Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

Diament - Introwersja (recenzja + konkurs)


Rozwój popularności rapu w polskim społeczeństwie w ciągu ostatnich lat przyniósł ze sobą zarówno plusy i minusy. Wśród tych pierwszych jest niewątpliwie fakt, że na scenie pojawia się coraz więcej nowych twarzy, którzy skutecznie stają naprzeciw "dinozaurom" nadwiślańskiego hip-hopu. Jednocześnie jednak pole na innowacje się wyczerpuje, przez co wielu świeżych zawodników zbitych zostaje w jedną, nieodróżnialną masę. Spośród niej próbuje wybrnąć na brzeg Diament ze swoim nowym krążkiem, "Introwersją".

To niesamowite, jak idealnym podsumowaniem całego tego krążka jest już pierwszy numer na nim. "Znajdziemy się" rozpoczyna spokojne pianinko, które z czasem przechodzi w beat, który pewnie jeszcze chwilę temu nazwalibyśmy "niuskulowym", ale dziś jest po prostu kolejnym z wielu podobnych podkładów. Na przyjemnej melodyjce próbuje swych sił Diament - jakby niezdecydowany, czy poddać się nowoczesnym brzmieniom, czy pozostać w hip-hopie sprzed paru lat.


Cała "Introwersja" jest zresztą krążkiem na takim rozstaju dróg. Część bitów jest bardziej nowoczesna, część mniej. Teksty natomiast praktycznie zawsze obarczone są tym charakterystycznym, wielokrotnie wałkowanym schematem, od którego zaczyna praktycznie każdy nowy polski raper. Tu trochę smutków zatopionych w alko, tu trochę o wygrywaniu życia (obecnym albo nadchodzącym). I każdy z tych tematów podawany jest w sposób, jaki wszyscy już znamy. Jeśli umknęło mi coś bardziej innowacyjnego, rzeczywiście wyróżniającego się z tłumu - przykro mi. Flow i emocjonalność u Diamenta są niestety tak powtarzalne i monotonne, że po chwili zapomina się zwracać uwagę na to, o czym te kawałki w ogóle są. Od strony rapowej każdy brzmi bardzo podobnie.

Mnie jednak najbardziej dziwi przewijający się co jakiś czas na płycie motyw w rodzaju "jebać swag", "odnajdę tych, co ukradli hip-hop". Jakkolwiek same tego typu oburzenia ze strony kogokolwiek wydają mi się co najmniej śmieszne, tak tutaj jest to jeszcze zabawniejsze, gdyż Diament z niuskulu czerpie co chwilę. Podkłady to jedno, ale taki "Gin & Tonic", pomimo "utruskulowienia" w tekście, dalej brzmi jak track wszystkich tych, których raper krytykuje w innych utworach. 


Mimo tego, dostrzegam pewne plusy w "Introwersji". Po pierwsze - jest w większości całkiem energetyczna. Polecam szczególnie odpalić sobie ten krążek podczas biegania. Łatwo utrzymać przy tych kawałkach równe tempo, a wieczorem jest dodatkowy klimat. Poza tym - parę fajnych momentów w podkładach. "Co Robić?" ma świetny motyw w refrenie, a "Nie mów mi nigdy" przypomina trochę kozackie bity ka-meala. Ten drugi track jest zresztą chyba najlepszym na całej płycie. Przynajmniej w kwestii podkładu.


Poza tym - jestem raczej na nie. Nie mówię, że Diament nie ma szans na stanie się lepszym raperem, ale na razie jest zwyczajnie częścią wielkiego tłumu nieodróżnialnych od siebie polskich hip-hopowców. Jedyne wyjście - nabrać wyrazistości. Na razie jej nie czuję.



Jeśli jednak zaintrygował Was ten materiał tak, byście chcieli mieć go na swojej półce - jest ku temu okazja. Możecie zrobić sobie drugie Boże Narodzenie i wygrać fizyczny egzemplarz "Introwersji". Wystarczy podesłać mi na majkonmajk@outlook.com tytuły trzech dowolnych płyt, które w roku 2015 wydał label 3/4 UDGS. Na Wasze odpowiedzi czekam do godziny 23:59 dnia 31 grudnia. Album zdobędzie jedna osoba wskazana przeze mnie.

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #17


W ostatni piątek proponowałem Wam książki, które nadają się idealnie do przeczytania w wolnym okresie świąteczno-noworocznym. Pora więc, by książkom tym nadać również odpowiednią oprawę muzyczną. Wracamy więc na MajkOnMajk z lubianą serią "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki". Materiał idealny do świątecznego nadrabiania literatury oraz na czas zbliżających się końców semestrów w szkołach i na uczelniach.

Jak zawsze przypominam przy okazji o poprzednich postach z serii "5 płyt...". Każdy numer przeniesie Was do odpowiadającego mu odcinka cyklu: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 1011, 121314, 15, 16.



Brian McBride - "When The Detail Lost Its Freedom"

To prawdopodobnie najspokojniejsza płyta z całego dzisiejszego zestawienia. Ambientowa, pełna dźwięków przypominających instrumenty przerzucone przez liczne efekty. Albo płytę puszczoną od tyłu. Można odpalać do wszystkiego - od książek po najbardziej skomplikowane podręczniki. Muzyka McBride'a zawsze bowiem pozostaje w tle, zupełnie nieinwazyjna.

Całość na Spotify.

Przykładowe utwory:
Martin Jacoby - "The Sound of Glass"

Jedne z najsłynniejszych kompozycji Philipa Glassa w wykonaniu pianisty Martina Jacoby'ego. To kolejny, bardzo spokojny album - tym razem zapełniony wyłącznie dźwiękami pianina. Jest tutaj chociażby słynna, pięcioczęściowa "Metamorphosy", która - jak zwykle - niesamowicie hipnotyzuje. Czyste piękno.

Całość na Spotify.

Przykładowy utwór:

(Nie znalazłem okładki w odpowiednim rozmiarze. Widocznie ta płyta jest AŻ TAK niszowa.)

Eddie Moore and the Outer Circle - "Live in Kansas City"

Zestawienie "5 płyt..." bez jazzu nie byłoby tym samym. Tym razem polecam nagranie z koncertu w Kansas City Eddiego Moore'a i jego zespołu Outer Circle. Siedem kawałków brzmi dla Was jak wizja krótkiego albumu? Zauważcie więc, że większość z nich liczy sobie ponad dziesięć minut. Marzy mi się kiedyć być na takim koncercie.

Całość na Spotify.


Przykładowy utwór:
- "Black Narcissus"


Trentemøller - "The Last Resort"

Dla odmiany - trochę czystej elektroniki. Duński producent łączy w swojej twórczości minimal techno i odrobinę house'u, tworząc jednocześnie relaksacyjną i przebojową płytę. Do nauki i do imprezy. Nieprawdopodobne? A jednak!

Całość na Spotify.

Przykładowe utwory:
Enzo - "Silver Sky"

Raptem cztery kawałki, z czego trzy po około cztery minuty. Czy można w tak krótkim czasie zmieścić coś pięknego? Owszem. Enzo to udowadnia, tworząc niesamowicie spokojne, nostalgiczne kompozycje. Na zimowe wpatrywanie się w ciemną noc idealne. Do czytania smutnych książek też się nada.

Całość na Spotify.

