Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o rety internety. Pokaż wszystkie posty

Własność 2.0 - mieć wszystko i nie mieć nic


Od jakichś dziesięciu lat kolekcjonuję gry wideo. Kiedyś kupowałem ich zdecydowanie więcej, dziś mam o wiele mniej czasu na ślęczenie przed telewizorem. Podczas przeprowadzki do Krakowa moja głupota nakazała mi wziąć ze swój cały growy dorobek życia, wioząc w kartonach coś koło dwóch setek gier.

Lubię mieć gry. Nie lubię się z nimi rozstawać, nie lubię sprzedawać, wymieniać, cokolwiek. Chce móc mieć możliwość wrócenia do nich kiedyś, choć całkiem możliwe, że w przypadku większości tytułów nigdy to nie nastąpi. Ostatnio jednak coś sobie uświadomiłem - chcę gier, ale już niekoniecznie pragnę płyt i pudełek z nimi.

Początkowo dość niepewnie podchodziłem do cyfrowej dystrybucji. Nie mogłem dotknąć fizycznej wersji gry, sam program wgrany na konsoli był dla mnie rzeczą wyjątkowo ulotną. W pewnym momencie zacząłem się jednak do tego przekonywać, bowiem najlepsze promocje na gry trafiały się właśnie w cyfrowej dystrybucji. 

Taki totalny przełom nastąpił jednak u mnie dopiero niedawno. Szukałem "Wiedźmina 3" na Xbox One w okolicach premiery. Nie było go praktycznie nigdzie. Empiki, Media Markty, Saturny - półki były puste. A ja chciałem w to cholerstwo wreszcie zagrać. Zwróciłem się więc do cyfrowej dystrybucji. Ale nie jakichś kodów z Allegro, które pozwalały na dorwanie gry trochę taniej, choć tak naprawdę nie do końca legalnie. Wszedłem na Xbox Live i kupiłem "Wiedźmina". Za dyszkę mniej niż wersja pudełkowa. I jestem z tego cholernie szczęśliwy.

Zero wkładania i wyciągania płyty po każdej rozgrywce. Zero kurzu zbierającego się na pudełku. Zero dokładania kolejnej cegiełki do rzeczy, które wkrótce będę musiał przetransportować do innego mieszkania. Mam tę grę - a jednocześnie jej nie mam.

Tak samo było z książkami. Coraz rzadziej zdarza mi się kupować cokolwiek w wersji papierowej. Robię wyjątki naprawdę rzadko, ostatnio np. dla "Pieśni Lodu i Ognia", którą chciałem mieć na półce. Poza tym - biorę na Kindle'a wszystko co się da. Jeśli mam wybór między wersją fizyczną a cyfrową - wybieram praktycznie zawszę tą drugą. 

Dlaczego? Bo czytnik jest wygodniejszy, poręczniejszy, lżejszy. Bo nie kurzy się jak tona ksiąg na półkach i tysiącstronicowa książka nie zajmuje w wersji cyfrowej pół torby. Bo Kindle pomieści w sobie więcej książek niż niejedna półka. I dlatego przy ostatniej przeprowadzce jakieś 95% swoich książek papierowych, które miałem w Krakowie, odesłałem do rodzinnego domu. Podobnie zrobiłem ze sporą rzeszą gier.

Wreszcie - muzyka. Jeszcze niedawno postanowiłem: "chcę zacząć składanie własnej kolekcji płyt". Dziś kupuję tak naprawdę 2-3 krążki w wersji fizycznej na pół roku. Mam Spotify z dostępem do zdecydowanej większości muzyki, jakiej potrzebuję. Zero przegrywania krążków na komputer, a potem na telefon. Po prostu odpalam aplikację, gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek urządzeniu. I już - mam całą potrzebną muzykę.

Kiedyś byłem przeciwny cyfryzacji wszystkiego, przenoszeniu się mediów do internetu. Chciałem dalej móc dotykać książek, gazet, książeczek od gier i płyt muzycznych. Dziś tego nie potrzebuję. Jeśli Wam zależy - kupujcie fizyczne wersje, nie przeszkadza mi ich istnienie. Ale ja już teraz czuję, że nie potrzebuję każdego produktu kupować jako osobnego "czegoś". Mam telefon, tablet, komputer, czytnik i konsolę. Pięć urządzeń, na których mogę trzymać całą bibliotekę, cały sklep z grami, całą muzykę świata.

