Pokazywanie postów oznaczonych etykietą technologie. Pokaż wszystkie posty

Własność 2.0 - mieć wszystko i nie mieć nic


Od jakichś dziesięciu lat kolekcjonuję gry wideo. Kiedyś kupowałem ich zdecydowanie więcej, dziś mam o wiele mniej czasu na ślęczenie przed telewizorem. Podczas przeprowadzki do Krakowa moja głupota nakazała mi wziąć ze swój cały growy dorobek życia, wioząc w kartonach coś koło dwóch setek gier.

Lubię mieć gry. Nie lubię się z nimi rozstawać, nie lubię sprzedawać, wymieniać, cokolwiek. Chce móc mieć możliwość wrócenia do nich kiedyś, choć całkiem możliwe, że w przypadku większości tytułów nigdy to nie nastąpi. Ostatnio jednak coś sobie uświadomiłem - chcę gier, ale już niekoniecznie pragnę płyt i pudełek z nimi.

Początkowo dość niepewnie podchodziłem do cyfrowej dystrybucji. Nie mogłem dotknąć fizycznej wersji gry, sam program wgrany na konsoli był dla mnie rzeczą wyjątkowo ulotną. W pewnym momencie zacząłem się jednak do tego przekonywać, bowiem najlepsze promocje na gry trafiały się właśnie w cyfrowej dystrybucji. 

Taki totalny przełom nastąpił jednak u mnie dopiero niedawno. Szukałem "Wiedźmina 3" na Xbox One w okolicach premiery. Nie było go praktycznie nigdzie. Empiki, Media Markty, Saturny - półki były puste. A ja chciałem w to cholerstwo wreszcie zagrać. Zwróciłem się więc do cyfrowej dystrybucji. Ale nie jakichś kodów z Allegro, które pozwalały na dorwanie gry trochę taniej, choć tak naprawdę nie do końca legalnie. Wszedłem na Xbox Live i kupiłem "Wiedźmina". Za dyszkę mniej niż wersja pudełkowa. I jestem z tego cholernie szczęśliwy.

Zero wkładania i wyciągania płyty po każdej rozgrywce. Zero kurzu zbierającego się na pudełku. Zero dokładania kolejnej cegiełki do rzeczy, które wkrótce będę musiał przetransportować do innego mieszkania. Mam tę grę - a jednocześnie jej nie mam.

Tak samo było z książkami. Coraz rzadziej zdarza mi się kupować cokolwiek w wersji papierowej. Robię wyjątki naprawdę rzadko, ostatnio np. dla "Pieśni Lodu i Ognia", którą chciałem mieć na półce. Poza tym - biorę na Kindle'a wszystko co się da. Jeśli mam wybór między wersją fizyczną a cyfrową - wybieram praktycznie zawszę tą drugą. 

Dlaczego? Bo czytnik jest wygodniejszy, poręczniejszy, lżejszy. Bo nie kurzy się jak tona ksiąg na półkach i tysiącstronicowa książka nie zajmuje w wersji cyfrowej pół torby. Bo Kindle pomieści w sobie więcej książek niż niejedna półka. I dlatego przy ostatniej przeprowadzce jakieś 95% swoich książek papierowych, które miałem w Krakowie, odesłałem do rodzinnego domu. Podobnie zrobiłem ze sporą rzeszą gier.

Wreszcie - muzyka. Jeszcze niedawno postanowiłem: "chcę zacząć składanie własnej kolekcji płyt". Dziś kupuję tak naprawdę 2-3 krążki w wersji fizycznej na pół roku. Mam Spotify z dostępem do zdecydowanej większości muzyki, jakiej potrzebuję. Zero przegrywania krążków na komputer, a potem na telefon. Po prostu odpalam aplikację, gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek urządzeniu. I już - mam całą potrzebną muzykę.

Kiedyś byłem przeciwny cyfryzacji wszystkiego, przenoszeniu się mediów do internetu. Chciałem dalej móc dotykać książek, gazet, książeczek od gier i płyt muzycznych. Dziś tego nie potrzebuję. Jeśli Wam zależy - kupujcie fizyczne wersje, nie przeszkadza mi ich istnienie. Ale ja już teraz czuję, że nie potrzebuję każdego produktu kupować jako osobnego "czegoś". Mam telefon, tablet, komputer, czytnik i konsolę. Pięć urządzeń, na których mogę trzymać całą bibliotekę, cały sklep z grami, całą muzykę świata.

Ba, nie potrzebuję nawet tych rzeczy mieć na swoich urządzeniach. Wystarczy, że będę miał do nich nielimitowany dostęp. Chmura - oto kolejna era cyfryzacji wszystkiego co się da. I do tego właśnie zmierzamy - do wygody i minimalizmu. I mi, pełnemu doświadczeń w kwestii tego, jak fizyczne rzeczy potrafią w życiu zawadzać, to wszystko się jak najbardziej podoba.

Twój telefon jest rozładowany


Twórcy nowoczesnych smartfonów chwalą się wieloma rzeczami. Wspominają, jakich to nie mają super ekranów, które wyświetlają obraz w HD. Mówią o procesorach i kartach graficznych, umożliwiających odpalenie gier z cudownym poziomem grafiki. Jarają się kolejnymi pierdółkami w swoich systemach, które mają zmienić podejście do telefonów wszystkich ludzi na świecie. Ciągle jednak zapominają o jednym.

Zapominają o baterii. Choć codziennie na Fejsbuczku ogrom ludzi narzeka na rozładowujące się smartfony. Choć każdemu z nas pewnie zdarzyło się przeprosić drugą osobą, że nie odebrało się telefonu przez padniętą baterię. Choć dochodzi do tego, iż ludzie zaczęli ze sobą nosić ładowarki, jako niezbędne urządzenie w życiu codziennym.

Mimo tego, producenci wciąż mają baterię głęboko gdzieś. Wciąż telefony rozładowują się bardzo szybko i trzeba je podłączać do prądu minimum raz dziennie. Czasem nawet i częściej, jeśli jesteśmy osobami sporo korzystającymi z mobilnego internetu. Mimo tego, producenci ciągle skupiają się na odchudzaniu i przyspieszeniu swoich flagowych produktów niż wyekwipowaniu ich w tak potrzebną rzecz, jak dłużej trzymająca bateria.

Wychodzę z domu na cały dzień i wiem, że będę podczas niego używał sporo swojego telefonu. Teoretycznie nie pozostaje mi nic innego, jak wziąć ze sobą ładowarkę. Z tym, że naprawdę nie mam ochoty brać dla niej specjalnie plecaka czy torby. Przez cały dzień muszę więc uważać, by czasem nie przeholować i nie rozładować telefonu przed moim powrotem do domu.

Zresztą, gdy potem już wrócę i będę cholernie zmęczony, nie mogę, jak to często pokazane jest w filmach, ot tak rzucić się do snu. Nie - najpierw muszę podłączyć telefon do prądu, coby przez noc mi się naładował. Nie wychodzi mi to źle i pilnuję się nawet wtedy, gdy jestem totalnie padnięty. Ale zwyczajnie mnie to wkurza.

Pal licho, gdyby to był tylko mój problem - ale tak nie jest. Nie raz i nie dwa widziałem w różnych knajpkach ludzi, którzy przy okazji ładowali swoje telefony. Słyszałem przeprosiny ludzi, niemogących wcześniej odebrać połączenia, bo ich super smartfon się rozładował. Ten post na pewno nie jest jedynym tego typu tekstem w sieci. Dlaczego więc producenci ciągle mają nas gdzieś?

Nie chciałbym wracać do czasów starych telefonów. Pewnie, Nokia 3310 była cholernie wytrzymała, była urządzeniem kultowym. Ale nie miała internetu 3G, nie miała mnóstwa popierdółkowatych gier na pięć minut, nie miała dużej pamięci, nie miała też wielu przydatnych aplikacji. Jest jednak rzecz, której zazdroszczę użytkownikom "starodawnych" telefonów - oni chociaż nie muszą ładować codziennie swojego sprzętu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Czym jest Uber i dlaczego zacząłem go uwielbiać?


Żyjąc w pełni w świecie nowych technologii, czasem umyka mi pamięć o tym, że nie wszyscy są aż tak na bieżąco z dobrociami współczesnego świata. Zdarza mi się przez to nagle zderzać z niewiedzą na temat rzeczy, który mi wydawały się oczywistościami - w szczególności wśród mojego pokolenia.

Już parokrotnie w tego typu momentach wybrzmiało z moich ust słowo: "Uber". "Może pojedziemy Uberem?", "A masz Ubera założonego?". I  nagle uruchamia się konsternacja na twarzy rozmówcy i zupełne niezrozumienie, o co chodzi. W tym momencie zaczyna się moje tłumaczenie, zakończone przez drugą osobę zwykle krótkim: "wow, nieźle!". 

Dlatego i ja postanowiłem opowiedzieć dziś krótko na blogu o Uberze. Byście i Wy mogli powiedzieć po przeczytaniu tego wszystkiego: "wow, nieźle!". Albo też... spojrzeć na całą sprawę z trochę innej strony. Bo Uber - jak wszystko na tym świecie - ma także mimo wszystko swoją mniej piękną stronę.