Rae Sremmurd x Polska - tydzień po


Chyba już każdy zna historię dwóch nastolatek, które zakręciły się po warszawskim koncercie Rae Sremmurd wokół autobusu zespołu, a potem - jak same mówią - sprawiły sobie z nimi niezłą orgię. Nie chciałem o tym pisać, bo temat jest raczej wyłącznie do pośmiania się, a wszystko, co można z niego wycisnąć przemyśli sobie w głowie nawet najmniej kumaty człowiek. Dlaczego więc ostatecznie postanowiłem wziąć ten temat na tapetę?

Bo okazuje się, że są jednak ludzie, którzy próbują tych dziewczyn bronić. Chociaż okej - może nie tak wprost bronić, co standardowo wytykać ludziom internetu, iż są największymi możliwymi hejterami. Bo z ich komentarzy sączy się jad, bo obrażają biedne dziewczynki, bo śmieją się z nich wszędzie gdzie się da. I w tej sytuacji chciałbym powiedzieć jedno: STOP.

Stop wtykaniu kija z napisem "PRZESTAŃCIE SIAĆ NIENAWIŚĆ!" wszędzie gdzie się da. Bo inaczej dochodzimy do takich sytuacji jak ta.

Nastolatki dały dupy raperom zza Oceanu. Że mało poprawnie politycznie to napisałem? Mam to gdzieś. Tak bowiem było naprawdę - laski ślęczały pod autobusem kolesi tylko po to, by dać im się przelecieć. Głupota, zwykła biologia, selekcja naturalna - nazwijcie to jak chcecie. Nie o to w tym temacie nawet chodzi. Bo gdybyśmy mieli samo danie dupy krytykować, to seks musiałby zostać zdelegalizowany.

Problem tkwi w jednym: dziewczynki zaczęły się tym chwalić w internecie. Ups, przepraszam - teraz się mówi: "zaczęły zdobywać fejm" albo wręcz "zaczęły fejmić". I jeśli ktokolwiek w tym momencie zaczyna ich bronić, zrzucając na temat swoje standardowe "PRZESTAŃ NIENAWIDZIĆ", to jest zwyczajnym idiotą.

Dlaczego? Bo daje zielone światło ludziom, że to jest spoko. Że zdobywanie fejmu na dawaniu dupy jest okej. Że jak staniesz się gwiazdą internetu po tym, jak zaserwujesz swoje ciało czarnym raperom i się tym pochwalisz w sieci, to wszystko jest w porządku. Że jesteś fajna, cool, whatever. Dajesz zielone światło głupocie i coraz większemu schodzeniu świata na psy. Brawo. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny.

Czy trzeba walczyć z hejtem w internecie? Oczywiście. Bo dopóki potrafi on doprowadzić ludzi do popełnienia samobójstwa, to coś jest nie w porządku. Ale nie możemy też przesadzać. Nie możemy przechodzić obojętnie obok głupoty, głaskać ją i mówić "wszystko będzie w porządku". Tak samo jak nie możemy przyklaskiwać dziecku bijącemu innych na przerwach. 

Trzeba wychowywać, edukować, tępić głupie i nieodpowiedzialne zachowanie. Tępić dawanie tak złych przykładów innym dzieciakom. Zanim obudzimy się w świecie, gdy Twoja córka będzie chciała zdobyć "fejm" przez dawanie dupy innym. Bo taki miała autorytet z internetu.

Przestańmy chronić głupotę. Po prostu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Nigdy nie będziemy czarnuchami


Gdy ostatnim razem, w sierpniu, Kendrick Lamar koncertował w Polsce, pod sceną zebrały się naprawdę spore tłumy. Było to w jakiś zabawne, biorąc pod uwagę jak mało osób czekało na jego show na Open’erze dwa lata temu. Hype jednak robi swoje i przyciąga na koncert nawet tych, którzy znają jedynie „biczdontkilmajwajb” i „słimingpuls”. Polacy ściskali się pod sceną, byle tylko uzyskać jak najlepsze miejsce do spoglądania na swego „idola”. Oto fala fanów. Białych fanów.

Jedno różniło ten koncert od tych, które Kendrick daje w Stanach. Gdy raper namawiał ze sceny tłum do wykrzykiwania niektórych fraz czy refrenów, unikał mówienia „nigger”. Moim zdaniem – nie zrobił tego przypadkowo. Kto mógłby bowiem pozwolić sobie na mówienie per „czarnuchu”, jeśli pod sceną (na pierwszy rzut oka) nie ma nikogo o ciemnym odcieniu skóry?


My, biali, a szczególnie ci odcięci od amerykańskiego świata, nigdy nie będziemy „czarnuchami”. Choćby nagle jacyś polscy blokersi zafascynowani hip-hopem zza oceanu zaczęli do siebie mówić per "nigger", byłaby to raczej scena wycięta z absurdalnej komedii niż coś, co można potraktować poważnie. Po prostu – nigdy nie będziemy "czarnuchami".

Powiecie: "głupia rzecz, przejmować się takimi rzeczami na koncercie". Może i tak, choć ja trzymałem się tego, o co między wierszami prosił Kendrick. Gdy z głośników wybrzmiał kawałek "Alright" z ostatniej płyty Lamara, wykrzykiwałem wyłącznie "we gon’ be alright". Bez "nigger" na początku, które bezproblemowo wychodziło z ust wielu innych białych pod sceną. Właśnie nazwali kogoś "czarnuchem".

To trochę tak, jak gdybyś podszedł do przypadkowej osoby i powiedział: „elo, chuju”. Bo zdarza się tak, że bliscy znajomi mówią do siebie w ten sposób i nikt się za to nie obraża. Każdy rozumie kontekst i tkwiące w takich słowach emocje. Ale nie znaczy to, że podejdziesz nagle do obcej osoby i nazwiesz ją "chujem". Bo dla niej absurdalne będzie założenie, iż mówisz to tak naprawdę z... miłością? Braterstwem?


Znam przypadki osób, które zakumplowały się z Afroamerykaninami, pozwalającym im na wzajemne mówienie do siebie "nigger". To już jest zdecydowanie inna sytuacja, przybliżająca nas do tego przyjaznego "chuja". Choć – szczerze mówiąc – sam nie jestem pewien, czy odezwałbym się (mimo pozwolenia) do Afroamerykanina per "nigger". Nie ze strachu, ale zwyczajnie pragnąc zachować wobec niego szacunek.

Bo my, z perspektywy Polski, bierzemy sobie tego "niggera" i wykorzystujemy jak gdyby nigdy nic, jakby to było kolejne fajne, amerykańskie słowo. Kryje się jednak za nim coś o wiele więcej - coś, czego bez choćby lekkiego zagłębienia się w historię czarnych w Stanach nie ogarniemy. Gdy natomiast to zrobimy – może wtedy zrozumiemy, dlaczego z ust białego "nigger" jednak padać nie powinno. I nie ma to żadnego związku z perfidną "polityczną poprawnością".

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Jaką muzykę można robić będąc hip-hopowcem?


Powiecie, że pytanie głupie. Ja powiem, że nie. Bo przecież nie trzeba robić w życiu tylko rapu, nawet jeśli na hip-hopie zbudowaliśmy swoją markę. Pokażę to jednak na dość nietypowym przykładzie. Bo w rzeczywistości głównym celem tego postu jest właśnie opowiedzenie o jednym z moich najciekawszych odkryć muzycznych tego miesiąca.

Jest sobie koreański raper Nuol. Na pewno nie taki popularny jak twórcy tegorocznego virala "It G Ma", ale chyba jednak ktoś go w tej Korei musi znać, skoro na jego twórczość natrafił nawet Polak. Trzy tysiące fanów na Facebooku wrażenia nie robi, ale - jeśli dobrze kojarzę - portal Zuckerberga nie jest tak popularny w Azji jak w zachodnim świecie. Dodatkowo na zdjęciach z koncertów widać całkiem sporo ludzi, a opiekę na Nuolem sprawuje jeden z największych koreańskich wydawców - LOEN Entertainment. Myślę więc, że można porównać naszego dzisiejszego bohatera do takiego średnio znanego polskiego rapera.

