Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

NIE dla tabletów i laptopów na studiach


Na jednych z zajęć na studiach, bodajże na drugim roku, prowadzący powiedział nam na wstępie: „U mnie nie można używać laptopów i tabletów. Nawet do robienia notatek”. Spora część osób spojrzała się po sobie ze zdziwieniem. Cóż jednak zrobić – trzeba było to zaakceptować.

Przesadzone byłoby powiedzenie, że elektroniczne urządzenia wyparły klasyczne zeszyty w kwestii robienia uniwersyteckich notatek. Nawet w czołowych amerykańskich filmach częściej studenci dzierżą w rękach długopis niż klepią palcami w klawiatury czy ekrany dotykowe. Są jednak i tacy, którzy całkowicie przerzucili się na nowe technologie. I ja im się nie dziwię.

Na komputerze czy tablecie pisze się po prostu szybciej, a i ręce mniej bolą przy długotrwałym notowaniu. Osoby siedzące na zajęciach z takimi urządzeniami, rzadko są tymi, które pod nosem cicho mruczą z oburzeniem na wykładowcę: „czemu on tak szybko przewinął ten slajd…”. Ja sam parę razy korzystałem z notowania na komputerze i dostrzegłem jego ogromne zalety. Mimo tego – pozostaję przy tradycyjnym długopisie i zeszycie (choć ręcznie piszę gorzej niż tragicznie). Co więcej – zgadzam się z tym, że laptopy i tablety powinny być z sal wykładowych wyrzucone. Dlaczego?

Bo w komputerze wszystko kusi. Kusi szczególnie Internet, ze swoim zastępem różnorodnego contentu do sprawdzenia. Slajd przepisany? No to czas na odwiedzenie Facebooka, wszelkich stron z memami, portali informacyjnych, portali specjalistycznych i tych, które zwykle nas zupełnie nie obchodzą. Ale teraz to robimy – bo się nam nudzi. Bo wpadliśmy w technologiczną pułapkę.

Nie wszystkie wykłady są ciekawe – przyznaję bez bicia. Czasem trafi się nudniejszy temat, czasem (co jest o wiele gorsze) nudny prowadzący. I wtedy technologia w jakimś stopniu nam sprzyja, bo pomaga się na chwilę oderwać od czegoś, co działa na nas niczym najlepsza kołysanka. W ten sposób jednak możemy szybko dojść do wniosku, że… Internet zawsze jest ciekawszy!

Pozostajemy więc odcięci od zajęć przez cały czas ich trwania, jesteśmy zupełnie w innym świecie. I nie, to nie jest zwyczajne gdybania wzięte znikąd. Różnicę w zaangażowaniu studentów widać gołym okiem. Wystarczy być choć raz na „standardowych” zajęciach oraz takich, gdzie wykładowca mówi: „u mnie nie używamy laptopów/tabletów/telefonów”.

Nagle, „z braku laku”, wszyscy skupiają się na tym, co opowiada wykładowca. Słuchają, stają się aktywniejsi, poprzez zadawanie pytań czy częstsze odpowiadanie na te zadane przez profesora. Nic ich nie rozprasza, nic nie kusi, by oderwać się od zajęć. I nawet, jeśli będziemy patrzyli na świat sennym okiem, a kolejne ważne słowa będą nam wlatywały jednym i wylatywały drugim uchem – coś jednak w mózgu zostanie. „Coś” – czyli na pewno więcej niż gdybyśmy całe zajęcia zajmowali się ekranem komputera czy tabletu.

Dlatego ja, choć sam korzystam często z dobrodziejstw technologii i na zajęciach przeglądam sieć czy czytam książki lub komiksy – jestem za tym, by ktoś nas, studentów, zmusił do zaprzestania tych niecnych praktyk. Byśmy wszystko mieli w formie papierowej, fizycznej – choćby ucierpiało przez to trochę biednych drzew. Domagam się uniwersyteckiego „dura lex sed lex” – ot co!

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Czym jest amerykanistyka i dlaczego nie tym, czym myślisz?


"Już za chwilę, już za momencik" rozpoczyna się kolejny rok akademicki. Dla mnie wyjątkowo ważny, bo za parę miesięcy czeka mnie obrona licencjatu. Za mną dwa lata studiowania amerykanistyki - kierunku ciągle dość nietypowego i wzbudzającego bardzo różne emocje. Czym jednak są w ogóle te studia i czego można się na nich nauczyć? Postanowiłem wyjaśnić to dziś na blogu.

Dlaczego? Ponieważ wiele osób patrzy na amerykanistykę, widząc przed oczami jakąś dziwaczną odmianę filologii angielskiej. Spotkałem się już z całą rzeszą ludzi, którzy mówili coś w rodzaju: "O, jesteś na amerykanistyce! Czyli musisz świetnie znać angielski!". Owszem, znam dobrze angielski. Nie wiem, czy świetnie, ale na pewno na wystarczającym poziomie, by dogadać się z innymi ludźmi posługującymi się tym językiem czy oglądać filmy i seriale bez polskich napisów. Niekoniecznie jednak zawdzięczam to studiom.

Amerykanistyce bowiem w rzeczywistości o wiele bliżej do chociażby kulturoznawstwa niż kierunków filologicznych. Jedynym przedmiotem związanym z językiem są tu klasyczne zajęcia z angielskiego, jakie mają miejsce na wielu innych studiach (jeśli nie wszystkich). Cała reszta to poznawanie polityki, kultury i społeczeństwa Ameryki. Nie tylko tej Północnej, ale i Południowej.

Źródło: Flickr.com
Muszę też obalić mit z cyklu: "wszystkie zajęcia na amerykanistyce są po angielsku". Niestety, tak po prostu nie jest - przynajmniej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po angielsku na licencjacie nie ma żadnego przedmiotu podstawowego, za to co semestr do wyboru są około 2-3 fakultety, prowadzone "nie po naszemu". Jasne, fajnie mieć za profesora czarnego muzyka jazzowego ze Stanów, ale to wciąż tylko jeden przedmiot na semestr.

Wreszcie pora na kwestię, która wiele osób zainteresuje najbardziej: "czy na amerykanistyce jest fajnie?". Spotykałem się z różnym odbiorem ludzi, gdy mówiłem im, na jakich studiach jestem. Od "ale MEGA, też chcę!", po "pewnie to jakieś gówno jak europeistyka". Jakie są moje wrażenia po dwóch latach studiowania tego kierunku?

Szczerze mówiąc - jest lepiej niż myślałem. Dla mnie amerykanistyka to przede wszystkim całe zastępy nowej wiedzy, której nie poznasz nigdzie indziej. Nauka na sporą część egzaminów przynosi mi nawet coś w rodzaju frajdy, a to powinno mówić samo za siebie. Nie wiem, jak wygląda to w innych miastach (amerykanistyka poza Krakowem jest jeszcze bodaj w trzech czy czterech), ale UJ pochwalić się może kilkoma naprawdę świetnymi wykładowcami, którzy potrafią niesamowicie zainteresować tematem. W kwestii wszelkich kolokwiów i egzaminów - nie jest totalnie luźno, ale na pewno łatwiej niż na części innych kierunków. Do prawa czy medycyny nie mamy co podskakiwać, oczywiście.

Źródło: Flickr.com
Last but not least: "czy po amerykanistyce jest praca?". Przez spory czas komentowałem to tekstem: "hehe, no oczywiście, że nie". Przypominam - to studia humanistyczne, a każdy wie, jak współczesny humanista kończy. Tak, piję do Was, McDonald's i KFC. Prawda ostateczna jest jednak niczym w słynnym przysłowiu: "jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz".

Wszystko zależy bowiem od Twojego podejścia. Zapewne są tacy, co po amerykanistyce wylądowali/wylądują za kasą w markecie, czy w tego typu miejscu. Jeśli jednak się postarasz i masz choć trochę "pomyślunku" w głowie - możesz sobie ułożyć naprawdę dobrą przyszłość. Dowód? Byłem ostatnio na spotkaniu w krakowskim oddziale jednej z najbogatszych firm na świecie. Poznałem sześć jej pracowniczek - dwie z nich były po amerykanistyce.

Krótko więc: "czy warto iść na amerykanistykę?". Cóż - na pewno nie będą to najlepsze i najbardziej przydatne studia na świecie, ale też (według mnie) wyprzedzają wiele innych kierunków. Jeśli już się na amerykanistykę zdecydujesz, będziesz prawdopodobnie zadowolony.

