego typu pozycji oczekiwać. Cała historia zaczyna się jeszcze na początku drugiej połowy ubiegłego wieku, przynosząc ze sobą wszelkie informacje, jakich spragniony wiedzy gracz mógłby poszukiwać. Są pierwsi, amatorscy twórcy, tworzący swoje małe produkty samodzielnie, są grupy ich zrzeszające, zmieniające profil na coraz bardziej profesjonalny. Wreszcie - są pierwsze kontakty z Zachodem, zarówno w kwestiach dystrybucji zagranicznych hitów w Polsce, jak i wydawania naszych nadwiślańskich produkcji nawet i w Stanach.

Obfita w liczne zabawne anegdoty opowieść brnie do przodu w równym tempie, przynosząc ze sobą całą masę smaczków, wśród których każdy gracz znajdzie coś dla siebie. Mi ta książka przyniosła radość dwojaką. Najpierw mogłem wreszcie poznać kulisy legendarnej epoki w polskich grach, w której nie dane mi było jeszcze żyć. Te wszystkie początki, chałupnicze próby tworzenia hitów i wydawanie takich tytułów jak "Franko", które mi znane są jedynie z opowieści - to coś niesamowitego. Zawsze uwielbiałem czytać retro opowieści o grach sprzed lat, a w swej książce Kosman zebrał te wszystkie istotne historie z polskiego gruntu w jedną całość, tworząc wciągającą książkę, przynoszącą co strona wielkie garści ciekawostek, wywołujących banan na twarzy.

Podobną radość sprawiła mi jednak również druga część tej pozycji. Ta opowieść, którą znałem już z własnego doświadczenia, którą śledziłem na bieżąco, aktywnie siedząc przez wiele lat w branży gier. To dla mnie trochę taki sentymentalny wehikuł czasu, szczególnie podczas czytania o tytułach, które... nigdy nie wyszły. Do dziś pamiętam bowiem śledzenie informacji na ich temat, czytanie licznych zapowiedzi, a wreszcie całkowite zapomnienie o tych produkcjach w natłoku wielkich premier. Dzięki Marcinowi Kosmanowi mogłem więc nie tylko poznać historie mi nieznane, ale też przypomnieć sobie te, z którymi obcowałem na co dzień. Nie było jednak w tym nic nudnego, a raczej właśnie takiego nostalgicznego, sentymentalnego. 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Książka napisana jest prosto, ale na pewno nie prostacko. To luźna lektura, której flow złapie od razu każdy, kto choć trochę rozumie świat gier.  Dla młodszych - świetna rzecz, by poznać historię tego, co składa się na ich grową pasję. Dla starszych - świetna rzecz, by powspominać w naprawdę dobrym stylu "stare, dobre czasy". I choć można by powypominać tu trochę autorowi błędy redakcyjne czy innych tego typu formalności, nie czuję przesadnie takiej potrzeby. Problemy znikają bowiem sprzed oczu w czasie lektury, gdy z każdym kolejnym rozdziałem książka coraz bardziej odkurza w Tobie z pyłu miłość do gier.

Jeśli jesteś graczem - kupuj. Jeśli masz znajomego gracza - kup mu tę książkę na prezent. Dla polskiego miłośnika wirtualnej rozrywki jest to naprawdę must-read. Polecam.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Mistrzostwa Świata Pokémon istnieją!


Ta informacja nie zmieni Waszego życia. Ale, kto wie, może zwyczajnie poprawi Wam humor czy po prostu "zrobi dzień". Bo przecież nie codziennie dowiadujesz się, że naprawdę istnieje coś takiego jak Mistrzostwa Świata Pokémon.

Dzisiejsza historia nie rozpoczyna się jednak od razu wielkim okrzykiem radości. Całe mnóstwo internautów o istnieniu Mistrzostw dowiedziało się bowiem dopiero przedwczoraj, gdy do sieci trafiła pewna niepasująca na pozór zupełnie do tematu informacja. Oto bowiem bostońska policja aresztowała dwójkę mężczyzn w wieku 18 i 27 lat, znajdując przy okazji w ich mieszkaniu sporo nielegalnej broni, w tym shotguna czy karabin AK-15. Zatrzymanie miało miejsce na odbywających się w ubiegły weekend Mistrzostwach Świata Pokémon w Bostonie. Dlaczego jednak w ogóle do tegoż aresztowania doszło?

Otóż na niedługo przed imprezą obaj mężczyźni zamieszczali w internecie swoje groźby skierowane do uczestników Mistrzostw. Spodziewano się przejścia od gróźb do czynów, toteż policja prewencyjnie zajęła się sprawą. Jak się okazuje po znalezieniu broni u zatrzymanych - aresztowanie rzeczywiście się opłaciło. Internautów bardziej niż sprawa ewentualnej masakry zainteresowało jednak coś innego...

Szybko w sieci zaczęły pojawiać się komentarze w rodzaju: "czy tylko mnie bardziej dziwi w tym newsie to, że istnieje coś takiego jak Mistrzostwa Świata Pokemon?". Lajki pod tego typu tekstami się sypały, a całe mnóstwo ludzi z uznaniem kiwało głowami, śmiejąc się pod nosem. Rzeczywiście - nikt tu nikogo nie oszukuje. Mistrzostwa Świata Pokémon rzeczywiście istnieją i odbywają się corocznie już od ponad dziesięciu lat!


Oczywiście, nikt na nich nie rzuca Pokéballami, z których wylatują maskotki śmiesznych potworków, stających następnie w szranki. Od roku 2004 Mistrzostwa zbierają najlepszych na świecie graczy w karciankę z Pokémonami, będącą za czasów mojego dzieciństwa popularną także w Polsce. Pewnie niejeden z Czytelników bloga pamięta starter decki i opakowania z losowo dobranymi kilkoma kartami, dostępne między innymi w Empikach. Dziś nad Wisłą Pokémon TCG (skrót od Trading Card Game) jest już rzeczą raczej zapomnianą, ale na świecie ciągle karcianka ta ma wielu fanów. 

Mistrzostwa Świata Pokémon od 2009 roku zaczęły jednak przyglądać się również grom wideo. Od tegoż czasu, poza walkami karciankowymi, na Mistrzostwach odbywają się także boje wirtualne, rozgrywane na przenośnych konsolach Nintendo. Także w ostatni weekend miały miejsce e-sportowe zmagania - tym razem w grach "Pokémon Omega Ruby" i "Pokémon Alpha Sapphire", czyli odświeżonych wersjach gier pochodzących jeszcze z czasów Game Boya.