Nie będzie tu jednak o dokonaniach Nuola w świecie hip-hopu. Będzie natomiast o jego najnowszym projekcie, który z rapem nie ma zupełnie nic wspólnego. No, chyba że standardowo cofniemy się do przeszłości i do Stanów Zjednoczonych. To w końcu tam "z jednej matki", bo z kultury Afroamerykanów wyrosły takie gatunki jak rap, r'n'b czy soul. Ten ostatni będzie dziś naszym daniem głównym.


"Soul in Nuol" - taka nazwa płyty mówi chyba wszystko. Jak więc sprawdza się takie nietypowe połączenie, pod postacią soulu (choć takiego z domieszką innych gatunków) od rapera, który jest dodatkowo Koreańczykiem? Cóż - zaskakująco dobrze.

Mamy tu do czynienia z mini-albumem, na którym znalazły się wyłącznie cztery piosenki. Można więc powiedzieć: "hej, przecież nie jest trudno zrobić jednolitą płytę z raptem tyloma kawałkami!". Ale i tak w pewnym sensie zaskakuje, jak jednorodna klimatycznie jest ta płyta. Niesamowicie optymistyczna, pozytywna, namawiająca do wstania z fotela i zrobienia sobie tanecznego parkietu w pokoju.


Całość brzmi bardzo retro i to wyłącznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Każdy kawałek ma klimat niczym szlagier sprzed lat, przez co ja ciągle nie jestem pewien, czy to aby nie są po prostu covery jakichś wielkich hitów, których tytułów nikt nie zna, ale melodię czy refren kojarzy już każdy. Ma się bowiem wrażenie podczas słuchania "Nuol in Soul", że spotkaliśmy się właśnie ze składanką klasyków na długo zapadających w pamięć. Nie pozostaje więc nic innego, jak zapuścić płytę jeszcze raz. I jeszcze raz, i jeszcze raz...

Spytać możecie jeszcze - co z warstwą tekstową? Ano jest azjatycko, czyli... trochę amerykańsko. Tytuły są angielskie, ale to nie znaczy, że całe teksty piosenek takie są. Większość treści na albumie jest po koreańsku, a angielski uświadczymy wyłącznie we fragmentach refrenów. Dla wielu rzecz abstrakcyjna, dla mnie po prostu pokazująca, że Azjaci - bo nie tylko Koreańczycy - ciągle są zakochani w amerykańskiej kulturze. Tu to słychać i w muzyce, i częściowo w tekstach.


Nie jest ta płyta niczym nadzwyczajnym, ale teraz, na mroźniejsze dni, zdecydowanie przyda się, jako ocieplacz atmosfery. Trwa jakieś piętnaście minut, więc wielu osobom będzie idealnie pasować na podróż między mieszkaniem a uczelnią czy pracą. Tylko ostrzegam - można się łatwo od tego mini-albumu uzależnić.

Do przesłuchania choćby na Spotify.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Czy polscy raperzy mają wpływ na poglądy polityczne słuchaczy?


Czy polscy raperzy mówią o polityce? Z rzadka. Oczywiście, mówimy tu o polityce wprost, o popieraniu jakichś partii, reprezentowaniu jakichś konkretnych poglądów. Problemy społeczne to jedna rzecz, bo że jest źle i brak hajsu w kiermanie, to wie każdy, kto choć polskiego rapu posłuchał. Ale polityki - tego u nas jest mało.

W temacie zaczęło się dziać trochę więcej dopiero ostatnimi czasy. Największym wydarzeniem wiążącym politykę i rap było chyba ostatnimi czasy słynne „przemówienie” Gurala o tym, jak to Korwin jest zły i nie należy na niego głosować. To już było takie wejście wprost w świat, który do tej pory był w polskim hip-hopie przykryty zasłoną milczenia. Lud zareagować musiał.

Oczywiście, bardzo szybko Gural został za swoją mowę oblany falą pomyj. I to z bardzo prostego powodu - większość słuchaczy polskiego rapu to ludzie młodzi, gustujący w poglądach prawicowych. Jasne, jest to pewnego rodzaju uogólnienie. Taki jednak wniosek można wyciągnąć z komentarzy, jakie pojawiają się na Facebooku, Glamrapie czy gdziekolwiek indziej.

Komentarzy popierających Gurala nie pamiętam. Pewnie jakieś się pojawiły, ale były one w zdecydowanej mniejszości. A przecież prawicowcem na miarę polskiego hip-hopu nie są też na pewno Łona czy Ten Typ Mes. Ten pierwszy zresztą najbardziej zawsze kojarzony był z polityką, bo o swoich lewicowych poglądach mówił wprost. Jego jednak krytykowano inaczej: „głupoty pierdolisz, ale Twoją muzykę szanuję”.

Wynikałoby więc z tego, że raperzy mają wpływ na słuchaczy raczej mały, kiedy mówimy o kwestiach stricte politycznych. Oddzielanie twórczości muzycznej od poglądów wydaje się w jakimś stopniu naturalną rzeczą w przypadku polskiego hip-hopu.


„Co jednak z KęKę?” – ktoś spyta. Nie sądzę, by miał on wpływ na jakieś zmiany w umysłach słuchaczy. Jego rap, w którym często przewijają się motywy prawicowo-patriotyczne, jest co najwyżej swoistym wieloutworowym hymnem dla sporej rzeszy słuchaczy. Znam sporo osób, propsujących Kę właśnie z uwagi na treści jego utworów, bowiem pokrywają się one z ich własnymi poglądami. Nie znam jednak nikogo, kto pod wpływem Kę przeszedłby „z lewa na prawa”, tak jak nie znam nikogo, kto pod wpływem Gurala zmieniłby swoje zdanie o Korwinie.

Ciągle jednak nie można jednoznacznie stwierdzić: „polscy raperzy nie mają wpływu na polityczne poglądy swoich słuchaczy”. Dlaczego? Bo wielu z nich po prostu nie udziela się w sieci. Internet młodych zaangażowanych politycznie jest miejscem mocno prawicowym - czy tego ktoś chce, czy nie. Nie znaczy to jednak, że wszystkie nastolatki muszą od razu popierać Korwina, Ruch Narodowy czy cokolwiek innego. Pamiętać należy, iż wiele osób zwyczajnie nie chce udzielać się w sieci - szczególnie wtedy, gdy są w mniejszości.

Kto wie - może więc wygłaszane przez któregoś rapera poglądy przestawiły słuchacza z jednej strony barykady na drugą? Może zaświtało mu coś w głowie, co obróciło jego myślenie do góry nogami? Może po prostu nie chciał o tym pisać w sieci? Niestety – wszystko kręci się wokół „może”.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Pagan disco ponad wszystko


Post ten miałem napisać już jakieś pół roku temu. Ale wiecie jak to jest - zapomni się, nie będzie "weny", zabraknie czasu. Ostatnio temat mi się przypomniał i zacząłem się zastanawiać, czy jest jeszcze sens pisania o bohaterze dzisiejszego wpisu. Może zdobył on już ogromną popularność, może wyszedł z undergroundu? Bez zaskoczenia stwierdziłem, że jednak nie. A szkoda.

