Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

Czym jest butelka Bobble i dlaczego zacząłem ją uwielbiać?


Dlaczego unikamy picia wody z kranu? Dlaczego ciągle kupujemy wodę butelkowaną, gdy "darmową" mamy często przez cały dzień pod ręką? Dlaczego, pomimo zapewnień specjalistów i niejednej akcji społecznej, głoszących, że "kranówa" nie jest niczym zatruta, ciągle jej unikamy?

Ja mam jedną odpowiedź na to pytanie.: kranówa jest czasem zwyczajnie niedobra.

Oczywiście, są różne rury, o różnym wieku i jakości, przez co bywa woda smaczniejsza i gorsza. Ale dla mnie i tak nie ma takiej idealnej. Nie spotkałem się jeszcze z kranówką, która naprawdę smakowałyby tak dobrze, jak niektóre wody ze sklepu. Oczywiście, tam też się zdarzają crapy, smakujące bardziej jak wypluta woda niż taka nietykana. Ale gdy już znamy jakąś markę i jesteśmy jej pewni, możemy pójść sobie do sklepu w dowolnym miejscu w mieście, po czym dostać ten sam, sprawdzony napój.

Ale to ciągle jednak trochę głupia rzecz z naszej strony. Bo tak jak wspomniałem - do kranówy (która nawet jeśli nie jest naprawdę w pełni darmowa, jest niewątpliwie o wiele, wiele tańsza od butelkowanej) mamy dostęp non stop. Na uczelni, w galeriach handlowych, w domu, w pracy. Wszędzie są krany, w których płynie woda. Czas więc znaleźć sposób, by ją naprawdę wykorzystać!


Po przeprowadzce do nowego mieszkania skończyłem z zalegającymi wszędzie butelkami wody. Nie potrzebowałem ich, bo dostałem specjalny dzbanek z filtrem, zmieniający średnio smaczną kranówę w coś smakującego właściwie jak dobra mineralka. W mieszkaniu byłem więc ustawiony. Ale co zrobić, gdy trzeba z niego wyjść? Pewnie, mogę nalać sobie trochę filtrowanej wody do jakiejś starej butelki, ale prędzej czy później mi się ona pewnie skończy. A co za tym idzie - i tak będę musiał skoczyć do sklepu.

Na szczęście, rozwiązanie znalazło się i w tym przypadku. Odkryłem bowiem Bobble - niepozorną, plastikową butelkę, w której z zakrętki zwisa dziwne "cuś". To "cuś" to filtr węglowy, podobny do tego, który stosuje się we wspomnianym już dzbanku. Woda oczyszcza się, gdy przepływa przez filtr, wpadając prosto do naszej spragnionej paszczy. Nie dość, że jest pozbawiona wszelkich złych rzeczy krążących w normalnej kranówie, to na dodatek zmienia trudny do przełknięcia trunek w smaczną, wywołująca jedynie uśmiech na twarzy wodę.


Bobble ma całe mnóstwo zalet. Po pierwsze - pozwala sporo zaoszczędzić. Początkowy wydatek to koszt około 50-60 złotych, potem za taką samą cenę kupujemy sobie zestaw dwóch filtrów. Dalej brzmi jak nieopłacalny zakup? W takim razie weźmy się za obliczenia!

Producent poleca, by filtr w Bobble wymieniać co dwa miesiące. Fajnie - ja jednak jestem zwolennikiem bardziej konkretnych informacji. Szybko więc dokopałem się do informacji, że to w zasadzie tyle samo co 300 standardowych butelek wody. Jak się domyślam - chodzi o butelki półlitrowe.

Woda w sklepach kosztuje różnie. Czasem za zwykłą, nie jakąś ekskluzywną, półlitrową butelkę zapłacimy złotówkę, czasem dwa pięćdziesiąt. Załóżmy więc, że średnia cena to (bardzo optymistycznie) złoty pięćdziesiąt. Tym samym...

300 butelek x 1,5 PLN = 450 PLN

450 złotych vs 60 złotych. W dalszej fazie, gdy już mamy butelkę, za dwa filtry płacimy 50 złotych. Na dwa miesiące wystarczy nam jeden. Tym samym mamy sytuację: 450 złotych vs 25 złotych. JEST RÓŻNICA?

Z kwestii poza-ekonomicznych - dzięki Bobble zacząłem pić więcej wody. To natomiast bardzo, bardzo ważne dla działania naszego organizmu. Kiedyś lekarz zwrócił mi uwagę, że piję za mało wody. A przecież wypijałem jej półtora litra dziennie! Trudno - to ciągle za mało. Myślę, iż teraz spokojnie przekraczam już granicę dwóch litrów na dzień.


Woda ma wiele właściwości, których potrzebujemy. By skorzystać z licznych minerałów w niej zawartych, nie musimy wcale kupować wody MINERALNEJ. Kranówka też będzie całkiem okej. Poza tym nieźle nas nawodni, przez co poprawi się nam nastrój. Jak się bowiem okazuje - często by zapobiec zamykającym się samoistnie oczom nie potrzebujemy kawy czy energetyka. Nasza senność może być zwyczajnie wynikiem naszego odwodnienia. I ja z własnego doświadczenia mogę to potwierdzić.

By jednak być szczerym, Bobble ma jeden minus - jest głośny. Po każdym, choćby najmniejszym łyku, butelka robi coś w rodzaju... "wziuuut" (?). Wiecie, jak to każda butelka z tymi smoczkowatymi ustnikami. Ale Bobble jest czasem naprawdę głośny i te dziwne odgłosy może być słychać w cichych pomieszczeniach. To jednak naprawdę jest nic w porównaniu do zalet, jakie niesie za sobą ta cudowna butelka. W najbardziej ekstremalnych przypadkach można przecież po prostu odkręcić zakrętkę po wypiciu wody, dzięki czemu powietrze popłynie z dala od "smoczka", nie wywołując dziwnych odgłosów.

Kiedy ostatnio zapomniałem wziąć Bobble z domu - byłem zdruzgotany. Odcięty od wody na uczelni, czujący przymuszającą potrzebę pójścia do sklepu po mineralkę. Woda uzależnia. Szczególnie w wersji Bobble.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Po co Ci rozciąganie po bieganiu?

Specjaliście od biegania dzielą się zasadniczo na trzy grupy: tych, którzy postulują konieczność rozciągania się przed wysiłkiem, tych, którzy rekomendują raczej rozciąganie po pokonaniu ustalonej trasy, a także tych, którzy łączą obie te rady w jedną. Czy ja się uważam za eksperta? Bynajmniej! Wstydziłbym się wręcz nazywać tak sam siebie, biegając raptem od ponad półtora roku. Moje dotychczasowe doświadczenie pozwoliło mi jednak wyrobić sobie własne zdanie na temat tej mitycznej kwestii.

Rozciągania przed bieganiem nie uprawiam z prostych powodów - nie chce mi się. Wolę wyjść na zewnątrz i od razu ruszyć pędem w dal. Niejedna osoba radziła mi: "zmień to podejście, bo nabawisz się kontuzji!". Za mną biegi pięcio-, dziesięcio- i piętnastokilometrowe, a dalej nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa. Magia, prawda?


Inaczej sprawa ma się z rozciąganiem po wysiłku. To zacząłem regularnie wykonywać dość szybko po rozpoczęciu swej biegowej przygody i tak mi zostało do dziś. Próbowałem kilka razy sobie odpuścić i żadnych dodatkowych ćwiczeń nie wykonywałem. Dość szybko jednak się przekonałem, że akurat brak rozciągania po wysiłku zdecydowanie niesie za sobą negatywne skutki.

