Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiksy. Pokaż wszystkie posty

Gdyby Gladiator był superbohaterem


"Gladiatora" Ridleya Scotta zna chyba każdy, kto czyta tego bloga. Ten film stał się już istną klasyką współczesnego, mainstreamowego kina i lubiany jest zarówno przez tych bardziej wybrednych filmożerców, jak i widzów niedzielnych. Opowieść o Maximusie, człowieku walczącym o swoją wolność na arenie, poruszała, wstrząsała i - przede wszystkim - wciągała. Czy zastanawialiście się jednak kiedyś, co by było, gdyby... Gladiator był superbohaterem?

Nawet jeśli nigdy nie wyobrażaliście sobie Russela Crowe'a w posiadaniu supermocy, którymi niszczy wszystko i wszystkich w oka mgnieniu, cóż - zrobił to za Was ktoś inny. A tym kimś, według wszelkich podań, był Joe Quesada z firmy Marvel. Który z bohaterów z kolekcji komiksowego giganta nadawałby się natomiast najbardziej na superbohaterskiego Gladiatora? Wiecie... jest taki duży, zielony stwór, który niewątpliwie zapewniłby sporą rozrywkę widzom starożytnego Rzymu.

Hulk, bo o tym mocarzu mowa, nie wpada jednak na gladiatorskie areny czasów rzymskich cesarzy. Zamiast tego trafia do zupełnie innego świata, dzięki czemu fani komiksów dostali - jak wielu twierdzi - najlepszą opowieść o Hulku lat dwutysięcznych. Czy rzeczywiście jest AŻ TAK dobrze? Postanowiłem to sprawdzić i - z lekkim powątpiewaniem - sięgnąłem po "Planet Hulk".

Stwór, w którego zmienił się Bruce Banner, superbohaterem był tak naprawdę zawsze tylko częściowo. Jasne, wiele razy ratował on Ziemię przed zagładą i bił groźnych złoczyńców. Jednocześnie jednak Hulk stanowił spore zagrożenie dla ludzkości oraz innych superherosów, z którymi od czasu do czasu zdarzało mu się stawać w szranki. Tak to jest, gdy nad ciałem człowieka zapanowuje wielka, zielona kupa mięsa.


Dlatego też grupka superludzi, z Iron Manem czy Fantastytczną Czwórką na czele, postanowiła pozbyć się Hulka. Wysłali go w kosmos, w specjalnej kapsule. Na pozór wyłącznie po to, by na orbicie ziemskiej zniszczył satelitę szpiegowską. W rzeczywistości jednak, kapsuła poleciała ostatecznie dalej, kierując się na niezamieszkałą, opuszczoną planetę, gdzie Hulk miał wreszcie zaznać spokoju od ciągle denerwującej go ludzkości.

Kapsuła zboczyła jednak z kursu i trafiła na zupełnie inną planetę. Od razu po rozbiciu się na niej , Hulk zostaje - pomimo swej wielkiej siły - pojmany, po czym wybrany na gladiatora. Ma walczyć na arenie o swoje życie i wolność. Tu rzeczywiście pojawia się sporo elementów, które możemy kojarzyć właśnie z filmowego hitu z Russelem Crowem. Jak się jednak okazuje, walki na arenie nie są końcem całej serii "Planet Hulk".

Komiks ten jest bowiem w rzeczywistości sporą, odrębną historią, która wcale nie potrzebowałaby znanej marki, by być uznana za dobrą. "Planet Hulk" szybko porzuca swoje gladiatorskie korzenie, zamieniając się w naprawdę porządną opowieść sci-fi, pełną bitew, różnorodnych zwrotów akcji i interesujących postaci. Chociaż całość to niewiele ponad 10 komiksów, tempo całości wydaje się być naprawdę odpowiednie i nie ma się wrażenia, że opowieść przesadnie pędzi do przodu.

Sama postać Hulka nie została tu jednak wybrana przypadkowo. Przez cały komiks jesteśmy utwierdzani w przekonaniu, że zielony stwór to najlepsza postać na tym miejscu. Nie dlatego, że jest nieziemsko silny i potrafi zrobić niezłą rozpierduchę. O wiele ważniejszy jest fakt, że został on odrzucony przez Ziemię, co napędza w sporej mierze wszystkie jego działania. Jak ktoś, kto dla wielu jest tylko "zielonym klocem mięsa" odczuwa odrzucenie, porzucenie? O tym jest między innmi ten komiks.


Dla kogo jest "Planet Hulk"? Cóż - praktycznie dla każdego, kto potrafi docenić dobrą opowieść w klimatach sci-fi. Nie trzeba nawet przesadnie znać historii Bruce'a Bannera, nie trzeba być znawcą komiksów. Wystarczy motywacja, by wziąć się za to, a potem dać się wciągnąć tej naprawdę fajnej historii.