Ciągle to jednak mistrzostwa w karciance są tymi bardziej prestiżowymi. Każdy Mistrz Świata Pokémon TCG otrzymuje nagrodę w wysokości 25 tysięcy dolarów. Mistrz Świata w wirtualnych "Pokémonach" musi się natomiast zadowolić "raptem" 10 tysiącami zielonych. Na zaproszenie na Mistrzostwa trzeba sobie jednak zasłużyć. "Karciankowcy" mogą wykazać się na całej serii eventów, wliczając w to mistrzostwa pojedynczych miast, regionów czy całego państwa. Choć Mistrzostwa Świata zawsze odbywają się w Stanach Zjednoczonych i to ten kraj ma największą liczbę reprezentantów, w zmaganiach uczestniczą także zawodnicy z takich krajów jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, RPA czy - oczywiście - Japonia, czyli miejsce narodzin Pokémonów.

Na koniec natomiast ciekawostka dla tych, którzy na napisach końcowych filmów czy gier szukają zawsze polskich nazwisk. Jedną z najważniejszych postaci w karciankowym świecie Pokémon jest bowiem niejaki Jason Klaczynski. Jest on jedynym do tej pory graczem, któremu udało się kilkukrotnie zdobyć tytuł Mistrza Świata Pokémon TCG. Jason na swoim facebookowym fanpage'u przyznał kiedyś, że jego nazwisko nie jest przypadkowe i rzeczywiście ma on polskie korzenie.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Nie liczę godzin i lat (i headshotów)

Na zegarku wybija dwudziesta trzecia, a mnie już naprawdę porządnie dopada senność. A dziw to dla mnie nieziemski, bo przecież jeszcze jakiś czas temu łóżko przyciągało mnie dopiero o trzeciej czy nawet czwartej w nocy! No więc jak to tak - położyć się już teraz spać czy jeszcze próbować chwilę przetrwać?

Zapada decyzja: przeczekam do północy, wrzucę post na bloga i wtedy usnę już totalnie jak niemowlak. Co jednak robić przez najbliższą godzinę? Konsola uśmiecha się do mnie swoim pożądliwym spojrzeniem. Odpowiadam jej tym samym, łapię za pada, zakładam na głowę słuchawki i wskakuję do zniszczonego przez kosmitów Nowego Jorku. Tylko na chwilkę, tylko na momencik. W końcu jestem taki śpiący...

Grafika na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com
O północy, gdy miałem odejść od konsolowych sterów, orientuję się, że chęć do snu ze mnie wyparowała. Ale spokojnie - zaraz na pewno wróci! Wrzucam więc post na bloga i stwierdzam, iż jeszcze chwilkę mogę przy konsoli posiedzieć. Pół godziny, wtedy już na pewno będę umierał! Gdy wreszcie odłożyłem pada i rzuciłem się na poduszki, okazało się, że na zegarku zaraz wbije godzina druga.

Naprawdę - nie ma niczego, co tak długo potrafiłoby mnie przytrzymać przy sobie jak gry. Nocne czytanie książek? Pewnie, da się zrobić, ale w pewnym momencie żaden tekst nie potrafi wygrać z posklejanymi oczętami. Filmy? Zwykle w ostatnich minutach sprawują się lepiej od najsłodszych kołysanek. Muzyka? Rany - ja kiedyś do snu puszczałem sobie Behemotha!

A gry? Z nimi nie ma tak łatwo. Przed rozpoczęciem rozgrywki możesz sobie myśleć: "no, pogram z pół godziny i zmykam". Ale samo odpalenie gry to już znak, że jest za późno na ratunek dla Ciebie. Pierwszy headshot, pierwszy zaszlachtowany mieczem potwór, pierwszy pokonany kilometr w wirtualnym mieście - i już jesteś w pułapce. Wybałuszasz oczy, skupiasz wzrok na ekranie i chcesz więcej, więcej, więcej!


Pal licho z tym snem - najwyżej rano trzeba będzie przygarnąć kawę albo jakiegoś energetyka. Ale mi kilkukrotnie już zdarzyło się spóźnić na zajęcia, bo "zdążę jeszcze jeden meczyk pyknąć". Myślałem, że przez pół godziny wolnego czasu nie wsiąknę. Błąd!

Gry bardziej niż cokolwiek innego zakrzywiają poczucie czasu. Chociaż wiele może zauważyć w tym niewątpliwie plus. Ot, na przykład - gry tak skupiają na swojej rozgrywce, że można całkiem łatwo zapomnieć o głodzie! Jest dwudziesta trzecia, a Ty nie chcesz już nic podjadać przed snem albo zwyczajnie nie chce Ci się ruszyć tyłka do kuchni? Odpal grę i postrzelaj do obcych! Nie żartuję - to naprawdę działa!

No to teraz wracam do "Wiedźmina"...

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Najlepsza rzecz w Wiedźminie


Geralt z Rivii miał ze mną ciężką przeprawę. Najpierw spotkaliśmy się przy okazji pierwszej części słynnej gry z jego udziałem. Wrażenia? To nie tytuł dla mnie. Pograłem dwie, trzy, no - maksymalnie cztery godziny. Potem odłożyłem na półkę. Może to dlatego, że nie podchodziło mi granie na pececie i jako fanatyk pada na myszkę i klawiaturę spoglądałem, delikatnie mówiąc, z niesmakiem.

Mimo średniofajnych wspomnień, spotkaliśmy się z Geraltem na browarze jeszcze raz. Tym razem przy okazji drugiej części gry, która tym razem wreszcie ukazała się także na konsole. Posiedzieliśmy trochę razem, popiliśmy, ale znów - to nie było to. Wytrzymałem dłużej niż poprzednio, jednak "Zabójców królów" nie skończyłem. Myślę, że z dziesięć godzin przy tym wytrwałem. Potem? Kurczę, nie wiem - po prostu byłem jakby znudzony.

Tak, wiem, że grzeszę, nie jestem prawdziwym Polakiem itepe, itede. Taka niestety była rzeczywistość - growy "Wiedźmin" do mnie nie przemawiał. Dlatego mówiłem sobie od początku: "od trójki trzymasz się z daleka, Majk!". 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Starałem się, naprawdę się starałem. Nie przywiązywałem jakiejkolwiek wagi do nadchodzącej premiery gry, bo ciągle miałem w głowie dość toporne poprzednie części "Wiedźmina". Ale nie dałem rady. Cały hype, kampania reklamowa, MNÓSTWO contentu wrzucanego przez fanów (w tym znajomych) na Facebooka przeważyło szalę - MUSIAŁEM W TO ZAGRAĆ!