Konkretniej, jeden najważniejszy - nogi bardziej bolą. Oczywiście, na początku możesz sobie myśleć: "e tam, przecież czuję się dobrze!". Zmęczenie w nogach pojawia się jednak dopiero po jakimś czasie, gdy kończyny rozumieją, że nie ma już potrzeby dawać z siebie jak najwięcej. Dzieje się to nawet po rozciągnięciu, a jakże, jednak bez niego mięśnie są jeszcze bardziej spięte i wkurzone na swojego pana i władcę.

Przy krótkich biegach można sobie to co prawda odpuścić, ale już tego typu zlewki przy dziesięciokilometrowej trasie sobie nie wyobrażam. Od czasu do czasu oczywiście ciągle zdarza mi się po prostu zdjąć ciuchy i wskoczyć pod prysznic, ale dość szybko po tym pukam się w głowę i klnę na moją osobę sprzed pół godziny. To nie jest co prawda żaden ból niemożliwy do zniesienia, ale zwyczajnie wkurza on, dekoncentruje i zwiększa zmęczenie.

Radzę więc Wam, Drodzy Biegacze Początkujący Bardziej Niż Ja - rozciągajcie się po bieganiu! Dla wielu to może brzmieć jak kara, bo przecież czynność ta brzmi jak niepotrzebna rzecz, która na pewno zajmuje dużo czasu. Mylicie się jednak! Zasadniczo wystarczą dwie czy trzy minuty, by mięśnie poczuły się jak Wy, kiedy rano wstajecie i pierwsze co robicie, to rozkładacie ręce do góry i z ogromnym ziewnięciem rozciągacie się na wszystkie strony świata.

Nawet Snorlax promuje rozciąganie się!
Spytacie więc: jakie ja ćwiczenia stosuję? Niech więc na twarzach Waszych zjawi się uśmiech! Wszystko co robię po bieganiu zaczerpnąłem znikąd indziej, jak z lekcji wuefu! Na dodatek można to zsynchronizować z wszelkimi czynnościami, jakich musi po wysiłku dokonać prawdziwy biegacz XXI wieku.

Najpierw rozkrok: jak największy, ale też bez przesady - nie chcecie chyba wylądować w szpagacie na ziemi, prawda? W ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu sekund pozostawania w tej pozycji, można przebrnąć przez finiszowanie biegu w Nike+, Endomondo czy z jakiej tam apki korzystacie. Dalej kucamy na jednej nodze, drugą pozostawiając w jak największym rozkroku - ponawiamy to oczywiście z kończyną numer dwa. W tym czasie można wyłączyć muzykę, wszystkie możliwe aplikacje i schować telefon do kieszeni. Na sam koniec zaś opieramy się ręką o ścianę/drzewo/barierkę i wymachujemy najpierw jedną, a potem drugą nogą w przód i w tył, jak tylko najwyżej damy radę. Liczba powtórzeń? Minimum dziesięć.

Zgadza się - oto koniec całej roboty. No, ostatnio dorzucam do tego jeszcze skłony w przód. Całość powinna Wam zająć właśnie około dwóch czy trzech minut. Niby nic, a mimo tego uczucie zmęczenia w nogach jest naprawdę kilka razy mniejsze. Jednak jeśli macie ochotę i czas - rozciągajcie się jeszcze więcej. W tym przypadku rzeczywiście sprawdza się bowiem powiedzenie "im więcej, tym lepiej". Możliwe, że zaraz jakiś ekspert będzie chciał mnie poprawić, ale hej - ja mówię tu o swoim własnym doświadczeniu. Na mnie to działa, więc pewnie na kogoś innego również.

Jednak gdybyście mieli wątpliwości i obawiali się przetestowania mojego sposobu, zawsze możecie kupić dziesięć książek o bieganiu i przeczytać setki artykułów w sieci na temat rozciągania. Myślę że opinie nieskończonej liczby ekspertów, z których każdy myśli inaczej, zdecydowanie rozjaśnią Wam umysł.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Dlaczego nie natrafiam na takie widoki w Krakowie? :(
Źródło: Flickr.com

Cesarz wszech chorób. Biografia raka

Kilkukrotnie już miałem okazję na głos wypowiedzieć słowa: "wszyscy umrzemy na raka". A nawet, jeśli na niego nie umrzemy, to zapewne będziemy mieli go możliwość w jakiś sposób przeżyć. Zawsze wypowiadam te słowa obojętnym tonem, bez cienia przerażenia. Przeszedłem z tą myślą do codzienności. Nie jest dla mnie żadnym szokerem, a jedynie czystym faktem.

Oczywiście - słowa te są w sporej mierze przesadzone. Czasem jednak można do takich myśli dotrzeć, gdy dochodzą do nas informacje o coraz to nowych zachorowaniach na raka. Celebryci, znajomi, rodzina. Rak panoszy się wszędzie, trafia pomiędzy wszystkie nasze relacje międzyludzkie. Przez to staje się dla wielu obsesją, strachem przychodzącym do nich w koszmarach. Nie pytają: "czy będę miał raka?". Pytają: "kiedy?".

Ale o nowotworach na serio mówi mało kto. Krótkie notki o kolejnych śmierciach aktorów, spowodowanych przez raka, nie dają żadnych konkretnych informacji. Nie dostarczają ich także błahe artykuły na portalach informacyjnych, ani skomplikowane medycznie teksty profesjonalistów. Brakowało czegoś, co można by nazwać "rakową Biblią dla laika". Ktoś jednak postanowił brak ten wypełnić treścią.

Siddhartha Mukherjee (mam nadzieję, że dobrze przepisałem) to amerykański onkolog, który postanowił swoją wiedzę przenieść nie tylko na współpracę z pacjentami i działanie w laboratorium. Postawił sobie za cel stworzenie właśnie swoistej "rakowej Biblii". Księgi, która byłaby kondensacją wiedzy na temat nowotworów, dostosowaną pod ludzi spoza branży medycznej. Każdy zachłanny takiej wiedzy miał wreszcie otrzymać ją w przystępnej formie. Tak powstał "Cesarz wszech chorób. Biografia raka".

Książka nie zaczyna się od najpierwszych historycznych informacji o raku. Zostajemy wrzuceni do czasów bardziej nam współczesnych, napotykając dwudziestowieczną batalię z białaczką. Ale spokojnie - autor wraca jeszcze do początków, wspominając dawne informacje o nowotworach oraz próby ich unieszkodliwienia, kończące się praktycznie zawsze porażką. Historia raka to jednak przede wszystkim wiek dwudziesty. To wtedy bowiem nowotwór wyszedł na powierzchnię, strasząc cały świat.

Z każdym kolejnym rozdziałem "Cesarza wszech chorób" utwierdzałem się w przekonaniu, że Siddhartha Mukherjee podjął naprawdę każdy istotny wątek w rozwoju Wojny z Rakiem. Przedstawione są tu nie tylko sytuacje dotyczące wyłącznie raka, ale również te z nim powiązane. Trafiamy w sam środek amerykańskiej batalii z papierosami, widzimy początki AIDS. Obok medycyny, w historii raka ścierają się polityka, biologia, chemia, a nawet matematyka. No i - może wręcz przede wszystkim - pacjenci, którzy nie zawsze są jedynie biernymi królikami doświadczalnymi.

"Cesarz" opowiada więc historię swojego bohatera bardzo dokładnie, rzeczywiście okazuje się być jego swoistą biografią. Spełnia także swój drugi warunek - jest to pozycja przystępna dla laików. Naprawdę, do zrozumienia tej książki nie potrzeba nawet wiedzy z licealnej biologii. Autor wyjaśnia wszystko, co konieczne - od tego, czym jest DNA, na skrótach pojedynczych genów kończąc. Mukherjee stara się także każdą część swej historii uprościć, dorzucając przykłady z własnego lekarskiego doświadczenia czy posługując się odpowiednimi metaforami. Jedynie na sam koniec, po wejściu w lata dziewięćdziesiąte XX wieku, sprawa się trochę komplikuje i spora liczba nowych nazw leków i skrótów potrafi trochę przytłoczyć. Cóż jednak poradzić - takie są efekty rozwoju badań nad nowotworami.