Czym jest więc Uber? Krótko - to właściwie swoista taksówka. Wchodzimy do aplikacji i zamawiamy prywatnego kierowcę na dowolny adres. W programie pojawia się mapka, na której automatycznie pokazuje się lokalizacja, w jakiej obecnie się znajdujemy, a także czas, jaki potrzebny będzie, by samochód do nas dotarł. Czym się to więc różni od zwyczajnej taksówki?

Źródło: Flickr.com
Przede wszystkim - wspomnianą już aplikacją. Jest bardzo przejrzysta i wyjątkowo ułatwia proces zamawiania kierowcy. Sam niejednokrotnie zderzałem się z wyjątkowo niemiłą obsługą telefoniczną podczas zamawiania klasycznych taksówek, z którą rozmowa powodowała u mnie wyłącznie frustrację. Tu tego problemu nie ma. Aplikacja działa bowiem szybko i bezproblemowo.

A jak się ma sprawa, gdy już przyjedzie po nas kierowca? Tu warto na początek zaznaczyć jedną rzecz - taksówkarzem w Uberze może być właściwie każdy. Nie ma tu żadnych licencji i wchodzenia w skład samochodowej korporacji. To jedna z rzeczy frustrujących zwyczajnych taksówkarzy, którzy nawet w Polsce rozpoczęli już bojkotowanie Ubera. Z jednej strony - trudno im się dziwić. Ich pozycja jest zagrożona, a argumenty do protestów również mają. Przez swoją otwartość i brak profesjonalnych taksówkarzy, działalność Ubera w Polsce jest w rzeczywistości właściwie nielegalna. 

Prawda jest jednak taka, że na całym świecie mało kto cokolwiek w tej sprawie robi. A dla użytkowników to w zasadzie dobra wiadomość. My bowiem możemy bez problemu dalej korzystać z Ubera i cieszyć się jego licznymi zaletami. Wśród nich nie ma bowiem wyłącznie dobrej aplikacji.

Źródło: Flickr.com
Kierowcy podjeżdżają w Polsce zwykle swoimi prywatnymi samochodami, różniącymi się, nie będącymi w żaden sposób oznakowanymi "hej, jestem taksówką!". Można natrafić na starszego Golfa, ale i przejechać się porządnym SUV-em czy Mercedesem. A sami kierowcy? To - jak dla mnie - jeden z największych plusów Ubera.

Okej, niektórzy początkujący mogą mieć problem z ogarnięciem miasta. Poplątają się w bocznych uliczkach i trafią do Ciebie trochę później niż przewidywałeś, a podczas trasy czasem trzeba będzie ich pokierować, pomimo posiadanej nawigacji. Dla mnie jednak jest to wszystko do wytrzymania. Dlaczego? Bo kierowcy w Uberze są niesamowicie mili.

Może to po prostu moje szczęście, ale podczas wszystkich swych dotychczasowych jazd spotykałem się wyłącznie z rozmownymi, uśmiechniętymi taksówkarzami. Ze wszystkimi można było pogadać, podyskutować na temat samego Ubera i wypytać o parę rzeczy, które rozjaśniają trochę myślenie o całym tym serwisie. Z typowymi taksówkarzami nigdy nie miałem aż tyle szczęścia. Oczywiście, wśród nich również znajdują się pozytywni, weseli ludzie, ale przynajmniej połowa z nich to smutasy, patrzący wręcz czasem na człowieka krzywym okiem.


Wreszcie - kwestia opłaty. Po zakończonym kursie Uber po prostu ściąga nam kasę z konta. Czy jest się czego bać? Wielkich rachunków, opustoszałego konta po nocnej jeździe? Nic z tych rzeczy. Przykład? Gdy przyjeżdżam do Krakowa o czwartej nad ranem i z wielką walizką wtaczam się taksówki, po dojechaniu do mieszkania muszę zapłacić nawet 25 złotych. Za taką samą trasę, o tej samej godzinie, Uber naliczył mi ostatnio... 11,97. Jest różnica, prawda?

Serwis w Polsce jest ciągle tak naprawdę dopiero w początkach swej działalności, ale podbija nasz rynek bardzo agresywnie. Co chwilę pojawiają się kolejne świetne akcje promocyjne, takie jak darmowy kurs Uberem do najbliższej komisji wyborczej podczas ostatnich wyborów prezydenckich czy (również bezpłatny) przejazd do Muzeum Powstania Warszawskiego w rocznicę Powstania. Za dnia problemu ze znalezieniem taksówki nie ma, w mniej typowych godzinach również ostatnio polepszyła się dostępność samochodów. Niech najlepszym przykładem będzie w tym przypadku mój wspomniany już przejazd o czwartej rano.

Źródło: Facebook.com
Nie powinni nas dziwić ci, którzy patrzą na Ubera z większym powątpiewaniem. W moim przypadku zalety przeważają nad wadami, ale rozumiem ludzi nie chcących korzystać z serwisu w naszym kraju właściwie nielegalnego i (co dla wielu istotne) nie odprowadzającego wszystkich podatków do naszego skarbu państwa. Również mnie to trochę denerwuje, mimo tego wybieram korzystanie z Ubera. Dlaczego? Bo jest to serwis przede wszystkim o wiele bardziej przyjazny pasażerowi niż zwyczajne taksówki. I tańszy - to też ważne.

A czasem wręcz... darmowy. Wpisując bowiem przy rejestracji kod"jo9ciue", dostaniecie darmowy przejazd o wartości 25 złotych. Jeśli go wykorzystacie - ja dostanę taki sam prezent dla siebie. W podobny sposób Wy również możecie potem zapraszać znajomych do korzystania z Ubera i dzięki temu zdobywać kursy. Fajna sprawa, prawda?

Ach, i jeszcze jedno: Uber obecnie dostępny jest jedynie w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Poznaniu i Wrocławiu. Kolejne miasta wchodzą do gry jednak bardzo szybko, dlatego spodziewajcie się, że i u Was wreszcie nowoczesna taksówka się pojawi.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na podstawie zdjęcia z oficjalnego fanpage'a Ubera.

I Ty możesz zostać Lukiem Skywalkerem


Wyobraź sobie, że... nie masz ręki. Tracisz ją w wypadku albo musi być amputowana w szpitalu. Przerażająca sprawa. Na samą myśl o niej dostać można gęsiej skórki i nieprzyjemnego uczucia w którejś z rąk.

Jest mnóstwo minusów takiej sytuacji. Dla wielu osób fakt, że muszą radzić sobie w życiu bez jednej kończyny, nie jest nawet taki najgorszy. Do tego się można przecież przyzwyczaić, przerzucając wykonywanie różnych czynności na inne części ciała. Wielu może jednak szczególnie denerwować coś innego - ludzie.

Ci wszyscy patrzący się na Ciebie dziwnie, z niepokojem czy wręcz odrazą. Pomyśl teraz, że dodatkowo jesteś dzieckiem. Wyobcowanym jeszcze bardziej niż dorosły, bo dojrzewającym w ciągłej odmienności. Inne dzieci będą się pytać swoich rodziców głośno: "co ten chłopiec/ta dziewczynka ma z ręką?". Z zaciekawieniem, ale raczej takim podszytym niepewnością i lekkim strachem.

Trudno jest sprawić, by niepełnosprawe dziecko czuło się choćby równie "fajne" co reszta grupy. Wydaje się jednak, że teraz jest szansa na zmienienie niepełnosprawnych pociech w najfajniejszych w całej klasie!

Firma Open Bionics, przy współpracy z Disneyem, postanowiła opracować jedne z najbardziej niesamowitych protez rąk na świecie. Od końcówki przyszłego roku dzieci, zamiast typowych, dość przerażających sztucznych kończyn, będą mogli nabyć coś naprawdę wyjątkowego. O co chodzi? O protezy, które pozwolą im stać się (choćby częściowo) bohaterem "Star Wars", "Krainy lodu" czy... Iron Manem!

Źródło: OpenBionics.com
Co dodaje jeszcze więcej niesamowitości całej sprawie - protezy będą stosunkowo tanie, jak na produkt tego typu. Cena jednej sztucznej ręki ma wynosić mniej niż 3000 dolarów (niektóre źródła podają nawet możliwość zejścia do 500 USD). Wszystko to za sprawą wykorzystania do produkcji urządzeń drukarek 3D, a także faktu, iż Disney pozwolił na użycie swoich designów i marek za darmo.

W wywiadzie dla "The Independent" Joel Gibbard, szef Open Bionics, idealnie podsumował istotę całej sprawy i to, jak może zmienić ona życie wielu dzieciaków na całym świecie:

Największą siłą tych protez jest to, że ludzie patrzą na nie zupełnie inaczej niż na zwykłe protezy. Nagle dzieci nie są pytane o to, jak straciły kończynę, ale skąd mają taką kozacką rękę robota, jak to jest ją mieć i jak właściwie działa? (...) Coś, co było postrzegane jako największa słabość niepełnosprawnych dzieci, teraz może być ich największym atutem.