Jeśli nie macie jeszcze dość dziwacznych gatunków muzycznych, pokroju rosnącego w siłę bubblegum bass (o którym pisałem TUTAJ) - zostańcie przy komputerach. Snowid, o którym dziś będzie mowa, stworzył bowiem w zasadzie zupełnie nowy rodzaj fantastycznych dźwięków. Jak go nazywa wiele osób? Pogańskim disco.


Muzyka Snowida łączy w sobie nawiązania do klasycznych słowiańskich klimatów sprzed wieków oraz świata geeków, czyli wszelkiego rodzaju fantasy i gier wideo. Słychać to w tekstach, słychać to w samych dźwiękach wydobywających się z głośników. Są mocne basy, nawiązania do ośmiobitowych soundtracków, gama syntezatorów. A do tego ryk samego Snowida, idealnie oddający wyobrażenia na temat naszych praprapra(...)przodków.

Pan Słowianin "śpiewa" o dziadach, podróży na bagna czy wyprawie po Magiczny Miecz. Jednym z jego największych klasyków jest jednak zdecydowanie urokliwy "Taniec Leśnych Grzybów". Gdybym był kobietą, to niewątpliwie chciałbym ze Snowidem iść "zatańczyć do lasu". Zapewne przy okazji biorąc jeszcze jakieś LSD lub specyfiki, jakimi wprowadzali się w wyjątkowy stan dawni Słowianie.


Jeśli ciągle Wam za mało do wczucia się w klimat - zawsze można jeszcze zabrać się za oglądanie teledysków. Pełne psychodelii, utwierdzającej nas w myśli: "CZEGO JA W OGÓLE SŁUCHAM?!". Na koncercie Snowida jeszcze nie byłem, ale ponoć jest równie niesamowicie. Długowłosy koleś z brodą, wyglądający trochę jak Wiking, latający po scenie z gołą klatą i ryczący do mikrofonu? Oto pagan disco w całej okazałości.

Gdzie słuchać? Jak przystało na współczesny underground muzyczny - na Bandcampie. Album "Legendy" można pobrać za friko, choć warto jednak parę groszy Snowidowi rzucić. Za dwie kolejne płyty, tym razem w postaci EPek, musimy już zapłacić minimum piątaka. Warto? A jakże!

Przy okazji można też zainteresować się damskim duetem Kipikasza, regularnie współpracującym ze Snowidem. Też słowiańsko, choć zdecydowanie bardziej tradycyjnie i "normalniej" niż u naszego brodatego kolegi. TUTAJ posłuchacie ich kawałka zatytułowanego "Baba".

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Kanye West - fałszywy prorok świata mody


Przed paroma dniami do sprzedaży trafiła wreszcie pierwsza linia ciuchów zaprojektowanych przez Kanye Westa. Hype wokół jego kolaboracji z Adidasem kręcony był już od jakiegoś czasu, poprzez wszelkiego rodzaju pokazy mody i wystąpienia rapera. W ciągu ostatniego roku pojawiły się już zresztą dwa pierwsze modele butów Adidas x Kanye. Za Yeezy Boost 350 trzeba było zapłacić początkowo 1000 złotych, obuw oznaczony numerem 750 był natomiast jeszcze droższy. Teraz, gdy buty można dostać już tylko u resellerów, ceny poszybowały w górę jeszcze bardziej.

Jak jest więc z cenami ubrań od Westa? Cóż - jeszcze bardziej hardkorowo. Charakterystyczna koszulka moro, w której Kanye regularnie pojawiał się w mediach, wyceniona została na 180 euro. Uwierzcie mi - to jeszcze nic w porównaniu do tego, ile kosztują pozostałe produkty z kolekcji YEEZY Season 1. Dla przykładu: za luźny crewneck oversize zapłacimy 1300 euro, krótkie spodenki dresowe dostaniemy za 320 euro, a na skórzaną kurtkę należy odłożyć sobie 2900 euro. Ta ostatnia cena, według obecnego kursu, to w przeliczeniu na złotówki ponad 12 tysięcy PLN.

Źródło: Walf.co
Nie chcę tu krytykować tych cen samych w sobie. Może i są one dla większości z nas abstrakcyjne i na ich widok chcemy się popukać w czoło, ale cóż - takie są prawa modowego światka. Ciągle nie są to najdroższe ciuchy, jakie można dostać na rynku. Choć część osób kolekcję Westa krytykuje, ja sam przyznam, że chętnie bym parę rzeczy z niej ponosił. Niestety - nie należę obecnie do bogaczy i wolę sobie za taką kasę kupić jednak coś innego.

Płacz ludzi w sieci w rodzaju "TE RZECZY SĄ ZA DROGIE!!!" jest dla mnie niezrozumiały. Nikt Ci nie każe tego kupować, a Kanye z Adidasem mogą sobie ustalać jaką tylko cenę chcą za swoje produkty. I tak cała kolekcja się wreszcie zapewne całkowicie wyprzeda, więc nie dziwię się firmie, że chce na tym zarobić wielokrotnie więcej niż kosztuje produkcja takich ciuchów. Ot, biznes.

Co jest więc problemem? Sam Kanye. Człowiek, który jest chyba jednym z największym hipokrytów, jaki kiedykolwiek wylądował w mainstreamie.


"Ciuchy powinny być jak jedzenie", mówił Kanye podczas swojego wystąpienia na Oksfordzie. Modne, fajne ubrania powinny być dostępne za taką cenę, by każdy mógł sobie na nie pozwolić. "Nie powinno być swetra za $5000" - to słowa samego Westa. Ej, stary - wiesz, że Twoje ciuchy kosztują równie dużo?

Nie przekonują mnie wszelkie tłumaczenia Kanye. Że to Adidas narzucił mu takie ceny, że musi iść im na rękę podczas pierwszego okresu współpracy. Mam to gdzieś. Kanye pieprzy ciągle o tym, jaki to świat jest niesprawiedliwy i jak to powinno się sprzedawać modne ubrania za dużo mniej niż dzieje się to obecnie. To jednak tylko puste słowa, bo on sam nic z tym problemem nie robi. 

Chociaż mógłby.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Moja ulubiona piosenka


Gdy myślę o najbardziej niekomfortowym pytaniu, jakie ktoś mógłby mi zadać, nie zagłębiam się w przesadnie głębokie, ambitne tematy. Najgorsze jest bowiem dla mnie to pytanie, na które zwyczajnie nie mam odpowiedzi. Gdy więc ktoś próbuje wyciągnąć ode mnie nazwę ulubionego zespołu czy artysty - zwyczajnie nie wiem, co mam powiedzieć.

Ulubiony zespół mogłem mieć w podstawówce czy gimnazjum. Bo świat muzyki tak naprawdę dopiero liznąłem i moje horyzonty w tym przypadku nie były zbyt szerokie. Zdarzało się nawet, że ulubiony zespół się zmieniał. Każdy kolejny był na miesiąc, pół roku, rok. Bo ciągle udawało się znaleźć coś lepszego, co wtedy wydawało mi się "tym najlepszym".

Dziś przed pytaniami o ulubiony zespół czy artystę po prostu uciekam. Nie chcę odpowiadać nawet na: "kto jest Twoim ulubionym raperem?". Bo też nie wiem. Bo znam ich wszystkich zbyt dużo i zbyt bardzo wielu z nich lubię, by postawić jedną osobę czy band nad wszystkich innych. I nie mam potrzeby szukać tego jedynego, najważniejszego "idola". Z muzyką na szczęście jest inaczej niż z kobietami. Kochać można wiele płyt na raz i nikt nie robi Ci z tego powodu problemu.