Chwilę jeszcze powstrzymywały mnie przed tym sklepy. Dlaczego? Bo nigdzie w Krakowie nowego "Wiedźmina" na Xboksa nie było! Wszędzie wykupiony, chociaż wersja pecetowa walała się na półkach. "Całe szczęście - myślałem - może akurat przejdzie mi zajawka i nie wydam tego hajsu zostawionego na czarną godzinę!". Ale wtedy przypomniało mi się istnienie zbawiennej cyfrowej dystrybucji. Kupiłem więc "Wiedźmina" bez pudełka i z niecierpliwością patrzyłem przez kolejną godzinę, jak kilkudziesięciogigowy plik ściąga się na moją konsolę. A potem?

Potem mi się spodobało. Cholernie spodobało.

Źródło: fanpage "Wiedźmina"
Po pierwsze - jest piękno. Jest niesamowita gra świateł, dzięki które cudowne wschody słońca możemy oglądać teraz codziennie o dowolnej porze, bez potrzeby wstawania z samego rana. Po drugie - przeogromny świat i tona rzeczy do roboty. Nigdy nie miałem takiej ochoty porzucić wątku głównego w erpegu na rzecz hasania po łąkach i bezcelowego zabijania bandziorów oraz potworów. Po trzecie - jest tu to "coś", ten konkretny feeling, którego brakowało mi w poprzednich częściach. Może to fakt, że trzeci "Wiedźmin" wreszcie jest naprawdę współczesną grą, z o wiele mniejszą ilością archaicznych zagrań niż poprzednie odsłony. Nie wiem. Wiem za to, że to wszystko zmienia nowe przygody Geralta w niesamowicie wciągającą grę, przy której półgodzinna sesja zamienia się w siedzenie nad padem do trzeciej w nocy.

Ale jest jeszcze jedna, czwarta rzecz, która non stop chodzi mi po głowie. Nazwałem ją w tytule tą najlepszą, jaka przydarzyła się nowemu "Wiedźminowi", choć oczywiście jest to jakaś tam przesada. Dla mnie jednak wcale nie aż tak duża, bo dostałem od CD Projekt RED naprawdę element gry, w którym można się całkowicie zatracić. O czym mowa? O... grze karcianej Gwint.


Ja trzymam się zasadniczo z daleka od jakichkolwiek minigierek tego typu w wielkich produkcjach. Zabierają mi czas, są zwykle średniociekawe i nie przynoszą przesadnej radochy. Ale z Gwintem jest inaczej. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby w ogóle spróbować pobawić się tą opcją. Zrobiłem to jednak i już po pierwszej partyjce wirtualnej karcianki chciałem więcej.

Gdy piszę te słowa, jestem po mniej więcej godzinnej walce w "Wiedźminie". Nie, nie z wielkim, przebrzydłym bossem. Moim przeciwnikiem był chłop, regionalny mistrz w Gwinta. Rozegraliśmy minimum dwadzieścia partii, aż szczęśliwa gwiazda zaświeciła wreszcie nade mną. Skończyłem przed drugą w nocy, a spać mi się nie chciało w czasie gry ani trochę. To było emocjonujące niczym finałowe walki z bossami w wielu innych erpegach!

Jestem bardzo kiepski w wykładaniu zasad tego typu gier, dlatego, jeśli macie ochotę dowiedzieć się, o co konkretnie chodzi polecam zajrzeć TU lub obejrzeć poniższy np. poniższy filmik. Ja natomiast powiem Wam jedno - chcę Gwinta w wersji fizycznej. Takowy został wypuszczony jedynie w wersji kolekcjonerskiej na Xboksa, a to zdecydowanie za mało. Chcę różnych talii, zestawów kart do kupienia w Empiku i całej reszty. Gwint ma tak niesamowity potencjał do zostania królem nerdowskich imprez, że CD Projekt powinien jak najszybciej wziąć się w garść i ogarnąć wydawanie takich bajerów.


“Czekaj, wiedźminie... Wyglądasz mi na światowca. Umiesz może grać w gwinta?”
Posted by The Witcher on 10 czerwca 2015

Kiedy już to się zdarzy, będę pierwszy w kolejce do zebrania kumpli w mieszkaniu i wytłumaczenia im, o co chodzi. Gwint jest niesamowicie prosty do zrozumienia, ale już porządna rozgrywka wymaga myślenia i dawki szczęścia. To gra dla każdego, która może spodobać się także ludziom siedzącym poza uniwersum "Wiedźmina".

I tylko jeden minus widzę tego całego Gwinta - boję się, że przez niego "Dziki Gon" skończę jeszcze później niż myślałem. Bo wiecie, z moim obecnym wolnym czasem, planowałem, iż przejdę go w ciągu najbliższego pół roku. Przez Gwinta będę musiał chyba jednak wydłużyć ten okres o kolejne sześć miesięcy...

Wy natomiast, jeśli nie gracie jeszcze w "Wiedźmina", a macie taką możliwość (czyli macie konsolę lub wystarczająco dobrego kompa) - pędźcie do sklepu i zaopatrujcie się w to cudo. "Dziki Gon" jest po prostu znakomity i dokładnie tak dobry, jak wszyscy mówią. Potwierdzam to ja - człowiek, któremu poprzednie części niezbyt się spodobały.

To co? Pora chyba zabrać się też wreszcie za książki, prawda?

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Kulturalne oszczędzanie

Nawet, gdy się bardzo tego pragnie, utrzymywanie ciągłego kontaktu z dziełami kultury wcale nie jest takie łatwe. Książki po czterdzieści złotych, konsolowe nowości, których cena przekracza często dwieście peelenów, drogawe filmy na Blu-rayu czy dla wielu nawet i wersje DVD. Nie jest łatwo żyć kulturą - szczególnie, gdy ogranicza nas studencki budżet.

Wielu powiedziałoby - przecież to wszystko można mieć za darmo z internetu! Pewnie, ale co, jeśli chcemy być fair wobec twórców i pragniemy sięgać jak najczęściej po źródła legalne? Pozostaje nam grzebanie w koszach z promocjami, częste odwiedzanie stacjonarnych księgarń czy sklepów oraz buszowanie w promocjach, licząc na to, że wśród tłumu kiczu znajdziemy coś naprawdę wartego uwagi.