Książka ma jeszcze wiele plusów, spośród których warto wspomnieć konkretniej o jednym - naprawdę dobrym piórze autora. Mukherjee okazuje się nie być nie tylko zapalonym lekarzem, ale również zwyczajnie człowiekiem inteligentnym i wykształconym, który wychował się także na literaturze. To zresztą przejawia się także w jego nawiązaniach do licznych klasyków książkowych, jak "Oliverze Twiście" czy twórczości Sołżenicyna. 

Ponoć po przeczytaniu "Biblii" wiele osób przestaje wierzyć w Boga. W przypadku "Cesarza wszech chorób" następuje jednak odmienna sytuacja. Z każdą kolejną stroną tej książki miałem ochotę cofnąć się parę lat do tyłu i w liceum ruszyć na bio-chem. Mukherjee pokazuje, że bycie lekarzem czy w ogóle naukowcem, nie jest zwyczajnym zawodem. Walka z takimi chorobami jak rak może zrobić z Ciebie prawdziwego superbohatera - człowieka, który odmienia los ludzkości.

"Cesarz wszech chorób" jest bezsprzecznie świetną pozycją. To otwierająca horyzonty i niesamowicie wciągająca książka, która naprawdę pozwala inaczej spojrzeć na raka, a także zrozumieć go w wyjątkowy sposób. Mukherjee dostał za swoją książkę prestiżową nagrodę Pulitzera i po jej przeczytaniu zdecydowanie widać, że wyróżnienie to przypadło mu nie bez powodu. 

Według mnie - istny must-read.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Dlaczego nie warto chudnąć?

Hoł, hoł, hoł - połowa stycznia za nami! A wiecie co to oznacza, prawda? Zgadza się! Około 99% wszystkich tych, którzy postanowili w nowym roku schudnąć, złamało swoje postanowienie i wrzuciło karnet na siłownię oraz buty do biegania pod łóżko! Koniec z niepotrzebnym wysiłkiem - witaj ponownie, przepyszna czekolado!

Nie musicie jednak wcale zajadać smutków kolejnymi kaloriami! Oto bowiem przybywam do Was z dobrym słowem. Dziś na blogu odpowiemy sobie mianowicie na pytanie: "dlaczego nie warto chudnąć?". Owszem - czasem zdecydowanie lepiej być chodzącą oponką niż wychudzonym szkieletorem. Mi możecie wierzyć, bo przecież jestem ekspertem od odchudzania! Nie wiesz dlaczego? Przypomnij sobie TEN post.

No dobra, odpowiedzmy sobie jednak wreszcie na główne pytanie dzisiejszego postu: dlaczego nie warto chudnąć?

Źródło: Flickr.com
Jest zimniej

Zima to najlepszy przyjaciel dużych ludzi. Gdy inni ubierają się w dziesięć koszulek, dwie bluzy i grube futro, im wystarczą raptem ze trzy warstwy ciuchów. Tłuszcz potrafi zdziałać cuda większe niż niejeden grzejnik! A że może być trudniej o znalezienie miłości do przytulania? Ożeń się ze swoim brzuchem - on zawsze będzie Cię ogrzewał, 24 godziny, 7 dni w tygodniu!

A co stanie się, gdy schudniesz? Trafisz do otchłani PLEBSU! Tak jak wszyscy piękni ludzie będziesz musiał nosić grube warstwy ciuchów, żeby zrekompensować brak ukochanego tłuszczyku. Zamiast na jedzenie, będziesz musiał wydać więcej pieniędzy na ciuchy! A to nie koniec ubraniowych problemów...

Masz całą szafę do wymiany

Parę lat temu był kiedyś taki polski serial "39 i pół" z nieśmiertelnym Tomkiem Karolakiem. Jedna z jego bohaterek zaszła w ciążę, a że była jeszcze nastolatką, bardzo pragnęła, by jej rodzice się o tym zbyt szybko nie dowiedzieli. Co więc zrobiła? Założyła kilka razy większą bluzę swojego chłopaka. Gdy familia spytała ją, czemu siedzi w takich ciuchach przy stole, odpowiedziała: "moda!".

Jeśli więc schudniesz, masz dwie opcje: albo zamienisz się w hip-hopowca z lat 90., albo też wymienisz całą swoją szafę. To znaczy, możesz zostawić stare ciuchy i chodzić w nich po domu, nie ma sprawy! Ale już na miasto raczej nie wyjdziesz w koszulce, która zwisa Ci do kolan i spodniach wyglądających jak po starszym bracie. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jak muszą wyglądać w starych ciuchach hip-hopowcy po odchudzaniu.

Źródło: Flickr.com
Musisz walczyć z efektem jojo

Plan na nowy rok: "nie pojem zbyt dużo przez dwa czy trzy miesiące, pochodzę na siłownię cztery razy w tygodniu, będę piła mniej wódki". A potem? No wiadomo! Znowu pizza, oglądanie dwudziestu odcinków "Gossip Girl" dziennie i cowieczorne wypady na melanż!

Bad news - to tak nie działa. Jeśli chcesz, żeby te kilka miesięcy ćwiczeń nie poszły na marne, musisz dalej trwać w swoich postanowieniach. Mniej żarcia niż dawniej, więcej ruszania tyłka z kanapy, mniej czasu na melanże. Czy nie lepiej być grubym i móc oblewać się codziennie hektolitrami szampana od rana do nocy? That sounds fun!

Ludzie wypominają Ci, że jesteś za chudy

Nowo poznani ludzie może i będą wobec Ciebie milsi, kiedy nie będziesz wyglądał jak kupa mięsa. Ba - wielu starych znajomych również może Ci pogratulować metamorfozy i docenić Twój wysiłek. Nigdy jednak nie może być wyłącznie różowo.

Zawsze się znajdzie się ktoś, kto stwierdzi: "rany, jesteś za chudy!". Jeśli jesteś kobietą, będziesz miała jeszcze gorzej, bo prawdopodobnie natrafisz na określenie "anorektyczka". To w zdecydowanej mierze domena dawniejszych pokoleń, które ciągle żyją w przeświadczeniu, że prawdziwy facet powinien być Januszem z piwnym brzuchem, a niewiasta winna być Grażyną z potrójnym podbródkiem. 



Czy więc nie lepiej pozostać Człowiekiem-Kulką, toczącym się z romachem po tym pięknym świecie? Po co chudnąć, po co się męczyć? Jedzmy hamburgery z Maka, popijajmy je kolą (nie dietetyczną!), a na końcu oblejmy się ruskim szampanem. Oto raj.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Jak przetrwać jesienno-zimowe przeziębienie?

Wracasz do domu po ciężkim dniu w szkole/w pracy/na uczelni i jedyne, co masz ochotę zrobić, to zasnąć przy kaloryferze. Gardło odmawia posłuszeństwa i zamiast normalnie mówić, charczysz. Nos masz tak zatkany, że wdychanie przez niego powietrza jest niemożliwe. Żeby było jeszcze lepiej, masz gorączkę i jest Ci tak cholernie zimno, iż nawet ubranie się w kożuch nie pomaga. 

Następnego dnia natomiast i tak MUSISZ obudzić się o szóstej czy siódmej rano i zasuwać na drugi koniec miasta. Los Cię nie oszczędza, zdrowie tym bardziej. Jak więc poradzić sobie z takim jesienno-zimowym przeziębieniem czy choćby zredukować jego skutki do takiego poziomu, by rano nie wyglądać jak trup? Korzystając z własnych doświadczeń, postanowiłem przygotować prawdziwy poradnik survivalowy!