Jeśli macie jeszcze jakieś inne, bardziej szczegółowe pytania co do mojego kierunku studiów - zadawajcie je w komentarzach.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Największy chrześcijański konflikt naszych czasów


Polska ma naprawdę spore znaczenie dla całego chrześcijańskiego świata. Wszystkie statystyki głoszące, iż 90% ludzi w Polsce to katolicy można co prawda włożyć między bajki, ale nasza kultura i historia podtrzymują ciągle całkiem sporą dawkę wiary w społeczeństwie. Nie można też jednak przesadzać i stwierdzać, że jesteśmy jakąś chrześcijańską stolicą i ostatnim bastionem tej religii. Choćby dlatego, że to nie u nas toczy się bodaj największy konflikt między wyznawcami wiary jezusowej.

USA kojarzą się wielu osobom z totalnym przeciwieństwem chrześcijańskiego dekalogu. Stany to przecież seks, pieniądze, wyzyskiwanie i wszystkie te rzeczy, które mogą z łatwością odciągnąć człowieka od religii. Dlatego też dla wielu osób może być zaskoczona faktem, że przez spory czas być ateistą w USA po prostu nie wypadało.

Dziś zmiany dotknęły także Stany, ale ciągle ponad 70% tamtejszego społeczeństwa to chrześcijanie. Oczywiście, są to dane z wiarygodnością pokroju "90% Polaków to katolicy", ale na pewno dają jakiś obraz społeczeństwa USA. Do Boga odwołują się w USA całe tabuny ludzi - z politykami na czele. Gdy podczas tegorocznej przemowy z okazji Dnia Niepodległości, Barack Obama nie użył słowa "Bóg", spotkał się z ogromną krytyką ze strony wielu środowisk. Wiele razy amerykański prezydent nie zapominał jednak o swoim Stworzycielu i używał nawiązań do niego w swoich mowach. A przecież jest on Demokratą, a nie Republikaninem, który powinien wychwalać Stwórcę dzień i noc. Wystarczy przywołać tutaj Busha, mówiącego: "Bóg nakazał mi zakończyć tyranię w Iraku".


USA to jednak trochę inne chrześcijaństwo niż to z naszego podwórka. Pomimo tego, że katolicyzm jest tam największą pojedynczą denominacją, większość wierzących w Jezusa Amerykanów jest protestantami. Ci natomiast dzielą się na całą masę różnych kościołów, od tych najbardziej konserwatywnych, zawstydzających swoim fundamentalizmem niejednego katolika, po największych liberałów, zgadzających się nawet na małżeństwa homoseksualne czy aborcję.

Te ogromne podziały w łonie amerykańskich chrześcijan przekładają się także na jeden, wyjątkowo ważny konflikt. Cała walka toczy się o pewnego dawno zmarłego naukowca, który wywrócił do góry nogami myślenie świata. Stwierdził bowiem, że świat (a przede wszystkim człowiek) powstał zupełnie inaczej, niż przez lata głoszono. A na imię mu było Charles Darwin.

Źródło: Flickr.com
Katolicy nie mają problemu z teorią ewolucji. Dlatego też tego tematu u nas, w Polsce czy Europie, praktycznie nie ma. Udało się Watykanowi zaadaptować darwinizm na swoje potrzeby, wychodząc z całej sprawy z podniesioną głową. Podobnie zrobiło wiele mniej lub bardziej liberalnych odłamów chrześcijaństwa w USA. O swoje jednak po dziś dzień walczą liczni fundamentaliści, którzy stoją twardo przy swoich poglądach. Wierzą w nieomylność Biblii, uznają jej dosłowne, a nie metaforyczne znaczenie, a do tego z ogromnym zapałem walczą o to, by cały świat przyznał im rację.

Historia konfliktu o teorię ewolucji jest zbyt długa, by ją tu przytaczać. Jednym, dla otrzymania podstawowego rozeznania w temacie, wystarczy obejrzenie filmu "Inherit the Wind" ("Kto sieje wiatr"), nawiązującego do Procesu Scopesa (zwanego też "Małpim Procesem"), podczas którego młody nauczyciel został ukarany za nauczanie darwinizmu w szkołach, kiedy było to jeszcze zakazane. Inni jednak będą chcieli bardziej wgłębić się w ten temat...

Należąc do tej drugiej grupy, sięgnąłem ostatnio po książkę "Saving Darwin" (w wolnym tłumaczeniu - "Ratując Darwina"), która przeleżała na moim Kindle'u dobry rok. Choć jej podtytuł brzmi "Jak być chrześcijaninem i wierzyć w ewolucję", praca ta jest w rzeczywistości nie żadnego rodzaju poradnikiem, ale po prostu całkiem niezłą, zwięzłą historią konfliktu o teorię ewolucji w USA. Przy okazji jej autor, Karl Giberson, nauczający w jednym z chrześcijańskich uniwersytetów amerykańskich, wytyka błędy kreacjonistom (czyli wszystkim tym, uważającym, iż Bóg stworzył człowieka od razu w takiej formie, jaką znamy dziś) oraz pokazuje parę absurdów "całej kłótni o Darwina".


Lektura ta nie jest może jakimś wybitnym dziełem, ale udało się jej wkręcić mnie w cały temat jeszcze bardziej niż do tej pory i namówić do przeprowadzania pewnego rodzaju... eksperymentu. Postanowiłem bowiem sprawdzić, jak do kwestii tego wielkiego, chrześcijańskiego konfliktu podchodzą kreacjoniści. Swego czasu jedna z polskich księgarń e-bookowych udostępniła za darmo dwie książki pewnego archeologa, Jonathana Graya. Pobrałem je, po czym pozwoliłem poleżakować im na Kindle'u przez pewien czas. Dopiero ostatnio poszperałem trochę bardziej w sieci i dotarłem do informacji, że Pan Gray jest ogromnym piewcą kreacjonizmu i autorem licznych publikacji na temat tego, jak wielką okropnością jest darwinizm. Nie mogłem więc zaprzepaścić takiej szansy na konfrontację dwóch różnych ideologii. Tuż po "Saving Darwin" zabrałem się więc do czytania dwóch pozycji autorstwa Graya: "Ludzie w kłopotliwych miejscach" oraz "Zagubione cywilizacje, czyli wielki szok datowania!".

I wiecie co? W internecie ostatnio modne jest ostatnio nieśmiesznych czy idiotycznych rzeczy sformułowaniem: "to coś dało mi raka". Tak jest również z książkami Graya. Ich czytanie powoduje powstanie wielkiego raka w naszym myśleniu.


Panu Archeologowi trzeba przyznać jedno - nie patyczkuje się. Co chwilę zarzuca nas kolejnymi "dowodami" na poparcie swoich cudownych tez, pisząc praktycznie same konkretne rzeczy. A ma facet co udowodniać. W końcu wierzy on chociażby w to, że coś takiego jak globalny Potop rzeczywiście miało miejsce i że w jego wyniku na Ziemi zostało raptem osiem osób, z których w ciągu 4000 lat powstało dzisiejsze 7 miliardów ludzi.

Część "dowodów" przedstawianych przez Graya jest nawet warta wygooglowania. Bo szokuje, jednocześnie wydając się całkiem realistyczna. Oczywiście, po skorzystaniu z internetu dość szybko okazuje się, że cała sprawa to totalny bullshit, a my zmarnowaliśmy kolejne cenne minuty naszego dnia. Do tego przez całe dwie książki Gray ciągle powołuje się na te same magazyny sprzed kilkudziesięciu lat oraz naukowców czy ludzi, o których ciężko znaleźć jakieś naprawdę sensowne informacje w sieci. Nawet jednak, gdyby dowody archeologa okazały się choć trochę sensowniejsze, dalej nie potrafiłbym w nie uwierzyć.

Dlaczego? Bo Gray brzmi jak Macierewicz kreacjonizmu. Co drugie zdanie kończy wykrzyknikiem, doszukuje się wszędzie omotania społeczeństwa przez ludzi z wyższego szczebla, a do tego nazywa wszystkim wierzących w ewolucję sługami szatana. Nie, nie żartuję. Facet nie hamuje się przed niczym, dodatkowo serwując nam prace pisane tragicznym stylem, po polsku brzmiącym jeszcze bardziej idiotycznie.


Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy książki Graya są najgorszymi, jakie czytałem w całym swym życiu. Jest to jednak całkiem możliwe. Omijajcie te "cuda" szerokim łukiem, a jeśli intryguje Was bardzo mocno temat konfliktu o teorię ewolucji - zajrzyjcie do "Saving Darwin". Jeśli natomiast jesteście sprawą tylko trochę zainteresowani, poszperajcie w Googlach czy naświetlcie sobie temat oglądając "Inherit the Wind" (film trochę przekłamuje rzeczywistość, dlatego nie bierzcie go pod uwagę jako jakiegoś dokumentu).

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Jak nauczyć się podstaw obcego języka przez wakacje?


W ciągu zakończonych przed chwilą wakacji miałem zamiar dokonać dwóch wielkich dla siebie czynów. Po pierwsze, chciałem rozpocząć naukę kolejnego języka obcego, tym razem na własną rękę. Podczas mojej szkolnej edukacji próbowano mnie nauczyć francuskiego oraz niemieckiego, i chociaż miałem z tych zajęć zwykle dobre czy nawet bardzo dobre oceny, dziś nie pamiętam z nich praktycznie nic. Chciałem więc wziąć wreszcie sprawy we własne ręce i samemu zmotywować się do nauki. 

Moim drugim zadaniem było natomiast nauczenie się języka programowania. Ot tak, bez konkretnego powodu, żeby w przyszłości, gdy dzieciaki na całym świecie będą się uczyć tworzyć własne apki już w podstawówkach, nie poczuć się starym prykiem. Niestety, podobnie jak dobre parę lat temu - ta część mojego planu nie wypaliła. Z motywacją było trudno, nie potrafiłem się wkręcić we wklepywanie kolejnych linijek kodu.

Nie przejmuję się tym jednak przesadnie. Jestem bowiem wyjątkowo dumny z siebie, że udało mi się wcielić w życie pierwszą część mojego planu. Tak, Moi Drodzy - przez całe dwa miesiące wytrwałem w uczeniu się języka hiszpańskiego! I mogę się mylić, ale mam wrażenie, że w tym czasie zaliczyłem taką ilość materiału, iż w szkole omówienie jej przez nauczyciela zajęłoby przynajmniej jeden semestr.

Pora więc podpowiedzieć Wam, Drodzy Czytelnicy, jak i Wy możecie nauczyć się podstaw języka obcego w dwa miesiące.

Źródło: Flickr.com
Z pomocą przybywa nam, jak zwykle, nasz dobry kumpel, zwany Internetem. To tu znajdziemy bowiem serwis, który podbił serce niejednego amatora dalekich kultur. Duolingo, bo o nim mowa, to portal ułatwiający naukę języków obcych, tworzony przez samych użytkowników. To oni bowiem, zbierając się w kilkunastoosobowe grupki, zajmują się wspólnie przygotowywaniem kolejnych kursów.

Nauka czerpie ze wszystkich największych dobroci współczesnych internetów oraz paru klasycznych wzorców nauki języków. Każdy kurs zabiera nas w podróż od samych podstaw do najbardziej skomplikowanych czasów i innych natręctw obcej mowy. Choćby jednak nie wiem jak bardzo wkurzające byłyby zasady językowe panujące w którejś z kultur, Duolingo sprawia, że nauka staje się w zasadzie rozrywką, a może nawet... grą!


Kolejne "tematy zajęć" składają się z paru pojedynczych "lekcji", wprowadzających nowe słówka, zasady gramatyczne i tym podobne sprawy. By dotrwać do końca danej "lekcji", musimy zaliczyć odpowiednią ilość ćwiczeń, czyli pojedynczych zdań/słówek do przetłumaczenia czy wpisania w puste miejsce. Zaliczenie każdej "lekcji" daje nam dziesięć punktów doświadczenia. Trochę mniej ich zdobywamy, gdy odpalamy powtórkowe ćwiczenia z jakichś tematów czy nawet całego dotychczas zrobionego przez nas materiału.

Punkty doświadczenia są o tyle istotne, że na samym początku Duolingo proponuje nam ustawienie sobie codziennej granicy punktów, jaką chcemy przekroczyć, by portal zaliczył nam ukończenie codziennej nauki. Osobiście polecam nie patyczkować się i od razu odpalić opcję "najbardziej hardkorową", czyli konieczność zdobycia 50 XP dziennie. Serio - to wyłącznie dla Waszego dobra.

Ustawienie sobie tej maksymalnej granicy jest bowiem wystarczające, by czegoś rzeczywiście się nauczyć, a jednocześnie nie utrudnia nam to zbytnio codziennego życia. Na ukończenie dziennej dawki językowych ćwiczeń potrzeba maksymalnie pół godziny, co jest naprawdę małym wysiłkiem, biorąc pod uwagę, jakie efekty można osiągnąć przy dobrych chęciach w naprawdę krótkim czasie. Oczywiście nie spodziewajcie się, że zaczniecie w dwa miesiące być gotowymi do zdawania najtrudniejszych egzaminów językowych, ale - tak jak wspomniałem - podstawy powinniście mieć w małym palcu.


Ja sam po okresie wakacyjnym jestem obecnie w połowie całego kursu języka hiszpańskiego. Jeśli ktoś się skusi, może oczywiście łyknąć i całość w tak krótkim czasie. Według mnie jednak nie ma to sensu. Przede wszystkim nie należy szarżować i codziennie robić kolejnych, nowych tematów. Oczywiście, początkowo nie ma z tym problemu, ale po jakimś czasie poziom wzrasta i zwyczajnie pewnych rzeczy nie da się zapamiętać w jedno czy dwa podejścia. Moja rada brzmi więc - po każdym ukończonym temacie poświęćcie parę dni wyłącznie na powtórki, nie tylko z tego konkretnego działu, ale także tych poprzednich, które ciągle Wam sprawiają kłopot. Do kolejnego pakietu nowych lekcji zajrzyjcie dopiero wtedy, gdy poczujecie, że dotychczasowy materiał ogarniacie bez problemu.

Mam tylko jedno duże zastrzeżenie do Duolingo. Nie wiem, może w innych kursach wygląda to inaczej, ale w przypadku hiszpańskiego zbyt rzadko pojawiają się zadania z cyklu "przetłumacz coś z własnego języka na obcy". Wiecie, chodzi o sytuację, gdy ma się napisane "Jabłko jest niebieskie", a Ty musisz wpisać "The apple is blue". Jakieś 90% wszystkich zadań polega na tłumaczeniu czegoś z języka obcego na własny, co jest ogromnym ułatwieniem i - moim zdaniem - w sporym stopniu spowalnia proces nauczania.


Jest to jednak minus, który umyka przy funie i motywacyjnym kopie, jakie daje Duolingo. Oczywiście, nie spodziewajcie się, że tego typu serwis nauczy Was w pełni jakiegoś języka. Jednak, według mnie, Duolingo jest naprawdę świetnym wprowadzeniem, zachęcającym do brnięcia w temat bardziej niż niejeden nauczyciel, z jakim miałem do czynienia. Mam nadzieję, że tego typu serwisy zostaną kiedyś wprowadzone jako element nauczania w szkołach, bo jest to naprawdę idealne wykorzystanie zasady "nauki przez zabawę" dla dojrzałego człowieka.

Na koniec jeszcze jedna kwestia. Po polsku możemy uczyć się na Duolingo w tej chwili jedynie języka angielskiego. Jeśli jednak czujecie, że ten ostatni znacie w miarę dobrze, możecie spokojnie pokusić się o wybranie opcji "I speak English". Wtedy pojawi się bowiem przed Wami cała gama opcji języków do nauki: od hiszpańskiego i włoskiego, przez norweski, turecki czy esperanto, kończąc na paru projektach będących dopiero w fazie powstawania. Ta ostatnia kategoria jest najciekawsza, bowiem podpowiada, czego będziemy się mogli się nauczyć dzięki Duolingu już wkrótce. A będą to nie tylko polski, węgierski czy hebrajski, ale i choćby... klingoński, czyli język występujący wyłącznie w "Star Treku". Niesamowite, prawda?

Krótko więc - uczcie się i dajcie się zmotywować do nauki na własną rękę. Spróbujcie tego, a może okaże się, że opcja ta wyda Wam się równie fantastyczna, co mi. Ja tymczasem pędzę zaliczać swoją dzisiejszą wirtualną lekcję hiszpańskiego i spędząć kolejny dzień w wyczekiwaniu na news o rozpoczęciu przez użytkowników Duolingu przygotowań do stworzenia kursu języka islandzkiego.