Na szczęście również i w legalnym zdobywaniu dzieł kultury internet przybywa nam z pomocą! Istnieje bowiem coraz więcej serwisów, które pragną wesprzeć użytkowników sieci w szukaniu najatrakcyjniejszych ofert na książki, gry czy filmy. I nie mówię tu wcale o porównywarkach cen, gdzie musimy pędzić z dokładnie rozplanowanymi zakupami! Są bowiem strony, które po prostu zbierają najświeższe informacje o wszelkich ciekawych promocjach kulturalnych. I dziś na blogu przybliżę Wam cztery z nich.

Grafika powstała na bazie zdjęcie z serwisu Flickr.

Najmniej znany z dzisiejszej Wielkiej Czwórki, warto więc zacząć od niego. Dość mała popularność Filmożerców (niecałe 200 lajków na Facebooku) nie dziwi - wszak jak wynika z moich obserwacji, najrzadziej w Polsce kupuje się filmy. Bo filmy lubi każdy i każdy wie, że można je obejrzeć za darmo online albo pobrać z torrentów. W pełni legalnych fanów kina jest więc w naszym kraju stosunkowo mało. 

Ja sam dopiero niedawno zacząłem budować swoją małą kolekcję Blu-rayów, opierając ją - jak na razie - wyłącznie na naprawdę dobrych promocjach. A to się animacje Disneya trafiły po dwadzieścia złotych za sztukę, a to jakaś fajna komedia wpadła za dyszkę. To moje odkrywanie promocji w dużej mierze wiązało się jednak z częstym zaglądaniem do sklepów. Wbijałem do Media Marktu czy innego Saturna i przetrzepywałem wzrokiem dokładnie półki z filmami albo po prostu wbijałem od czasu do czasu na Empik.com i spoglądałem na ostatnie promocje.

Teraz wszystko to powinno stać się trochę łatwiejsze. Odkryłem bowiem Filmożerców, na których nie tylko pojawiają się informacje na temat świetnych promocji w polskich sklepach, ale zebranych jest tu także sporo ofert z zagranicznych stron, takich jak Zavvi czy Amazon. Są Blu-raye, są DVD, a nawet - co ciekawe - pojawiają się tu od czasu do czasu komiksy. 

Jeśli więc i Wy chcielibyście zacząć przerzucić się na legalne oglądanie filmów, zaglądajcie właśnie do Filmożerców. Niektóre ceny podrzucane przez ten serwis potrafią naprawdę pozytywnie zaskoczyć.



Z ogarnięciem aktualnych promocji growych szczególne trudności mogą mieć posiadacze pecetów. To oni bowiem zasypywani są co chwile nowymi serwisami zajmującymi się cyfrową dystrybucją, z których każdy codziennie wrzuca nowe, gorące oferty. Dlatego też na Łowcach Gier potrafi pojawić się czasem nawet i kilkanaście osobnych postów z najświeższymi promocjami.

Serwis ten zajmuje się natomiast dosłownie każdym możliwym tytułem, każdą platformą i każdym modelem dystrybucji. Są wspomniane już promocje cyfrowe dla pecetowców, są świetne przeceny na gierki na smartfony, zdarzają się wreszcie mocne oferty na pudełka z produkcjami konsolowymi. Są serwisy polskie, są serwisy angielskie, są wielkie sieci i małe sklepiki. Słowem - wszystko, czego możecie zapragnąć, będąc graczem.



Z książkami jest zasadniczo bardzo jasna sprawa - jeśli chcesz naprawdę na nich zaoszczędzić, kupuj czytnik. Wydawać się może absurdalnym, że przed skorzystaniem z super ofert należy zaopatrzyć się za sprzęt za nawet i kilka stówek? Uwierz mi - wydatek szybko się zwróci, gdy zorientujesz się, o ile tańsze od papierowych książek potrafią być ich cyfrowe odpowiedniki.

W świecie e-booków niejednokrotnie bowiem zdarzają się dni, kiedy polskie wirtualne księgarnie oferują nawet kilka naprawdę niezłych tytułów po raptem dziesięć złotych. Te same pozycje możecie kupić w wersji papierowej, pewnie - wtedy jednak zapłacicie nawet czterdzieści (albo i więcej) peelenów. Dla mnie wybór jest jasny.

A jak poradzić sobie z ogarnięciem e-bookowych promocji? Po pierwsze - jest Upoluj Ebooka, czyli serwis łączący zbiór najciekawszych w danej chwili ofert z klasyczną porównywarką cen. Można też zobaczyć, co kupują najchętniej inni użytkownicy serwisu albo też na jaki tytuł w okazyjnej cenie najczęściej polują. Fajna i przydatna rzecz.

Dla mnie jednak centrum wiedzy e-bookowej jest zdecydowanie Świat Czytników. Autor tego serwisu codziennie (a przynajmniej od poniedziałku do piątku) wrzuca wszelkie możliwe promocje, na jakie w danej chwili możemy liczyć, jeśli chodzi o polskie księgarnie cyfrowe. Każdego dnia wbijam na Świat Czytników około południa i staję przed tak ogromną liczbą promocji, że czasem trzeba nad tym naprawdę chwilę przysiedzieć. Szczególnie, gdy trafiają się ceny w rodzaju wspomnianego już 9,90 PLN. 

Źródło: Flickr.com
Pamiętajcie jednak, by przed wzięciem się do obserwowania kulturalnych promocji dokładnie przemyśleć ten ruch - może się bowiem okazać, że niektóre okazje tak Was skuszą, że... stracicie w tym miesiącu więcej pieniędzy na kulturę niż w poprzednich. A przecież mieliście oszczędzać, no nie?

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Majk na mikrofonie

Co bardziej uważni Czytelnicy MajkOnMajk niewątpliwie zauważyli, że od jakiegoś czasu mam okazję przemawiać do Was ludzkim głosem za pomocą internetów. Mniej więcej od grudnia od czasu do czasu pojawiałem się na antenie krakowskiego Radia17, by poopowiadać pseudośmieszne żarty i popuszczać totalnie asłuchalną muzykę. To, co było w tym wszystkim najfajniejsze, to informacja od Was, że chciało się Wam mej gadaniny słuchać. Były komentarze, wiadomości, snapy z odpaloną audycją. Mega!