Jest też dobra informacja dla tych, którzy nie przepadają za czytaniem komiksów, a i tak chcieliby poznać historię z "Planet Hulk". Na podstawie tej serii powstał bowiem także film animowany, w Polsce wydany jako "Hulk na obcej planecie". Nie jestem w stanie zweryfikować, jak bardzo odbiega on od komiksowego oryginału, ale myślę, że różnic prawdopodobnie nie jest przesadnie wiele.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Daj się wzruszyć w mniej niż 5 minut


Nie potrzeba wielu słów, by wywołać w człowieku wielkie emocje. Większą sztuką jest wręcz doprowadzić ludzi do płaczu małą niż ogromną ilością środków. Więcej wart jest jedno malowidło wywołujące u człowieka ciarki po jednym spojrzeniu na nie niż opowieść, która trafia Cię dopiero po podarowaniu jej kilku godzin swojego czasu.

Dlatego ja dziś nie mam zamiaru dużo pisać. Zamiast tego, oddam "głos" tym, którzy potrafią emocje wywoływać lepiej ode mnie. Przed Wami bardzo, ale to bardzo krótka opowieść, zamieszczona na końcu komiksu "Friendly Neighborhood Spider-Man Annual". Gdy tylko przez nią przebrnąłem, stwierdziłem, że muszą podzielić się nią ze światem - z tymi, którzy nie mieli jeszcze okazji jej poznać.

To bowiem świetny przykład na to, jak przy minimum środków wywołać spore emocje.

Poznajcie Leah. Pojawiła się znikąd, zapadła w pamięć tysiącom.

Źródło: thefanboyseo.com
Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

O co chodzi z Civil War, czyli wojną domową superbohaterów?


Ostatnie lata są niesamowitą gratką dla wszystkich fanów superbohaterów, którzy lubią oglądać swoich ulubionych herosów na wielkim ekranie. I - co najważniejsze - zapowiada się na to, że ta złota era superkinematografii potrwa jeszcze długo. Gdy fani herosów ze stajni DC wyczekują z niecierpliwością na walką Batmana z Supermanem (o ich konflikcie pisałem więcej TUTAJ), osoby wierne Marvelowi wypatrują już kolejnego wielkiego filmu od swoich ulubieńców. Coraz więcej informacji pojawia się bowiem ostatnio o "Captain America: Civil War", czyli bodaj największym z dotychczasowych przedsięwzięć w Filmowym Uniwersum Marvela. 

Nie każdy jednak wie, o co w ogóle chodzi i dlaczego wokół tego projektu ma miejsce aż tak duże zamieszanie. By zrozumieć ten fenomen, postanowiłem cofnąć się do samych początków "Civil War", czyli komiksowego oryginału.


"Wojna Domowa" to chyba ciągle najważniejsze wydarzenie, jakie miało miejsce w najnowszej historii Marvela, czyli tej mniej więcej po roku 2000. Od "Civil War" tak naprawdę wielu zaczyna swoją przygodę z komiksami z tej stajni, gdyż event ten jest sporym przełomem w tym fikcyjnym świecie. Trudno by było inaczej, gdy przeciwko sobie stają największe potęgi komiksowego świata.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że filmowe "Civil War" pociągnie ten sam główny motyw, co komiksowy oryginał. Superbohaterowie pokłócą się o Registration Act, nakazujący każdemu osobnikowi o nadludzkich zdolnościach, znajdującemu się na terytorium USA, zarejestrowanie się, a co za tym idzie - odkrycie swojej tożsamości przed władzami państwa. Ogromnym zwolennikiem Aktu jest Tony Stark, czyli Iron Man we własnej osobie, za którym idzie spora część superbohaterskiej braci. Część z nich jednak postanowiła się wyłamać i walczyć o element, na którym zbudowano Stany Zjednoczone - wolność. I pewnie niewielu w rzeczywistości przeciwstawiłoby się Starkowi, gdyby nie fakt, że po stronie rebeliantów stanęła największa ikona herosów w USA - sam Kapitan Ameryka.


Filmowe uniwersum i sama koncepcja jednego, pełnometrażowego filmu, uniemożliwia oczywiście pełne wykorzystanie historii znanej z oryginalnej "Wojny Domowej". Już teraz wiemy, że po każdej ze stron w trzecim "Kapitanie Ameryce" stanie raptem po kilka osób, z których nie każda odpowiada stronie obranej w komiksie. Nie trzymam się z tymi, którzy z tego powodu od razu skreślają "Civil War". Trudno jednak się spodziewać, że film zaoferuje coś więcej niż ułamek wielobarwnej historii znanej z komiksowego oryginału.

Bo choć główna seria komiksów "Civil War" to raptem pięć zeszytów, cały event składa się już z ich około setki. Dzieje się tu wiele rzeczy, które raczej nie pojawią się w filmie, jak choćby przełomowe odkrycie swojej tożsamości przed całym światem przez Spider-Mana. Spidey jest zresztą jedną z najbarwniejszych postaci całej "Wojny Domowej" i ma chyba na koncie najwięcej ciekawych wątków.