Zresztą - całkiem możliwe, że tego typu urządzenia zmienią życie nie tylko dzieciaków. Gibbard wspomina także, iż już teraz dostał zapytania od paru dorosłych osób, jak wygląda dostępność protezy ze "Star Wars". Nie dziwię im się - w końcu ma ona wydawać odgłos uruchamiana miecza świetlnego.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Technologia nie gryzie


Już jakiś czas temu McDonald's zaczął wprowadzać do swoich polskich placówek tzw. "kioski zamówieniowe". Cóż to takiego? To specjalne maszyny z ekranem dotykowym, pozwalające klientom zamówić jedzenie bez czekania w kolejce do normalnych kas. Brzmi fajnie? Jak dobry ułatwiacz życia? Cóż - nie dla każdego.

Dworzec w Gdyni, środek Open'era. Tamtejszy McDonald's oblegany jest dosłownie przez masę ludzi. Na miejscu jedzenia nie zjesz, bo po prostu wszystkie stoliki są już zajęte. Działają bodajże dwie czy trzy kasy - przy każdej stoi kilkuosobowa kolejka. Na samym środku restauracji znajdują się kioski. Nowiutkie, czekające na wykorzystanie i chcące ułatwić człowiekowi życie. Do nich nie podchodzi nikt.

Tak samo jest na dworcach kolejowych. Kolejki do kas są tam przed niektórymi świętami naprawdę ogromne, a przy terminalach nie stoi prawie nikt. Ludzie trzęsą się w tych kolejkach ze stresu, złorzeczą na wszystkich przed sobą i przeklinają kasjerkę, która tak powoli obsługuje kolejne osoby. Ale nie opuszczą tej cholernej kolejki i nie podejdą do kiosku.

Źródło: Flickr.com
Jedni powiedzieliby: "głupota". Ja jednak wybrałbym inne słowo: "strach". Strach, bo te dziwne, wysokie urządzenia są dla wielu niepewne. Czy nie zjedzą mi pieniędzy? Czy mnie nie oszukają? Czy w ogóle będę potrafił to cudo obsłużyć?

Co ciekawe - strach przed kioskami uzewnętrznia się nawet u osób z mojego pokolenia! Młodych, wychowanych wśród technologii, korzystających przez cały dzień ze smartfonów, tabletów, laptopów. Strach starszych ludzi przed technologią wydaje się nawet całkiem zrozumiały. Ale co z nami, z młodziakami? Tak jak wspomniałem - czujemy się niepewni.

Jakkolwiek niemiła, zrzędliwa i ogólnie okropna nie byłaby kasjerka w PKP - mamy już z nimi doświadczenie. Wiemy, czego się spodziewać, wiemy, że wreszcie jakoś się z nią dogadamy. Czasem po dłuższej chwili tłumaczenia, o co nam chodzi, ale wreszcie dostaniemy to, co chcemy. A kioski? One są niepewne, nieznane, podejrzane.


W rzeczywistości natomiast, wydają się one być o wiele bardziej komfortowym rozwiązaniem niż podchodzenie do klasycznej kasy. Możemy dowolnie kasować wcześniej wybrane produkty, wracać do poprzednich ekranów, wiercić się przy tym i zastanawiać. I nikt nie spojrzy na nas zza lady wkurzonym wzrokiem, nikt nie będzie nas pospieszał. Pobłądzić też się nie da - wszystko, co potrzebne, wytłumaczone jest na ekranie jasno i klarownie.

Mam wrażenie, że wiele osób myśli, że terminale są przeznaczone wyłącznie dla jakichś komputerowych speców. Stworzone przez nich i dla nich. Gdy ludzie widzą, iż ktoś podchodzi do takiego stanowiska, widzą w nim od razu jakiegoś wielkiego profesjonalistę. A to nie jest tak. 

Każdy z nas, używających kiosków, podszedł kiedyś do nich po raz pierwszy. Za pierwszym razem u mnie też pojawiła się niepewność. Czy to na pewno wypali? Czy nagle to wszystko nie padnie? Ale to nie przeszkodziło mi zrobić jednej, bardzo prostej rzeczy - SPRÓBOWAĆ. Przeklikać się przez kolejne reklamy i po raz pierwszy poradzić sobie bez kasjerki mającej ochotę Cię zabić. 

I udało się. Bilet kupiony, jedzenie kupione. Szybciej i łatwiej.

Więc korzystajcie z terminali, korzystajcie z technologii. Ona naprawdę nie gryzie, a wkurzać zacznie dopiero wtedy, gdy wszyscy przyzwyczają się do niej równie mocno co do pań za ladą i kolejki do kiosków będą się ciągnęły tak, jak dziś do normalnych kas.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

ONA już tu jest - czyli ludzie gadają do komputerów


W jednej z ostatnich premier serialowych, show "Ballers" (RECENZJA), grupka zjaranych, wyciągniętych na kanapie kolesi ogląda film "Ona" Spike'a Jonze. Gdy do pokoju wbija nowy gość, tamci przez śmiech wykrzykują mniej więcej: "to film o kolesiu, który chodzi z komputerem, czaisz?!". Choć opis ten brzmi raczej prymitywnie, jest w nim wiele prawdy.

Główny bohater filmu, Theodor, kupuje nowy system operacyjny, który jest w rzeczywistości sztuczną inteligencją. Samantha, bo tak na imię "wirtualnemu asystentowi", ma początkowo być właśnie takim typowym pomocnikiem, ogarniającym pocztę, telefony, ułatwiającym pracę. Szybko jednak okazuje się, że trudno traktować coś, co można by właściwie nazwać "człowiekiem w komputerze", jako po prostu program. Samantha (dubbingowana przez Scarlett Johansson) czuje, rozumie, pragnie poznawać świat. I dlatego Theodor, osamotniony w wielkim mieście, ostatecznie się w sztucznej inteligencji zakochuje.


Chłopaki z "Ballers" śmieją z tej całej sytuacji. Wydają się jednak zapominać, że ludzkość obecnie jest już coraz bliżej stworzenia pełnokrwistej Samanthy. I by przypomnieć sobie o tym, zjarani władcy kanapy powinni po prostu wyciągnąć z kieszeni swoje telefony.

Pierwszy mainstreamowy krok ku wirtualnemu asystentowi zrobiło Apple. To oni bowiem wprowadzili parę lat temu do swoich iPhone'ów Siri, czyli oprogramowanie, które miało szybko zrewolucjonizować rynek. Siri można polecić zrobienie czegoś, np. wybranie jakiegoś numeru czy napisanie SMS-a, a nawet przeprowadzić coś w rodzaju rozmowy. Oczywiście, ta nie będzie wielce ambitna, bo wciąż mówimy jedynie o odgórnie zaprogramowanej aplikacji, a nie sztucznej inteligencji, ale wirtualna asystentka potrafi czasem nawet całkiem zaskakująco zażartować.


Swojego odpowiednika Siri ma także Android, a jakże, On jednak nie zrobił tak wielkiego szumu medialnego. Napędzić pietra konkurencji postanowił za to Microsoft, który stworzył na potrzeby Windowsa 10 oraz Xboxa One Cortanę. Jest to kolejny przykład tego, że na razie wirtualni asystenci są w dużej mierze ukłonem w stronę bardziej zainteresowanych technologią użytkowników - geeków, nerdów itp. 

Cortana to bowiem bohaterka słynnej serii FPS-ów "Halo", która w grze jest sztuczną inteligencją, posiadającą jedynie hologramowe ciało. Podobnie jak Samantha z "Her", wykazuje ona wiele cech ludzkich, przez co staje się swoistą najlepszą przyjaciółką głównego bohatera "Halo", Master Chiefa. Windowsowa Cortana posiada ten sam głos, co wirtualna kobieta z gry i ma szansę stać się kolejnym symbolem Microsoftu, łączącym wszystkie systemy tej firmy.

Jeszcze inaczej do sprawy podchodzi Amazon. Ich Echo to zupełnie oddzielne, malutkie, desingerskie urządzenie do postawienia w dowolnym miejscu w domu. To właśnie w tym niepozornym pudełku ukryta jest kolejna wirtualna asystentka. Pomimo swej ogromnej sztuczności, filmik promujący Echo robi całkiem spore wrażenie i niewątpliwie nakręca na hype na urządzenie. Nowy hit od Amazona można kupić za 180 dolarów (około 700 złotych) i na razie udaje mu się zdobywać naprawdę dobre recenzje nie tylko użytkowników, ale i ekspertów ze znanych stron oraz blogów zajmujących się nowymi technologiami.


Oczywiście, tak jak wspomniałem, na razie mówimy wyłącznie o odgórnie zaprogramowanych systemach, a nie prawdziwych sztucznych inteligencjach rodem z filmu "Ona". Trudno byłoby się więc choćby zaprzyjaźnić z kimś (czymś?) takim, nie mówiąc już o (dla wielu absurdalnej) wizji zakochania "w komputerze". Chociaż, z drugiej strony, pamiętajmy, że w Japonii zdarzył się nawet ślub z poduszką, więc w sumie dlaczego ktoś nie miałby pokochać Siri, o wiele bardziej interaktywnej od pościeli?