Ostatnio jednak utwierdziłem się w przekonaniu, że mam w kategoriach muzycznych coś, co mogę nazwać rzeczą ulubioną. Długie miesiące zajęło mi zaakceptowanie, iż ten jeden konkretny kawałek mogę postawić na piedestale.

Nie jest to (w jakichś formalnych ramach) najlepszy utwór, jaki słyszałem w swoim życiu. Znalazłoby się sporo takich, które są znacznie bogatsze muzycznie i kocha je cała masa ludzi. Całkiem możliwe, że gdy już odpalicie tę moją ulubioną piosenkę, będziecie zdziwieni. Możecie spodziewać się czegoś innego, czegoś o wiele bardziej zaskakującego. Nie nastawiajcie się więc na kawałek, który i Wy musicie pokochać.

Ja jednak go uwielbiam. Od mniej więcej roku katuję go niemiłosiernie, znając już chyba każdy jego akord. To nie jest zresztą trudne, bo prostota to jedna z najważniejszych rzeczy, budujących tę piosenkę. Minimalizm uderzający przez prawie siedem minut - bo tyle trwa "jedyna słuszna", wydłużona wersja oryginalnego tracku. Minimalizm w dźwiękach, w tekście, w skomplikowaniu całości (czy raczej braku tego skomplikowania).

Ciągle pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek. Mam wręcz wrażenie, że na stałe zapisuje mi się w głowie każda sytuacja, w której go słucham. Pewnie jest to niemożliwe, ale zawsze, gdy ponownie odpalam tę piosenkę, pojawiają mi się przed oczami sceny z licznych miejscówek, puszczone w slow-motion. We wszystkich z nich słuchałem właśnie tego kawałka.

Klimat - oto za co uwielbiam tę piosnkę. Zawsze taki sam - nieważne, czy kawałek gra w słuchawkach w lesie w środku nocy, na gorącej plaży latem czy podczas pierwszych dni wiosny.

Ten jeden utwór stanowi cały soundtrack mojego życia.

Posłuchajcie.

Bij bolszewika! Żyda bić!


Coraz częściej mówi się o tym, że na salony wracają trendy sprzed lat. Dzieje się to wszędzie: w muzyce, w modzie, w wystrojach knajp. Nie jest to jednak wcale powiew jakiejś bardzo dawnej przeszłości. Sięgamy lat 90., 80. - dalej zachodzimy z rzadka. A gdzie w nas pamięć do jeszcze starszych okresów? Na horyzoncie coś niezbyt ją widać. Aż chce się więc zakrzyknąć: HAŃBA!

"Hańba!", bo taką też nazwę nosi moje bodaj największe muzyczne odkrycie tego miesiąca. Przywitajcie oklaskami czterech chłopaków wychodzących na scenę. Jeden gra na banjo, drugi na akordeonie (ewentualnie klarnecie), trzeci wali w bęben, a ostatni dmie w tubę. Na swoim Facebooku głoszą, że powstali w roku 1931, a obecnie odbywają "zbuntowaną trasę objazdową" Anno Domini 1935. I wcale nie zdziwiłbym się, gdyby to była prawda.

Wszystko bowiem sugeruje, że tak właśnie jest. Od ubioru chłopaków, upodabniającego ich do polskich robotników z początku XX wieku, na tekstach ich piosenek kończąc. Inspirowanych starymi piosnkami śpiewanymi przez tłumy czy poezją Tuwima. O zbrojących się Niemcach, o biciu bolszewików. Tylko że wygrywane z jakimś takim punk-rockowym pazurem.


Jak ich poznałem? Wszystko dzięki specjalnej współpracy OFF Festiwalu i KEXP, jednej z najważniejszych amerykańskich radiostacji dla fanów wszelkiej rodzaju muzyki alternatywnej, niszowej. Od dobrych paru lat radio to przygotowuje specjalne sesje z udziałem różnorodnych artystów, które potem publikowane są w formie wideo na ich kanale YouTube. Dla KEXP zagrali chociażby Macklemore z Ryanem Lewisem, Alt-J, Florence, Artic Monkeys czy The xx. A teraz, dzięki wspomnianej współpracy z festiwalem Rojka, przyszła też pora na Polaków. W tym - Hańbę!

Swój występ zespół zaaranżował na jednej z katowickich ulic, wyglądającej jak wycięta z początku wieku XX. I dali takiego czadu, że zauważyli ich nawet zagraniczni słuchacze, którzy nic z tekstów piosenek nie zrozumieli. Trudno bowiem oprzeć się tak niesamowitej energii i muzyce, jakiej nie słyszy się już nawet na deskach polskich klubów. Idealnym komentarzem do całego wystąpienia jest natomiast ten poniższy:


Widać, że po występie dla KEXP, popularność Hańby! wzrosła - również (a może szczególnie) w naszym kraju. Jest się z czego cieszyć, bo ich muzyka to coś wyjątkowo oryginalnego jak na dzisiejsze standardy. Na dodatek, wszystkie trzy dotychczasowe płyty zespołu można pobrać zupełnie za darmo STĄD. Przyszły tydzień od razu zapowiada się przyjemnie z takim materiałem na dysku, prawda?

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

7 płyt na jesienne spacery


Zapytacie: "czym jest spacer?". Nie zdziwiłbym się takim pytaniem, bo w moim pokoleniu spacerowanie ewidentnie umarło. Wychodzą na dwór ot tak, dla samego wyjścia, tylko nieliczni. Pojawiło się zbyt dużo rozrywek innego kalibru, żeby chciało nam się jeszcze zwiedzać nasz najbliższy świat. Nawet kochankowie powoli wynoszą się z parków, gdzie dziś coraz częściej spotkać można tylko ludzi starszych i śpiących na ławkach bezdomnych.

Wydawałoby się więc, że tworzenie listy płyt idealnych na jesienne spacery na blogu czytanym w większości przez ludzi młodych, jest zwyczajną głupotą. Nie jest tak jednak, kiedy "spacer" zdefiniujemy mniej sztywno niż to się zwykle robi. Bo ja również nie wychodzę ot tak w świat, w celu zwyczajnego pochodzenia po nim. 

Dla mnie jednak "spacerowanie" to często zwyczajnie podróżowanie z jednego miejsca na miejsce. Z mieszkania na przystanek, z innego przystanku do pracy, z pracy na uczelnię, z uczelni do radia, i tak dalej, i tak dalej. To są moje spacery, które lubię i praktykuję nagminnie. Często wolę wręcz jakiś odcinek pokonać na piechotę niż tramwajem czy busem, chociaż wtedy zajęłoby mi to mniej czasu.

Źródło: Unsplash.com
W tych mniej typowych spacerach nieustannie towarzyszy mi muzyka. Rzadko mam ochotę słuchać głosów miasta, zdecydowanie wolę przemierzać świat ze słuchawkami w uszach. Z tego powodu, przez te parę lat nieustannie aktualizowałem swoją listę płyt, które puszczałem sobie podczas spacerów. Płyt, nie pojedynczych utworów, bo gdy zimno i wiatr targają światem wokół, ostatnią rzeczą, jaką chce się zrobić, jest wyciągnięcie telefonu z kieszeni i przełączenie się między różnymi utworami.

Dlatego dziś podrzucam Wam 7 krążków, które są moimi godnymi towarzyszami ostatnich spacerów. Te trochę bardziej znane i te mniej. Te trochę bardziej na dzień i trochę bardziej na noc. Raczej spokojne, nostalgiczne - jesienne.

Miłego słuchania podczas jeszcze milszych spacerów. Albo "spacerów" - jak kto woli.