PS. Na Duolingo istnieje także system dodawania innych użytkowników do znajomych. Mnie znajdziecie tam pod nickiem "majkonmajk".

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Nasza matura była lepsza


Sorry dziewczęta, sorry chłopaki - wy, którzy zdawaliście maturę w tym roku i wy, którzy będziecie zdawać ją w latach następnych. Macie gorzej niż mój rocznik i te kilka przede mną. Zabrano Wam bowiem coś, co naprawdę potrafiło przynieść w związku z "najważniejszym egzaminem w życiu" choć trochę radości. Zmieniono Wam poprzedni system przeprowadzania matury ustnej z polskiego.

U nas też się bano tego konkretnego egzaminu. Trzeba było wyjść przed nieznaną komisję, wygłosić dwudziestominutowy referat i jeszcze odpowiedzieć na różne, często dość zaskakujące pytania. Trzeba było przygotowywać swoją pracę przez wiele dni, nie tylko pisząc ją, ale i czytając jak najwięcej mądrych książek czy artykułów. Niekoniecznie po to, by rzeczywiście w jakimś wielkim stopniu  je wykorzystać - czymś po prostu trzeba było zapełnić bibliografię.

Ja jednak bardzo dobrze wspominam ten egzamin. Wielu moich rówieśników może spojrzałoby na mnie dziwnie, przypominając sobie męczarnie z nim związane. Opisywanie lektur w kontekście jakichś często dziwnych, trochę przypadkowo wybranych tematów, wertowanie literatury z tym związanej. Mi było jednak lżej. Dlaczego? Bo pisałem (a potem mówiłem) o tym, co naprawdę mnie jarało.

Źródło: Flickr.com
Nazwa mojego tematu brzmiała: "Motywy literackie w grach wideo". Nie byłem pierwszym, który go wykorzystał na maturze. Jeszcze jakieś dwa lata przed moją maturą podobny temat trzeba było zgłosić odpowiednio wcześniej, by został on dopisany do listy. U mnie wisiał on już na oficjalnym rozporządzeniu Bardzo Mądrych Ludzi. Każdy mógł z niego skorzystać, jeśli tylko by sobie zamarzył. A za mną takie marzenie krążyło już od początku liceum.

W pisaniu samej pracy było tak naprawdę więcej radości niż trudu. Znając światek gier od podszewki, nie potrzebowałem zupełnie żadnej mądrej książki, żeby stworzyć pracę zgodną z tematem. Listę gier i motywów, które miałem wykorzystać na maturze, musiałem odpowiednio skrócić, bo wszystkie wymyślone przeze mnie rzeczy nie zmieściłby się w czasie egzaminu.

Wiedziałem, o czym będę mówił - od początku do końca. Byłem przygotowany zarówno na najbardziej błahe, jak i najtrudniejsze z możliwych pytań. Mogłem mówić o tym wszystkim godzinami. A jednak trochę się obawiałem. Że pokażę komisji zupełnie nieznany element kultury, który oni może uznają za... zbyt głupi? Bo przecież "gierki są dla dzieci", prawda?

Źródło: Flickr.com
Ale nie - okazało się wręcz, że wybrałem najlepszy ruch, jaki tylko mogłem zrobić. Do dziś pamiętam, jak przy ostatecznej ocenie komisja wprost nie mogła powstrzymać się od zachwytów nad moją pracą. Wiecie - między innymi - dlaczego? Bo mówiłem o czymś, co rzeczywiście mnie interesuje. I to było widać. A na tym podobno polegała ta matura - żeby mówić o własnych pasjach, a nie skrobać kolejne literki wałkowanych przez lata opowieści o utraconej miłości w literaturze i innych omówionych na wszystkie sposoby tematach.

Nie uważam jednak, że tylko fun z tworzenia i prezentowania tej pracy góruje nad obecnym systemem matury ustnej. Dziś macie konkretne zadania, tematy, które musicie w locie opracować. To też czegoś uczy - nie zaprzeczam. Ale my mogliśmy rzeczywiście mówić wyłącznie o tym, co nas interesowało.

I teraz - właśnie dzięki maturze - wiem, że to się opłaca. Że warto wychodzić poza takie sztywne ramy, których uczy się często na lekcjach języka polskiego. Że kultura to coś więcej niż Szekspir i ładne obrazki znanych malarzy. To także filmy, muzyka, gry. I jeśli tylko ma się na jakiś temat zajawkę - warto to wykorzystać.

Na studiach warto pisać eseje o Kanye Weście, warto przygotowywać prezentacje o niszowych filmach, warto nawet strzelić doktorat o grach. Bo dobra praca to taka, która potrafi zainteresować odbiorców. A czym zainteresować innych, jeśli nie pasją w głosie i poczuciem tego, że mówimy o naprawdę ważnych dla nas rzeczach?

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Unsplash.com

UFO istnieje i jest książka, która Ci to udowodni

UFO istnieje. UFO, czyli Niezidentyfikowane Obiekty Latające. Te, w które wielu oddanie wierzy, z czego gromada innych się gromko zaśmiewa. W internecie co chwilę pojawiają się tak mało wiarygodne zdjęcia, że sceptycy mają tylko kolejny powód do ironicznego uśmiechania się w stronę "believers". 

Czy naprawdę ktoś UFO widział? Czy ktokolwiek zajmuje się tym na poważnie, nie będąc świrniętym typem, widzącym wszędzie niesamowite rzeczy, których nikt inny nigdy nie widział? Owszem. Ale zapewne wielu Was, śladem Korwina, zapytać może: "a ma Pan dowód?".


Owszem - mam! I to pod postacią całkiem obszernej książki, której e-book jakiś czas temu udało mi się wyrwać dosłownie za grosze. Jako że całość została wydana jedynie po angielsku, postanowiłem przygotować o niej trochę inny tekst niż typową recenzję. Poznajcie "UFOs: Generals, Pilots and Government Officials Go On the Record" (uff, długi ten tytuł) autorstwa Leslie Kean - książkę, która udowodni Wam, że Niezidentyfikowane Obiekty Latające naprawdę istnieją.

Jak to zrobi? Za pomocą bardzo dogłębnego researchu i namówienia wielu ważnych postaci do podzielenia się swoimi przeżyciami związanymi z całą sprawą. Co jednak musicie wiedzieć - publikacja Kean nie jest pozycją w stylu "kosmici chodzą po ziemi i ja to wiem!!!". Autorka pisze z perspektywy agnostycznej - nie można bowiem jednoznacznie wskazać, czy dziwne obiekty, które wielu widziało, pochodzą aby na pewno spoza Ziemi. Jedno jest natomiast stuprocentowo pewne - coś nad nad nami rzeczywiście lata.


Potwierdzają to liczne obserwacje i raporty nie tylko przysłowiowych Kowalskich czy Smithów, ale i np. pilotów wojskowych. Książka zabiera nas w podróż po całym globie, opisując te wydarzenia, z którymi związane były spore grupy ludzi. Wśród nich znajdziemy nawet sytuację, gdy pewien pilot, wysłany oficjalnie z lotniska w celu zbadania dziwnego obiekty w powietrzu, wystrzelił w stronę UFO rakiety. Inna historia opowie o lądowaniu UFO w amerykańskiej bazie wojskowej na terenie Wielkiej Brytanii, co potwierdziły liczne badania naukowe. 

Zastanawiać się możecie: "dlaczego nigdy wcześniej o tym nie słyszałem?". To pytanie podnosi jedna z najważniejszych (jeśli nie najważniejsza) kwestia w całej książce - władze USA bardzo mocno dbają, by wszystkie sprawy związane z UFO były bagatelizowane. Brzmi jak kolejna głupia teoria spiskowa? Cóż - też początkowo miałem trochę takie wrażenie. Potem jednak, gdy dowiedziałem się, co o sprawie sądzą naprawdę wysoko postawieni ludzie działający z ramienia amerykańskiego państwa, zdecydowanie zmieniłem zdanie.