Składająca się ze stu zeszytów "Wojna Domowa" jest jednak przede wszystkim naprawdę wielowątkową i różnorodną historią. Pewnie, są komiksy nudne, zwyczajnie słabe, ale mamy tu także takie, które naprawiają z nawiązką te gorsze momenty. Swoje niezłe, oddzielne wystąpienia w "Civil War" zaliczają takie postaci jak Deadpool, Punisher ze swoim "Dziennikiem wojennym", Wolverine czy Fantastyczna Czwórka. Wreszcie jednak, najmocniejszym punktem tej historii jest jej ostatni element, czyli... śmierć Kapitana Ameryka.

Moim zdecydowanym ulubieńcem jest jednak niepozorna seria "Front Line", czyli "Linia frontu". Te sporawe zeszyty obejmują kilka różnych historii, w tym dwie najważniejsze: jedną opowiedzianą z perspektywy najsłynniejszych dziennikarzy świata Marvela (między innymi Bena Uricha) i drugą, traktującą o niejakim Speedballu. Z tym ostatnim wiąże się wyjątkowa sprawa, która w zasadzie przeważyła o ostatecznym wybuchu wojny domowej. 

Speedball był członkiem New Warriors, grupy, która podczas kręcenia programu telewizyjnego została zaatakowana przez garstkę superzłoczynów. Jeden z nich, Nitro, po wyczuciu zagrożenia, spowodował ogromny wybuch, doprowadzający do śmierci ponad 600 osób, w tym 60 dzieci. Dzięki swym umiejętnościom, masakrę przeżył jedynie Speedball, który następnie został osądzony o bycie współwinnym w wywołaniu katastrofy. "Front Line" zawiera jego bardzo mocną historię, która jest dla mnie chyba najciekawszą w całej "Wojnie Domowej".


Niestety - jest to jedna z tych opowieści, o jakich nie usłyszymy w filmowej adaptacji "Civil War". Dzięki temu, jest to jednak jednocześnie jeden z tych powodów, by sięgnąć po komiksowy oryginał, opisujący to przełomowe dla świata superbohaterów wydarzenie. Pamiętajcie, że by odkryć tę ciekawą historię, nie musicie wcale kupować wszystkich stu komiksów składających się na pełnię "Civil War". Zawsze możecie skorzystać z abonamentu Marvel Unlimited, o którym pisałem więcej TUTAJ. Miesiąc dostępu do kilkunastu tysięcy Marvela to wydatek około 30-40 złotych, a w ciągu tych 30/31 dni spokojnie zdążycie połknąć całe "Civil War". 

Warto - nie tylko po to, by potem wymądrzać się przed mniej obeznanymi w komiksach fanami Filmowego Uniwersum Marvela.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Marvel Unlimited - Spotify dla komiksów


Niejednokrotnie miałem do czynienia z osobami, które argumentowały swoje nieczytanie książek tym, że kosztują one zbyt wiele. Argument do bani, szczególnie biorąc pod uwagę istnienie bibliotek, ale malkontentom mogę w takim razie odpowiedzieć także: "są ludzie, którzy mają gorzej". Kto taki? Ano komiksiarze.

Porządny album komiksowy, składający się z mniej więcej dwustu stron, to w Polsce wydatek w okolicach kilkudziesięciu złotych. Na pierwszy rzut oka, wydaje się to kwotą dużą, perspektywa jednak trochę zmienia się, gdy zauważy się pracę, jaką należy włożyć w powstanie takiego dzieła. To bowiem nie tylko scenariusz, ale - może wręcz przede wszystkim - rysunki. Rysunki, które nie tylko należy stworzyć, ale także wydrukować na odpowiednio dobrym, miłym dla oka papierze. A tego w przypadku komiksów nigdy się nie szczędzi.

Można więc dojść do krótkiego stwierdzenia: cena komiksów jest zwykle raczej adekwatna do ich zawartości. Ciągle jednak, regularne kupowanie kolejnych graficznych majstersztyków jest dość obciążające dla naszego portfela. I w takim momencie pojawia się niczym mantra hasło: "dobrze, że mamy internet".

Nie, nie będę tu gloryfikował tak popularnego ściągania nielegalnych skanów komiksów z internetu. Każda kulturowa branża zaczęła już aktywnie walczyć z piractwem, przy okazji chcąc na tym zarobić. Spotify (i inne tego typu usługi) zmieniło na dobre postrzeganie rynku muzycznego, tak jak kiedyś zrobił to iTunes. Z wielu ust usłyszałem już słowa: "przez Spotify przestałem ściągać muzykę z internetu". Mówią to i ci, którzy korzystają z darmowej opcji usługi, jak i ci, którzy płacą niewielkie dwadzieścia złotych na miesiąc, by cieszyć się pełnią możliwości Spotify.

Swoje abonenckie usługi mają także branże książkowe (Amazon czy polskie Legimi) oraz filmowe (Netflix, Amazon i cała reszta różnych VOD). A komiksy? Na całe szczęście - również.