Choć bowiem od czasu, gdy zacząłem biegać, choruję kilkukrotnie mniej niż dawniej, ciągle czasem jakiś mały wirus mnie złapie i daje o sobie ciągle znać. Co robię w takim momencie? Szykuję sobie pakiet prawdziwego żołnierza antychorobowego! Dzięki niemu niejednokrotnie udało mi się wyswobodzić z wirusowej opresji w ciągu raptem jednej nocy. Co też więc w moim wojowniczym ekwipunku się znajduje?

Źródło: Unsplash.com
Gruba kołdra

Koce są spoko, ale nic nie przebije porządnej, grubej kołdry. Wystarczy otulić się taką od góry do dołu i wreszcie gorączka przestaje dawać się aż tak bardzo we znaki. Trzeba jednak dość mocno uważać - choćby jedna drobna nieszczelność potrafi przyprawić o gęsią skórkę. Najlepiej więc pod pierzynę wskoczyć dopiero, gdy przygotuje się całą resztę zestawu survivalowicza. 

Zestaw małego medyka

Na antychorobowy zestaw małego medyka składają się zasadniczo trzy rzeczy. Pierwsza z nich to przeciwgorączkowy lek w proszku. Wybór tego typu specyfików w aptekach jest ogromny i warto sobie zakupić od razu kilka opakowań, by mieć w razie czego je pod ręką. Bierzesz taki Gripex czy inną Polopirynę, rozpuszczasz w ciepłej wodzie, wypijasz i już praktycznie po kilkunastu minutach czuć choćby drobną ulgę.

Drugi element medycznego zestawu pomoże natomiast na walkę z podrażnionym gardłem. I nie chodzi mi tu bynajmniej o te wszystkie tabletki do ssania, bo dają one - moim zdaniem - dość mało. Zamiast tego proponuję zakupić sobie aerozol kojący ból gardła. Najbardziej znany gracz na tym rynku to chyba Tantum Verde. Trzy czy cztery psiknięcia i masz choćby na kwadrans spokój od bólu. Potem możesz sobie psiknąć ponownie i cóż - tak do skutku.

Ostatnią rzeczą jest natomiast sztyft do nosa. Oto prawdopodobnie najbardziej ohydna rzecz, jaka trafia w ręce domorosłych medyków. Moja kuracja tym magicznym urządzeniem jest zadziwiająco prosta, ale i dość obleśna - wkładam sobie sztyft do nosa i zostawiam go tam, funkcjonując jak gdyby nigdy nic. Kilka razy sprawdziłem w lustrze, jak wyglądam w takim momencie. Przyznaję - mocno absurdalnie. Ale hej - przynajmniej ulga jest!

Herbata z sokiem malinowym

Najlepszy napój, jaki może przytrafić się choremu człowiekowi. Jaka herbata? Klasyczna, czarna. Jaki sok? Najlepiej domowy, ale ze sklepu też może być. Co to daje? Uwaga, znów będzie trochę niesmacznie - niesamowicie rozgrzewa, co powoduje nagłe wypocenie się, skutkujące z kolei spadkiem temperatury ciała. Mój zdecydowany faworyt w kategorii "walka z gorączką".

Czekolada

Podobno czekolada jest naturalnym pobudzaczem, dodającym niesamowicie dużo energii. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Dla mnie ważne jest, że jedna tabliczka czekolady potrafi sprawić mi więcej radości niż niejedna wykwintna potrawa. Podczas choroby natomiast efekt jej działania jest przynajmniej kilkanaście razy lepszy. Serio, dziewczyny - w takich przypadkach #fuckdiet.

Źródło: Unsplash.com
Dobra książka

Leżysz już pod kołdrą, przyćpałeś leki, wypiłeś herbatę z sokiem, a do tego twarz masz ubrudzoną czekoladą. Co zrobić z resztą czasu? Nawet konieczność leżenia w łóżku można dobrze wykorzystać. By natomiast trzymać się jak najdalej od ekranu komputera, który podczas choroby potrafi o wiele szybciej doprowadzić do bólu głowy, polecam zamiast Facebooka poczytać dobrą książkę.

Trzy tytuły, jakie klimatycznie automatycznie skojarzyły mi się z jesienno-zimowym choróbskiem? Po pierwsze - "Wiele demonów" Jerzego Pilcha, zabierające nas w świat mroźnej, polskiej wsi, Sigły. Po drugie - "Norwegian Wood" Harukiego Murakamiego, które jest jak zimowa noc, spędzona przy kominku w leśnym domku. Po trzecie zaś - "To", czyli mroczna, intrygująca historia autorstwa Mistrza Grozy, Stephena Kinga. 

Dobry film

Choć ja staram się czytelnictwo propagować wszystkimi swymi siłami, tak rozumiem, że nie każdy jest fascynatem literatury. Natomiast chyba praktycznie wszyscy z nas lubią od czasu do czasu obejrzeć dobry film. A gdy od pracy odciąga nas choroba, wolny czas możemy poświęcić właśnie na nadrobienie jakiejś kinematograficznej zaległości.

Klimatyczna trójka? Na początek mój niezaprzeczalny hit, który ostatnio obejrzałem po raz trzeci, a zapewniam Was - mi rzadko zdarza się obejrzeć film więcej niż raz. O czym mowa? O mojej ulubionej komedii romantycznej, innej niż wszystkie inne produkcjetego typu - "500 Days of Summer". Jeśli jeszcze nie widziałeś tego fantastycznego tworu, nadrób to czym prędzej! Niekoniecznie podczas choroby.

Co z pozostałymi dwoma produkcjami? Cóż, ten post wydaje mi się idealnym momentem do przypomnienia wielkiego hitu sprzed bodajże dwóch lat - "Searching for Sugar Man". Nieprawdopodobnie dobra historia, świetna realizacja, genialna muzyka. Film, który udowadnia każdemu niedowiarkowi, że dokument nie musi być nudny.

Na sam koniec natomiast postanowiłem wspomnieć o bardzo małym znanym w Polsce tworze. "Like Someone in Love" to produkcja wybitnie charakterystyczna i nietypowa. Niepodrabialny, dla wielu nie do przełknięcia, innych natomiast zachwycający. Choroba może być świetnym powodem do sprawdzenia się w trochę innym typie kinematografii niż zwykle.

A czy Wy macie jakieś swoje ulubione sposoby na walkę z jesienno-zimowym przeziębieniem? Jeśli tak - koniecznie dajcie znać w komentarzach! Miłego weekendu i jak najmniejszej liczby chorób w tym chłodnym sezonie!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Jak wyuczyć w sobie ruszanie tyłka z kanapy?

Słomiany zapał to prawdopodobnie największy problem wszystkich osób, które chciałyby zacząć być aktywnymi. Czasem marzą one godzinami o ruszeniu tyłka z kanapy, ale ostatecznie tego nie robią. Innym udaje się przebiec dwa czy trzy razy po kilometrze, po czym poddają się i zapominają o swym postanowieniu. Jak więc wziąć się w garść i wyuczyć w sobie chęć do fizycznej aktywności?

Gdy nie wystarcza sam widok pływającej na ciele tkanki tłuszczowej i zdjęcia seksownych, szczupłych lasek, jest parę tricków, które można zastosować. Czy są one stuprocentowo skuteczne? Oczywiście, że nie! Nie ma tu opcji, która zadziała na sto procent przypadków. W sporym procencie jednak mogę się one okazać wystarczająco pomocne, by rzeczywiście stać się człowiekiem aktywnym.