Sun Kil Moon - "Benji"

Płyta jak bardzo słoneczny, choć trochę mroźny dzień jesieni. Jak slajdy z miasta, gdzie pierwsze żółtawe liście leżą już na ziemi. Ludzie stojący na pasach w kurtkach, natura szeleszcząca pod stopami, świat wyglądający ciągle tak, jakby ciągle zbliżał się do pięknego zachodu słońca.



Bon Iver - "For Emma, Forever Ago"

Płyta niczym las. Niekoniecznie oddalony od cywilizacji, niekoniecznie wielki, ale na pewno pusty, pozostawiony tylko nam. Gdy jest zimno, choć nie ma wiatru. Gdy nie ma słońca, ani też burzowych chmur. Pod stopami zalążki pierwszego śniegu i łamiące się gałęzie. 




Nick Cave & The Bad Seeds - "Push The Sky Away"

Pochmurny dzień, przygnębiające miasto. Z ludźmi bez wyrazu i wielkimi kamiennymi klocami budującymi świat wokół. Ale czasem, chociaż na sekundę, pojawia się gdzie uśmiech jakiegoś człowieka patrzącego w telefon albo promień słońca rozświetlający na ułamek chwili naszą podróż.




Indigo Tree - "Blanik"

Zejście do metra. Podziemny przystanek tramwajowy. Galeria handlowa wypełniona ludźmi w kurtkach. Pierwsze świąteczne wystawki migające gdzieś w tle. Ludzie przemykający wokół nas oraz my, odcięci od nich tak, że stają się po prostu kolejnym elementem betonowych i szklanych konstrukcji.




Oly. - "Home"

Szybkie przebieganie między uliczkami z jednym celem w głowie - przystanek. Wskakujemy w kałuże, rozpryskujemy wodę na wszystkie strony. Wreszcie docieramy na miejsce. Przystanek wypełniony po brzegi. Wokół niego ludzie skuleni pod parasolami. A z nieba leje się zimny deszcz.




Kanye West - "808s & Heartbreaks"

Noc. Zimna, z rzadka spotykanymi ludźmi na ulicach miasta. Niby jesień, choć dla nas już jakby najzimniejsza z zim. Gdy już kogoś spotykamy, widzimy tylko jego oczy, bo resztą twarzy chowa w kołnierzu kurtki. Mamy więc wyłącznie jednego towarzysza podróży - lampy uliczne.




Karen O - "Crush Songs"

Płyta, która zabierze nas z ulic. Choćbyśmy szli w środku nocy nieoświetlonymi ulicami, poczujemy się jak w leśnym domku na skraju z cywilizacji. Ze strzelającym płomieniami kominkiem i włączonym gramofonem odtwarzającym starą, wielokrotnie odtwarzaną już płytę.



Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika w nagłówku postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Katole, ja was chromolę


Niedziela, dzień na MajkOnMajk od prawie zawsze związany z muzyką. "Raperzy czytają", polecenie różnych płyt, komentarze do obecnej sytuacji w branży - oto, co pojawia się w ostatni dzień tygodnia na blogu. Zastanawiać się więc możecie, co ma wspólnego tytuł dzisiejszego wpisu z muzyką. Cóż - więcej niż myślicie. 

Dziś, jedenastego października, rozpoczyna się w Krakowie festiwal Unsound. To coś dla fanów tej bardziej niszowej, eksperymentalnej muzyki. Miałem nawet napisać oddzielny post na temat tego, co warto zobaczyć/usłyszeć na Unsoundzie, bo wystąpi na nim kilku naprawdę wartych uwagi artystów, takich jak Health czy Current 93. Okazało się jednak, że o festiwalu muszę opowiedzieć w mniej ciekawych okolicznościach.

W mijającym tygodniu pewien bloger/felietonista postanowił napisać o tym, iż Unsound promuje satanizm. Tak, tak, dobrze czytacie. Myślę, że początkowo organizatorzy festiwalu mogli się nawet po czymś takim ironicznie uśmiechnąć, a nawet - kto wie - zaśmiać. Bo przyznać trzeba - brzmi to po prostu absurdalnie dla każdego, kto choć na chwilę zainteresował się tym, jaka muzyka grana jest na Unsoundzie.


Teraz jednak na pewno organizatorom nie jest już do śmiechu. Post w odpowiednich kręgach rozszedł się mocno, a do tego niefortunny list z podobnymi oskarżeniami trafił do krakowskiego kościoła św. Katarzyny. Dlaczego tam? Bo to właśnie w tym miejscu miał odbyć się koncert wspomnianego zespołu Current 93, który oskarżany jest przez blogera o satanizm.

Opiekunowie kościoła św. Katarzyny koncert odwołali. Podobnie stało się z występami mającymi odbyć się w kościele pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Szczerze mówiąc - trochę się im nie dziwię. Nie ma co obwiniać te kościoły za to, że nie chcą narażać swojego dobrego imienia przez samo zaistnienie głupich oskarżeń. 

Na kogo więc należy patrzeć złowieszczym wzrokiem? Na pana blogera. I na wszystkich innych ludzi, którzy katolikami są wyłącznie we własnym mniemaniu. Kim są bowiem naprawdę? "Katolami" - jedną z najbardziej ociekających nienawiścią do świata grup w naszym kraju. Egocentrykami, którzy wcale nie myślą o Bogu, a swoich własnych, idiotycznych zachciankach, chcąc, by zaakceptował je każdy wkoło.


To przez nich odwołane zostały "satanistyczne" show na Unsoundzie, które miały między innymi obejmować grę pianisty Johna Tilbury'ego czy jazzmana Rafała Rogińskiego, wykonującego utwory Johna Coltrane'a. To oni strajkują, bo w święto katolickie do Polski przyjeżdża Madonna. To oni wyrywają dzieciom Hello Kitty, podobno będące maskotką szatana. No tak - bo paroletnia dziewczynka po zabawie ze słodkim stworkiem za chwilę zacznie rzucać na ludzi zaklęcia i domagać się smażonego kota na śniadanie. 

Cholera, a może to był po prostu głupi troll? Facet, który chciał sprawdzić, czy uda mu się wkurzyć chociaż parę osób w internecie? Szczerze mówiąc - chyba wolałbym, by taka wersja okazała się prawdziwa niż uświadamiać sobie, że istnieje kolejna osoba na świecie, która wymachuje rękami na wszystkie strony, wykrzykując "SZATANIŚCI!". I nigdzie nie widzi miłości.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Ryba po hipstersku


"Rap dla hipsterów" - mówi się o twórczości Taco Hemingwaya. I, odrzucając wszelkie negatywne konotacje tego powiedzenia, jest w nim pewna szczypta racji. Bo Taco jest takim typem, którego ani trochę nie wyobrażamy sobie grającego ze słuchawek dresów pod blokiem czy śmiesznych nastolatków w full capach. Do ubrania słów w muzykę wykorzystano tu rap, ale daleko temu do typowego hip-hopu - czy to tego sprzed lat, czy też tego uwspółcześnionego.

Nie o Taco dziś jednak będzie, a o człowieku, którego twórczość działa na podobnej zasadzie. Niby to rap, ale zdecydowanie inny i wyjątkowy na polskiej scenie. Trafił do gustów słuchaczy nie sięgających zwykle po hip-hop, tylko wtedy nie mówiło się jeszcze na nich "hipsterzy". Na skraju rapu i muzyki alternatywnej - tam właśnie znajdziemy Fisza. Wraz z jego bratem, Emade, oczywiście.