Marvel Unlimited to usługa, której zasad działania zapewne już się w pełni domyśliliście po obrazowym tytule tego postu i jego obszernym wstępie. MU to ponad piętnaście tysięcy komiksów słynnego wydawnictwa, dostępnych za dziesięć dolarów miesięcznie (ok. 30-40 złotych). Za połowę ceny średniej grubości drukowanego tomu mamy więc dostęp do kolekcji najważniejszych dzieł z takimi postaciami jak Avengers, X-Men, Spider-Man czy Fantastic Four. 

Można ponarzekać. Na to, że nie ma darmowego, choćby 7-dniowego triala albo że niedostępne są komiksy z ostatnich sześciu miesięcy. Pierwszy argument jednak można szybko obalić tym, iż gdy tylko odpali się tę usługę, człowiek od razu się w niej zakochuje. Ograniczenia w dostępie do premier także mało przeciętnego czytelnika obchodzą - do przeczytania w końcu jest ponad piętnaście tysięcy (!) komiksów, a po ich przeczytaniu pewnie zdąży dojść już kolejne tyle. 

Ja odpaliłem Marvel Unlimited praktycznie od razu po obejrzeniu filmowego "Ant-Mana" (RECENZJA), chcąc poznać komiksową wersję historii tego nietypowego superbohatera. Z racji premiery ekranizacji, usługa od razu zaproponowała mi specjalny przegląd najbardziej istotnych albumów z udziałem Człowieka-Mrówki. Przegląd ten znajdziemy w funkcji "Discover", która jest zresztą jednym z najmocniejszych atutów MU. 

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

"Discover" (czyli "Odkryj") to przede wszystkim dwie kategorie komiksowych zestawień. Pierwsza z nich to "Character Close Up", czyli przybliżenie istotnych postaci ze świata Marvela. Usługa zwykle proponuje nam w ten sposób kilka komiksów z różnych okresów, wprowadzających nas do historii danego bohatera czy antybohatera. Tym samym - dla przykładu - "Close Up" Punishera serwuje nam między innymi komiks, gdzie postać ta pojawia się po raz pierwszy, historię jego wspólnych akcji z Daredevilem i paroma innymi gagatkami jako Marvel Knights, wreszcie oferując nam zeszyt, w którym poznajemy... bardziej romantyczną stronę tego ciekawego herosa.

Druga najważniejsza kategoria przeglądów w "Discover" to "Events", czyli zbiory komiksów opowiadających o najważniejszych, wielkich wydarzeniach w świecie Marvela. Sam, tuż po przejrzeniu kilku historii Ant-Mana, zabrałem się za "Civil War", czyli historię wojny domowej w świecie superbohaterów, na którą składa się prawie sto osobnych zeszytów. Kilkanaście godzin zabawy zagwarantowane!

Poza tym, mamy także klasyczną szukajkę do przeglądania zasobów Marvel Unlimited. Możemy odpalić szukanie po bohaterach, komiksowych seriach czy wreszcie ich autorach. Warto tam zajrzeć, bo właśnie opcja "Browse" najbardziej uświadamia, jak wiele do zaoferowania mają komiksy Marvela. Pewnie, są tu Avengersi, X-Meni i cała reszta. Ale to jedynie czubek góry lodowej, poniżej którego znajdują się całe masy postaci, o jakich nie ma pojęcia przeciętny Kowalski.


Najświetniejsze w Marvel Unlimited jest chyba jednak to, że jest to usługa tak naprawdę dla wszystkich. Z jednej strony - mogą z niego korzystać najwięksi zapaleńcy komiksowi, chcący nadrobić serie, jakich nie udało im się dostać w papierze. Z drugiej natomiast - to wręcz raj dla początkujących komiksiarzy (takich jak ja). Niech najlepszym potwierdzeniem tego będzie fakt, że praktycznie każdy po odpaleniu Marvel Unlimited zastanawia się: "OD CZEGO MAM ZACZĄĆ CZYTANIE?!". 

Odpowiedź natomiast brzmi - od czegokolwiek. Najlepiej jednak wskoczyć w jakiś wielki event, skupiający jak największą liczbę bohaterów. Dzięki temu uda nam się poznać bardzo szerokie spektrum świata Marvela i znajdziemy swoje ulubione postaci, których losy będziemy potem chcieli śledzić.

Dziesięć dolarów za miesiąc korzystania z piętnastu tysięcy komiksów? Naprawdę, czuję się prawie tak, jakbym zrobił deal życia.

Niech tylko DC zrobi wreszcie coś podobnego...

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Batman do dołu nogami


Myślę, że zdecydowana większość zebranych na MajkOnMajk osób kojarzy ten najbardziej klasyczny origin Batmana. Zabici rodzice, Good Guy Jim Gordon, badassowy Nietoperek walczący z całym złem tego świata - niepokonany, walący każdemu po mordzie do nieprzytomności. Co by jednak stało się, gdyby historię słynnego superbohatera trochę bardziej urealnić? Gdyby przygotować jego historię od nowa, tym razem tworząc postać o wiele bardziej wiarygodną, ludzką, prawdopodobną?