Co więcej, gdy Stany Zjednoczone OFICJALNIE (to bardzo ważne słowo) nie posiadają żadnego organu zajmującego się kwestią UFO, całkiem sporo innych krajów przygląda się temu w pełni poważnej. Wyjściem dla całej dyskusji w książce jest między innymi działalność francuskiej, rządowej organizacji, działającej przy tamtejszym odpowiedniku NASA, która pod kod koniec lat 90. ubiegłego wieku wypuściła raport COMETA. Stwierdzono w nim, między innymi, iż około 5% zarejestrowanych we Francji spostrzeżeń UFO nie da się wytłumaczyć w żaden sposób. Cóż, poza jednym - to musiał być Niezidentyfikowany Obiekt Latający.

Rzekome zdjęcie UFO z tzw. "fali belgijskiej", której sporo miejsca poświęcono w książce.
Czy kierowany przez jakichś tajemniczych kosmitów? Tego nie można stwierdzić. Książka Kean pokazuje jednak jedno - UFO naprawdę pojawia się na Ziemi i jest odpowiednio udokumentowane. To nie domniemania, a czyste fakty, które po prostu mało kto zna. A gdy wiele osób wokół mówi "UFO? Hehe, puknij się w łeb, człowieku", nic dziwnego, że tylko nieliczni chcą dotrzeć do prawdy, w rzeczywistości będącej na wyciągnięcie ręki.

I choć książka Kean ma trochę wad, jak choćby trochę przesadnie buntownicze nastawienie autorki i pomijanie głosu krytków w przypadku części wydarzeń tu opisanych, jest to niewątpliwie pozycja, której ta tematyka potrzebuje. Napisana naprawdę z perspektywy naukowej, a nie creepy kolesi, głoszących, że są wysłannikami kosmitów. 

Jeśli nie wierzysz w UFO - przeczytaj tę książkę. Jeśli powiesz kiedyś w gronie znajomych, że wierzysz w UFO i ktoś Cię wyśmieje - podsuń mu tę książkę. Sam nie spodziewałem się przed jej przeczytaniem, że jest aż tyle FAKTÓW związanych z "latającymi spodkami". One istnieją - czy tego chcesz, czy nie.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Ciągle jesteśmy w kosmosie

To już nie te czasy, gdy zimnowojenny konflikt napędzał walkę o podbój kosmosu. Od dłuższego czasu, według większości społeczeństwa, odkrywanie czegokolwiek poza Ziemią stoi w miejscu. Wylądowaliśmy na Księżycu w roku 1969 - i co dalej? Gdzie dalsze podróże, gdzie ten upragniony Mars, na którego wyprawa jest z każdym rokiem przesuwana?

Owszem - pewną stagnację czuć. Szczególnie ze strony Stanów Zjednoczonych, które przecież obecnie nie mają nawet własnych wahadłowców do przenoszenia astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Nie do końca jest jednak tak, że nie mamy obecnie czego śledzić w działalności ludzkości wobec odległych planet. Już w połowie lipca warto ze szczególną uwagą śledzić wszelkie media skupione wokół NASA.

Grafika na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com
Dlaczego? Gdyż to właśnie wtedy wystrzelona w roku 2006 sonda New Horizons przemknie obok Plutona. Co ciekawe, urządzenie wysłano z Ziemi jeszcze przed oficjalnym odebraniem Plutonowi miana dziewiątej planety Układu Słonecznego. Mimo tego, obiekt ten ciągle niezmiernie interesuje naukowców, którzy liczą na to, że New Horizons przyniesie im wiele ważnych informacji na jego temat.

Dokładnie 14 lipca sonda przemknie obok Plutona, a potem jego największego satelity, Charona. W tym czasie New Horizons zrobi zdjęcia swoim celom, uaktualniając naszą wizję tych odległych obiektów kosmicznych. Dla przypomnienia, tak wygląda najdokładniejsze obecnie zdjęcie Plutona, wykonane przez Teleskop Hubble'a:


Prawda, że w sporej mierze odbiega to od artystycznych wizji tej planety karłowatej, jakie krążą po wielu popularnonaukowych książkach czy periodykach?

Satelita ta to jednak nie tylko wynik ziemskich zapędów do fotografowania wszystkiego. "Magicznymi sposobami" New Horizons zbada również atmosferę Plutona, a w swojej dalszej podróży weźmie pod lupę cztery mniejsze satelity tej planety karłowatej. W jeszcze odleglejszych planach znajduje się z kolei wejście w Pas Kuipera i przeprowadzenie badań także na znajdujących się tam obiektach. 


Jeśli chcecie poczuć jeszcze więcej hype'u, jaki kreuje wokół New Horizons NASA i być na bieżąco ze wszystkimi informacjami związanymi z misją, koniecznie śledźcie oficjalnego Twittera sondy (KLIK). Co ciekawe (i dla polskiego internetu może niespodziewane) - NH nie ma własnego Facebooka. Ot, pokaz siły Twittera w US.

Pamiętajcie - 14 lipca New Horizons przelatuje obok Plutona, przynosząc wiele nowych informacji na temat tego odległego od Ziemi o miliardy kilometrów obiektu. Warto czekać.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Uczyć się jak w Hogwarcie

Fani Harry'ego Pottera - jesteście tutaj? Mam nadzieję, że tak, bo dzisiejszy post zaczniemy przytoczeniem historii właśnie ze słynnej serii książek autorstwa J. K. Rowling. A o czym wpis tak naprawdę będzie? O nauce - trudnej, krwawej, ale i efektywnej.

Źródło: Flickr.com
W bodajże piątej części cyklu, czyli "Harry Potter i Zakon Feniksa" (jeśli się mylę - poprawcie mnie!), nasz magiczny okularnik trafił na bardzo upierdliwą nauczycielkę - Panią Dolores Umbridge. Dolores nie tylko za naszym młodym czarodziejem nie przepadała, ale była wręcz wobec niego nastawiona wrogo. Szukała każdej okazji, by tylko móc Harry'ego odpowiednio ukarać i poznęcać się nad nim przy okazji.

Chyba najpopularniejszym rodzajem kary, jakie Umbridge zastosowała wobec swojego ucznia, było pisanie na kartce zdania "Nie będę opowiadał kłamstw". Co w tym takiego nadzwyczajnego? Ano to, że Harry musiał do całego procesu używać pewnego magicznego pióra. Ono natomiast robiło rzecz bardzo nieprzyjemną - nie zostawiało bowiem tuszu na papierze, ale ryło pisany tekst na dłoni karanego.

Dlaczego pisze o tej bolesnej i niewątpliwie powodującej u wielu zgrzytanie zębów sytuacji? Ano dlatego, że... postanowiłem ją wykorzystać w swoim własnym życiu. Oczywiście nie mam pod ręką magicznego pióra i niekoniecznie chciałbym mieć na ręce dziwną bliznę, ale pewne podobieństwa między sytuacją Harry'ego, a tym, co postanowiłem zrobić, można odnaleźć.


Na wszelkie egzaminy na studiach lubię mieć własne notatki. Ale niekoniecznie takie długie streszczenia jakichś tematów. Te czasem można złapać od kogoś innego albo mieć pod ręką cały podręcznik do nauki. Chodzi mi o taki totalny "skrót skrótów" - najważniejsze hasła z najwyżej paroma słowami dopowiedzenia, o co w nich chodzi. Tak, by móc sobie otworzyć takie notatki na godzinę przed egzaminem i zdążyć powtórzyć sobie z nich podstawowe rzeczy, które pozwolą przetrwać walkę o zaliczenie.

Wielu przygotowuje sobie takie coś na komputerze. Nie chce im się zapełniać tych kilku czy kilkunastu stron A4 ręcznie, stawiają więc po prostu na wygodę. Ja też czasem tak robię, ale tylko wtedy, gdy przygotowuję sobie takie dłuższe notatki z kilkudziesięciostronicowych tekstów. Przy tworzeniu krótkiej "ściągawki", stawiam już jednak na porzucenie technologii i powrót do przeszłości.

"Po co?" - możecie zapytać. "Czy nie lepsza jest wygoda i szybkość?". Ano nie. Gdy bowiem zapełniam kolejne kartki długopisem, muszę się nad tym o wiele bardziej namęczyć. Kończę tworzenie takich notatek z bolącą ręką i otarciami na dłoni. Wkładam w tworzenie tej głupiej ściągawki o wiele więcej energii, o wiele więcej siebie. I przez to więcej zapamiętuję.