Warto jednak wspomnieć, iż zarówno Microsoft, jak i Amazon podkreślają, jak bardzo ważną rzeczą dla Cortany i Alexy (tak dano na imię asystentowi w Echo) ma być uczenie się przez nie więcej o swoim Panu i Władcy podczas ciągłego użytkowania. Apple natomiast trochę przespało sprawę, bo po wprowadzeniu Siri parę lat temu nie zrobiło wiele, by swój system udoskonalać. Jest to o tyle dziwne, że Jabłko ciągle ma najbardziej komfortową sytuację do stworzenia asystenta, który byłby z nami dosłownie wszędzie. Od porannej prasówki na iPadzie, przez drogę do pracy z iPhonem, na ślęczeniu przed Makiem w biurze kończąc.


To jeszcze nie Samantha, ale wszystko wskazuje na to, że właśnie do niej dążymy. Siri już teraz "ratuje życie", przyjdzie więc i pora na to, by wyewoluowała w sztuczną inteligencję, która dla wielu geeków i nerdów stanie się czymś w rodzaju przyjaciela. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie w przyszłym roku, ale za kilka(naście) lat jest już to całkiem możliwe.

Przygotujmy się więc na to, że miłość człowiek-komputer może wkrótce zmienić się z dziwnego żartu w otaczającą nas rzeczywistość.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Beme - pogromca Snapchata?


Pewne aplikacje osiągają popularność praktycznie wyłącznie dzięki swoistej poczcie pantoflowej. Jeden kumpel poleci drugiemu, ten jeszcze innemu, a tamten z kolei poda info znajomemu, który ma własnego bloga. Na tymże blogu pojawi się post o tej właśnie apce, przeczytany przez jednego z dziennikarzy jakiegoś popularniejszego serwisu o technologiach. Powoli zaczyna korzystać z danego programu pewna konkretna grupa ludzi, która powiększa się z każdym poleceniem i artykułem w sieci. Wreszcie trafia do medialnego mainstreamu i staje się kolejnym wielkim fenomenem internetu, który "wziął się nie wiadomo skąd". 

A Beme? Cóż... on aż tak pod górkę nie miał. 

Beme jest bowiem projektem Casey Neistata, czyli obecnie bodaj jednego z najpopularniejszych YouTuberów na świecie. Jego codzienne vlogi zaliczają zwykle przynajmniej kilkaset tysięcy (!) wyświetleń i to właśnie za ich pomocą ostatnimi czasy Casey mocno promował swoją aplikację.


O co jednak tak w ogóle z Beme chodzi i co jaki ma ta apka związek ze Snapchatem? Cóż - zacznijmy od początku, czyli...

...ciekawego projektu Neistata związanego z samym Snapchatem. Casey bardzo szybko podłapał hype na słynną już aplikację z duszkiem w logo, aktywnie działając w jej ramach. W pewnym momencie stworzył nawet oddzielne konto na YouTube, na którym publikował codziennie swoje filmowe Story ze Snapchata (LINK). Przestał to jednak robić mniej więcej miesiąc temu. Dlaczego? Bo powoli zbliżało się Beme.

Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym, jak Casey opowiada o swojej aplikacji, pomyślałem: "ej, to przecież w zasadzie zwyczajna podróbka Snapchata". Nie dołączyłem do zachwyconych ludzi, a raczej tej grupy zawiedzionych. Jak się bowiem okazało - nie byłem w swym smutku sam. Postanowiłem jednak mimo wszystko spróbować spojrzeć na całą sytuację ze strony entuzjastów. Odpaliłem jeszcze raz wideo Neistata, tym razem mocniej wsłuchując się w każdego jego słowo.

I tym razem na mojej twarzy zagościł uśmiech.



Snapchat, Instagram, Facebook. Nasze zdjęcia, które tam zamieszczamy, to często pewne konkretne kreacje. To obrazy pokazujące jak chcielibyśmy, by ludzie nas postrzegali. Nie raz widziałem dziewczyny, które strzelały sobie tysiące selfie na raz, byle tylko mieć do wybrania to jedno, najbardziej perfekcyjne. Taki obraz świata jest więc w rzeczywistości niesamowicie sztuczny. Wyselekcjonowany, nieprawdopodobnie perfekcyjny, odrealniony.

Jak więc Beme odchodzi od tego podejścia do dzielenia się swoim światem z innymi? Bardzo prosto - nie pozwala zobaczyć użytkownikowi tego, co wysyła.

Uruchamiasz aplikację, po czym przykładasz telefon do ciała - np. do serca. Urządzenie za pomocą odpowiedniego sensora reaguje, gdy znajduje się odpowiednio blisko użytkownika. Wtedy właśnie rozpoczyna się nagrywanie, zasygnalizowane wibracją. Gdy telefon zawibruje po raz drugi, oznacza to, że filmowanie zakończyło się. Można obejrzeć raz swoje nagranie, po czym znika ono z naszych oczu na zawsze. Poleciało w świat.


Co ciekawe, w przeciwieństwie do Snapchata, nasze wideo mogą oglądać nie tylko osoby, które dodały nas do obserwowanych, ale także zupełnie przypadkowi użytkownicy. I na tym właśnie polega jeden z największych, według mnie, plusów Beme - poznawanie świata z perspektywy zupełnie obcych ludzi.

Jakaś dziewczyna ćwiczy właśnie na siłowni. Ktoś inny płynie jachtem przez morze. Jeszcze inna osoba właśnie przechodzi przez środek Manhattanu, po czym wstępuje do dobrej pizzerii. Ktoś jest na Alasce, ktoś w Miami, ktoś jeszcze inny w Azji czy na Wschodzie Europy. A Ty widzisz ich świat dokładnie tak, jak oni.

Ty również możesz pokazać swój świat. Co ważne - bez przykuwania do tego większej uwagi. Nie musisz unieść wysoko telefonu, naciskać czegokolwiek, wpatrywać się w ekran. Przykładasz gdzieś telefon i gotowe - filmik się nagrywa. Z koncertu, którego nie chcesz przegapić choćby paru sekund, z drogi do domu, gdy nie chcesz potknąć się podczas ciągłego wpatrywania się w telefon. Włączasz telefon, przykładasz go gdziekolwiek, dajesz nagrać się paru sekundom filmiku, wkładasz smartfon z powrotem do kieszeni. Proste, prawda?

I tylko jednego w Beme na razie nie rozumiem - możliwości zrobienia sobie zdjęcia podczas oglądania filmiku, by przekazać swoją reakcję twórcy wideo. Może to dlatego, że na razie chyba nikt do końca nie ogarnia, jak zrobić z tym coś ciekawego. Chociaż ja na razie dostałem na przykład takie cudo, jak widzicie poniżej. Może więc chodzi po prostu o śmieszkowanie?


Trudno mi wyrokować, czy rzeczywiście można w ogóle liczyć na to, że Beme okaże się czymś w rodzaju "pogromcy Snapchata". Choć założenia obu aplikacji są podobne, wydaje mi się, iż apka Neistata skierowana jest do trochę innej grupy osób. Nie zdziwi mnie jednak, jeśli rzeczywiście uda się jej przebić do wielkiego mainstreamu.

Chociaż można chyba powiedzieć, że właściwie już teraz udało się jej to zrobić. Na razie bowiem Beme odblokować można jedynie przy użyciu specjalnego kodu, udostępnionego przez użytkownika mającego już dostęp do apki. W pierwszych dniach po premierze aplikacji ludzie praktycznie bili się o kody na Twitterze czy Facebooku, szukając kogokolwiek, kto mógłby im takowy podarować.
Jak się zapewne domyślacie - i mi udało się wreszcie dorwać dostęp do Beme. Teraz mam tym samym także kilka kodów dla Was. Wystarczy wpisać je w aplikacji, by móc korzystać z pełni jej możliwości. Jest tylko jeden problem - na razie Beme dostępne jest wyłącznie na urządzeniach z iOS. Miejmy jednak nadzieję, że także Android doczeka się wreszcie swojej wersji dziecka Casey Neistata. 

A jeśli macie iPhone'a i uda Wam się dołączyć do Beme, możecie potem dodać mnie do swoich "znajomych". Jestem w apce pod nickiem "majkonmajk.pl". 

Oto z kolei obiecane kody: 348O2-M7QXB-QPD4N-8VJXG; QGK4S-PNDAY-JGFEJ-YOOM3; H7T26-7DCBW-WHOWE-SU6XM.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

O co to całe Pendolino?

Już prawie pół roku (nie)sławne Pendolino śmiga po polskich torach kolejowych. Pokładano w nim wielkie nadzieje, jednocześnie pamiętając o konkretnej dozie sceptycyzmu, jaka musiała się przy takiej sytuacji pojawić. Hucznie rozsławiono pierwszy start pociągów, a internet oblegały coraz to nowe niusy na ich temat. Teraz, po pół roku, i ja postanowiłem sprawdzić, z czym to wszystko się je.

O co więc to całe Pendolino?