Zacznij uprawiać sport, który masz na wyciągnięcie ręki

Bardzo wielu osobom, myśląc o zwiększeniu swej fizycznej aktywności, pojawia się od razu jedno słowo: siłownia. Nie zawsze natomiast jest to myśl, którą powinniśmy uwzględnić jako pierwszą. Dlaczego? Bo rzadko kiedy siłownię mamy tuż pod domem. Przy słomianym zapale konieczność dojechania gdzieś tramwajem czy busem może być wkurzająca i demotywująca. Warto więc na początek zacząć wykonywać sport, który mamy na wyciągnięcie ręki. Mogą to być proste ćwiczenia wykonywane w domu lub bieganie czy jazda na rowerze, dozwolone przecież w większości miejsc. 

Znajdź konkretny plan treningowy

W grach wideo popularny stał się w pewnym okresie tzw. "system osiągnięć". Za wykonanie konkretnych czynności w rozgrywce (np. ukończenia całości fabuły na najwyższym poziomie trudności), gracz otrzymuje osiągnięcie, zwykle pod postacią małego obrazka, ale też i własnej satysfakcji. Podobną zasadę warto wprowadzić także podczas biegania czy ćwiczeń w domu. Znajdź sobie konkretny plan treningowy, byś miał przed sobą ustalony jasny cel. 

Jeśli chcesz popracować nad mięśniami brzucha, może to być na przykład słynna Szóstka Weidera. Planów biegowych jest natomiast całe mnóstwo, a o tym używanym na początku biegowej kariery przeze mnie, pisałem swego czasu w serii postów "Run, Majk, Run!". Pierwszy jej odcinek znajdziecie TUTAJ, drugi zaś TUTAJ.

Zainwestuj w sport

Jeśli masz trochę odłożonych pieniędzy - nie przeznaczaj ich na chlanie, a zainwestuj w sport. Gdy wydasz na coś pieniądze, trudniej będzie Ci się pogodzić z faktem, że nie korzystasz z tego przedmiotu. Ja sam, podczas swoich biegowych początków, od razu zainwestowałem w oddzielne buty. Wiedziałem bowiem, że jeśli przestałbym biegać, miałbym spore wyrzuty do siebie, iż wyrzuciłem kasę w błoto. To (oraz fakt samej ogromnej wygody butów) zmotywowało mnie w naprawdę sporym stopniu.

Jednak taka inwestycja nie musi kryć się tylko pod postacią butów do biegania. Może to być karnet na siłownię czy basen, a nawet zwyczajna mata do ćwiczeń, które chcesz wykonywać w domu. Gdy zobaczysz ostatecznie efekty działania sportu, zrozumiesz z kolei, że nie wydałeś kasy na marne.

Dziel się swoimi sportowymi przygodami

Bieganie czy Szóstkę Weidera od początku traktowałem nie tylko jako sport dla samego siebie, ale i temat, który potem mogę opisać na blogu. Jeśli Ty również takowego prowadzisz - możesz zrobić podobnie! W innym przypadku możesz blog zwyczajnie założyć właśnie z myślą o dzieleniu się swoimi kolejnymi krokami w sporcie. To dla Ciebie mimo wszystko zbyt dużo? W takim razie zacznij korzystać z appek, takich jak Endomondo czy Nike+, by dzielić się swoimi wynikami sportowymi z innymi. 

Nie przejmuj się, że zaspamujesz ludziom tablicę na Fejsie. Wielu Twoich znajomych prawdopodobnie codziennie wrzuca tonę większego chłamu. A kto wie - może i wrzucane przez Ciebie wyniki zmotywują kogoś, by on również ruszył tyłek?

Daj się zainspirować

Wielką motywacją są nie puste hasła rzucane przez podręczniki motywacyjne, ale prawdziwe historie ludzi. Nieskromnie powiem, że w związku ze swoimi tekstami o bieganiu dostałem całkiem sporo pozytywnych komentarzy, prywatnych wiadomości czy maili. Zdecydowanie najlepsze były te, które mówiły: "wow, zainspirowałeś mnie do ruszenia wreszcie tyłka i od miesiąca biegam!".

W sieci jest jeszcze o wiele więcej historii podobnych do mojej, które również potrafią zainspirować. Dla mnie chyba największą tekstową motywacją do biegania była jednak książka Harukiego Murakamiego, "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". Przeczytałem ją bodajże rok czy nawet dwa lata przed tym, jak sam zacząłem biegać, jednak po dziś dzień działa ona na mnie pozytywnie i motywująco. Możliwe, że wkrótce do niej wrócę i wtedy zrecenzuję ją wreszcie na blogu. Zdecydowanie jej się to bowiem należy.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Gratisography.com

5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie

O tym, że bieganie jest zwyczajnie modne, mówi się już praktycznie wszędzie. Są oczywiście malkontenci, którzy na to narzekają, acz według mnie to naprawdę świetna sprawa, iż taka rzesza ludzi nawróciła się na uprawianie jakiegokolwiek sportu. I choć ja bynajmniej za żadnego profesjonalistę się nie uważam, tak regularne bieganie już ponad dobry rok sprawiło, że sam uwielbiam promować na blogu tę dyscyplinę.

I tak będzie również i dziś. Wiele bowiem osób przejawia jakieś tam chęci do rozpoczęcia swego ciężkiego, biegowego treningu, jednak wciąż ostatecznie nie bierze się do roboty. Dlaczego? Zwykle zapewne z ostatecznego braku chęci i mocnej motywacji. Dlatego w dzisiejszym poście przedstawię Wam pięć najważniejszych rzeczy, jakie przyniosło mi regularne bieganie.

Z otrzymywanego od Czytelników feedbacku, np. po takich postach jak dwuczęściowy "Run, Majk, run!" (KLIK i KLIK), dobrze wiem, że doprowadziłem do ruszenia tyłka przez sporą liczbę osób. Mam tym samym nadzieję, iż po tym wpisie liczba "nawróconych" jeszcze bardziej wzrośnie! :)

Teraz czas zaś na 5 ekstra rzeczy, które dało mi bieganie!

Zrzucenie zbędnych kilogramów

Chyba jeszcze nigdy tego konkretnego sformułowania nie użyłem, a zawsze chciałem to zrobić! Wiem, że na ten temat na blogu się już trochę nagadałem, jednak muszę o nim wspomnieć również i tutaj - choćby bardzo krótko. Nawet jeśli nie uważasz, iż zrzucenie paru kilogramów jest Ci konieczne do fajnego życia, po pozbyciu się tego tłuszczu, naprawdę docenisz różnicę. W moim przypadku było to aż dwadzieścia kilogramów i zdecydowanie tej metamorfozy nie żałuję. Tych, którzy chcą więcej poczytać na ten konkretny temat, odsyłam do wpisu jemu stricte poświęconego - KLIK.

Polepszona odporność

Przez większość swojego dotychczasowego życia byłem dość chorowitym człekiem. Nigdy co prawda nie przeleżałem nocy w szpitalu (i mam nadzieję, że nie będę musiał!), ale przez długi okres często zdarzało mi się łapać jakieś głupie przeziębienie. Polepszyło mi się trochę już na początku liceum, ale wciąż nie był to poziom perfekcyjny. Do niego zbliżyłem się dopiero po tym jak zacząłem biegać. W ciągu ostatniego roku gorączkowałem bowiem może raptem ze dwa razy, a katar zdarzył mi się chyba raz. Nawet, gdy otaczałem się gronem osób zakatarzonych, nie zarażałem się od nich chorobą. Bieganie zdecydowanie miało na to duży wpływ.