Ba, nie potrzebuję nawet tych rzeczy mieć na swoich urządzeniach. Wystarczy, że będę miał do nich nielimitowany dostęp. Chmura - oto kolejna era cyfryzacji wszystkiego co się da. I do tego właśnie zmierzamy - do wygody i minimalizmu. I mi, pełnemu doświadczeń w kwestii tego, jak fizyczne rzeczy potrafią w życiu zawadzać, to wszystko się jak najbardziej podoba.

Najgłupszy protest w historii


Nie każdy wie (ba, wręcz stosunkowo mało osób wie), że saga "Star Wars" to nie tylko główne filmy. To także komiksy, gry, filmowe spin-offy, wreszcie - także książki. Powieści dla tych młodszych i tych starszych, których liczbę można liczyć w setkach. Rozwijały one filmową historię, opowiadając o wydarzeniach z dalekiej przeszłości galaktyki (nawet czasów przed Starą Republiką), aż po przyszłość, sięgającą kilkudziesięciu lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi".

Stanowiły one kanoniczną historię, nazywaną "Expanded Universe". To za ich pomocą mogliśmy poznawać przyszłość Luke'a, Hana i Lei, ich dzieci oraz nowych Rycerzy Jedi. A przynajmniej tak było do czasu. Bo pewnego dnia całe książkowo-komiksowe uniwersum zmieniono w "Legendy".

Gdy marka "Star Wars" przeszła do Disneya, uznano, że Expanded Universe przesadnie ogranicza to, co scenarzyści mogą przygotować na potrzeby nowej części sagi. Powiem szczerze - według mnie jest w tym trochę racji. Oczywiście, po ogłoszeniu, że dotychczasowy kanon jest już teraz wyłącznie "Legendami", byłem trochę sfrustrowany, ale ostatecznie złość mi przeszła. Zaakceptowałem to, że nadchodzi nowe - w tym nowy książkowy kanon.

Są jednak ludzie, których porzucenie historii takich postaci, jak Mara Jade czy dzieci Lei i Hana Solo, przyprawia po dziś dzień o zgrzytanie zębami. Postanowili więc oni wyrazić swoją frustrację przy okazji premiery nowej, dla nich niekanonicznej i fałszywej, części "Star Wars". Tak powstał pomysł na najgłupszy protest w historii.*

Grupka najwierniejszych, fanatycznych fanów Expanded Universe zaplanowała plan równie nikczemny co ten Palpatine'a. Postanowili bowiem, że w ramach swojego protestu będą spoilerowali fabułę "Przebudzenia mocy" wszędzie, gdzie się da. Oto głupota najwyższych lotów.

Nienawidzę strajków, protestów, które trafiają w "zwykłych ludzi", niebędących niczemu w danej sprawie winnymi. Co zmieni niszczenie ludziom przyjemności z bezspoilerowego poznawania "The Force Awakens"? Należy ruszyć do Disneya i jemu pokazać fucka, a nie tym wszystkim biednym widzom. Oczywiście - to też by pewnie niewiele zmieniło, ale sens tego jest mimo wszystko o wiele większy.

Zresztą - co należy zaznaczyć - nowe "Star Wars" zdają się w jakimś stopniu czerpać z dorobku Expanded Universe. Podobieństwa dostrzega każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie lub zwyczajnie trochę pogoogluje. A nowy książkowy kanon może ostatecznie stać na jeszcze wyższym poziomie niż bardzo nierówne Expanded Universe. Niech "Tarkin", którego moją recenzję przeczytacie TUTAJ, będzie tego przykładem.

* Oczywiście wyolbrzymiam.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Daję łapkę w dół


Rozgorzała jakiś czas temu w sieci spora dyskusja na temat planów wprowadzenia na Facebooku łapki w dół. Wcześniej, od czasu do czasu, temat ten podnosili sami użytkownicy portalu, jednak mało kto tak naprawdę brał ten postulat na poważnie. Mimo tego, Mark Zuckerberg dał zielone światło dla nowego/starego pomysłu i zapowiedział wprowadzenie funkcji łapki w dół na FB.

Mi to na tę chwilę niezbyt się podoba. Zaburzy to, moim zdaniem, dotychczasowy system i funkcjonalność Facebooka, psując w nim parę rzeczy. Prawda jest jednak taka, że całkiem możliwe, iż ludziom odpowiedzialnym za ten element uda się go całkiem sensownie wprowadzić w życie i chociaż początkowo wszyscy będziemy go hejtować, ostatecznie się do niego przyzwyczaimy. Podobnie było przecież z większością innych dotychczasowych zmian na FB.