Grafika na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com
Przede wszystkim - kwestia ceny. Czy "najbardziej luksusowe pociągi w Polsce" rzeczywiście są tak drogie, jak wielu może się wydawać? Cóż - to zależy. Przez ostatnie miesiące można było nabyć tańsze bilety na Pendolino, jeśli tylko zakupiło się je odpowiednio wcześniej. Najtańsza opcja, czyli około 50 złotych, dostępna była bodajże miesiąc przed planowanym kursem. Teraz jest jednak inaczej.

Tańsze bilety można kupić do wyczerpania ich zapasów. Dlatego też nie było dla mnie żadnym problemem wskoczyć na stronę Intercity tydzień przed planowanym wyjazdem do Warszawy i dostać tam studencki bilet za... 24 złote! To natomiast raptem jakieś pięćdziesiąt groszy drożej od klasycznego pociągu TLK na tej samej trasie! 

Pamiętać należy jednak o tym, że tańsze bilety wyprzedają się w różnym tempie w zależności od godziny. Nabycie takowego na kurs o szóstej rano nie powinno być problemem, ale już godziny szczytu zwykle rozchodzą się sporo wcześniej. Dlatego też, jeśli wiecie na sto procent, że będziecie gdzieś jechać, a na Waszej trasie śmiga Pendolino - nabądźcie bilety czym prędzej.

Źródło: fanpage PKP Intercity
Jak natomiast jakościowo wypadają nasze luksusowe pociągi? Jest bardzo okej - każdy pasażer ma naprawdę sporo miejsca i może właściwie wyłożyć przed siebie nogi bez żadnych problemów, a do tego fotele są bardzo wygodne. Trochę godzin później jechałem klasycznym TLK i różnica zdecydowanie była odczuwalna. 

U mnie pojawiło się jednak w związku z podróżą Pendolino jeszcze jedno pytanie - jak pociągi te wypadają w porównaniu do naszych EIC, czyli Express Intercity? Cóż, w tym przypadku różnice są zdecydowanie mniejsze. Bezprzedziałowe wagony EIC oferują co prawda trochę mniej miejsca dla pasażera niż Pendolino, ale ciągle nie ma raczej co narzekać podczas podróżowania nimi. Ach, no i w EIC - przynajmniej za czasów mojego podróżowania nimi - dawano do biletu napój oraz baton. W Pendolino, w klasie drugiej, dostaje się jedynie napój. Skandal, prawda?

Źródło: fanpage PKP Intercity
Jedno natomiast jest pewne - Pendolino rzeczywiście docierają do celu tak szybko, jak to jest obiecane na stronie. Trochę ponad dwie godziny i Kraków zamienia się w Warszawę. Nawet EIC mają z takimi kursami problem. Inna sprawa, że trasy wszystkich pociągów poza Pendolino są trochę sztucznie wydłużane. Każdy pasażer, który choć raz przebył trasę Kraków-Warszawa bardziej klasycznym pociągiem, na pewno dobrze kojarzy słynne postoje w środku pola, potrafiące trwać nawet pół godziny. Ja wiem, że to jest kwestia przepuszczenia innych pojazdów na torach, ale w przypadku Pendolino dało się to jakoś obejść i nasz wspaniały, luksusowy rydwan pędzi przez wioski i miasta praktycznie bez zatrzymywania się.


Nasza nowa duma narodowa jest więc jak najbardziej w porządku, choć w pewnych miejscach różnice między starym a nowym nie wydają się aż tak wielkie, jak część osób mogłaby się spodziewać. Jeśli macie wybór - jeźdźcie Pendolino, szczególnie przy dobrych, promocyjnych biletach. A co z pełną ceną, bez rabatu? Wtedy chyba warto skusić się na coś innego, bo w niektórych przypadkach nawet samolot może wyjść nas taniej.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Najgorsze słuchawki w moim życiu

Słuchawki to najprawdopodobniej rzecz, która psuje mi się najczęściej. Przynajmniej, jeśli mówimy o tych dousznych i dokanałowych, służących mi stricte do słuchania muzyki. Słuchawki nauszne, używane przeze mnie szczególnie do grania czy podczas dłuższych podróży, na całe szczęście jakoś się ze mną lubią, bo do tej pory większych problemów z nimi nie miałem. I mam szczerą nadzieję, że tak już pozostanie.

Jestem natomiast kompletnie przyzwyczajony do wymieniania co jakiś czas tych malutkich, upierdliwych słuchawek. Ich zepsucie to dla mnie rzecz oczywista, zawsze co prawda okraszona z mojej strony jękiem bólu i złości, ciągle jednak dość naturalna. Już nawet nie potrafię naliczyć, ile tych cholernych słuchawek w moim życiu miałem.

I błagam - nie mówcie mi, że to wina tego, iż kupowałem jakąś tandetę. Dwa razy zainwestowałem w dokonałówki po dwieście złotych i w najbliższym czasie nie mam ochoty tego błędu powtarzać. Tak zachwalane w sieci a-JAYS padły mi po miesiącu, a popularne w niektórych kręgach słuchawki marki AIAIAI umarły już po jakimś tygodniu.

Po tych dwóch przygodach postanowiłem zrezygnować z wydawania pieniędzy na coś, co zgonuje szybciej niż człowiek o słabej głowie na imprezie. Jakieś pół roku przetrwałem ze standardowymi słuchawkami Apple - pod koniec już ledwo dyszały, ale walczyły do samego końca. Potem za jakieś trzy czy cztery dyszki nabyłem przypadkowe dokonałówki od TDK w Empiku. Umarły w ostatni weekend, po dwóch miesiącach działania. Sprawdzały się zaskakująco dobrze i szczerze zrobiło mi się smutno, gdy jedna ze słuchawek po prostu przestała grać.

Jako że ja bez muzyki przetrwać zbyt długo nie potrafię, dość szybko zmówiłem zdrowaśkę nad świętej pamięci TeDeKami i ruszyłem po zakup kolejnego sprzętu. Trafiłem do Saturna, gdzie wybór nie był może jakiś przeogromny, ale zadowalający. Oczywiście znów polowałem na coś taniego, by zgon takiego sprzętu nie poruszył zbytnio mojego sentymentalnego serducha. I już miałem w łapskach jakieś Philipsy czy inne Panasoniki, gdy nagle przed oczami pojawiło mi się coś niesamowitego.

Poznajcie Freaky Sound - słuchawki za dwanaście złotych. Nie, nie przesłyszeliście się. Sam słyszałem legendy o jeszcze tańszych sprzętach tego typu, ale zawsze omijałem je szerokim łukiem. Jak się jednak domyślacie - tym razem postanowiłem zaryzykować. Pomyślałem: hej, chociaż będę miał ciekawy temat na bloga! Przyznam jednak szczerze - liczyłem, że post ten będzie choć odrobinę bardziej pozytywny.

Nie, nie spodziewałem się po tym sprzęcie cudu. Nie liczyłem na jakość rodem ze słuchawek za parę stów. Właściwie to miałem nadzieję, że wytrzymają ze dwa czy trzy tygodnie, po czym kupię sobie coś choć trochę lepszego. Uśmieszki na ich obudowie podpowiadały: "ej, Majk - nie będzie tak źle, serio!". Było gorzej niż źle.

Już po wyciągnięciu sprzętu z pudełka nabrałem pierwszych obaw. Słuchawki w dotyku wypadały równie dobrze co chińskie podróbki klocków Lego - czyli tragicznie. I choć ja sam często "oceniam książkę po okładce", tym razem postanowiłem jednak dać Freaky Sound szansę. W końcu wydałem na to cholerstwo dychę, więc ciągle trzymałem się kurczowo swojej płonnej nadziei, że ta historia wcale nie skończy się najgorzej.

Gdy jednak ze "słuchawek" popłynęły pierwsze nutki, moja muzyczna dusza zapłakała, a na twarzy pojawił się grymas bólu. Freaky Sound grają tragicznie. Czasem wokal z muzyką się tu łączą w jedno, a czasem słowa są praktycznie jedyną rzeczą, jaką słychać. Czasem coś trzeszczy w przypadkowym momencie, czasem w środku piosenki słychać coś w rodzaju wybuchu bomby atomowej.

Zadaniem słuchawek zasadniczo jest - tak bardzo potocznie - granie muzyki. Freaky Sound misji tej nie podołały. One muzykę przekształcają czasem w pierdzenie - i naprawdę właśnie o tę czynność mi chodzi. Jakość dźwięku z tego urządzenia jest tak kiepska, że zrani uczucia każdego, kto muzyki słucha. Nie musisz być melomanem, słyszącym różnicę w muzyce puszczanej ze słuchawek za 199,90 od tych za 199,99. I tak będziesz płakał, mając w uszach to grające "coś", nazwane Freaky Sound.

Jeśli więc kiedykolwiek w mieście popsują Ci się słuchawki i będziesz miał w portfelu tylko dwanaście złotych - mam dla Ciebie o wiele lepsze wyjście od nabycia tego szajsu, który postanowiłem przetestować. Kup lepiej ćwiartkę wódki i ją szybko wypij. Będzie to tysiąckrotnie lepsze i bardziej opłacalne od testowania Freaky Sound.