Zawsze jednak pojawiało się pewne konkretne pytanie: "kiedy znowu będziesz w radiu, Majk?". Czasem od tych, którym się spodobało moje nawijanie, czasem od tych, którzy na odsłuch się spóźnili. Dla wszystkich tych nadeszła świetna informacja - od teraz będę się pojawiał w radiu regularnie. I żeby było jeszcze fajniej, będziecie mogli na mój głos trafić dwa razy w tygodniu, o - jak mi się wydaje - całkiem przystępnych godzinach.

Po pierwsze, będę robił to, co miałem okazję robić do tej pory. "Popołudnie Inaczej" to taka swojska, typowo radiowa audycja, którą codziennie przejmuje ktoś inny. Jest raczej mainstreamowa muzyczka, są ciekawostki ze świata, jakiś temat przewodni. To właśnie w ramach tej audycji miałem okazję kilka razy pojawić się w radiowym światku, a że była to rzecz całkiem przyjemna do tworzenia, postanowiłem robić to dalej. Tak jak już wspomniałem - teraz już regularnie.

W "Popołudniu Inaczej" na Radio17.pl będziecie mnie więc mogli usłyszeć w każdą środę, w godzinach 17-19. Akurat na relaks po ciężkim dniu w pracy, w szkole, na uczelni! Czego się można spodziewać po moich wystąpieniach? O nieśmiesznych tekstach prowadzącego mówiłem na serio, ale muzycznie to już trochę kłamałem. Co prawda nie mogę sobie puszczać czego tylko mam ochotę i muszę dostosowywać się do koncepcji "Popołudnia Inaczej", ale zawsze staram się coś tam wpleść także od siebie. Jeśli ktoś słuchał moich poprzednich audycji, to dobrze wie, że potrafię wrzucić na playlistę "amynlowłyfdekoko", Run the Jewels czy po prostu radiowe hity ze Stanów, których w Polsce jeszcze nikt nie puszcza. 

Źródło: Flickr.com
Jak jednak wspomniałem, będziecie mogli mnie w ciągu tygodnia usłyszeć jeszcze raz. I projekt numero secundo jest już moim prywatnym projektem, swoistym oczkiem w głowie. Co starsi stażem Czytelnicy bloga mogą pamiętać, z jakim rozmarzeniem rozpisywałem się kiedyś o możliwości prowadzenia własnej audycji czy podcastu o grach wideo. Jak już się pewnie domyślacie - dreams coming true. 

"Vice City FM" to projekt, o którym nazwa mówi właściwie wszystko. Będzie to połączenie luzackiego gadania o grach oraz świetnej muzyki. Każdy program będzie zawierał nie tylko swój growy, ale i muzyczny temat przewodni. Przygotujcie się na najlepsze radiostacje z serii "Grand Theft Auto", świetne soundtracki z Waszych ulubionych tytułów, no i - ponownie - totalnie nieśmieszne teksty prowadzącego. 

Kiedy startuje "Vice City FM"? Już DZIŚ! Audycję słuchać będzie można w każdy wtorek, w godzinach 20-21, na Radio17.pl. Pierwszy odcinek to najbardziej nietypowe połączenie, na jakie można było wpaść - luźna recenzja gry "Dragon Age: Inkwizycja", plus kultowa radiostacja Emotion 98.3 z "GTA: Vice City". Zabijanie smoków w rytmie lat osiemdziesiątych? Why not?!

By być na bieżąco z kolejnymi audycjami i zabawnym contentem związanym z grami, koniecznie polubcie fanpage "Vice City FM" (KLIK). To on będzie moim radiowym centrum w internatach, a na Facebooku MajkOnMajk będę przypominał o swych wystąpieniach tylko od czasu do czasu. 

Pamiętajcie więc - już dziś, o godzinie 20, pierwsza audycja z cyklu "Vice City FM", a jutro, w godzinach 17-19, puszczam muzyczne hity w "Popołudniu Inaczej". W obu przypadkach link jest jeden - www.radio17.pl

Miłego odbioru i do usłyszenia!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Zabiłem człowieka

Było nas czterech. Ci z góry wyposażyli nas tak, jak każdego w tych czasach. Dostaliśmy po zużytym karabinie i marnym pistolecie. Ten ostatni podobno miał uratować nam tyłek w ostateczności - gdybyśmy stracili naszą główną broń. Gówno prawda. Każdy dobrze wiedział, że z Desert Eaglem w łapie jesteś nikim dla kolesia z kałachem. Okej, z wieśniakiem dałbyś sobie radę. Ale nasi prawdziwi przeciwnicy byli wyszkoleni równie dobrze jak my.

Zrzucili naszą czwórkę w jednym miejscu. Mieliśmy po prostu wyeliminować typów z drugiej stronie barykady. Rozdzieliliśmy się na rozstaju dróg. Jeden z nas poszedł w lewo, kryjąc się za stertami porzuconych ciężarówek. Drugi miał przedzierać się przez środek i prawdopodobnie paść jako pierwszy. Trzeci typ i ja dostaliśmy za zadanie przejście przez magazyn. Tam z kolei miało być najbardziej gorąco.

Bezproblemowo weszliśmy przez boczne drzwi. Schowaliśmy się za kontenerami ustawionymi na podwyższeniu. Wychyliłem się, by sprawdzić, czy ktoś z "tych złych" pilnuje wnętrza magazynu. Był jeden. Szperał coś przy innych kontenerach, dokładnie na wprost od nas. Nie kazano nam się bawić w podchody. Nie narzekaliśmy - wszyscy lubiliśmy zadymę. 

Wychyliłem się zza kontenera. Za mną poszedł karabin. Przymierzyłem, wystrzeliłem. Nie było widać głowy, więc wyprułem pół magazynka w tę część ciała, którą widziałem. 

Zabiłem człowieka.

Źródło: Flickr.com
Myślicie, że na tym się skończyło. Phi. Ani to nie był pierwszy, ani ostatni raz. Kiedy indziej mnie i jeszcze jednego kolesia zrzucono w Czarnobylu. Okazało się, że jacyś idioci postanowili urządzić sobie spotkanie w środku najsłynniejszego z opuszczonych miast świata. Promieniowanie nic nie znaczy, gdy bogaty koleś płaci Ci za ochranianie jego tyłka. Albo jak nam - za jego zabicie.

Sprzątaliśmy kogoś tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Poza tym po prostu się skradaliśmy. Nie wiem, jakim cudem nie przejechała nas parada czołgów albo nie zabił koleś patrzący praktycznie wprost na miejsce, gdzie się chowaliśmy. Ale dotarliśmy tam, gdzie musieliśmy - do jednego z tych wielkich, opuszczonych bloków w Prypeci. Nawet nas, niby odważnych kolesi, przeszły wtedy ciary.