Samą koncepcję facebookowego "unlike'a" na razie więc krytykuję, chociaż - jak mi się wydaje - z trochę innych powodów niż spora część ludzi. Wielu jest bowiem takich, którzy zwyczajnie są przeciwni jakimkolwiek oznakom negatywnej oceny contentu w internecie. Bądźmy pozytywni, nie krytykujmy innych, i tak dalej. A ja się i z tą koncepcją nie zgadzam.

Sam bowiem daję łapkę w dół w internecie. Najczęściej zdarza mi się to robić na YouTube. Czy jestem smutnym człowiek, który musi się wyżyć na twórczości innych? Otóż nie. Chodzi o coś zupełnie innego.

Daję łapkę w dół tym filmikom, których - według mnie - na YouTube nie powinno być. Nie, nie minusuję każdego wideo, jakie mi się nie spodoba, bo nie o to tu chodzi. Rozumiem, że można mieć inne poglądy i że można lubić coś innego niż ja. Chodzi o to, że są pewne materiały, które zwyczajnie psują ogólną jakość contentu w internecie, ciągnąc za sobą całą masę tego typu kiepskiego wideo.

Staram się też niektórym twórcom większej ilości materiałów dawać znać, że nie powinni iść tą drogą. Gdy lubiany przeze mnie muzyk wypuszcza kawałek, który mi się nie podoba tak mocno, iż odbiega on bardzo jakościowo od wcześniejszych tracków - daję mu łapkę w dół. By powiedzieć: "słuchaj, to ci nie wyszło". Podobnie jest np. z młodymi raperami, którzy wrzucają do sieci swoje początkowe prace. Uważam, że lepiej dać im minusa, żeby zrozumieli, iż na razie im coś nie wychodzi niż sztucznie przybijać im piątkę.

Wiele osób powiedziałoby: "Czy nie lepiej po prostu przejść obok słabego contentu obojętnie? Czy nie lepiej, zamiast minusować, po prostu nie robić nic i wyłączyć dany filmik?". Według mnie - nie. Przejściem obojętnie obok czegoś, często w bardzo mały sposób wpływamy na to, jak wygląda rzeczywistość wokół. Jeśli chcemy ją kreować, musimy wyrażać opinie, zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Inaczej stajemy się wyłącznie biernymi obserwatorami, którzy wpychają w siebie każde, nawet najgorsze jedzenie, jakie im się poda. Przestajemy mieć wpływ na to, co chcemy dostać na talerzu od świata.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Rae Sremmurd x Polska - tydzień po


Chyba już każdy zna historię dwóch nastolatek, które zakręciły się po warszawskim koncercie Rae Sremmurd wokół autobusu zespołu, a potem - jak same mówią - sprawiły sobie z nimi niezłą orgię. Nie chciałem o tym pisać, bo temat jest raczej wyłącznie do pośmiania się, a wszystko, co można z niego wycisnąć przemyśli sobie w głowie nawet najmniej kumaty człowiek. Dlaczego więc ostatecznie postanowiłem wziąć ten temat na tapetę?

Bo okazuje się, że są jednak ludzie, którzy próbują tych dziewczyn bronić. Chociaż okej - może nie tak wprost bronić, co standardowo wytykać ludziom internetu, iż są największymi możliwymi hejterami. Bo z ich komentarzy sączy się jad, bo obrażają biedne dziewczynki, bo śmieją się z nich wszędzie gdzie się da. I w tej sytuacji chciałbym powiedzieć jedno: STOP.

Stop wtykaniu kija z napisem "PRZESTAŃCIE SIAĆ NIENAWIŚĆ!" wszędzie gdzie się da. Bo inaczej dochodzimy do takich sytuacji jak ta.

Nastolatki dały dupy raperom zza Oceanu. Że mało poprawnie politycznie to napisałem? Mam to gdzieś. Tak bowiem było naprawdę - laski ślęczały pod autobusem kolesi tylko po to, by dać im się przelecieć. Głupota, zwykła biologia, selekcja naturalna - nazwijcie to jak chcecie. Nie o to w tym temacie nawet chodzi. Bo gdybyśmy mieli samo danie dupy krytykować, to seks musiałby zostać zdelegalizowany.

Problem tkwi w jednym: dziewczynki zaczęły się tym chwalić w internecie. Ups, przepraszam - teraz się mówi: "zaczęły zdobywać fejm" albo wręcz "zaczęły fejmić". I jeśli ktokolwiek w tym momencie zaczyna ich bronić, zrzucając na temat swoje standardowe "PRZESTAŃ NIENAWIDZIĆ", to jest zwyczajnym idiotą.