Większa pewność siebie

Szczerze mówiąc, ja akurat pewny siebie byłem od zawsze. Nie wiem, czy wpływały na to jakieś moje "życiowe sukcesy" osiągane już na pierwszym etapie egzystencji, czy też zwyczajnie z taką cechą się urodziłem, ale autentycznie wątpiłem w siebie mało. Bieganie jednak zdecydowanie jeszcze bardziej podwyższyło poziom tej mojej pewności siebie. Bo teraz, gdy tylko stoję przed jakimś trudnym zadaniem, mogę powiedzieć sobie: "stary, zdarzało Ci się przebiec dziesięć kilometrów w ponad trzydziestostopniowym upale, podczas cholernie wielkiej ulewy, a nawet w czasie śnieżycy, więc z taką pierdołą nie dasz sobie rady?!". Działa zawsze.

Energia

To może wydawać się trochę paradoksem, bo przecież po bieganiu wraca się czasem totalnie padniętym i niechętnym do robienia czegokolwiek. Ale autentycznie jest tak, że zrobienie tych kilku kilometrów daje dawkę energii większą niż niejeden wypity energetyk czy kilka filiżanek kawy. Szczególnie gdy biega się rano, po powrocie zawsze czuć mega pobudzenie. Pozytywny wpływ sportu na naszą witalność widać zresztą też nawet i w dni, w które nie wyskakujemy na dwór pohasać! 

Fun!

Na koniec rzecz niby oczywista, dla wielu nie-biegaczy wydająca się jednak sprawą absurdalną. Tak, bieganie jest obecnie jednym z moich najprzyjemniejszych hobby. Z męczenia się przez godzinę trzy razy w tygodniu wyciągam równie dużo funu co z grania w gry, czytania książki, oglądania dobrego filmu czy nawet i melanżu ze znajomymi. Czasem jestem tak nadchodzącym bieganiem zajarany, że dzień wcześniej na myśl o tym, pojawia mi się banan na twarzy i zaczynam z góry ustalać sobie, jakiej muzyki będę wtedy słuchał. Ostatnio na przykład, w dość mroźny i pochmurny dzień, pomyślałem, że muszę KONIECZNIE chociaż raz podczas biegu przesłuchać "Manekina" Quebonafide. Na tym etapie wręcz nie czułem, że biegnę - tak dużą radość sprawiło mi spełnienie tego mikroskopijnego marzenia.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Nordic walking - nikt nie wie, o co chodzi, ale wszyscy idą w to

Jeszcze cztery czy pięć lat temu musiałbym pewnie krótko napisać we wstępie do tego postu, czym w ogóle nordic walking jest. Wówczas bowiem słynne "kijki" wciąż były częściej widziane raczej w rękach niemieckich turystów niż polskich emerytów. Dziś jest już inaczej i nordic uprawiają nawet i starsze Polki. W szczególności w dużych miastach, choć nawet i wsie mają swych fanów tego popularnego sposobu rekreacji.

Problem pozostał jeden - wciąż mało kto tak naprawdę wie, jak naprawdę powinno poruszać się przy użyciu "kijków". Ludzie zazwyczaj używają ich jako niepotrzebnego balastu, często wręcz tarzając je za sobą po ziemi. By poprawić ten stan rzeczy i nauczyć się odpowiedniego uprawiania nordic walkingu, część osób ruszyła więc do profesjonalnych trenerów. Szkoda tylko, iż jakiś procent tych nauczycieli jest tak łasy na kasę, że nie poprawia błędnie korzystających z kijków uczniów, a jedynie przechodzi razem z nimi kilka kilometrów. W końcu pieniądze i tak trafią do portfela.

Przez długi czas śmiałem się z tych ludzi, którzy specjalnie kupują najdroższe możliwe kijki, a i tak nie wykorzystują ich potencjału. I przyznam szczerze - wciąż na widok tego typu osób na twarzy pojawia mi się ironiczny uśmiech. Jednocześnie jednak, trochę zmieniło mi się podejście do takich sytuacji. Oprócz negatywów, zacząłem bowiem widzieć w tym również drobny pozytyw.

Bo kurczę, może i rzeczywiście ludzie ci niepotrzebnie wydają kasę na kijki, skoro i tak ich na dobrą sprawę nie używają poprawnie. W końcu równie dobrze mogliby oni po prostu wyjść na spacer, bez ciągnięcia za sobą dwóch kawałków aluminium. Pytanie jednak - ile tak naprawdę z tych osób ruszyło by w ogóle tyłek w celu zwykłego chodzenia? Ilu odstawiłoby telewizor i ruszyło przejść się parę kilometrów?

Jestem wręcz pewien, że sporo mniej. Chociażby dlatego, iż nordic walking jest modny, zwykłe spacerowanie nie. Dla części z Was może się to wydać argumentem smutnym, ale niestety - jest on prawdziwy. Może mieć to też związek chociażby z samym zakupem kijków. Skoro się już wydało na nie pieniądze, to warto by z nich skorzystać, prawda? Podobnie jest z bieganiem. Ja zawsze powtarzam, że najlepszą motywacją do rozpoczęcia regularnego joggingu jest kupienie sobie dobrych butów specjalnie do tego celu.

Możemy się więc wciąż śmiać z tych wszystkich nieudolnych "nordic walkingowiczów", warto jednak zwrócić uwagę również na ten jeden konkretny plus - oni mimo wszystko ruszają tyłki. Biorą te aluminiowe kijki (niepotrzebnie, ale oj tam, oj tam), wskakują w luźne ciuchy i wychodzą przejść się parę kilometrów. To wciąż lepsze niż ciągłe siedzenie na dupie i oglądanie idiotycznych seriali w telewizji.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Jak schudnąć 20 kg w pół roku?

"Wow, Mikołaj, ale Ty schudłeś" - mniej więcej takie komentarze słyszę non stop od jesieni od osób, z którymi przez dłuższy czas się już nie widziałem. Ja ogromnej różnicy nie widzę, przynajmniej gdy standardowo spoglądam w lustro. Inaczej sprawa ma się natomiast podczas przeglądania starych zdjęć. Wtedy często i mi włącza się totalny szoker.

Niecały rok temu ważyłem jeszcze dwadzieścia kilogramów więcej. Niektórym moim znajomym wydaje się to wręcz niewyobrażalne, bo poznali mnie już po mej "wielkiej metamorfozie". Waga oraz porównywanie zdjęć jednak nie kłamią. Wiele osób przy okazji zawsze mi zadaje pytanie: "ej, ale jak Ty to zrobiłeś?". Standardowo odpowiadam jednym zdaniem, dziś jednak zrobię dla Was wyjątek. Jeśli chcecie schudnąć przed letnim wyjściem na plażę, jeszcze zdążycie. A ten post podpowie Wam, jak możecie swoje marzenie spełnić.

Na pytanie o odchudzanie zazwyczaj odpowiadam po prostu: "biegałem". Bo tak naprawdę tylko to sprawiło, że tak dużo zrzuciłem w tak krótkim czasie. Zacząłem biegać w kwietniu, robię to do dziś. Początkowo traktowałem to raczej jako sposób prowadzący do zwiększenia swej wytrzymałości i poprawienia swej sprawności fizycznej. Jasne, zrzucenie paru kilogramów również wchodziło w grę, ale ostateczny efekt zdecydowanie przekroczył moje najśmielsze oczekiwania.

Moje treningi nie polegały jednak na zwykłym wyskoczeniu na dwór i zrobieniu największej możliwej liczby kilometrów. Znalazłem naprawdę dobry program w sieci, który pozwalał mi na stopniowe zwiększenie swych możliwości bez zbędnego przemęczania się. O tym, jak to wszystko wyglądało, pisałem już w dwóch postach z serii "Run, Majk, run!". Zawierają one łącznie raptem paręnaście akapitów, które podpowiedzą Wam, jak z bieganiem w ogóle zacząć. Nie potrzebujecie żadnych książek za kilkadziesiąt złotych czy specjalnego trenera. Wystarczy, że przeczytacie sobie to, co napisałem TU oraz TU.