A musieliśmy czekać jeszcze kilka godzin do pojawienia się naszego celu. Mieliśmy punkt widokowy, snajperkę, całe to gówno, którego było potrzeba do odstrzelania głowy wartej naprawdę sporo zer na koncie. Wreszcie się zjawił. Głowa rozpadła mu się na niewiarygodną ilość małych cząsteczek, gdy był akurat w trakcie rozmowy. Muszę przyznać - ten strzał naprawdę mi się udał.

Zabiłem człowieka.

Źródło: Flickr.com
Innym razem dostałem dowodzenie nad pewną dziwaczną grupą ludzi. I mam namyśli NAPRAWDĘ ogromnych dziwaków. Zacznijmy od tego, że kazali mi się przebrać za średniowiecznego rycerza. Yup - hełm, zbroja, tego typu sprawy. Zabrali mi też karabin, a w jego miejsce dali cholernie ciężki miecz i tarczę. It will be fun, they said.

Ekipa okazała się być jednak jeszcze bardziej szalona. Jeden z nich był karłem, nazywającym się "krasnoludem". Drugi chyba wydłużył sobie operacyjnie uszy, żeby móc mianować się "elfem". Ostatnia była laska. Całkiem niezła, muszę przyznać. Ale mimo tego, bałem się do niej w ogóle podchodzić. Jedyne, o czym potrafiła rozmawiać, to "magia" i raczej nie chodziło jej o to, co możemy wspólnie wyczarować w łóżku.

Wypuścili nas na jakieś pieprzone pustkowie i kazali wyczyścić obszar z bandytów. Jak mieliśmy to zrobić mieczami i całą resztą tego typu rzeczy? Nie miałem pojęcia. Ale hej - czego się nie robi dla sławy. Poszliśmy więc przed siebie i nagle natknęliśmy się na obóz naszych wielkich przeciwników. Myślałem, że padnę tam ze śmiechu, gdy zobaczyłem, że oni są równie popieprzeni jak cała ta banda wokół mnie. Też mieli mieczyki, łuki, zbroje. 

Zaatakowaliśmy. Machałem mieczem tak, jak robili to w filmach. Reszta musiała mi co chwilę ratować tyłek, bo zdecydowanie nie ogarniałem, o co chodzi. Ale wreszcie miałem okazję się wykazać. Przebiłem się przez gardę jednego z dzikusów i pchnąłem mieczem prosto w jego pierś. Satysfakcja jak cholera. 

Zabiłem człowieka.

Źródło: WeKnowMemes.com
Było jeszcze mnóstwo podobnych akcji. Kiedyś przebrałem się za czarnego, dołączyłem do gangu i rozjeżdżałem ludzi na ulicach miasta. Innym razem zjadłem jakieś dziwne grzyby i skakałem dziwnym stworom po głowie. Skakałem na ludzi z dachów, z ostrzem ukrytym w rękawie. Wyrywałem kręgosłupy przeciwnikom, z którymi stawałem twarzą w twarz na okrwawionej arenie.

Zabijałem ludzi, zwierzęta i potwory, o jakich Wam się nawet nie śniło. Zabijałem karabinem, mieczem i gołymi rękoma. Na Ziemi, na statku kosmicznym, na Marsie i w korycie samego Lucyfera. Tych, którzy milczeli i tych, których słyszałem. Żywych ludzi i sztuczną inteligencję.

Zabiłem miliony. W grach wideo.

Dla niektórych jednak to tak, jakbym zabił w prawdziwym świecie. A nawet jeśli nie, to wierzą oni, że przez te wszystkie wirtualne morderstwa jestem człowiekiem groźnym. Takim, który w każdej chwili może wyciągnąć z szafy karabin i zabić wszystkich zebranych na domówce. 

Gry zrobiły ze mnie zabójcę. Przynajmniej w oczach mediów.

Jest jednak szansa, by zmienić ten stan rzeczy. By uświadomić ludziom spoza growego światka, że przecięcie Locusta piłą mechaniczną w "Gears of War" nie namówi Cię do spróbowania tego samego w rzeczywistości. 


Był kiedyś taki przezabawny odcinek "Na dobre i na złe", który miał chyba najbardziej żenujący scenariusz w historii polskich seriali. Pewna starsza pani trafiła w nim do szpitala w Leśnej Górze po tym, jak jej kilkuletni wnuczek dźgnął ją nożem. Dlaczego? Bo myślał, że - podobnie jak w grach wideo - babcia ma kilka żyć. 

Nawet, jeśli nie uda się nam pozbyć takich absurdów w stu procentach, możemy "nawrócić" chociaż kilka osób. Dziennikarka Ela Rydzewska zbiera właśnie za pomocą serwisu PolakPotrafi pieniądze na realizację reportaży o tym, jak rzeczywiście granie w gry pełne przemocy wpływa na człowieka. Wszystko ma być zrobione profesjonalnie i dokładnie.

Akcję poparli między innymi Tomasz Gop czy Adrian Chmielarz. Jeśli jesteś graczem, prawdopodobnie dobrze kojarzysz te nazwiska. Ten pierwszy stoi między innymi za "Wiedźminem 2" czy "Lords of the Fallen", ten drugi to twórca "Painkillera", "Bulletstorma" czy "Vanishing of Ethan Carter". Trudno by było, bym ja - jako zapalony gracz - również nie poparł tej inicjatywy.

Jeśli więc chcecie dowiedzieć się na jej temat więcej, a ostatecznie może i nawet wpłacić co nieco na potrzeby akcji - kliknijcie TUTAJ.

Pokażmy, że zabijamy tylko w grach.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Kulturalna czternastka roku 2014

Powoli zbliżamy się do końca pierwszego miesiąca nowego, 2015 roku. Warto więc wziąć się wreszcie w garść i podsumować to, co przyniosło światkowi kulturalnemu poprzednie 365 dni. Tym razem odwołałem się wprost do rocznika i postanowiłem wybrać czternaście pozycji, które najbardziej zwróciły moją uwagę. Podobnie jak rok temu, mamy tu do czynienia z różnorodnymi filmami, książkami, płytami muzycznymi i grami. Tym razem postanowiłem jednak dorzucić również kilka innych kategorii, dodających odrobinę powiewu świeżości całemu podsumowaniu.