Dlaczego? Bo daje zielone światło ludziom, że to jest spoko. Że zdobywanie fejmu na dawaniu dupy jest okej. Że jak staniesz się gwiazdą internetu po tym, jak zaserwujesz swoje ciało czarnym raperom i się tym pochwalisz w sieci, to wszystko jest w porządku. Że jesteś fajna, cool, whatever. Dajesz zielone światło głupocie i coraz większemu schodzeniu świata na psy. Brawo. Mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny.

Czy trzeba walczyć z hejtem w internecie? Oczywiście. Bo dopóki potrafi on doprowadzić ludzi do popełnienia samobójstwa, to coś jest nie w porządku. Ale nie możemy też przesadzać. Nie możemy przechodzić obojętnie obok głupoty, głaskać ją i mówić "wszystko będzie w porządku". Tak samo jak nie możemy przyklaskiwać dziecku bijącemu innych na przerwach. 

Trzeba wychowywać, edukować, tępić głupie i nieodpowiedzialne zachowanie. Tępić dawanie tak złych przykładów innym dzieciakom. Zanim obudzimy się w świecie, gdy Twoja córka będzie chciała zdobyć "fejm" przez dawanie dupy innym. Bo taki miała autorytet z internetu.

Przestańmy chronić głupotę. Po prostu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Najlepszy program na polskim YouTubie


Po prawie 150 dniach mogę wreszcie spokojnie odejść od YouTube'a. Odstawić go na chwilę na bok i nie sprawdzać swoich subskrypcji. Dlaczego? Bo właśnie wstrzymany został jedyny regularny program, jaki w ciągu ostatniego pół roku oglądałem na YT. I szczerze mówiąc - cieszę się z tego.

Długo zastanawiałem się, kiedy napiszę na blogu o TheUwagaPies, projekcie Krzysztofa Gonciarza i Kasi, Polko-Amerykanki czy też Amerykanko-Polki - zależy, jak na to spojrzeć. Jedynym projekcie, jaki śledziłem na YouTube, który w dużej mierze konkurował w moim wolnym czasie z hitowymi amerykańskimi serialami. Ostatnio było wręcz moim codziennym rytuałem zrobienie sobie o 7 rano śniadania i zjedzenie go przy akompaniamencie TheUwagePies na ekranie laptopa. Tak - oto mój program idealny.


Anglojęzyczne show ma wszystko to, co uwielbiam, myśląc o YouTube. Są podróże, jest egzotyczne jedzenie, charakterystyczni, pozytywni prowadzący. No i wreszcie - wszystko ujęte w zgrabne, kilkuminutowe filmiki, zamiast rozciągających się na godzinowe materiały telenowel. Jeśli dodać do tego wyjątkowo ładne obrazki i montaż całości, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy chyba do czynienia z najlepszym programem, jaki wyszedł spod ręki polskiego YouTubera.

Jedną z najbardziej przykuwających do ekranu rzeczy w TheUwagaPies jest chyba jednak to, jak bardzo przypomina on serial właśnie. Poza głównymi bohaterami są tu postaci dodatkowe, które wracają co pewien czas na ekran, niejednokrotnie powodując na twarzy uśmiech (#TeamGamma <3). Każda z nich ma inny charakter, inne podejście do ujawniania się przed kamerą. Ba - są tu nawet równie charakterystyczne miejscówki, które po pewnym czasie widz już dobrze zapamiętuje i kojarzy.


TheUwagaPies przetrwało jako codzienny vlog tak długo jeszcze dzięki jednej rzeczy - różnorodności. Kasia i Krzysiek dobrze wiedzieli, kiedy program zaczynał popadać w lekką stagnację, przełamując monotonię ciekawymi podróżami. Czasem w dalsze tereny Japonii (bo to tam, w szczególności zaś w Tokio, dzieje się akcja programu), raz do Korei, raz natomiast do... Polski. W paru ostatnich odcinkach, gdy wreszcie, po dość długim czasie, dwójka głównych bohaterów ponownie spotkała się w Tokio, również nastąpiła oryginalna zmiana, przejawiająca się w zupełnie nowym sposobie opowiadania historii w programie. Teraz to była wspólna podróż dwójki ludzi przez Tokio - ciągła, bez przestojów, z nawet najbardziej trywialnymi miejscówkami przeskakującymi w przyjemny sposób.

Tak można by pociągnąć jeszcze ten vlogowy dziennik przez jakiś czas. "UwagaPiesy" postanowiły jednak wstrzymać projekt. Nie całkowicie go porzucając, bo zostawiając nas z obietnicą tworzenia filmików co kilka dni.