Źródło: Flickr.com
Spytacie jednak zapewne: "i co - to wszystko?". Nie do końca. Podstawowe hasło, jakie powinniście wziąć sobie do serca, gdy macie chęć schudnąć, powinno brzmieć: "rusz dupę i mniej żryj". Może trochę wulgarne, ale i przez to bardzo dosadne - musicie przyznać. Fraza ta zawiera jednak w sobie naprawdę wszystko to, co powinno doprowadzić Was do sukcesu.

"Rusz dupę" już wytłumaczyłem, czas więc na część "mniej żryj". Czy korzystałem z jakiejś specjalnej diety? Nie. Ba, nie czytałem w ogóle o jakiejkolwiek z nich. Starałem się po prostu jeść mniej, szczególnie pomiędzy głównymi posiłkami. Powiedziałem "bye" słodyczom maści wszelakiej i jeśli już miałem coś przekąsić, wybierałem owoce, jogurty i inne tego typu pierdoły. Reszty przesadnie nie zmieniałem. Obiady wciąż mogły zawierać spokojnie typowego polskiego schaba z ziemniakami czy nawet pizzę. 

Ważnym nawykiem jest natomiast picie wody. Serio, powinniście ją łykać litrami, jeśli Waszym celem jest jakieś tam schudnięcie. Podobno zresztą każdy człowiek powinien wypijać dziennie półtora litra wody, by być zdrów jak ryba w wodzie. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale woda zwyczajnie powoduje, że chce Ci się mniej jeść. A to w przypadku hasła "mniej żryj" jest naprawdę przydatne.

O jedzeniu jeszcze jedno - nie głodujcie się. To naprawdę nie polega na tym, by codziennie wszamać jeden czy dwa małe posiłki. Pamiętajcie, że nasze hasło zawiera też frazę "rusz dupsko". A do tego, by zwlec się z łóżka i ruszyć w parokilometrową trasę, zdecydowanie potrzebna jest siła, którą zyskujecie z jedzenia (thank you, Captain Obvious). Ba, prawdopodobnie nawet jedząc normalnie schudniecie całkiem sporo. Pamiętajcie, że ja w pół roku schudłem dwadzieścia kilo, a może Wam wystarczy np. pięć czy dziesięć? Wtedy spróbujcie zwyczajnie skupić się na bieganiu, bez przesadnego ograniczania swych racji żywieniowych.

Jeszcze jedno pytanie, jakie może Wam zaświtać w głowach: "czy to jest zdrowe?". Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Zapewne wielu pełnoprawnych lekarzy powiedziałby Ci: "człowieku, nie możesz się czegoś takiego podjąć, dwadzieścia kilo w pół roku to zdecydowanie za dużo!". Ale hej - ja czuję się naprawdę w porządku, wręcz zdecydowanie lepiej niż te kilka miesięcy temu. Czuję się pełen sił i zdarza mi się, że w naprawdę słoneczny dzień, zamiast pomyśleć: "mam ochotę na piwo nad jeziorem", do głowy mi przychodzi tylko: "piękna pogoda na spocenie się podczas biegania!". Jakkolwiek obrzydliwie to brzmi.

Źródło: Flickr.com
Trochę martwiłem się, że po czymś takim może przyjść słynny efekt jo-jo, który z opowiadań wydawał mi się czymś strasznie okropnym i przygnębiającym. Na szczęście mniej więcej od października utrzymuję stałą wagę. Jem więcej niż podczas tego treningowego pół roku, nie raz zapychając się żarciem z fast-foodów, chipsami czy czekoladowymi batonami. W kinie bez popcornu się nie obejdę. Ciągle jednak biegam trzy razy w tygodniu, po każdym wysiłku czując się coraz lepiej. Bo bieganie jest naprawdę świetną sprawą, a że dodatkowo udało mi się przy tym spalić trochę kilogramów? Tym lepiej dla mnie!

Na koniec jeszcze dwie prośby ode mnie. Numer jeden: nie poddajcie się, gdy nie będzie wyników od razu. Pierwsze tygodnie biegania to tak naprawdę jedynie wprowadzenie do sportowego świata, przygotowanie Was przed prawdziwym wysiłkiem. Na prawdziwe efekty musicie poczekać do mniej więcej trzeciego lub czwartego miesiąca, ale wtedy naprawdę pójdzie to już z górki. 

Prośba numer dwa, skierowana zapewne w szczególności do dziewczyn: przed podjęciem się odchudzania, wpisz sobie w Google, jak też powinno liczyć się wskaźnik BMI. Sprawdź swój i upewnij się, czy aby na pewno masz jakąkolwiek nadwagę. Jeśli nie - nie psuj sobie zdrowia, bo potem możesz skończyć jako anorektyczka w szpitalu. Szczupłe kobiety narzekające na swoją wagę to jedna z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać mężczyznę w relacjach damsko-męskich. Serio!

A jeśli masz jeszcze jakieś pytania związane z mym magicznym czynem zrzucenia dwudziestu kilo w pół roku: pisz śmiało! W komentarzach pod postem, na Facebooku czy via e-mail. Będzie mi niezmiernie miło pomóc, jeśli tylko będę potrafił :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Run, Majk, run!

Pomysł na ten wpis pojawił się u mnie prawie dokładnie dziesięć tygodni temu. Dlaczego akurat wtedy? Bo był to czas, kiedy postanowiłem wreszcie ogarnąć życie i popracować nad swoją formą. Codzienna jazda na rowerze przestała mi wystarczać, potrzebowałem dodatkowych bodźców sportowych. Padło na bieganie. W niedzielę zakończyłem pierwszy z dwóch etapów przygotowywania do bycia "prawdziwym" runnerem. Czas Wam trochę na ten temat opowiedzieć.

Na odpowiedni dla siebie program natrafiłem w serwisie Natemat.pl. Wydawał mi się on wyjątkowo rozsądny dla kompletnego laika w temacie. Rok wcześniej próbowałem swoich sił od razu na dużych dystansach, co ostatecznie skończyło się moją szybką klęską. Potrzebowałem więc programu, który dość powoli, lecz efektywnie wprowadzi mnie w ten świat.

Dziś jestem od biegania wręcz uzależniony. Nie jestem jednak typem człowieka, który szuka wszystkich możliwych informacji na temat poprawnego wykonywania tego sportu. Nie trzymam się żadnych sztywnych reguł związanych z posiłkami, rozciąganiem i tym podobnymi "bajerami". Po prostu biegam. Zainwestowałem w strój, buty i nie czuję żadnego niezadowolenia z mojej decyzji. 

Jeśli chcielibyście też biegać, ale nigdy nie mieliście motywacji, mam nadzieję, że uda mi się ją w Was w jakiś sposób zaszczepić. Niech wielkim wsparciem będzie fakt, że sam jestem chyba największym leniem ze wszystkich znanych mi osób. A mimo to wstaję specjalnie, by pobiegać, ustawiam sobie wszystkie inne zajęcia pod tę cholernie przyjemną czynność. Bo, choć teraz możecie mi nie wierzyć, bieganie daje ogromną masę funu i energii na cały dzień.

Ja biegam z samego rana, jeszcze przed śniadaniem, choć podobno nie jest to zbyt zdrowe. By jednak nie spalać mięśni, trzymam się ostatnio reguły, mówiącej o konieczności zjedzenia banana przed ruszeniem w trasę. Plusami biegania o siódmej czy ósmej, jest w moim przypadku brak kolki. Łapie mnie ona podczas biegania po jakimkolwiek większym posiłku, nawet jeśli odpocznę po nim ze dwie godziny. Poza tym, latem da się biegać tylko o dwóch porach - albo właśnie z samego rana, albo przy zachodzie słońca. Już o dziesiątej przed południem potrafi być cholernie gorąco.