Nie przedłużajmy więc - oto kulturalna czternastka roku 2014!

Źródło: Flickr.com
Filmy

Tym razem zaczynamy od filmów, bo to w tej dziedzinie kultury udało mi się w tym roku najbardziej rozwinąć. Obejrzałem - jak na mnie - prawdziwe multum premier: począwszy od największych blockbusterów, przez hity kina indie, na najbardziej niszowych produkcjach kończąc. Wziąłem pod uwagę polskie daty premier, dlatego też nie ma tu choćby świetnego "Whiplash", które miałem przyjemność oglądać przedpremierowo w grudniu. 

Naprawdę wiele filmów z tego roku mógłbym polecić, ale to właśnie te trzy uważam za najlepsze. Jeśli któregokolwiek z nich jeszcze nie widzieliście - czym prędzej to nadróbcie.

"Boyhood"

Film, który jeszcze przed premierą był uznawany za prawdopodobny film roku. I - co najważniejsze - spełnił wszystkie pokładane w nim nadzieje. Do dziś jego średnia ocen w serwisie Metacritic wynosi 100/100, co jest prawdziwym ewenementem. Nagrywana przez dwanaście lat historia dojrzewania pokazała proste sprawy z zupełnie innej perspektywy, otwierając każdemu Widzowi furtkę do wspomnień i zachwytów nad nimi. 

Choć "Boyhood" od początku był filmem dość niszowym, niereklamowanym na równi z mainstreamowymi hitami, dokonał rzeczy niesamowitej i wtargnął w tygodniu swej premiery do dziesiątki amerykańskiego box office'u. Must-watch, który ma spore szanse nie tylko do otrzymania głównego Oscara, ale i zostania prawdziwym klasykiem kinematografii. Moja recenzja TUTAJ.



"Ona"

Jedna z najciekawszych koncepcji miłości w kinematografii ostatnich lat. Spojrzenie w przyszłość z zupełnie innej perspektywy, bez kosmicznych wojen, ufoludków i laserów blasterów. Love story, które poruszy każdego. Wiele można powiedzieć o tym filmie, o jego nietypowości i świetności - lepiej jednak po prostu przekonać się o tym wszystkim na własnej skórze. Po więcej mej opinii na temat "Her" polecam zajrzeć do stosownej RECENZJI.


"Zaginiona dziewczyna"

David Fincher po raz kolejny nie zawiódł. "Zaginiona dziewczyna" to kolejny przykład jego oryginalnego podejścia do tworzenia filmów, pełen świetnych ujęć oraz genialnej muzyki od Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Do tego dochodzi wciągająca historia, zaskakująca na każdym kroku nawet największych Sherlocków wśród kinomanów. No i jeszcze Ben Affleck, który pokazuje, że jednak naprawdę dobry z niego aktor. Moja recenzja TUTAJ.


Muzyka

To nie był może najgorszy rok w muzyce, ale zdecydowanie czegoś tu brakowało. Artyści nie bili się raczej o pierwsze miejsca rankingów, tworząc rzeczy tylko "fajne". Mało co zachwycało, wielu kawałków natomiast po prostu miło się słuchało. Mówiąc inaczej - obyło się bez orgazmów. Ale mimo wszystko, trójkę najprzyjemniejszych, moim zdaniem, płyt udało się wybrać.

J. Cole - "2014 Forest Hills Drive"

Nigdy wcześniej nie brałem płyt Cole'a pod uwagę jako najlepszych krążków roku. Pewnie, były one spoko, ale zasadniczo nic poza tym. "2014 Forest Hills Drive" jest natomiast podsumowaniem całej dotychczasowej pracy rapera i jej prawdziwą esencją. Świetnie słucha się jako całości, świetnie nuci się pojedyncze kawałki. Kompletna, spójna płyta, która zamieszała w wielu tegorocznych rankingach - nie mogło więc jej zabraknąć i u mnie. Miałem nawet okazję "2014 Forest Hills Drive" zrecenzować na blogu, o TUTAJ.



TrooM x ka-meal - "Primus Luporum"

To nie jest idealna płyta, bez jakichkolwiek zgrzytów. To nie jest nawet do końca równa płyta, bo ma momenty fantastyczne, obok których stoją takie raczej średnie. Płyta ta jednak skradła me serce swoją oryginalnością, która wysuwa się na przód nie tylko w porównaniu z rapem polskim, ale i amerykańskim. Nikt tak świetnie nie wpasowuje się w fantastyczne beaty ka-meala jak TrooM. Jeśli lubicie nietypowe podejście do muzyki, musicie sprawdzić "Primus Luporum". Moją recenzję tego krążka znajdziecie TUTAJ, a odcinek "Raperzy czytają" z TrooMem TU.



Chet Faker - "Built on Glass"

Nad trzecią pozycją na liście myślałem najdłużej, wreszcie jednak postanowiłem podium oddać Chetowi Fakerowi. Debiutancki album Australijczyka został doceniony nie tylko w jego pięknym kraju, ale i na całym świecie, zbierając bardzo pochlebne recenzje i licznych fanów. Świetne, downtempowe kompozycje i głos, który doprowadził już niejedną dziewczynę do omdlenia, zagwarantowały mu moje zdecydowane uznanie. Jakże cieszę się, że miałem przyjemność być na jego koncercie w listopadzie!



Książki

Jak się okazało, całkiem sporo premierowych wydawnictw książkowych w tym roku przeczytałem. Na dodatek, dość łatwo mi było spośród nich wybrać trzy takie, które powinny znaleźć się w tym oto rankingu. Jeszcze ważniejszy niż w przypadku filmów jest tu fakt, że wziąłem pod uwagę polskie premiery książek. Jedna z poniższych pozycji została bowiem pierwotnie wydana w kraju swego powstania ponad trzydzieści lat temu!

Magdalena Grzebałkowska - "Beksińscy. Portret podwójny"

Na początek coś jednak w pełni premierowego. Biografia Beksińskich, ojca malarza i syna dziennikarza, okazała się być jednym z najważniejszych wydarzeń literackich tego roku. Nie skończyło się jednak tylko na sztucznych pochwałach, bo sama książka okazała się być naprawdę godną uznania pozycją, którą czyta się w niesamowitym skupieniu. Autorka przebrnęła przez tony dokumentów i rozmów, co poskutkowało świetnie spisaną historią Beksińskich. Moją recenzję książki znajdziecie TUTAJ, natomiast parę niezłych cytatów z niej TU.