Ledwo wytrzymałem z tym cholerstwem w uszach pół godziny, mam więc szczerą nadzieję, że gdy Wy to czytacie, ja już mogę się cieszyć jakimiś lepszymi słuchawkami. Bardzo możliwe, że to najgorzej wydana dycha w moim życiu. Nigdy więcej.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Prawdopodobnie najgorszy muzyczny widok mego życia.

Dlaczego wolę e-booki?

Choć e-czytelnictwo z każdym kolejnym miesiącem się rozwija (także w Polsce), to wciąż zwolenników czytników jest mniej niż fanów "prawdziwych", papierowych wydań. Co jednak mnie wciąż strasznie dziwi - ci drudzy bardzo często potrafią więc wyszydzić tych pierwszych. Dlaczego tak jest? Szczerze tego nie rozumiem.

Prawdziwy mol książkowy powinien się cieszyć z każdej osoby czytającej literaturę - nieważne, czy robi to ona korzystając z grubych tomów, czytnika, tabletu czy nawet i komputera. Tym bardziej, że wielu ludzi preferujących na obecną chwilę papierowe wydania, niekoniecznie nie myśli w ogóle o przenosinach na e-booki. Czasem taki człek jest zwyczajnie niezdecydowany, czy czytnik warto nabyć. Dziś więc chciałbym zaprezentować Wam pięć argumentów, które sprawiają, że e-booki zdecydowanie są mi bliższe od wersji papierowych.

Łatwiejsze czytanie w tramwaju/busie

To jest właściwie chyba najważniejszy obecnie dla mnie argument. Aktualnie bowiem zdecydowanie najczęściej książki czytam w komunikacji miejskiej. Kilka razy próbowałem z własnej woli taszczyć ze sobą papierowe wydania, ale podczas stania przez kilkanaście czy kilkadziesiąt minut niewygodę powoduje nawet najcieńsza powiastka. Mój Kindle jest natomiast drobny, poręczny i możliwy do całkowitej obsługi za pomocą jednej ręki. Więcej mi do egzystencji tramwajowej nie potrzeba.

Brak psucia książek

Zawsze bardzo dbałem o papierowe książki. Po ich przeczytaniu przeze mnie, często nie było widać praktycznie żadnego śladu użytkowania. Czasem jednak zdarzało się, że przez nieplanowany, przypadkowy ruch, zaginała mi się np. jedna stronica. Jakkolwiek głupio to brzmi - strasznie mnie to wkurzało i psuło moje "poczucie estetyki". Z czytnikiem problemów takich zwyczajnie nie mam.

Książki są tańsze

Zaraz się tu pewnie zleci ktoś, kto powie, że przecież najpierw trzeba kupić czytnik, a on przesadnie tani też raczej nie jest. Pewnie, ale po kilkunastu czy kilkudziesięciu promocjach, gdzie e-booki można wyrwać za mniej niż dychę, zwróci się to w mgnieniu oka. Jeśli ktoś pochłania książki w takim tempie jak ja (minimum jedna na tydzień), czytnik okazuje się ostatecznie prawdziwą ulgą dla portfela.

Wszystko w jednym, małym urządzeniu

Bodaj najdłuższą książką, jaką przeczytałem do tej pory w całym swym życiu, jest "I rozpętało się piekło" Maxa Hastingsa. Miałem ją w formie e-booka (tak nawiązując jeszcze do argumentu o cenie - w tym przypadku zaoszczędziłem dobre ponad pięćdziesiąt złotych!), a całość w edycji papierowej miała około tysiąc stron. Na Kindle'u mam również chociażby "To" Kinga czy książki Clancy'ego, które także do najcieńszych nie należą. I wszystko to znajduje się w jednym urządzeniu. Tym samym, podczas dłuższej podróży, nie muszę taszczyć ze sobą kilku papierowych tomów, w razie gdybym zdążył któryś z nich skończyć np. w połowie drogi. Nie - mi wystarczy jeden, drobny Kindle. 

Kupowanie instant

Jestem totalnym zwolennikiem cyfrowej dystrybucji. Uwielbiam to, że mogę sobie wejść na stronę księgarni sprzedającej e-booki, kupić ją i po paru sekundach móc już ją czytać. Nie muszę wychodzić z domu ani czekać na kuriera, który przyjdzie z książką najwcześniej następnego dnia. Lenistwo? Niekoniecznie. To raczej oszczędność czasu i wygoda.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Podziel się chwilą, czyli czego nauczył mnie Snapchat

Z wszelakimi internetowymi trendami jestem na bieżąco, aczkolwiek wielu z nich sam nie testuje. W większości przypadków nie uważam ich za głupie czy cokolwiek w tym rodzaju, ale zwyczajnie nie czuje jakiejś wewnętrznej potrzeby robienia z siebie eksperymentatora. Zdarza się jednak czasem, iż ostatecznie do jakiegoś sieciowego hitu wreszcie się przekonuję i próbuję w nim swych sił. Tak ostatnio stało się ze Snapchatem.

Możliwe, że nie wiecie, czym to dziwaczne "coś" w ogóle jest albo też nie ogarniacie wszystkiego do końca. Przychodzę Wam więc ze zwięzłym tłumaczeniem. Snapchat polega na robieniu zdjęć (lub filmów) i wysyłaniu ich do znajomych. Można dodać napis, pomazać obrazek pisakiem. W czym tkwi kruczek? Znajomi nasze twory widzą raptem przez kilka sekund. A potem... mimowolnie wysyłają nam coś od siebie.

Do sprawdzenia tej ciekawej aplikacji zostałem namówiony jakieś dwa miesiące temu i od tamtej pory nie ma ani jednego dnia, bym z niej nie skorzystał. Zwyczajnie wsiąkłem w tę zabawę, dałem się porwać jej sile. Przed spróbowaniem mówiłem sobie: "a komu to potrzebne? a dlaczego?". Dziś znajduję na te pytania najprostszą możliwą odpowiedź: bo to po prostu fajna zabawa!

Ale, ale! Nie samą rozrywką i funem człowiek żyje! Co bowiem ciekawe, Snapchat nie tylko bawi, ale i w jakiś sposób inspiruje. Ba - rzekłbym wręcz, że on czegoś uczy! Zgadza się, głupiutka aplikacja, będąca tak naprawdę obrazkowym chatem, okazuje się nieść jakieś ukryte przesłanie. Przesłanie, którego bardzo możliwe, że twórcy w ogóle nie przewidzieli, bo chcieli zwyczajnie zrobić coś zabawnego i przynoszącego dochody.

Jaka więc płynie do mnie nauka z tego dwumiesięcznego korzystania ze Snapchata? Nasze życie składa się z mnóstwa chwil, które są w jakiś sposób wyjątkowe. Codziennie wielu z nas narzeka na to, że ma nudne życie, przepełnione rutyną. Snapchat jednak udowadnia, iż jest inaczej - wyzwala bowiem w człowieku zrozumienie posiadania mnóstwa ciekawych momentów i chęci podzielenia się nimi z najbliższymi.

Budzisz się rano, bierzesz telefon do ręki i wysyłasz znajomymi uśmiechnięte selfie z dopisanym "dzień dobry!". Po chwili wstajesz z łóżka, bo do okna przyciąga Cię piękna pogoda. Jesteś zauroczony wiosną, która właśnie przyszła, więc wysyłasz snapa przyrody. Robisz jajecznicę na śniadanie i wygląda tak apetycznie, że podsyłasz zdjęcie innym. Zakładasz nowe buty/koszulkę/spodnie, robisz fotkę i udostępniasz ją swoim znajomym. W tramwaju spotykasz przepiękną dziewczynę - robisz jej ukradkiem zdjęcie i podsyłasz kumplowi, by też mógł docenić jej urodę.

Na wykładzie nudzi Ci się, więc zaczynasz grać na tablecie/laptopie w "2048" i wygrywasz. Co robisz? Chwalisz się znajomym na Spachacie. Potem idziesz do fast-fooda na szybkiego burgera, a gdy już się najesz, ponownie wysyłasz ludziom swoje uśmiechnięte selfie, tym razem z podpisem "wreszcie najedzony!". Wieczorem wracasz do mieszkania i rzucasz się na łóżko, po czym strzelasz fotkę siebie, wylegującego się po ciężkim dniu. Potem dostajesz esemesa na temat wypadu na miasto i w knajpie ze znajomymi strzelacie snapa swoich kufli. Wracasz o drugiej w nocy - pora na ostatnie zdjęcie w tej rundzie. Ty w lustrze z uniesionym kciukiem i podpisem "dobranoc".

Jak to się mawia - dzień jak co dzień. A jednak teraz widzisz, że nie jest on tak jak smutny i nudny, jak zawsze Ci się wydaje. W końcu tyle tu radosnych momentów, którymi możesz się podzielić z innymi. Wiele produktów wykorzystuje slogan "podziel się chwilą" (co - tak zupełnie swoją drogą - jest wyjątkowo fajną adaptacją angielskiego "share your moment" i chyba brzmi to nawet lepiej niż w oryginale), ale to właśnie do Snapchata motto to nadaje się najlepiej.