Po pierwsze - nie dziwie im się ani trochę. Już codzienne blogowanie potrafi zmęczyć, nie wyobrażam sobie więc, jak o wiele więcej pracy trzeba włożyć w tak wielki i skomplikowany projekt vlogowy. Na dłuższą metę trzeba to sobie odpuścić - nie tylko ze względu na siebie, ale i ze względu na widzów, którzy wreszcie odczują zmęczenie formatem ujawniające się u prowadzących.

Po drugie - cieszę się z tego chwilowego zakończenia projektu. Niekoniecznie dlatego, że będę miał trochę więcej czasu na amerykańskie seriale. Po prostu dobrze pamiętam jak dla mnie, widza, przytłaczające było śledzenie przez dłuższy czas do niedawna popularnego programu Lekko Stronniczy. Włodek Markowicz i Karol Paciorek dobili tam do tysiąca odcinków, ukazujących się od poniedziałku do piątku. Według mnie - to zdecydowanie za dużo. Gratuluję tym, którzy obejrzeli wszystkie epizody - ja dla własnego dobra bym tego nie zrobił. Choćby dlatego, by mi się ten program ostatecznie nie obrzydził.


143 odcinki - "The End of an Era". Koniec dobrej ery, koniec dokonany w dobrym czasie. Dla mnie - najlepszy projekt na polskim YouTubie (choć program jest po angielsku, chyba takiego określenia mogę ciągle używać). Rozrywkowy, owszem, ale nie głupkowaty i niekoniecznie komediowy. Po prostu fajny. Wystarczająco, by w moim przypadku konkurować z chęcią oglądania wysokobudżetowych seriali. A to coś chyba znaczy.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Jak rozsądnie kupować w sieci?


Przed zakupieniem jakiejś książki, zwykle czytam najpierw jej recenzje w sieci. Polscy fani literatury szczególnie upodobali sobie serwis LubimyCzytać.pl, którego użytkownicy często w ilościach wręcz hurtowych dostarczają swoich opinii na temat konkretnych pozycji. I choć sam nie jestem aktywnym userem tej strony, zaglądam na nią bardzo często. 

W przypadku książek niepolskich, sprawdzam również podobne serwisy zagraniczne. Sporo o danej pozycji mówi na przykład jego ocena na Amazonie, a także sama liczba oddanych nań głosów. Amerykańskim odpowiednikiem naszego Lubimy Czytać jest natomiast np. serwis GoodReads, powstały już na przełomie lat 2006/2007. Co ciekawe - GR od pewnego czasu jest własnością Amazonu.

Ja jednak w przypadku takich serwisów mam trochę inne podejście niż - jak mi się wydaje - większość internautów. Gdy bowiem sporo osób skupia się na czytaniu pozytywnych recenzji i wyciąganiu jak największej ilości pozytywów, które mogłyby zachęcić ich do kupienia danej pozycji - ja patrzę najpierw na opinie negatywne. Te mieszające dany tytuł z błotem, te wytykające każdy, nawet najmniejszy błąd, te niewspominające w ogóle o atutach.

Źródło: Flickr.com
Dlaczego? Bo wychodzę z założenia, że większość (a na pewno spora część) recenzji w takich serwisach pisana jest przez ludzi o kiepskim, niewykształconym jeszcze guście. Wiem, brzmi to dziwnie, jakbym robił z siebie nie wiem jakiego eksperta, ale taka jest prawda. Te teksty piszą w dużej mierze dziewczyny zachwycające się kiepskimi romansami i Coelho na równi z Dostojewskim czy Czechowem. To ludzie przyjmujący dosłownie wszystko z równie mocno wywieszonym jęzorem. Nawet, jeśli nie bywa to zawsze gust totalnie kiepski - na pewno jest mu daleko do mojego.

Recenzje negatywne oczywiście także nie zawsze są tworami przemądrych literaturoznawców. Ale z nich da się wyciągnąć więcej. Optymistyczne teksty powiedzą ci jedynie, że książka jest super, bohaterowie są fajni, a wszystko wciąga, że hej ho. Ze sprawdzonymi recenzentami i blogerami się to sprawdza, pewnie. Ale opinia anonimowego człeka z internetu już mnie tak optymistycznie nie nastraja.