Nie będzie tu jednak o ostatnich poczynaniach braci Waglewskich, którzy na płycie "Mamut" wpisali się we wszelkie modne ostatnio muzycznie nurty, wchodząc w klimaty coraz bardziej przypominające delikatną elektronikę i indie pop. Zamiast tego - cofnijmy się trochę w czasie. Tam bowiem znajdziemy trzy projekty Fisza i Emade, które bywają nieznanymi nie tylko przez młodszych słuchaczy, ale czasem nawet i tych starszych, i bardziej doświadczonych.


Zacznijmy jednak od najbardziej popularnego projektu z całej trójki. "F3", bo o nim mowa, to album z roku 2002 (czyli sprzed 13 lat!), który dla mnie ciągle jest najlepszym, jaki wydali utalentowani bracia. Tak, tak, wiem, że wielu kocha "Heavi metal", a jeszcze inni ubóstwiają najstarsze i najbardziej rapowe płyty Fisza. Ale ja staję im na przekór, wybierając album bodajże najbardziej alternatywny w całym dorobku Waglewskich.

Jak tu jest? Minimalistycznie - to na pewno. Zahaczające o jazz czy ambient podkłady od Emade (oraz muzyków Tworzywa Sztucznego) potrafią zapaść w pamięć co do jednej nuty i wprowadzić w wyjątkowy, senny klimat. A Fisz? Cóż - to na "F3" wyszedł on z roli bardziej typowego rapera, zmieniając hip-hopowe rzucanie wersów na kompozycje rodem ze swawolnych piosenek. Powtarzane zdania, rzucane ciągle pojedyncze hasła i to charakterystyczne mówienie o wszystkim w bardzo prosty sposób. Wielu muzyków potrafiłoby zrobić z takich "Sznurowadeł" track, który liczni dojrzali słuchacze by wyśmiewali. Fisz nie daje ku temu powodów, ubierając słowa czasem wręcz w idealne kompozycje.


Drugi projekt, o którym chciałbym wspomnieć? "Fru!", czyli kolaboracja z Fisza tym razem nie z Emade, a innym istotnym producentem polskiej sceny - Enveem. To jeszcze bardziej eksperymentalny i nietypowy album niż "F3", który zdecydowanie nie każdemu musi się spodobać. Tak się jednak zdarzyło, że w pewnym momencie życia ewidentnie trafił on w moje gusta. Różnorodny, trochę "dziwny" i posiadający chyba jedno z najlepszych otwarć albumów w historii polskiej muzyki. Tak, aż tak lubię "Idzie miłość".


Co na koniec? Projekt, któremu początkowo miał być poświęcony zupełnie oddzielny wpis. Dla wielu zaskakujący i niepasujący do reszty twórczości Fisza i Emade. Brudny, wręcz garażowy, z pazurem, jakiego brakowało mi trochę na polskiej scenie muzycznej. Taki właśnie jest Kim Nowak.

Rockowy projekt Waglewskich jest "rockowy" w starym stylu. Szalonym, rock'n'rollowym, zalewanym wódą i fajami. I to dosłownie - do dziś pamiętam widok ekipy zespołu na bakstejdżu po koncercie, siedzących przy butelkach czystej i w oparach papierosowego dymu. Tu nie ma głaskania gitary, a szarpanie strun. Tu nie ma delikatnego pukania w bębny, a dosłowne walenie w perkusję. A wszystko nagrane i przypalone efektami w taki sposób, by muzyka brzmiała jak w klubach, gdy grywał Jimi Hendrix i reszta rock'n'rollowej ferajny.


Druga płyta spod szyldu Kim Nowak, "Wilk", jest spokojniejsza i (moim zdaniem) trochę słabsza od ich pierwszego albumu, zatytułowanego po prostu "Kim Nowak". Tracki z roku 2012 jednak i tak dają radę wystarczająco mocno, by chciałoby się więcej. Jeśli nawet nie nowości muzycznych, to chociaż kolejnej rockowej trasy od Fisza i Emade. Do dziś pamiętam koncert Kim Nowak po premierze ich płyty i energię na nim. To cholerstwo o wiele bardziej efektowne koncertowo niż obecne wyczyny Waglewskich. Do KM to ja mogę pogować nawet sam ze sobą, obijając się o cztery ściany.

Na sam koniec, warto oczywiście zaznaczyć, że te trzy projekty nie są jedynymi z tych bardziej nietypowych, jakie wyszły spod ręki Fisza i Emade. Są przecież jeszcze ich płyty z ojcem, jest też zapomniana już chyba przez wszystkich Bassisters Orchestra. Dyskografia braci Waglewskich to naprawdę obszerna rzecz, którą trzeba po prostu dokładnie zbadać samemu. Od początku do końca, po kilka razy. Dopiero wtedy można wybrać swoich ulubieńców i stwierdzić, czy rzeczywiście chłopaki idą obecnie w dobrą stronę.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

A TO RUSKIE UNDERGROUND


Swego czasu w polskim internecie sporą popularnością cieszył się filmik z lat dziewięćdziesiątych, pokazujący rzekomą "imprezę techno" w jednym z nadwiślańskich klubów. Do dziś pod licznymi mirrorami tego wideo pojawiają się komentarze z cyklu: "IT'S NOT POLAND! IT'S BELGIUM!". Bo i owszem - dość szybko można w sieci dotrzeć do informacji, że cało wydarzenie nie tylko nie było "imprezą techno", ale rave'ową masakrą, ale i nie miało ono zdecydowanie miejsce w Polsce.

Nie dziwi jednak fakt, iż wiele osób uwierzyło, że coś takiego mogło się przydarzyć w naszym kraju. Łysi, napakowani kolesie, machający swoimi sztywnymi głowami we wszystkie strony, tuż obok chudzielców w ortalionowych dresach, mocno odbiegających wyglądem od swoich zachodnich rówieśników. Ba - są tu nawet szalone dziewczyny, które wielu dzisiejszym internetowym surferom mogłyby spokojnie skojarzyć się ze zdjęciami ich mam sprzed lat. Tak - to zdecydowanie wyglądało jak ciągle czująca spaleniznę komunizmu Polska.


Wiele osób, śmiejąc się do rozpuku podczas oglądania "Rave Party 1997", pomyślałoby, że "w sumie fajnie byłoby spróbować takiego czegoś na własnej skórze". Ale hej - to przecież niemożliwe! Mamy XXI wiek, nikt już nie robi takiej siary w klubach! A na pewno nikt się już tak nie ubiera - no chyba, że na imprezę "faszyn from raszyn". Ale czy aby na pewno nikt?

W "Raszyn" czar końcówki XX wieku wydaje się bowiem ciągle do końca nie znikać. Ortalionowe dresy połączone z jeansowymi rurkami. Laska ogolona całkowicie na łyso. "Czapki wpierdolki" walające się po głowach wszystkich wokoło. Gumowe klapki i białe skarpetki naciągnięte wysoko na leginsy. "Ruski szampan" i wóda wlewana do arbuza. Co to takiego? RUSKIE UNDERGROUND!


Nie wiem, kim są ci ludzie. Za cholerę nie znam rosyjskiego i nie wiem, czy to całe "СКОТОБОЙНЯ より多くの愛" ma być jakąś nazwą ich ekipy w rodzaju "Sadboys" Yung Leana, czy też znaczy coś zupełnie innego. Wiem natomiast, że zachodni hipsterzy, których szczytem indywidualizmu jest noszenie takiej samej brody, jak wszyscy inni i noszenie ciuchów od tej samej firmy, co wszyscy inni, nie są przy tych tutaj zupełnie nikim wyjątkowym.