Na sam koniec zaś #kryptoreklama :) Mój snapchat: majkonmajk. Nie ma się czego obawiać: nie wysyłam zdjęć penisów, kup ani jakichkolwiek innych obrzydliwości. Zamiast tego czasem udostępniam ludziom spoilery na temat nadchodzących tekstów na blogu. Także, jeśli są chętni - zapraszam do dodawania do znajomych. Let's Snapchat! :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com 

Fotograficzna incepcja

Powiedzmy to sobie szczerze - Google Glass, owiane już legendą okulary, nie będą stuprocentowo tym, czego oczekuje większość fanów technologii. Musimy liczyć się z tym, że część opcji będzie niedopracowana, część natomiast zwyczajnie nie będzie działała w normalnych warunkach tak, jak na filmikach promocyjnych. Chciałbym by było inaczej, ale niestety tak bywa praktycznie zawsze w przypadku technologii wszelakich. 

Mimo tego, chciałbym mieć Google Glass. Jako fan nowinek technologicznych, tego typu gadżety przygarnąłbym chętnie nawet ze wszelkimi ich niedoróbkami. Prawdopodobna cena jednak zdecydowanie odstrasza. A szkoda, bo jest jedna funkcja w Google Glass, którą w swym życiu przywitałbym z nieukrywanym entuzjazmem.

Idziesz sobie w słoneczny dzień środkiem krakowskiego Rynku Głównego. Jest pięknie, słońce grzeje niemiłosiernie i czujesz wreszcie przyjście wiosny. Czują to też inni mieszkańcy Krakowa oraz - przede wszystkim - turyści. Oni w szczególności chcą wykorzystać swój krótki pobyt w Polsce w pełni możliwości, piękną pogodę witają więc możliwe, że z największa radością. 

I postanawiają swą ekscytację konkretnie udokumentować. Wyciągają więc telefony lub wielkie aparaty i strzelają sobie fotki. Jedni stawiają na samojebki, inni proszą współtowarzyszy o uwiecznienie ich pobytu w Krakowie. Co jest zaś w tym najpiękniejszego dla osoby postronnej? Komizm całej sytuacji, składający się na spięcie fotografa i próby pozowania drugiego człeka.

Zawsze jarałem się wszelkimi materiałami making-of. Lubię patrzeć na zdjęcia z planów filmowych, sesji zdjęciowych czy innych tego typu momentów. Ukazują one zupełnie inną perspektywę na to, co odbiorcy dostają już po wszelakiej obróbce. Mimo tego, nic nie przebije making-ofów prawdziwego życia.

Raz szedłem po krakowskich Plantach, przechodząc obok wielkiego cokołu, na który mało kto normalnie zwraca uwagę. Sam właściwie nie miałem większego pojęcia o jego istnieniu do właśnie tego momentu, choć przechodziłem obok tego miejsca już setki razy. Oto bowiem obok "pomnika" staje dwóch młodych chłopaków w okularach. Wiecie, takie typowe nerdy. I jeden powoli nagrywa świat wokół tegoż cokołu, drugi natomiast przez dobrą minutę próbuje sobie strzelić selfie ze strasznie poważną miną. Oddaliłem się jak najszybciej, by nie zaśmiać się im w twarz.

Fotografowanie zawsze wygląda w jakiś sposób zabawnie. Przynajmniej dla mnie. Widzę osoby na imprezie robiące sobie selfie - porusza mi się kącik ust w ironiczny uśmiech. Dziewczyny w klubie robiące sobie słit focie - staram się powstrzymać chichot. Gimnazjalistki robiące wielką lustrzanką zdjęcie hamburgerowi - nie wiem jak się zachować. I co z tego, że sam w podobnych sytuacjach byłem wiele razy. Z mojej perspektywy wtedy to tak śmiesznie nie wyglądało.

I ja zawsze miałem ochotę te wszystkie zabawne sytuacje uwiecznić. Trafić akurat na ten moment, by zdążyć wyciągnąć telefon, włączyć aplikację aparatu i zrobić zdjęcie. Zdjęcie osoby robiącej zdjęcie. Taka fotograficzna incepcja. Zawsze wyobrażam sobie to jako mega śmieszne. Czasem jednak się mi nie udaje, a czasem po prostu wydaje mi się to strasznie krępujące. Co zrobić?

Wyjściem wybornym byłoby właśnie Google Glass. Masz na sobie te magiczne okulary i znów idziesz środkiem krakowskiego Rynku. Widzisz przezabawnych Azjatów robiących zdjęcia. Co robisz? Mówisz "Glass, take a photo". Gotowe. Zero wyciągania telefonu, zero grzebania po kieszeniach, zero stresu, że może się nie zdążyć.

Tyle krótkich acz efektownych momentów będzie można dzięki Glass uwiecznić. Nagłe wypadki, śmieszne zdarzenia. No i ludzi, robiących sobie zdjęcia. Gdy takie okulary wejdą do użytku codziennego, ilość contentu w internecie powinna naprawdę mocno wzrosnąć. Pozostaje nam więc czekać na przystępniejsze ceny. A wtedy już nasi znajomi nie będą nam musieli wierzyć na słowo, że spotkało nas coś niesamowitego.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Mój mały Kundel

Drodzy miłośnicy zwierząt - to niestety nie będzie post o małym czworonogu. "Kundlem" bowiem nazywają pieszczotliwie swoje urządzenia posiadacze czytników książek od Amazona, czyli Kindle. Szczerze mówiąc, ja takiego nazewnictwa nie stosuję. Pomyślałem jednak, że fajnie będzie to brzmiało w tytule. Bo - jak zapewne się już domyśliliście - dziś będzie wpis właśnie o Kindle'u. Nie spodziewajcie się jednak recenzji. To po prostu porcja przemyśleń na temat tego, jak urządzenie to zmieniło moje podejście do czytania książek.

Kindle zakupiłem prawie rok temu i od tamtego czasu towarzyszył mi on w życiu w różnym stopniu. Zdarzało się, że cały miesiąc czytałem tylko na nim, by przez kolejne dwa czy trzy tygodnie czytnik leżał na półce, bo miałem w zanadrzu trochę wydawnictw papierowych. Doceniałem jego lekkość i mały rozmiar, choć chyba nie w wystarczającym stopniu, bo wówczas książkami zajmowałem się tylko w domu. Mało kiedy miałem ochotę wziąć się ze sobą Kindle'a w podróż do szkoły czy gdziekolwiek indziej. Skupiałem się bowiem wtedy zawsze na słuchaniu muzyki.

Sytuacja zmieniła się całkiem niedawno, bo jakiś miesiąc czy dwa temu. Wszystko zaczęło się od tego, iż przede mną pojawiła się "konieczność" dość częstego podróżowania pociągami na długie dystanse. Bywały (i wciąż bywają) w moim przypadku ponad dziesięciogodzinne wyprawy. Książka staje się w takiej sytuacji prawdziwym zbawieniem. Odpowiednie są nawet wydania papierowe, choć mimo wszystko zawsze starałem się mieć na takie przypadki przygotowanego Kindle'a. Zacząłem się coraz mocniej w jakiś sposób "uzależniać" od czytnika.

Potem jeden z kumpli w Krakowie, powiedział mi, że czyta na swoim Kindle'u wszędzie, gdzie się tylko da - w tramwajach, autobusach, a nawet idąc ulicą. Początkowo byłem do tego dość sceptycznie nastawiony, ale postanowiłem spróbować. Okazało się to prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Od około miesiąca czytnik towarzyszy mi prawie w każdej, choćby kilkunastominutowej podróży. Bo w dowolnej chwili mogę go wyłączyć i schować do kieszeni kurtki, a dodatkowo do jego obsługi wystarczy spokojnie jedna ręka.

Z książkami papierowymi jest już gorzej. Można być przeogromnym fanatykiem takich wydawnictw, ale nie da się logicznie odeprzeć tych argumentów opowiadających za czytnikami. Serio - sam to ostatnio sprawdziłem na własnej skórze, są bowiem autorzy, których książki chciałbym mieć bardzo w wersji papierowej. Ostatnio zakupiłem dwie tego typu pozycje i uwierzcie mi, że czytanie ich na stojąco w tramwaju, było (w porównaniu do sytuacji z Kindle) prawdziwą katorgą. O próbach śledzenia tekstu podczas spaceru już nie wspominam.

Dlatego, pomimo, że na półce leży u mnie jeszcze naprawdę sporo nieprzeczytanych książek papierowych, ja staram się zdecydowanie skupiać na Kindle'u. Na którym, swoją drogą, też mam kilka nietkniętych tytułów. Tu jednak winne są promocje, których w światku e-bookowym jest prawdziwy ogrom. Dzisiaj chociażby zgarnąłem e-booka sprzed pół roku za dziesięć złotych. Papierowa wersja kosztuje standardowo cztery dyszki. Najtaniej w sieci znalazłem ją za trzydzieści peelenów.

Dziękujmy więc pomysłodawcom czytników za ich dzieło! Za lekkość i poręczność tych urządzeń szczególnie. Księgarniom e-bookowym też podziękujmy - za te wszystkie cudowne promocje, dzięki którym potrafią zarobić na mnie w ciągu kilku dni naprawdę sporo.