Najtrudniej było mi ogarnąć sprawę rozciągania się. Jest wiele sprzecznych opinii - jedne mówią, że powinno się to robić jeszcze przed biegiem, inne, że może to doprowadzić do kontuzji. Ja, z czystego lenistwa, odpuszczam sobie jakiekolwiek ćwiczenia przed wysiłkiem. Robię za to około trzyminutowy zestaw rozciągający po bieganiu. Kilka skłonów, wymachów nogami i moje nogi serio czują się lepiej. Nie miałem jeszcze żadnej kontuzji, ani niczego ją przypominającego.

Tak jak wspomniałem, zainwestowałem również w odpowiedni strój. Możecie się teoretycznie bez niego obejść, ale na początek naprawdę warto zainwestować choćby w buty. Tym bardziej, że jeśli traficie dobrze, to załapiecie się na takie nie tylko dobre do biegania, ale i wyglądające całkiem w porządku. No i na pewno będą one cholernie wygodne. Ja wybrałem Nike Free Run +3 z podeszwą 5.0. Prawdopodobnie dostaną one oddzielną recenzję na blogu już wkrótce.

Pamiętajcie też, że jeśli już kupujecie buty do biegania, to niech będą to naprawdę buty do tego celu. Jeśli ktoś Wam mówi: "bierz Air Maxy" - nie słuchajcie go. Jasne, są one wygodniejsze niż większość normalnych sneakersów, ale to wciąż nie jest sprzęt stricte do biegania. Jeśli mowa o reszcie stroju, osobiście polecam ciuchy Nike z technologią Dri-FIT. W sklepach sportowych znajdziecie też spokojnie ich tańsze zamienniki, choćby od New Balance.

Pytanie, które zapewne wielu sobie zada od razu przy rozmyślaniu nad sensem biegania - czy dzięki temu da się schudnąć? Da. Trudno mi powiedzieć jednak, ile daje samo bieganie. Moje combo, w postaci biegania cztery razy tygodniu, jazdy na rowerze codziennie (średnio przez około godzinę) oraz zredukowania ilości spożywanego mniej zdrowego jedzenia, doprowadziło do tego, że w ciągu tych dziesięciu tygodni schudłem... około siedmiu kilo. Przyznam szczerze, że jestem pozytywnie zaskoczony, tym bardziej, że od początku traktowałem bieganie raczej jako usprawniacz formy. 

To tekst wprowadzający do tematyki biegowej (a może nawet i ogólnie sportowo-zdrowotnej) na blogu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, od teraz teksty na ten temat będą pojawiały się częściej. Prawdopodobnie wkrótce możecie spodziewać się recenzji wspomnianych już butów Nike Free Run +3 oraz listy kawałków, które dają powera przy uprawianiu jakiegokolwiek sportu. Co będzie dalej - zobaczymy :)

PS. Jeśli szukacie inspiracji książkowej, sięgnijcie po "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Harukiego Murakamiego. Czytałem to już sporo czasu temu, więc nie wiem, czy pojawi się jakiś oddzielny artykuł poświęcony temu tytułowi.
Źródło: Flickr.com

Sleep Cycle - czy to naprawdę działa?

Zapewne część osób spojrzała na tytuł dzisiejszego postu i pomyślała: "co to jest to całe Sleep Cycle?". Zacznę więc od wyjaśnienia. "Sleep Cycle" to zdaje się najpopularniejszy z programów, które w założeniach mają pomagać nam budzić się ze snu w odpowiednim momencie, tak by czuć się jak najbardziej wypoczętym.  Czy to działa? Postanowiłem to sprawdzić i od miesiąca testuję aplikację "Sleep Cycle" na iPhonie 4S. 

Uruchomienie całej procedury polega na włączeniu aplikacji i ustawieniu budzika. W tym przypadku jednak nie wybieramy konkretnej godziny, a bardziej ogólny okres, w którym chcemy być obudzeni. Osobiście ustawiony mam zazwyczaj przedział od siódmej do siódmej trzydzieści. Zasypiam po północy, więc zwykle przed sobą mam około siedmiu godzin snu. 

Po nastawieniu budzika, kładziemy telefon ekranem ku dołowi obok poduszki na łóżku. Przez całą noc aplikacja bada nasze ruchy podczas snu, z czego wyciąga własne statystyki i wnioski. Od razu wspomnę, iż twórca "Sleep Cycle" (swoją drogą Polak) rekomenduje, byśmy podczas korzystania z programu mieli non stop podłączony telefon do źródła zasilania. Sam jednak nie zawsze to robię, a mimo tego telefon ani razu mi się nie rozładował przez nocne badania. Ba, jednorazowy test pożera raptem trzydzieści procent baterii, które spokojnie można przywrócić przed wyjściem z domu. 

Jednym z plusów aplikacji są niewątpliwie specjalne dzwonki, mające nas lekko wybudzić ze snu. Mowa tutaj o krótkich, relaksacyjnych utworach, inspirowanych choćby odgłosami lasu czy szumem morza. Nie ma oczywiście problemu, by ustawić jako dzwonek jakąkolwiek piosenkę z naszej biblioteki muzycznej. Mimo tego, polecam korzystanie z przygotowanych odgórnie produkcji, to naprawdę przyjemna sprawa. Można również ich używać jako swoistego "usypiacza", czego jednak nie testowałem, gdyż zawsze przed snem słucham "normalnej" muzyki.
 Niewątpliwie ciekawą rzeczą są też statystyki dostarczane zawsze o poranku. Pozwalają one na dokładne prześledzenie naszego snu, dzięki czemu wiemy, o której zazwyczaj wpadamy w głęboki sen lub też... o której w nocy się obudziliśmy, nie wiedząc o tym :) Poza tym, aplikacja posiada też kilka "bajerów", jak choćby możliwość określania swojego humoru tuż po przebudzeniu czy zapisywania w pamięci telefonu przed pójściem spać niektórych rzeczy, które mogą wpływać na nasz sen (np. picie kawy, stresujący dzień). Ot, takie popierdółki.

Czekacie jednak zapewne na najważniejsze zdanie w tym poście, czyli odpowiedź na pytanie: "czy to do cholery działa?". Cóż, szczerze mówiąc... nie jestem pewien. Z jednej strony, bywało kilka poranków, podczas których po przebudzeniu czułem się, jakby magiczna pobudka od "Sleep Cycle" rzeczywiście coś dała. Z drugiej jednak strony, ostatniej nocy osiągnąłem "jakość snu" równą 73%. To jeden z moich lepszych wyników. Mimo tego, jestem aktualnie tak cholernie śpiący, że nawet wypicie energetyka słabo na mnie zadziałało. 

W sieci jest wiele komentarzy, których autorzy zarzekają się, że "Sleep Cycle" zmieniło ich życie i teraz nie mogą bez tego żyć. Albo to ja jestem nietypowym człowiekiem, przez co nie działa to na mnie tak magicznie, albo część ludzi jest bardzo podatna na efekt placebo. Jednak pomimo, że aplikacja ta nie działa na mnie w jakiś wyjątkowy sposób, i tak będę jej dalej używał. Dlaczego? Bo to przyjemny budzik, z ciekawą opcją budzenia w określonym okresie, a nie o skonkretyzowanej co do sekundy godzinie. No i ma fajne dzwonki. 

Zachęcam do sprawdzenia "Sleep Cycle" samemu. Kto wie, może na Was to zadziała?

PS. Jeśli szukacie odpowiednika na Androida, najlepszy jest ponoć "Sleep as Android".