Gdy zachodni świat żyje oddaniem się smutkowi i modą na tak dziwne gatunki jak vaporwave czy seapunk, Rosjanie ruszają w zupełnie inną stronę. Mieszają to co najmocniejsze w ravie i innych hardkorowych rodzajach muzyki oraz dorzucają do tego nutkę współczesnych brzmień, tworząc ostatecznie właśnie to - ruskie underground. Lata dziewięćdziesiąte ugryzione zupełnie z innej strony, wprawiającej w jeszcze większe zdziwienie niż podobne odniesienia na Zachodzie.



I pomimo tego, że po wielu przesłuchaniach, za każdym razem podczas oglądania tych klipów na mojej twarzy pojawia się wyraz mówiący jedno wielkie "CO", to w pewien sposób... podoba mi się to "coś". Nie tylko przez swoją dziwność, ale i niesamowitą energię, której dawno nie dał mi w takim stopniu żaden inny kawałek. "Ruskie underground" to chyba nowy synonim bangera.

Gdzie więc poszukiwać dalej tego typu muzyki? Osobiście zachęcam chociażby do przesłuchania płyty "ZDES EBASHIT UNDERGROUND" autorstwa WPCWE - KLIK. A co dalej? Cóż - tu już zostawiam Wam wolną rękę i zachęcam do samodzielnego docierania na kolejne krańce muzycznych internetów. Jeśli znajdziecie coś ciekawego - podrzućcie link w komentarzach na blogu lub podeślijcie mi go na majkonmajk[at]outlook.com

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Soundtrack to my run #5


Rany, już dobre ponad pół roku minęło od pojawienia się na blogu ostatniego odcinka "Soundtrack to my run"! Dużą winę za to ponosi fakt, iż od jakiegoś czasu biegam wyłącznie bez muzyki. Trochę jednak tęskno mi do słuchawek i dodających sił rytmów, dlatego regularnie aktualizowałem swoją playlistę kawałków do słuchania podczas uprawiania sportów. I tak, od utworu do utworu, zebrała się kolejna pięćdziesiątka tracków, które udostępniam Wam w formie pojedynczej playlisty.

Tym razem stwierdziłem jednak, że nie ma sensu wypisywać wszystkich kawałków, jakie zamieściłem w piątym "Soundtrack to my run". Zamiast tego, poniżej znajdziecie po prostu playlistę w formie spotifajowej oraz jutubowej. Różnią się on od siebie jednak trzema rzeczami. Wśród kawałków na YouTube brakuje "u" Kendricka Lamara oraz "Prisoner" The Weeknda, a zamiast oryginalnej wersji "Hotline Bling" Drake'a jest fenomenalny cover tego kawałka w wykonaniu Sama Smitha i Disclosure.

Poza tym jednak obie playlisty niczym się już nie różnią, a ich zawartość jest naprawdę soczysta i różnorodna. Zaczynamy od mojego najnowszego muzycznego odkrycia, Ani Rusowicz, a potem czeka na nas miks wszelkich rapów, rocków, popów i elektroniki. Od spokojnych, po bangery. Jest to niewątpliwie gratka nie tylko dla biegaczy, ale również i tych, którzy chcą po prostu posłuchać dobrej, a często wręcz świetnej muzyki.

Poprzednie odcinki STMR znajdziecie TU, TU, TU i TU.

Enjoy & get inspired!



Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki #16


Za nami już prawie połowa września, a to oznacza zasadniczo dwie rzeczy. Po pierwsze - leniuchowanie z samych początków roku szkolnego zostaje prawdopodobnie u wielu z Was powoli zamieniane w kolejne kartkówki, sprawdziany i lektury do przeczytania. Po drugie natomiast - studenci także wkrótce wrócą w naukowe progi, zaczynając kolejny rok akademicki.

Z dedykacją dla obu tych grup, przygotowałem kolejny, szesnasty już wpis z serii o wszystko mówiącym tytule: "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki". Pamiętajcie jednak, że słuchanie prezentowanych dziś przeze mnie krążków nie jest dozwolone wyłącznie podczas wertowania kolejnych stronic książek czy podręczników. Równie dobrze możecie posłuchać ich dla rozluźnienia do porannego śniadania, do snu czy gdziekolwiek i kiedykolwiek tam sobie chcecie.

Jak zwykle przypominam także o poprzednich postach z serii "5 płyt...". Każdy numer przeniesie Was do odpowiadającego mu odcinka cyklu: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 1011, 121314, 15.



Lower Spectrum - "Traces"

Twórczość Lower Spectrum przypomina mi trochę elektronikę tworzoną na modłę muzyki filmowej. Może to moje widzimisię, może taki jednak rzeczywiście był zamiar autora "Traces". Jednego natomiast jestem pewien - płyta ta jest pełna przede wszystkim muzycznej różnorodności. W ramach pojedynczego kawałka Lower Spectrum potrafi przejść od spokojnej melodii do nagłego wprowadzenia elementów rodem z drum 'n' bassu. Choć ten ostatni gatunek może wydawać się rzeczą nieodpowiednią do słuchania podczas nauki, zaufajcie mi - nadaje się. 

Przykładowe utwory: "Levity", "Nocturnal", "Cathedral".
Cała płyta do przesłuchania na: YouTube, SoundCloud, Spotify.


Eluvium - "Copia"

Wspaniała muzyczna podróż, podczas której naszym przewodnikiem jest wyjątkowa mieszanka klawiszy oraz instrumentów smyczkowych. Bardzo powolna, rozciągnięta w czasie muzyka, wprowadzająca w swoisty trans i przenosząca do świata rodem z okładki albumu. Jeśli po tej przygodzie będzie Wam mało podobnej muzyki, zawsze można sprawdzić sporawą kolekcję pozostałych płyt autorstwa Eluvium, czyli amerykańskiego twórcy ambientowego.

Cała płyta do przesłuchania na: YouTube, Bandcamp, Spotify.


Inf - "Music for Crime Scenes"


Czy można wymyślić lepszy tytuł płyty, mówiący o niej zupełnie wszystko? "Muzyka do scen zbrodni" jest dokładnie tym, czym można pomyśleć - paczką prostych, acz przyjemnych kompozycji, które mogłyby uświetnić nie jeden staroszkolny serial kryminalny. Jeśli akurat czytacie jakąś powieść sensacyjną czy cokolwiek w tym rodzaju, "Music for Crime Scenes" będzie do niej prawdopodobnie idealnym soundtrackiem.

Przykładowy utwór (jedyne jaki znalazłem pojedynczo w sieci): "Final Boss".
Cała płyta do przesłuchania na Spotify.


Dexter Gordon - "Ballads"

Nie mogło tu zabraknąć choćby jednej płyty z mojego ulubionego gatunku - jazzu. Wkrótce nadejdzie jesień, a tuż po niej zima i uwierzcie mi - nic wtedy nie rozgrzeje Was tak bardzo jak porządna dawka dobrego jazzu. Tym razem proponuję porcję spokojnych kawałków od istnego mistrza saksofonu, Dextera Gordona. Cudo.

Cała płyta do przesłuchania na: YouTube, Spotify.


Clem Leek - "Lifenotes"

Minimalistyczna, acz naprawdę cudna porcja kompozycji. Nie wykorzystano tu przesadnie wiele dźwięków, za to te obecne potrafią naprawdę poruszyć. Piękna rzecz, którą po prostu trzeba sprawdzić samemu.

Cała płyta do przesłuchania na: Bandcamp, Spotify.