Źródło: Flickr.com

Nokia Tune, Marimba... i co dalej?

W czasach podstawówki i gimnazjum ochoczo ustawiałem sobie na dzwonek w telefonie różnorodne piosenki. Zmieniały się one razem z moim gustem muzycznym, więc z głośników mego aparatu zdarzały się wydobywać zarówno komercyjne hity, znane w dużym stopniu tylko mojemu pokoleniu, jak i ostre riffy gitarowe rockowych klasyków. Potem przerzuciłem się na całkowite wyciszenie dźwięków w telefonie i żyję z tym do dziś. Część znajomych w moim wieku również ostatecznie zaatakowała tzw. "tryb cichy", inni jednak wciąż pozostają wierni głośnemu sygnałowi z telefonu.

Jednak nie każdy człowiek z włączonymi dźwiękami, postanowia użyć jako dzwonka swojego ulubionego kawałka. Ogromom ludzi zależy po prostu, by coś sygnalizowało przychodzące rozmowy, nie interesuje ich jednak, cóż to konkretnie. Pozostają więc przy tym, co zaoferował im domyślnie producent telefonu. Dzięki takim ludziom spopularyzowały się dwa kilkusekundowe utwory, które w swoim życiu nie raz słyszał każdy.


Pierwszym z nich jest Nokia Tune. Zapewne po usłyszeniu tej nazwy każdemu z nas automatycznie w głowie uruchamia się odtwarzacz klasycznej pętli. Kompozycja ta, wywodząca się z utworu "Gran Vals" Francisco Tárregi, towarzyszy firmie Nokia już od 1993 roku. Słyszałem ją wydobywającą się z moich telefonów (przez jakiś czas byłem fanem fińskiej marki), ale również i urządzeń należących do znajomych, nauczycieli, jak i siedemdziesięcioletnich babć. W autobusie, sklepie, szkole, kinie, a nawet... kościele. Myślę więc, że nawet jeśli puścicie ją najstarszym osobom w swojej rodzinie, jest szansa, iż rzeczywiście oni również kiedyś ten hit mieli okazję słyszeć.

Dziś Nokia w różny sposób próbuje odmłodzić swój charakterystyczny symbol. Najnowsza wersja, jaką znalazłem, została udostępniona w sieci raptem trzy miesiące temu, więc możliwe, że któryś z premierowych modeli telefonów posiada już ją zainstalowaną na dysku twardym. Wcześniej fińska firma, zdaje się, oficjalnie przygotowała chociażby edycję gitarową, a w konkursie na odmłodzone "Nokia Tune", wygrała nie tak dawno temu "dubstepowa" przeróbka.


Innym charakterystycznym dźwiękiem wśród telefonów, jest domyślny dzwonek iPhone'ów - "Marimba". W Polsce może nie jest on tak rozpoznawalny jak "Nokia Tune", ale na pewno jest wiele osób oprócz mnie, które reagują na ten symbol urządzeń spod znaku Jabłka. Jeśli chcecie zgłębić jego historię, polecam serdecznie tegoroczny artykuł z "Forbesa", który znajdziecie TUTAJ.

Mój zakup iPhone'a 3G przed kilkoma lat zbiegł się właściwie z przejściem na "tryb cichy", jednak "Marimba" również i u mnie zdążyła trochę pograć. W większości jako budzik, który efektywnie wybudzał mnie w jakichś 99% przypadków. Mniej korzystałem przez niego w wakacje, a we wrześniu prawie w ogóle, dlatego gdy pojawił się iOS 7, nie zauważyłem na początku, że... "Marimby" nie ma.

Przynajmniej jako domyślnego dzwonka, bo jako takowy został on zastąpiony przez zlepek dźwięków, które w ogóle nie przypadły mi do gustu. Gdy wczoraj obudziłem się po szóstej, by ogarnąć się przed zajęciami, zdziwił mnie nietypowy sygnał dobiegający z telefonu. W nocy wszedłem w opcje i postanowiłem mą ukochaną "Marimbę" odszukać. Znalazłem. Ukrytą w zakładce "Klasyczne", ale wciąż leżącą wygodnie na dysku iPhone'a.

Jak widać, Apple idzie inną drogą niż Nokia. Zamiast odświeżyć znak rozpoznawalny firmy, szefowie postanawiają go całkowicie zmienić. Wydaje mi się, że gigant z Cupertino nie docenia trochę znaczenia "Marimby" w popkulturze. Sygnał ten miał szansę spokojnie stać się kolejnym supersymbolem pokroju białych słuchawek. Ale to tylko moja opinia, może pracownicy Apple całą sprawę mniej optymistycznie.

Teraz zaś zastanawiam się - co będzie kolejne po "Nokia Tune" i "Marimbie". Nie jestem pewien, co do nowego dzwonka iPhone'a, ale kto wie, może i on się przyjmie. Androidowcy, macie jakiś sygnał, który ustawiony jest domyślnie na wszystkich telefonach z tym systemem? Nie spotkałem się z czymś takim, lecz może po prostu za słabo śledzę poczynania Google na rynku smartphone'ów.

Jeśli wszystko dobrze się potoczy, to za kilka lat zweryfikuję na tym blogu, czy rzeczywiście znalazł się następca tych dwóch charakterystycznych kompozycji. I co stało się z tym współczesnym nam duetem. Czy Nokia też w końcu zrezygnuje ze swego symbolu? Czy miłośnicy Apple, tak jak ja, zmienią w ustawieniach nowy utwór na już im znany? A może będą mieli to gdzieś i "Marimba" zostanie zapomniana? 

Trudno teraz stuprocentowo odpowiedź na którekolwiek z tych pytań. Jak stanie się naprawdę - przekonamy się ostatecznie pewnie dopiero za parę lat.

Źródło: Flickr.com

Steve Jobs - biografia Waltera Isaacsona

Fakt, że zabiorę się wreszcie za tę książkę, zapowiadałem już przy okazji recenzji filmu o Jobsie. Mniej więcej w połowie czułem się już wystarczająco zainspirowany, by napisać krótką notkę na temat nietypowego charakteru szefa Apple. Teraz nadszedł wreszcie czas wydania ostatecznego werdyktu. Czy "Steve Jobs" Waltera Isaacsona jest rzeczywiście aż tak dobrą pozycją, jak się mówi?

Historia w książce zawiera w sobie historię od czasu dzieciństwa głównego bohatera, aż do jego ostatnich dni. Śledzimy poczynania Jobsa na każdym kroku jego kariery, począwszy od założenia Apple, przez wyrzucenie go z firmy i powrót tamże, romanse z NeXT i Pixarem, kończąc na jego przejściu na emeryturę. Proces powstawania każdego z kultowych urządzeń ma swój oddzielny moment w książce. To więc również podróż ze świata pierwszego komputera osobistego z prawdziwego zdarzenia, do czasów smartfonów i tabletów.

Biografia ta zawiera jednak sporo więcej niż zwykły przebieg kariery Jobsa. Oddzielne miejsca zostały przygotowane dla młodzieńczych zapędów Steve'a ku frutarianizmowi i jego wycieczce do Indii, związkom, rodzinie, przyjaciołom. To także (jak mniemam) bezbłędne oddanie charakteru głównego bohatera, który co chwilę zaskakuje swoimi dziwactwami. Isaacson nie idealizuje Jobsa, a pokazuje również i jego wady, wprost pisząc o łzach uronionych zarówno przez Steve'a, jak i ludzi zranionych przez niego.

Autor odwalił naprawdę kawał dobrej roboty przy zbieraniu informacji do tego tytułu. W żadnym momencie nie miałem jakiegokolwiek uczucia niedosytu. Isaacson uzyskał informacje, których nie znajdziecie ot tak na Wikipedii, prezentując je w bardzo przystępny sposób. Dotarł do mnóstwa ludzi, w tym nawet tych z jakiegoś powodu żywiących urazę wobec Jobsa. Ostatnie słowa Steve'a na temat Billa Gatesa i odpowiedź tego drugiego, w jakiś sposób potrafią nawet wzruszyć.

Czytałem tę książkę na Kindle'u i nie czułem kompletnie jej długości. Gdy ostatnio przyjrzałem się dokładniej papierowej wersji, byłem totalnie zadziwiony. Biografia ta tak bardzo wciąga, że kompletnie nie odczuwa się tych ponad siedmiuset (!) stron. I to nie jest zasługa jedynie samej historii, ale również i sposobu, w jaki ubrał ją Walter Isaacson. Aż chce się od razu biec do księgarni sprawdzić jego inne pozycje.

Recenzowana dziś książka nie jest przeznaczona jedynie dla fanów Apple. Bo mówi o świetnej, inspirującej opowieści, wciągającej równie mocno, co najlepsze powieści. Myślę, że w moim przypadku zmieniła ona nawet delikatnie sposób patrzenia na świat. Rzadko rzucam takie słowa w przypadku książek, filmów czy gier, ale teraz nie boję się tego powiedzieć - pewnie jeszcze kiedyś po ten tytuł sięgnę. 

Świetna pozycja, polecam wszystkim bez wyjątku.