Jaume Cabré - "Głosy Pamano"

Nie chciałem się zabierać do pisania podsumowania ubiegłego roku, zanim nie przeczytam tej właśnie książki. Cabré spełnił wszelkie pokładane w nim przeze mnie nadzieje, a jego "Głosy Pamano" okazały się tworem równie wartym uwagi co wydane rok wcześniej w Polsce "Wyznaję". Czy kataloński pisarz pojawi się także w podsumowaniu Anno Domini 2015? Jeśli polski wydawca postara się o podarowanie nadwiślańskim czytelnikom jego kolejnej powieści, jest to całkiem możliwe! Recenzję "Głosów Pamano" mego autorstwa znajdziecie TU, a zbiór cytatów z książki TU.


Haruki Murakami - "Słuchaj pieśni wiatru / Flipper roku 1973"

Podobnie jak Cabré, nie mogło tu zabraknąć również Harukiego Murakamiego. Tym razem jednak nie ląduje on na liście z nowością, a swoimi pierwszymi dwoma powieściami, do niedawna dostępnymi jedynie w języku japońskim. Po wielu latach Murakami pozwolił jednak na przetłumaczenie obu książek, co bardzo szybko wykorzystał polski wydawca. Dwie pierwsze powieści Japończyka ukazały się u nas pod postacią jednej publikacji i są świetnym wprowadzeniem do literatury pisarza. Oczywiście nie omieszkałem całości ZRECENZOWAĆ.




Gry

Tym razem nie jedna gra, ale też i nie trzy. Dlaczego tylko dwa tytuły znajdziecie w tej kategorii? Czy nie grałem w nic innego? A może po za tymi pozycjami sprawdzałem tylko starsze rzeczy? Na oba pytania odpowiedź brzmi: nie. Co prawda ciągle brakuje mi czasu na granie, ale miałem okazję sprawdzić parę premierowych tytułów, spośród których jednak tylko dwa poniższe są godne postawienia ich w tym rankingu. Dlaczego nie ma "GTA V"? Bo ciągle next-genowej wersji nie sprawdziłem. Inaczej pewnie twór Rockstar po raz drugi uzyskałby u mnie tytuł GOTY. 

"Titanfall"

Gdy po raz pierwszy odpalałem ten tytuł, nie sądziłem, że pojawi się on w tym rankingu. Kupiłem go w okolicach premiery, licząc co prawda na sporą dawkę frajdy, ale bez przesadnych "ochów i achów". I rzeczywiście - tych jakoś wielce dużo nie było. Ale niesamowicie wsiąkłem w "Titanfalla", z każdą kolejną minutą jarając się nim coraz bardziej. Nie jestem ogromnym fanem trybów multiplayer, ale ten tytuł, posiadający zasadniczo tylko opcje multi, okazał się być grą, w którą w tym roku ciorałem najwięcej. Ba, wracałem do niej nawet kilka miesięcy po premierze! A swego czasu pisałem o "Titanfallu" TAK.


"The Wolf Among Us"

Telltale Games - nazwa tej firmy nie bierze się znikąd. Oni naprawdę opowiadają historie jak nikt inny! Do tej pory jednak robili świetne przygodówki nowej generacji wyłącznie bazując na licencjach, które automatycznie przyciągały uwagę. Z "The Wolf Among Us" było jednak inaczej. To gra na podstawie komiksu "Fables", który nie jest wcale żadnym mainstreamowym uberhitem. Po zagraniu w "The Wolf Among Us" ma się jednak ochotę skoczyć do wszystkich możliwych sklepów z komiksami w okolicy i wykupić cały nakład zeszytów z opowieściami z Fabletown. Niesamowicie wciągająca i emocjonująca przygoda, którą pamięta się na długo. Więcej o "The Wolf Among Us" napisałem TUTAJ.



Serial

Choć nie jestem jedną z tych osób, które sprawdzają dosłownie każdy nowy serial, tak mimo wszystko porządnie się wziąłem w tym roku w garść i sprawdziłem kilka najważniejszych tegorocznych hitów z tej kategorii. Dlatego też postanowiłem wybrać serial, który jest - moim zdaniem - najlepszą premierą tego roku. And the winner is...

"Fargo"

Krew wsiąkająca w śnieg, garść czarnego humoru i opieka braci Coen - "Fargo" jeszcze przed swoją premierą był określany mianem "to nie może nie wypalić". I prognozy te się oczywiście jak najbardziej sprawdziły. Emocje, fantastyczna obsada i świetny scenariusz zapewniły mroźnej historii statuetkę w moim tegorocznym plebiscycie. Więcej na temat tego serialu przeczytacie o TU.



Koncert

Choć w tym roku na żadnym festiwalu muzycznym nie wylądowałem, tak mimo tego miałem okazję być na paru koncertach zagranicznych gwiazd. Spośród nich postanowiłem wybrać ten, który najbardziej zapadł mi w pamięć. I uprzedzam - nie jest to show Timberlake'a! Zamiast niego najlepiej wspominam koncert...

Crystal Fighters

Przybyłem na gig jako osoba znająca cztery czy pięć kawałków, wyszedłem z niego jako zagorzały fan zespołu. Choć od koncertu minęło już trochę czasu, dalej zdarzają mi się dni, w których katuję kawałki czy wręcz całe płyty Crystalsów. To była niesamowita dawka pozytywnej energii, która rozpiera mnie do dziś! Więcej o krakowskim show pisałem natomiast TUTAJ.



Wydarzenie

Koncerty to jednak nie jedyne wydarzenia na jakie człek przesiąknięty kulturą powinien zwrócić uwagę. Tak się natomiast złożyło, że w Krakowie miała miejsce akcja, która okazała się prawdziwym hitem jesieni. Była to oczywiście...

Wystawa prac Zdzisława Beksińskiego

Zdjęcia ogromnych kolejek, w których trzeba było ponoć stać przez parę godzin, by zobaczyć prace Beksińskiego, trafiły na strony główne krakowskich portali informacyjnych. Przychodzili najwięksi fani, przychodziły też osoby znające twórczość artysty raczej pobieżnie. Jedno ich łączy - wszyscy wychodzili zachwyceni. Ja również byłem podczas oglądania wystawy wręcz wniebowzięty, o czym pisałem TUTAJ. Jeśli mieszkacie w Krakowie i nie byliście na tym wydarzeniu, możecie uznać, że przegraliście życie - naprawdę.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)