Jeśli w dziesięciu negatywnych recenzjach pojawi się opinia, że bohaterowie są kiepsko wykreowani - coś musi być na rzeczy. Jeśli treść taka pojawi się tylko w jednym tekście - prawdopodobnie można to zlać. Chodzi jednak zasadniczo o to, że w odmęcie recenzji negatywnych zdecydowanie łatwiej znaleźć konkrety, zarzuty wyjaśnione i dokładnie zaznaczone.


I to wtedy od nas samych zależy, czy dane wady uznamy za wystarczające. Podam Wam przykład z życia wzięty. Odkryłem swego czasu anglojęzyczną książkę "Saving Darwin: How to Be a Christian and Believe in Evolution" (pisałem o niej TUTAJ). By przekonać się, czy warto ją kupić, zajrzałem najpierw do recenzji negatywnych. Jaki był najczęściej podawany w nich zarzut? Że podtytuł tej pozycji jest mylący, bo tak naprawdę o godzeniu chrześcijaństwa z ewolucjonizmem jest tam bardzo mało, a większość treści w książce to po prostu historia darwinowskiej teorii. Ja - w przeciwieństwie do recenzentów - uznałem to akurat za plus, dlatego z braku innych istotnych minusów, postanowiłem książkę kupić.

Dlatego też zachęcam Was - zaglądajcie do recenzji negatywnych. Ich prawie zawsze jest mniej, ale zwykle naprawdę zawierają więcej konkretów i porządnych argumentów. Gdybyśmy mieli zawsze ufać tłumowi, prawdopodobnie wszyscy skończylibyśmy z "Pięćdziesięcioma twarzami Greya" albo innym literackim pornosem w rękach.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Jak media próbują kierować naszym myśleniem?


Gdybym zobaczył taki tytuł wpisu gdziekolwiek indziej, prawdopodobnie omijałbym ten tekst z daleka. Bo mi się to strasznie kojarzy z tymi grupami radykałów, krzyczącymi "WSZYSTKIE MEDIA KŁAMIĄ!". Mnie to śmieszy i odrzuca zarazem. Dlaczego więc nazwałem swój post tak, jak widzicie?

Zacznijmy od początku. W ostatnią niedzielę umieściłem na blogu post o oskarżeniach o promowanie satanizmu, kierowanych w stronę krakowskiego festiwalu Unsound (CZYTAJ). Cała sytuacja jest trochę absurdalna, tym bardziej, że stoi za nią w dużej mierze jeden człowiek - bloger. Dziś , w pewnym sensie, stanę po jego stronie.

Nie, nie zmieniłem swojego zdania. Dalej uważam, że jego oskarżenia są co najwyżej zabawne i niesamowicie przykro mi, iż przez jedną osobę problemy miała tak świetna inicjatywa jak Unsound. W każdej sprawie staram się jednak patrzeć obiektywnie, a nie przez pryzmat tego, czy kogoś lubię, czy też nie. Dlatego też strasznie wkurzające było dla mnie, jak całą sprawę opisała "Gazeta Wyborcza" (KLIK).

Zasadniczo - większość rzeczy opisana jest tam normalnie, bez większych zastrzeżeń z mojej strony. Uwagę mam praktycznie wyłącznie jedną. Już na samym początku autor artykułu pisze bowiem: "Po oskarżeniach mało znanego blogera, że jeden z zespołów zaproszonych do Krakowa na festiwal Unsound to sataniści, krakowska kuria zakazała koncertów w kościołach".

Źródło: Gratisography.com
"Mało znany bloger" to bardzo niefortunne określenie. Od razu daje ono bowiem znać niewprawionemu czytelnikowi, że ma do czynienia z kimś błahym, mało znaczącym, niewartym naszej uwagi. Już na samym początku tekstu autor próbuje narzucić nam wartość, jaką powinniśmy przypisać danej osobie. A przecież to my sami powinniśmy decydować, co o kimś sądzimy, a nie opierać się na odczuciach dziennikarza!

Co ciekawe, tekst ten został zmieniony. Gdy piszę te słowa, na stronie "Gazety" widnieje początek: "Po błędnych oskarżeniach prawicowego blogera...". Oczywiście, to również jest w jakiś sposób określenie negatywnie wartościujące - w oczach czytelnika "Wyborczej" może nawet bardziej niż "mało znany". Kombinacja "błędne oskarżenia" i "prawicowego" stawia od razu bohatera tekstu w szeregu z głupkami oraz krzykaczami.