Zapamiętuję to całe zmęczenie, ból. Zapamiętuję lepiej swojego wroga i sprawcę tego wszystkiego, czyli wszystko to, czego miałem się nauczyć. Kolejne słowa nie przelatują mi przez myśli jak wtedy, gdy zapisuję je w mgnieniu oka na komputerze. Już po kilkunastu minutach napisanie choćby jednej literki sprawia lekki ból i zaczyna wkurzać. Każde "a", każde "b" i "c" zapadają w pamięć jako odwieczni wrogowie. 

I tak, po stworzeniu takiej ściągawki, wiele rzeczy już siedzi mi w głowie. Sam jestem sobie Dolores Umbridge i - w przeciwieństwie do Harry'ego - jestem z tego zadowolony.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Jak uczyłem się do matury?


Nie uczyłem się.

Oczywiście przesadzam, bo mimo wszystko aż tak szalony nie jestem i coś tam sobie powtórzyłem. Jednak z dzisiejszej perspektywy, cały mój wysiłek wrzucony w ostateczne przygotowanie do matury mógłbym określić liczbą zero. Dopiero teraz zrozumiałem, jak o wiele więcej mógłbym osiągnąć, gdybym wykrzesał z siebie choć odrobinę chęci.

Na podstawową matematykę zrobiłem pewnie ze dwa arkusze i to nawet nie w całości. Nie musiałem - wiedziałem, że zdam. Nie ze wspaniałym, przecudownym wynikiem, ale zdam bez problemu. Przygotowania do podstawowego polskiego skończyły się na pojedynczym przypomnieniu sobie lektur - i to też nie wszystkich. Moja pewność siebie była podobna do tej z matematyki. Angielski? Nie otworzyłem nawet strzępków notatek, bo to dla mnie tak naprawdę drugi język. Najwięcej z siebie wykrzesałem przy przygotowaniach do rozszerzonego WOS-u - przeczytałem raz repetytorium. Brawa dla mnie.

Takie podejście miałem zresztą przez całą swoją szkolną egzystencję. Na przedmioty, gdzie potrzeba było trochę "pomyślunku" i logicznego myślenia, nie uczyłem się w ogóle. Do testów z historii i teoretycznych z polskiego przygotowywałem się przez jednokrotne przeczytanie zadanych tematów. Najgorzej było z chemią i fizyką, bo niektóre rzeczy były dla mnie totalnie absurdalne i nie rozumiałem sensu ich uczenia się. Coś tam jednak przejrzałem i zaliczałem. 

Źródło: Flickr.com
Przyznaję - byłem jedną z tych osób, które zwyczajnie dużo uczyć się nie musiały. Pewne rzeczy po prostu wchodziły mi łatwiej do głowy niż innym. Zdarzały się osoby, zarzucające mi, gdy dostawałem dobre oceny, że pewnie ślęczałem nad materiałem przez cały tydzień. A mi naprawdę wystarczały czasem godzina czy dwie, by z czegoś dziwnego dostać tę tróję czy nawet czwórkę.

Z każdym kolejnym rokiem moje chęci do nauki się jednak coraz bardziej zmniejszały. W liceum zajmowałem się wszystkim, tylko nie "tym, czym powinienem". Prace domowe robiło się pięć minut przed lekcją, uczyło się tak, by uczyć się jak najmniej. A jednak ciągle dawałem radę i nie miałem z niczym problemów. Miałem więc głęboko w poważaniu naukę, testy, kartkówki - a wreszcie i maturę. Wszystko przelatywało obok mnie zaliczone niezłymi wynikami.

Mówią: "matura to tam nic - sesja, panie, to dopiero zobaczysz!". Prychałem z uśmieszkiem. A potem sesja mnie dopadła. 

Uniwersytet pojawił mi się przed twarzą, a ja spytałem go: "czy naprawdę mam to wszystko umieć?!". Milczenie. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Czy moje podejście ze starych lat wystarczy? Po raz pierwszy nie byłem tego taki pewien - zacząłem się więc uczyć. Nie ciągle, nie regularnie przez cały semestr, zwykle łapiąc się czegoś na ostatnią chwilę. Ale jednak zacząłem się uczyć.


Teraz patrzę do tyłu i przychodzi mi na myśl jedna rzecz, której nigdy bym się po sobie nie spodziewał: "Majk, czemu się, do cholery, nie uczyłeś wcześniej?!". Teraz i tak nauka nie zabiera mi tak dużo czasu, bo zwyczajnie mam wiele innych obowiązków, którym muszę podołać w ciągu całego dnia. A jednak na niektóre egzaminy czy kolokwia trzeba chociaż te parę(naście) godzin z życia sobie urwać. I wreszcie wyjść z sali z przekonaniem w myślach: "geez, ale mi dobrze poszło!".

Kiedyś wracałem o 15 czy 16 do domu i resztę dnia nie robiłem praktycznie nic. Okej - czasem grałem w gry. Poza tym jednak czytałem dużo, dużo mniej niż dziś, a filmy oglądałem okazyjnie. Nie prowadziłem bloga, nie miałem obowiązków, które mam dziś. Weźmy te gry i dajmy na to, że poświęcałem na nie dwie godziny dziennie. Co ja robiłem z resztą swojego dnia? Czemu nie wykorzystałem tego na cokolwiek pożytecznego?!

Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, gdzie bym teraz był, gdybym przeznaczał na naukę dawniej chociaż tyle czasu, co teraz. Skoro potrafię wkuć na czwórkę czy piątkę materiał obfitszy niż na niejedną maturę przez raptem parę wieczorów, to co byłoby, gdybym przerzucił te siły na moje dawne lata?

Źródło: Flickr.com
Weźmy jedną godzinę codziennie poświęconą na naukę. Gdy patrzę na to teraz - to byłoby dla dawnego mnie praktycznie nic. Wysiłek niesamowicie nikły, który uszczknąłby mi tak mało z mojego opieprzania się, że nawet bym pewnie tego nie poczuł. A jednak nawet wtedy o tym nie pomyślałem. Co by było, gdybym zrobił inaczej? Boję się myśleć, żeby nie popaść w żal nad sobą samym.

Dlatego, Drodzy Maturzyści i wszyscy nastolatkowie, którzy czytacie ten post - uczcie się. Brzmię jak znienawidzony przez Was nauczyciel, prawda? A jednak, mówię to z pełną premedytacją. Bo nie chodzi o kucie się, nie chodzi o odbieranie sobie radości z życia na rzecz ślęczenia nad podręcznikami 24/7. Ale znajdźcie chociaż tę godzinę dziennie, póki jesteście młodzi i w wielu przypadkach zwyczajnie nie macie większych obowiązków poza szkołą właśnie. Sześćdziesiąt minut nad książkami - a potem można ruszać w melanż.

Naprawdę - ta godzina dziennie poza internetem może zmienić Wasze życie w niesamowity sposób. Może zmienić Was z przeciętnych użytkownik Fejsbuka, ślęczących przed komputerem całymi wieczorami, w twórców i szefów takich Fejsbuków.

Im szybciej sobie to uświadomicie, tym lepiej dla Was.



A jak już zaczniesz się uczyć, sprawdź artykuły na MajkOnMajk, które Ci w tym pomogą: "5 błędów popełnianych podczas nauki" oraz serię wpisów "5 płyt do słuchania podczas czytania/nauki". A gdy w grę wchodzi zarywanie nocek przed egzaminem, dowiedz się dlaczego warto pić yerba mate.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika na samej górze dzisiejszego postu powstała na bazie zdjęcia autorstwa Victora Hanacka.

W sesję przygarnij yerbę

Nigdy w życiu nie uczyłem się w środku nocy. Do matury byłem w ogóle człowiekiem, dla którego przeczytanie raz całego jednego działu z podręcznika stanowiło trudność. Dwie godziny dziennie poświęcone na naukę to było dla mnie maksimum, jakie umiałem z siebie wykrzesać. A i tak sytuacja taka zdarzała się może z dwa razy na pół roku.

Pierwszy rok studiów pokazał mi, czym naprawdę jest nauka. Nie mogło być mowy o opieprzaniu się podczas sesji. Zdarzały się dni, kiedy zajmowałem się praktycznie tylko wertowaniem notatek. Ciągle jednak około dwudziestej drugiej odpuszczałem sobie, po czym siadałem przy konsoli czy odpalałem nowy odcinek ulubionego serialu. Rano się budziłem wypoczęty i wszystko pięknie zdawałem. 