Na taki pomysł wpadł swego czasu Christopher Nolan, którego trylogia o Mrocznym Rycerzu była czymś wyjątkowym dla wszelkich opowieści o Batmanie. Ciągle jednak w filmach tych znajdowała się cała masa niesamowitości czy elementów wręcz absurdalnych. Nietoperz był już trochę bardziej prawdopodobny, ale w ostateczności i tak okazywał się być kolesiem z zupełnie nierealnego dla nas świata.


W jeszcze bardziej urealnioną historię postanowili więc Batmana zaopatrzyć autorzy komiksowi. Geoff Johns i Gary Frank przygotowali "Batman: Earth One" - początki przygód Bruce'a Wayne'a w alternatywnej wizji Gotham. W założeniach wizji o wiele bardziej realnej, zmieniającej kilka najbardziej klasycznych kanonów, a do tego... dającej Nietoperzowi dość mocno w kość.

Tym razem bardziej niż kiedykolwiek Brucem pała chęć pomszczenia śmierci swoich rodziców. To nie chęć obrony miasta nakłania go do przywdziania słynnego kostiumu, ale właśnie poszukiwanie zleceniodawcy zabójstwa jego matki i ojca. Bruce dorastał pod okiem wyjątkowo twardej wersji lokaja Alfreda, który w rzeczywistości okazuje się być emerytowanym żołnierzem. Skojarzyło się Wam to z Alfredem z serialu "Gotham" (więcej o nim TUTAJ)? Idziecie więc dobrym tropem.


"Ziemia Jeden" dostaje jeszcze parę innych mniej lub bardziej nietypowych zmian w scenariuszu. Jim Gordon i jego partner Harvey Bullock zdają się wręcz wymieniać tu swoimi klasycznymi rolami, a do tego zaskakującą rolę otrzymuje w "Earth One" Pingwin. Sam Batman przystępuję zresztą do swej krucjaty także w dość nietypowej formie - nie ma tu jego wielkiej Jaskini, Batmobilu czy tony słynnych gadżetów. Wayne staje do walki w bardziej partyzanckiej formie niż kiedykolwiek wcześniej.

Mi takie zmiany się spodobały, podobnie zresztą jak cały główny wątek w "Earth One" Ponarzekać mogę co najwyżej na kilka niedopowiedzeń i pozostawienie paru kwestii niewyjaśnionych. Wkurza także pojawiający się w paru momentach miszmasz czasowy, wrzucający nas co chwilę w zupełnie różne miejsca i okresy życia Bruce'a. W filmie mogłoby to się sprawdzić dobrze, na kartach komiksu - niekoniecznie.


Zasadniczo jednak jestem w stosunku do "Ziemi Jeden" zdecydowanie na tak i bardzo podoba mi się takie przewrócenie Batmana do dołu nogami (bo pamiętajcie, że nietoperze standardowo egzystują do góry nogami!). Te kilka zmian w kanonie robi swoje i zdecydowanie czuć, że postać Bruce'a Wayne'a jest tu bardziej realna niż w innych opowieściach o nim. Ciągle trudno raczej uwierzyć, by ktoś taki mógł rzeczywiście istnieć, ale Batman z "Earth One" wydaje się być o wiele bardziej ludzki niż superbohaterski.

Sporo smaku robi też parę ostatnich kadrów w komiksie, zapowiadających w pewnym sensie to, co zobaczymy w jego kolejnej odsłonie. Jakie role otrzymają w alternatywnej rzeczywistości takie postaci, jak Riddler czy Batgirl? Ja już nie mogę się doczekać, by poznać odpowiedź na to pytanie. Miejmy nadzieje, że druga część "Earth One", która w Stanach zadebiutowała jakieś trzy miesiące temu, pojawi się w Polsce jak najszybciej.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Ant-Man - najmniejszy z największych


Chyba żaden superbohater nie miał tak pod górkę jak Ant-Man. Gdy tylko Marvel zapowiedział wypuszczenie filmu o Człowieku-Mrówce, w sieci wybuchła istna salwa śmiechu. Jednym wystarczał co prawda ironiczny uśmiech na twarzy, wielu jednak wprost naśmiewało się z pomysłu komiksowego giganta. I nawet, jeśli ktoś dostrzegał plusy Ant-Mana, zwykle mimo wszystko przyjął wiadomość o ekranizacji jego przygód również z pewną dozą humoru. 

Nasz "bohater małego kalibru" rzeczywiście ostatecznie potrafił stać się w oczach internauty kimś innym niż kolejnym powodem do śmiechu. Ci, którzy postanowili po chwilowi tarzania się po ziemi wstać i bardziej zainteresować się tematem, dostrzegli szybko w Ant-Manie wyjątkowo intrygującego superbohatera. To przecież nie tylko osobnik o nietypowym podejściu do superbohaterstwa, ale i jeden z pierwszych założycieli oryginalnych Avengers! Pytanie tylko - czy Marvelowi aby na pewno udało się wykorzystać potencjał tkwiący w tym komiksowym bohaterze?

Wiecie co? Odpowiem Wam już teraz: filmowy Ant-Man jest ekstra!