I nawet, jeśli w jakimś stopniu rzeczywiście tak jest, to nie podoba mi się to, że pod płachtą obiektywnego tekstu wrzuca się coś próbującego wmówić czytelnikowi, jak ma myśleć. To jest złe - niezależnie od tego, o kim piszemy.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Prawo Poego, czyli pierwsza zasada internetów


Prawdopodobnie najsłynniejszą copypastą, czyli zabawnym (w założeniu) tekstem, kopiowanym i wklejanym w wielu miejscach internetu, jest ten oto legendarny wręcz wpis:

no i ja się pytam człowieku dumny ty jesteś z siebie zdajesz sobie sprawę z tego co robisz?masz ty wogóle rozum i godnośc człowieka?ja nie wiem ale żałosny typek z ciebie ,chyba nie pomyślałes nawet co robisz i kogo obrażasz ,możesz sobie obrażac tych co na to zasłużyli sobie ale nie naszego papieża polaka naszego rodaka wielką osobę ,i tak wyjątkowa i ważną bo to nie jest ktoś tam taki sobie że możesz go sobie wyśmiać bo tak ci się podoba nie wiem w jakiej ty się wychowałes rodzinie ale chyba ty nie wiem nie rozumiesz co to jest wiara .jeśli myslisz że jestes wspaniały to jestes zwykłym czubkiem którego ktoś nie odizolował jeszcze od społeczeństwa ,nie wiem co w tym jest takie śmieszne ale czepcie się stalina albo hitlera albo innych zwyrodnialców a nie czepiacie się takiej świętej osoby jak papież jan paweł 2 .jak można wogóle publicznie zamieszczac takie zdięcia na forach internetowych?ja się pytam kto powinien za to odpowiedziec bo chyba widac że do koscioła nie chodzi jak jestes nie wiem ateistą albo wierzysz w jakies sekty czy wogóle jestes może ty sługą szatana a nie będziesz z papieża robił takiego ,to ty chyba jestes jakis nie wiem co sie jarasz pomiotami szatana .wez pomyśl sobie ile papież zrobił ,on był kimś a ty kim jestes żeby z niego sobie robić kpiny co? kto dał ci prawo obrażac wogóle papieża naszego ?pomyślałes wogóle nad tym że to nie jest osoba taka sobie że ją wyśmieje i mnie będa wszyscy chwalic? wez dziecko naprawdę jestes jakis psycholek bo w przeciwieństwie do ciebie to papież jest autorytetem dla mnie a ty to nie wiem czyim możesz być autorytetem chyba takich samych jakiś głupków jak ty którzy nie wiedza co to kosciół i religia ,widac że się nie modlisz i nie chodzisz na religie do szkoły ,widac nie szanujesz religii to nie wiem jak chcesz to sobie wez swoje zdięcie wstaw ciekawe czy byś sie odważył .naprawdę wezta się dzieci zastanówcie co wy roicie bo nie macie widac pojęcia o tym kim był papież jan paweł2 jak nie jestescie w pełni rozwinięte umysłowo to się nie zabierajcie za taką osobę jak ojciec swięty bo to świadczy o tym że nie macie chyba w domu krzyża ani jednego obraza świętego nie chodzi tutaj o kosciół mnie ale wogóle ogólnie o zasady wiary żeby mieć jakąs godnosc bo papież nikogo nie obrażał a ty za co go obrażasz co? no powiedz za co obrażasz taką osobę jak ojciec święty ?brak mnie słów ale jakbyś miał pojęcie chociaz i sięgnął po pismo święte i poczytał sobie to może byś się odmienił .nie wiem idz do kościoła bo widac już dawno szatan jest w tobie człowieku ,nie lubisz kościoła to chociaż siedz cicho i nie obrażaj innych ludzi .

Jeśli kiedykolwiek widziałeś wcześniej widziałeś go w sieci, teraz prawdopodobnie po pierwszych paru słowach wiedziałeś już, co czeka Cię dalej i z sadystycznym uśmiechem na twarzy przeszedłeś do czytania dalszej części moich wywodów. Jeśli jednak jakimś cudem stykasz się z tym tekstem po raz pierwszy - możesz być w pewnym sensie zdezorientowany. Bo o co tu chodzi? Czy ktoś robi sobie jaja, czy to wszystko jest na poważnie?

Źródło: Flickr.com
Na własne potrzeby skonstruowałem kiedyś swoistą "pierwszą zasadę internetu". Brzmi ona: "Zawsze znajdzie się ktoś, kto weźmie na poważnie pastę o papieżu". Prawdopodobnie nigdy nie będzie 100% ludzi, rozumiejących, że w tym przypadku chodzi wyłącznie o żart. Zawsze znajdą się oburzeni, zniesmaczeni i odpowiadający na "no i ja się pytam człowieku..." śmiertelnie poważnie.