Dlatego, gdy przede mną pojawiła się wizja sześciu egzaminów w ciągu pięciu dni, podchodziłem do tego na zasadzie "oj tam, oj tam". Wiedziałem, że będę musiał się uczyć naprawdę dużo, ale sądziłem, iż wszystko to jest jak najbardziej do ogarnięcia. Bez niepotrzebnych spin, bez stresowania się, no i wreszcie - bez przekraczania tej nocnej bariery nieuczenia się.

Źródło: Flickr.com
Pierwszy raz w życiu uczyłem się do trzeciej w nocy, a potem budziłem o ósmej. Dwa dni pod rząd. Ja wiem że są i tacy, co nawet spać nie idą, by wszystko wykuć. Na całe szczęście - ja aż tak zdesperowany nie byłem. Wiedziałem jednak, iż bez pewnego poświęcenia czeka mnie sesja poprawkowa. A wizji tego zdzierżyć nie mogłem. 

Normalnie bym nie dożył takiej godziny. To nie impreza, na której ciągle jest coś do roboty, dlatego zmęczenie czujesz dopiero nad ranem, gdy przy pierwszym brzasku słońca wracasz do swojego mieszkania. Nie - tu miałem jedynie notatki, tajemnicze księgi i konieczność wkucia tego na pamięć. Bez jakichś magicznych ziół bym sobie nie poradził.

Po kawie zasypiam, energetyki działają na mnie przez dwadzieścia minut, a potem doprowadzają do potrojenia zmęczenia. Zdecydowanie wolałbym, żeby oba te napoje nie miały tych całych pobudzających właściwości, bo wtedy mógłbym je chociaż spokojnie pić dla smaku. A tak powodują one u mnie jedyne znużenie i chęć jak najszybszego wylądowania w łóżku. To nie jest dobra rzecz, gdy planujesz naukę w środku nocy.

Wybrałem inną metodę - yerba mate. Ostatnio przez pewien czas leżała ona u mnie nieruszana, bo raz wypiłem "przez przypadek" tak ze dwa litry tego cholerstwa i "miotało mną jak szatan". Autentycznie nie mogłem usiedzieć w miejscu i energia rozszarpywała mnie od środka. To jednak mogła być jedyna rzecz, która pozwoliłaby mi na nie zaśnięcie przytulonym do tysiąc stronicowego podręcznika.

Źródło: Flickr.com
I zadziałało. Jeden czajnik yerby spowodował, że do trzeciej w nocy wpatrywałem się skupiony w kolejne literki tekstu i niejednokrotnie wykrzykiwałem/wyśpiewywałem je na głos. Nie wyobrażałem sobie, żeby iść spać. Czułem się pełny sił, jakbym właśnie wziął prysznic po porządnym wyspaniu się. Pół godziny po ostatnim łyku wszystko ze mnie zeszło i iść spać musiałem. Ale w mózgu miałem już wówczas całą potrzebną wiedzę.

Jeśli więc jesteście na tyle zdesperowani, by uczyć się po nocach, zdecydowanie powinniście zainteresować się yerbą. Po moich opisach może to zabrzmieć podejrzanie, ale zapewniam Was, że to nie jest żadna creepy substancja, która Was otumani. To zwyczajne, suszone liście, które zawierają odpowiednią ilość kofeiny, by postawić człowieka na nogi, a jednocześnie nie usypiają tak szybko jak kawa.

Sedno tkwi w regularnym piciu naparu. To nie jest espresso, które łykniesz sobie na raz i wracasz do pracy. Yerbę należy mieć cały czas przy sobie, by dawała ona pożądane efekty. To jak woda, którą należy pić ciągle podczas upalnych dni. Ciągle więc zalewasz liście od nowa i znów kosztujesz przez kilka minut tego dziwacznego naparu.

Co jest potrzebne do picia yerby, poza samymi liśćmi, które z kolei dostaniesz w praktycznie każdej herbaciarni w większym mieście? Po pierwsze - bombilla (cena - koło 20 złotych). To taka dziwna rurka, która na jednym końcu ma normalny ustnik, na drugim natomiast coś w rodzaju sitka. To ostatnie powoduje, że pijemy sam napar i nie musimy się martwić, że nagle przez przełyk przeleci nam liść.

Źródło: Flickr.com
Druga sprawa to naczynie. Zasadniczo, możemy równie dobrze pić yerbę z normalnego kubka. Prawdziwy fun zaczyna się jednak wtedy, gdy mamy naczynie z tykwy (cena - około 50 złotych). Smak jest wówczas inny, moim zdaniem - sporo lepszy. Naczynie takie należy jednak przed pierwszym użyciem w odpowiedni sposób przygotować. Jest mnóstwo poradników na ten temat, ja korzystałem bodajże z TEGO. Cała procedura sprowadza się zasadniczo do wypełnienia naczynia w 3/4 yerbą, zalania całości wodą, a następnie odstawienia tego na mniej więcej dobę (przy najpopularniejszym rodzaju tykwy). Potem miąższ wyrzucamy i jego pozostałe resztki wyskrobujemy z wnętrza naczynia. 

Wiem, brzmi skomplikowanie i sam na początku obawiałem się, że coś mi nie wyjdzie. Gdy jednak cały proces będzie już zakończony, możemy bez problemu raczyć się napojem bogów. Ach, zapytać możecie jeszcze: "po co w ogóle dokonywać tych dziwacznych przygotowań naczynia?". Odpowiedź jest bardzo konkretna: "żeby nie wylądować na królewskim tronie z biegunką". Miąższ tykwy ma po prostu dość mocne właściwości przeczyszczające, a opisana wyżej procedura pomaga w ich usunięciu.

Co jeszcze musicie wiedzieć? Przede wszystkim - na początek zakupcie sobie jakąś lajtową yerbę z różnymi smakowymi bajerami. Do picia tego napoju trzeba się przygotować, a uwielbiane przez koneserów liście bez dodatków często smakują jak... rozpuszczona ziemia. Za to miksy yerby z różnorodnymi owocami potrafią już naprawdę człowiekowi zasmakować i przygotować jego podniebienie na ostrzejsze warianty naparu.

Last but not least - ostateczne przygotowanie napoju. Mój sposób wygląda następująco: najpierw nalewamy tyle wody do czajnika, ile tylko się da. Po zagotowaniu czekamy około 20-30 minut, by całość trochę się ostudziła (zbyt gorąca woda negatywnie wpływa nie tylko na samą yerbę, ale i potrafi zniszczyć naczynie z tykwy). Wrzucamy liście do środka (nie trzeba przesadnie dużo, serio), przechylamy naczynie tak, by znalazły się one tylko po jednej stronie tykwy, wkładamy w pustą przestrzeń bombillę, a następnie lejemy wodę po wolnym od yerby boku. Po wypiciu tego, co mamy, zalewamy całość normalnie, jak zwyczajną herbatę. 

Uff, i to by było chyba na tyle. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania - postaram się na nie odpowiedzieć tak szybko, jak się da. Smacznego i miłej nauki!

A w ramach przygotowań do sesji, warto sprawdzić także wpis 

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Jak poradzić sobie z nudą podczas nauki?

Nie musisz być studentem, żeby wiedzieć, iż obecnie całkiem spora część Polaków żyje jednym słowem: SESJA. Jeśli nawet jeszcze ten apokaliptyczny okres się nie zaczął, to każdy tematem zainteresowany śpi obecnie z zeszytami, chleb na śniadanie kroi na podręcznikach, a na Fejsbuku zamieszcza smutne piosenki i statusy w rodzaju: "omujboszetylkoniesesja". Jako student, ponownie więc czuję się zobowiązany do podjęcia na blogu tego jakże ambitnego tematu, zwanego sesją.

Mniej więcej rok temu omawiałem na MajkOnMajk pięć błędów najczęściej popełnianych podczas nauki (post ten znajdziecie o TUTAJ). Dziś natomiast pójdziemy w trochę innym kierunku. Co bowiem zrobić, gdy uczymy się już pół godziny czy całe sześćdziesiąt minut i nagle ten nadmiar wiedzy koniecznej do zapamiętania zaczyna nas strasznie nudzić? Mam na to swój sposób!

Przyznam szczerze - mnie czytanie tak samo brzmiących zdań nudzi już po dziesięciu minutach. Cofam się co chwilę do tego samego zdania i czytam ja na nowo tylko po to, by zrozumieć, że moje myśli odpłynęły gdzieś zupełnie indziej. Szukam więc sposobu, jak temu zaradzić i skupić mózg właśnie na chłonięciu wiedzy, I zgadza się - wpadłem na niesamowity pomysł.