Kim w ogóle jest Człowiek-Mrówka? Wszystko wiedzie (jak to często bywa) do tajemniczego, super-hiper-fajnego kostiumu. Czerwonawy strój pozwala jego właścicielowi zmniejszyć się do rozmiarów bliskich mrówce. Co więcej - przy pomocy specjalnych bajerów technologicznych, wyszkolony posiadacz kostiumu potrafi nawet sterować insektami, czy raczej namawiać je do udzielenia mu pomocy.

Dlaczego jednak strój trafia w ręce Scotta Langa, włamywacza, który właśnie wyszedł z więzienia? Jak się okazuje, pewien Bardzo Chciwy Człowiek, szef pewnej Bardzo Ważnej Firmy, postanowił stworzyć (opierając się na legendzie o Ant-Manie) swój własny środek zmniejszający człowieka. Nie podoba się to jednak oryginalnemu założycielowi wspomnianej już firmy, doktorowi Hankowi Pymowi, który w sprzedaży technologii Człowieka-Mrówki podejrzanym typom widzi ogromne zagrożenie. Staruszek postanawia więc znaleźć człowieka godnego przywdziać stary strój Ant-Mana i zniszczyć jego nowy odpowiednik. Wybór Pyma pada natomiast właśnie na Scotta Langa.


Czemu jednak "Ant-Man" okazuje się ostatecznie tak dobry? Cóż, chyba przede wszystkim dlatego, że jest... wyjątkowo zabawny. Pewnie, pewnie - powszechnie wiadomo, że filmy Marvela zawsze mają w sobie trochę humoru. Ale tu jest go NAPRAWDĘ sporo. Całość pod tym względem przypomina więc najbardziej świetnych "Strażników Galaktyki" (jeszcze nie oglądaliście? Damn, w takim razie przeczytajcie o tym, dlaczego MUSICIE ten twór nadrobić o TUTAJ!). Ale, ale! Mam wrażenie, że "Ant-Man" jest w rzeczywistości jeszcze bardziej zabawny od naszych "kosmicznych Avengersów". Dlaczego? Bo praktycznie nie ma tu patosu.

Każda walka, każdy dialog, każde pojawienie się bohaterów na ekranie - to wszystko wiąże się z całą dozą humoru. Co więcej, w dużej mierze autoironicznego, bo sam Scott jest w pełni świadom, że nazywanie się Człowiekiem-Mrówką nie brzmi zbyt dumnie. Dzięki temu "Ant-Man" staje się już dla mnie chyba oficjalnie najzabawniejszym filmem Marvela ostatnich lat, zdecydowanie wyprzedzając swoich poważniejszych kuzynów.

Walka na śmierć i życie? Ratowanie świata? "Ant-Man" jest tak luzacki, że o tak poważnych sprawach się podczas seansu w ogóle nie pamięta. I filmowi wychodzi to wyłącznie na dobre!


Sama konwencja "Człowieka-Mrówki" jest zresztą trochę inna od pozostałych filmów o herosach. Scott Lang jest przecież tak naprawdę przypadkowym człowiekiem w stroju superbohatera, który walką o lepsze jutro rozpoczyna praktycznie wyłącznie po to, by zdobyć pieniądze na alimenty dla swojej córki. A że przy tym nieźle się bawi? Dla widza to rzecz wyłącznie dobra.

Sporą część filmu zajmuje także sekwencja kojarząca się trochę z klasycznym schematem kina pokroju "Mission Impossible". Wiecie - wbijanie do ściśle chronionego miejsca z dokładnie zaplanowanym planem i porządną ekipą. Chociaż... co nie byłbym taki pewien co do tego ostatniego. Wspólnicy Langa okazują się bowiem jednymi z najzabawniejszych elementów całego filmu.

Luis - prawdopodobnie najzabawniejszy bohater Ant-mana.
"Mały, ale wariat" - mówi o Ant-Manie polski plakat promujący nowy film Marvela. Hasło to może nie jest zbyt ambitne, ale mówi o przygodach Scotta Langa całkiem sporo. "Ant-Man" jest jednak przede wszystkim przyjemnym powiewem świeżości dla kinowego zbiorku Marvela. Oddala nas delikatnie od tego typowego superbohaterskiego kina, z duża ilością walk i ciągłym powtarzaniem schematów. Podobnie było w ubiegłym roku ze "Strażnikami galaktyki", miejmy więc nadzieje, że tendencja trochę innego podchodzenia do filmów o herosach się utrzyma.

Nawet zakuty w zbroję Tony Stark może się nam bowiem wreszcie znudzić.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Jak przygotować się na nowe filmowe Batmany?


Na ostatnim święcie popkultury, czyli Comic-Conie, pokazane zostały trailery dwóch bardzo ważnych filmów od DC Comics i Warner Bros: "Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości" oraz "Suicide Squad" (ten zwiastun zobaczycie TUTAJ). Każdy fan superbohaterów zapewne z niecierpliwością wyczekuje na obie te produkcje. Nie każdy jednak musi być tak dobrze obeznanym w temacie, by wiedzieć, co filmy te mogą zaprezentować. 