Źródło: Flickr.com
Cały proces to pięć etapów, które są zasadniczo bardzo do siebie podobne, ale to z kolei sprawia, że i one mogą się znudzić. Dlatego najlepiej na każdy z nich poświęcić około pięć minut, a potem przeskoczyć do następnego. Co mi daje mój magiczny sposób? Po pierwsze - sporą dawkę funu; po drugie zaś - łatwiejsze wwiercanie w swój mózg rzeczy, których należy się nauczyć.

Ostrzegam jednak, że to nie jest sposób dla każdego. By z niego korzystać, musisz być chociaż trochę szalony, czyli - inaczej mówiąc - nie do końca normalny. Starajcie się nie robić tego przy innych, bo mogą chcieć wezwać do Was psychiatrę.

Ach, i jeszcze jedno - miejcie pod ręką wodę i ją pijcie dość często. Jak już zaczniecie korzystać z mojego pomysłu, zrozumiecie dlaczego.

Chcecie mimo tego spróbować? No to zaczynajmy!


Etap 1: głośne czytanie

Okej, to brzmi jeszcze w miarę normalnie, prawda? Dajmy jednak sobie czas na rozkręcenie. Zacznijmy więc po prostu od czytania na głos. Takim normalnym, spokojnym głosikiem. Wymawiaj kolejne słowa dokładnie, rozkminiaj każde słowo, którego nie możesz odczytać, jeśli piszesz równie niedbale co ja. Czytaj tak, jakbyś robił to w myślach - tylko że na głos.

Etap 2: na dziennikarza

Wyobraź sobie, że jesteś właśnie w radiu i mówisz przez mikrofon do setek, a może nawet i tysięcy słuchaczy. Kojarzysz, jak nawijają dziennikarza w wieczornych wiadomościach? Pora więc zmienić normalne, głośne czytanie na taśmę profesjonalną. Prezentuj rozwój komórek u pasikoników tak, jakby to był najważniejszy news dnia, jakby od tego zależało istnienie milionów. Brzmi głupio? W przeciwieństwie do wielu, ja mówię: "spróbuj tego w domu". A to dopiero początek funu.

Etap 3: na Bogusia Lindę

Nawet praca dziennikarska może się jednak po jakimś czasie znudzić. Zrzucamy więc z siebie garniaka i zakładamy znoszoną koszulę, jeansy i skórę. Jesteśmy Bogusiem Lindą. Od naszego zakładnika możemy wydobyć najważniejszą tajemnicę tylko przy pomocy rozdziału piątego z podręcznika do makroekonomii. Kolejne trudne słowa przeplatamy swojską "kurwą", coby zabrzmiało to bardziej doniośle. Zadajemy ciosy werbalne raniące bardziej niż niejedna kula z AK47.


Etap 4: na księdza

Brzydkie słowa też się jednak mogą znudzić! Dlatego tym razem obracamy naszą moralność o 180 stopni i wcielamy się w świętobliwego księdza. Ale nie - tym razem już nie po prostu mruczymy coś pod nosem, a śpiewamy! Przypomnijcie sobie, jak doniośle brzmi intonowanie niektórych fragmentów mszy w kościele. W psalmiczne rytmy podrzućcie sobie opis wojny wietnamskiej. Wojna nigdy nie była tak piękna.

Etap 5: na grajka do kotleta

A gdy już stwierdzimy, że nasze struny głosowe przyzwyczaiły się do mszalnej intonacji, możemy zmienić to po prostu na śpiewanie. Wyobraź sobie, że jesteś w eleganckiej restauracji, gdzie stolik rezerwować trzeba pół roku wcześniej. Ty jednak nie zajadasz się dziś pysznymi daniami, a umilasz czas gościom swoim śpiewem. W tle przygrywa pianino, saksofon i perkusja. Ludzie i tak nie zwracają uwagi na to, co śpiewasz. Czemu więc nie zanucić jazzowej ballady o prawie rzymskim? Może jakaś szycha jednak zwróci uwagę na Ciebie i przyjmie Cię do swej kancelarii, kto wie?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Smakołyki z Ameryki #1 - edukacja

Strasznie zdziwiłem się ostatnio, gdy uświadomiłem sobie, że tak mało na blogu do tej pory pisałem o swoich studiach. A przecież są one od prawie roku cholernie istotną częścią mojej ziemskiej egzystencji. Co ciekawe, w tym samym czasie dostałem naprawdę sporo zapytań od Czytelników (co jeszcze ciekawsze - w większości Czytelniczek!) na temat tej całej amerykanistyki.

Postanowiłem więc wprowadzić tutaj choć trochę powiewu wprost z mej uczelni. Zainspirowała mnie do tego szczególnie zbliżająca się sesja, która już teraz oznacza multum godzin spędzonych przed amerykanistycznymi tekstami. W nich bowiem, poza tymi nudnymi, przytłaczającymi studenta informacjami, pojawia się również multum naprawdę intrygujących ciekawostek na temat całej Ameryki. Najlepszymi wycinkami postanowiłem więc dzielić się z Wami w wolnej chwili. Dzięki tym kilku ciekawostkom na pewno zaimponujesz nowo poznanej dziewczynie/nowo poznanemu chłopakowi i zabłyśniesz swoją wiedzą nawet wśród największych klasowych kujonów!

Każdy post z tej serii zawierał będzie pięć takich różnorodnych, popierdółkowatych informacji. Jeśli dobrze pójdzie - będę starał się utrzymywać każdy wpis w innej, konkretnej tematyce. Na pierwszy raz coś, co wciąż w jakiś sposób dotyczy zdecydowanej większości Czytelników tegoż bloga - edukacja!

Ciekawostka #1

W Stanach Zjednoczonych w wieku XIX doszło do znaczących zmian na uczelniach. Porzucono angielski system nauczania i postawiono wreszcie na naukę nie tylko suchej teorii, ale i bardziej przydatnej praktyki. Niektóre ówczesne kierunki wielu z nas mogłoby jednak dziś uznać za przesadę. Ktoś chciałby studiować prace ręczne, garncarstwo albo gotowanie? Zbudujcie wehikuł czasu i przenieście się do XIX-wiecznej Ameryki!

Ciekawostka #2

Trochę podobna sytuacja miała również miejsce po drugiej wojnie światowej. Wówczas to weterani wojenni otrzymali zagwarantowane liczne pożyczki i stypendia na studiowanie. Część z nich zależało jednak na uzyskaniu wykształcenia, które istotnie im się przyda w przyszłej pracy. I tak, dla przykładu, studenci-weterani z Harvardu domagali się wówczas wprowadzenia do ich programów nauczania kursów... hydrauliki.

Ciekawostka #3

Niezależnie, czy mówimy o uczelni publicznej, czy też o uczelni prywatnej - w Stanach za studiowanie zapłacić trzeba. Jakich cen należy się spodziewać, gdyby komuś zachciało się wyjechać na naukę do USA? Różnorodność ofert jest ogromna. Jedną z najtańszych uczelni jest na przykład Berea College, gdzie za rok nauki zapłacić należy raptem cztery tysiące dolarów. Najgorzej mają studenci medycyny, bo ich studia są najdroższe - cena za rok potrafi dojść nawet do stu tysięcy martwych prezydentów (sic!).

Ciekawostka #4

Są jednak w Stanach uczelnie mniej typowe, na których studiować można teoretycznie za darmo. Jakim cudem? Część z nich za naukę życzy sobie bowiem nie pieniędzy, a pracy studentów, która ma być swoistą zapłatą. Dla przykładu, w Alice Lloyd College uczniowie muszą przepracować tygodniowo od dziesięciu do dwudziestu godzin. Brzmi całkiem okej, prawda?

Ciekawostka #5

W roku 2006 w Chile (tak, tak - nie uczymy się na studiach tylko o USA!) doszło do masowych protestów studenckich, które powszechnie nazywano "Rewoltą Pingwinów". Skąd taka nazwa? Mi pierwsze do głowy przyszły zakonnice. Myliłem się jednak! Nazwa odnosi się bowiem do dwóch rzeczy: mundurków szkolnych przypominających ciało pingiwna oraz... filmu "Marsz pingwinów" z roku 2005.

PS. Podziękowania za totalnie idiotyczną (ale i cudowną w swej głupocie!) nazwę tej serii kieruję do Anety. Pozdrawiam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com