Spotkałem się już z przynajmniej paroma komentarzami, które stwierdzają, iż pomysł na konflikt między Batmanem a Supermanem jest idiotyczny. A przecież bitwy tych dwóch herosów niejednokrotnie przewijały się już przez oficjalne komiksy od DC! I nie były to wcale walki bez kontekstu! Batman i Superman nie walczą ot tak, dla zabawy, a z powodu różniących ich celów i spojrzenia na świat.

Jedna z najbardziej kultowych bitew między tą dwójką odbyła się natomiast w komiksie, który niedawno wreszcie miałem okazję przeczytać w całości. "Batman: Powrót Mrocznego Rycerza" to prawdziwa klasyka przygód o Nietoperzu, stworzona w latach osiemdziesiątych przez jednego z najbardziej kultowych autorów komiksowych - Franka Millera. Jeśli kiedykolwiek wpadnie Wam do głowy chęć zabrania się za komiksy o superbohaterach, to grube, dwustustronicowe tomiszcze niewątpliwie wreszcie wpadnie w Wasze łapska.


Walka Batmana i Supermana jest jednak dopiero finałem tej opowieści. Co się natomiast dzieje wcześniej, przez cztery równe części komiksu? Ano - Batman wraca. Po wielu latach emerytury, postanawia ponownie przywdziać swój strój i sprać tyłki paru złoczyńcom. Wszystko to przez Mutantów, nowy gang, terroryzujący mieszkańców Gotham bez jakichkolwiek skrupułów. A tam, gdzie policja nie daje rady, sprawy w swoje ręce musi wziąć oczywiście superbohater.

Wielu nie podoba się jednak powrót samozwańczego mściciela. Posiwiały Bruce Wayne musi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej uważać na stąpającą mu po piętach policję, chociaż chce dla swego miasta jak najlepiej. Przy okazji, z emerytury wraca też paru jego innych "kumpli" - przede wszystkim Two Face i Joker. 


Ten ostatni jest dla nas szczególnie interesujący, bo - jak mi się wydaje - trochę czerpano z niego przy kreacji Jareda Leto w "Suicide Squad". Choć na razie nie wypuszczono zbyt wiele materiałów na ten temat, Joker z nowego filmu wydaje się mieć naprawdę całkiem sporo wspólnego ze złoczyńcą z "Powrotu Mrocznego Rycerza". Odrzućcie na bok wizję Heatha Ledgera i poznajcie wyprostowanego, skupionego na swoim celu Jokera, który nie spędza całego dnia na radosnym podskakiwaniu i szczerzeniu się w wielkim uśmiechu. Zależy mu tylko na jednym - sprawianiu jak największej ilości cierpienia. W komiksie nie ma co prawda mowy o grillsach czy tatuażach, jakie na potrzeby filmu przywdział Leto, ale myślę, że o wiele bliżej jest mu do millerowskiego Jokera niż kreacji z filmowej trylogii Nolana.


Sam komiks zaskakuje natomiast ogromną obfitością scenariusza. Obrazki są tu często wręcz symboliczne, minimalistyczne, a na głównym planie przez niemal cały czas pozostaje właśnie tekst. Nie prosty, a pełen przemyśleń wewnętrznych Batmana oraz licznych dialogów i monologów, tworzących lepszy obraz tutejszego Gotham. Czasem jest co prawda dość chaotycznie, przez co czytelnik może czuć się lekko skonfundowany, ale wadę tę naprawiają najlepsze momenty "Powrotu Mrocznego Rycerza".

W tym - wspomniany już finał. Walka pomiędzy Batmanem a Supermanem nie jest wcale długa, ale stanowi fenomenalne zakończenie dla tego komiksu. Ponownie, jestem wręcz pewien, że twórcy nowego filmu ze stajni DC w sporej mierze inspirowali się właśnie tą opowieścią Franka Millera. Weźmy choćby tę kozacką Batzbroję, którą Nietoperz ma na sobie w trailerze filmu - podobną nasz superbohater ma właśnie podczas komiksowej walki z Supermanem.


"Powrót Mrocznego Rycerza" powinien więc na nowo wypłynąć na szerokie wody przed premiarami nowych filmowych hitów od Warner Bros i DC. To jeden z najpopularniejszych albumów o Batmanie, niosący ze sobą naprawdę wysoką jakość - nic więc dziwnego, że twórcy filmowi tak chętnie z niego czerpią. Nie jest to jednak zdecydowanie komiks dla totalnych laików w temacie - przez opowieść Franka Millera przewijają się bowiem dość liczne nawiązania do kilku kultowych elementów przygód Batmana, które zwykle nie są tu tłumaczone.

Jest jednak także dobra wiadomość. Jeśli nie macie ochoty na czytanie komiksu, zawsze możecie obejrzeć pełnometrażową animację przygotowaną na podstawie "Powrotu Mrocznego Rycerza". Ba - właściwie to nawet dwie animacje, bowiem czteroczęściowy komiks podzielono ostatecznie na dwuczęściowy film. O pierwszym animowanym "Powrocie Mrocznego Rycerza" pisałem nawet na blogu, o TUTAJ.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Co by było, gdyby Superman był komunistą?

Co by było, gdyby Superman był komunistą? Gdyby ten wszechmocny kosmita nie wylądował w Stanach Zjednoczonych, a na polu chłopów z Ukrainy? Gdyby po kilkunastu latach odkrył swoje moce, ujawnił się światu i stał się ulubieńcem samego Stalina? Gdyby dzięki niemu Związek Radziecki opanowałby świat, pozostawiając Stany Zjednoczone w cieniu ich dawnej potęgi?

Te pytania wydają się Wam absurdalne? Cóż - inaczej pomyślał Mark Miller, który podobno już w wieku sześciu lat wpadł na pomysł takiej alternatywnej historii Supermana. A jako że świat komiksowy uwielbia wszelkie crossovery i historie alternatywne, udało mu się zamienić swą koncepcję w pełnoprawny komiks. A teraz, ponad dziesięć lat od premiery w USA, "Superman: Czerwony Syn" trafił do nadwiślańskich księgarń z polskim tłumaczeniem.


Co by było, gdyby Kal-Ei wylądował na naszej planecie dwanaście godzin później niż w standardowych komiksach? Zamiast trafić do rodziny Kentów, wychowany zostałby przez ukraińskich chłopów. Potem, dostrzeżony przez Stalina, zostałby jego ulubieńcem i specjalną bronią Związku Radzieckiego. Walczyłby za socjalizm, sierp i młot, rozszerzenie Układu Warszawskiego.

Oczywiście - Stany Zjednoczone nie mogłyby temu przyglądać się ot tak, bez reakcji. Z ramienia amerykańskiego rządu wojnę wypowiada więc Supermanowi znany i (nie)lubiany Lex Luthor. Największy geniusz ludzkości stawia sobie - jak zawsze - za cel zniszczenie przybysza z innej planety. Niekoniecznie dla dobra ludzkości czy Stanów Zjednoczonych, ale bardziej dla własnego dowartościowania się.


W alternatywnym świecie (oficjalnie określanym w Uniwersum DC jako "Ziemia 30") pojawiają się także inne, znane postaci. Jest piękna Wonder Woman, Brainiac, Zielone Latarnie, a nawet... Batman! Ten ostatni okazuje się być antykomunistycznym rewolucjonistą z typowo wschodnią "czapką uszatką", walczącym w imię wolności z Supermanem, ucieleśnieniem orwellowskiego Wielkiego Brata. W komiksie pojawia się także trochę postaci historycznych (w tym wspomniany Stalin), których historia często została jednak zmieniona, na skutek dziejących się za sprawą Czerwonego Syna wydarzeń.

Co trzeba podkreślić - opowieść w Ziemi 30 nie jest czarno-biała. W działaniach Supermana znaleźć można dobro, jednocześnie jednak do wielu rzeczy można się tu przyczepić. Podobnie jest z Lexem Luthorem, którego w kontekście "Czerwonego Syna" nie można traktować jako typowego złoczyńcy. Komiks Millara okazuje się niecodzienną dyskusją na temat nie tylko dobra i zła, ale konfrontacji kapitalizmu i socjalizmu. Czy utopia aby na pewno jest dobrem? W alternatywnej historii Supermana jest więcej filozofowania niż można by się było spodziewać.


Trzyczęściowej opowieści udaje się rzecz wyjątkowa: w jednym tomie opowiada pełną historię radzieckiego Supermana, robiąc to naprawdę dobrze. Nie ma po prostu uczucia, że czegoś jest tu za mało. Może wydawać się to trochę absurdalne, biorąc pod uwagę, ile zeszytów ma wiele innych sag komiksowych, ale alternatywna historia Supermana jako syna komunizmu wydaje się być bardzo odpowiednia dla jednego, skończonego tomu. Jedyne, czego bym pragnął, to rozszerzenie Ziemi 30 o dodatkową, dłuższą historię samego rosyjskiego Batmana. Ale wiecie - ja jestem niepoprawnym fanem Nietoperza.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Nigdy nie byłem jakoś naprawdę blisko komiksów, teraz postanowiłem to jednak wreszcie zmienić. Zacząłem od alternatywnej historii Supermana. Czy zrobiłem dobrze? Chyba tak, bo "Czerwony Syn" spodobał mi się tak bardzo, że rozpocząłem już rozpisywanie swych komiksowych planów na dalsze miesiące. Komunistyczny Superman to bowiem nie tylko świetnie pomyślany i pociągnięty scenariusz Millara, ale także efektowne, ostre rysunki, które do tego klimatu pasują idealnie. 

Chcielibyście się dowiedzieć, co by było, gdyby Superman był komunistą? W takim razie lećcie do sklepu po "Czerwonego Syna". Trudno udźwignąć taki pomysł w jednym komiksowym tomie, ale Millarowi się to zdecydowanie udało. Świetna rzecz.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!