Nie sądziłem bynajmniej, że jestem jedyną osobą, która wpadła na stworzenie tego typu "pierwszej zasady internetów". Nie spodziewałem się jednak również, iż jest jakieś szeroko rozpowszechnione "naukowe" prawo, mówiące o wszelkiego rodzaju trollowaniu w sieci. A - jak się ostatnio dowiedziałem - takie coś naprawdę istnieje.

"Prawo Poego" nie ma (nie)stety nic wspólnego ze słynnym pisarzem, Edgarem Allanem Poe. Mniej więcej dziesięć lat temu, w roku 2005, niejaki Nathan Poe uczestniczył w internetowej debacie na chrześcijańskim forum, gdzie toczyła się zażarta dyskusja na temat konfliktu postaw ewolucjonistycznych i kreacjonistycznych (więcej na ten temat pisałem TUTAJ). W pewnym momencie, nasz bohater użył sformułowania, które na stałe zapisało się na wirtualnych kartach, a w luźnym przekładzie na polski brzmi mniej więcej:

Bez użycia emotikony ";)" lub innego ewidentnego zobrazowania humoru, nie można stworzyć tekstowej parodii chrześcijańskiego fundamentalizmu, której ktoś nie uznałby za rzecz pisaną jak najbardziej na serio.

Źródło: Flickr.com
Cytat ten dość szybko przemienił się w zasadę, która wychodziła daleko poza kłótnie światka amerykańskich chrześcijan, obejmując wszelkie rodzaje trollingu i parodiowania postaw ekstremistycznych w sieci. Oczywiście, należałoby ją uogólnić jeszcze bardziej, bo myślę, że nawet po użyciu ";)" wiele osób mogłoby wziąć część tekstów za pisane jak najbardziej na serio. Warto jednak wspomnieć, że Prawo Poego nie jest pierwszą tego typu próbą wskazania problemu z zaznaczaniem ironii w sieci. Jeszcze w latach osiemdziesiątych, w poradniku korzystania z usenetu (czyli swoistego protoplasty for dyskusyjnych), pojawiło się sformułowanie:

Komunikacja bez modulacji głosu i mowy ciała może być myląca. Uśmiech ":-)" jest powszechnie uznawany w sieci za symbol mówiący: "tylko żartuję!". Jeśli umieścisz jakąś satyryczną treść bez tego znaku, nie zdziw się, jeśli wiele osób weźmie ją na serio - nawet, jeśli Tobie wyda się ona w oczywisty sposób humorystyczna. 

Ponownie i tu należy jednak odciąć kwestię dodawania emotikony. Pozostaje więc po prostu jedno, bardzo istotne sformułowanie, które można by wyryć nad bramą internetu niczym kultowe "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie" nad bramą dantejskiego Piekła: 

Nie zdziw się, jeśli wiele osób w sieci weźmie Twój parodiujący tekst na serio - nawet, jeśli Tobie wyda się on w oczywisty sposób humorystyczny.

I z tym przesłaniem zapisanym mocno w pamięci, możecie już spokojnie wrócić do dalszego surfowania po sieci i trollowania mniej kumatej części internetu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Jak dostawać książki za darmo?


Na spotkanie kółka książkowego w pobliskiej bibliotece ma przyjść standardowy skład, liczący pięć osób. Anka wydaje całe kieszonkowe od mamy na powieści, Józia od czasu do czasu kupuje do tego nową zakładkę, bo nieustannie je przegryza, stresując się na romansach Nicolasa Sparksa, Janusz jest bibliotekarzem, więc wszystkie nowości ma jako pierwszy (czego reszta mu zazdrości), a na Kubę wszyscy patrzą z przerażeniem i niechęcią, bo czyta EBUKI. I tylko Grażyna się coś spóźnia...

Wbiega nagle uradowana do biblioteki, z paczką pod ręką. Szybko rozrywa kopertę, z której wyskakuje pachnąca świeżością książka. Nieznany tytuł, nieznana autorka, ba! - nawet wydawnictwo jakieś takie nietypowe. Czwórka naszych bohaterów patrzy ze zdziwieniem na Grażynę. Ta wypina do przodu piersi, poprawia okulary (inspirowane tymi Harry'ego Pottera, a jakże) na czubku nosa i wykrzykuje wręcz z dumą: "DOSTAŁAM TO ZA DARMO! DO RECENZJI!".

W tym momencie następuje scena zdziwienia rodem z najbardziej typowego anime. Rozdziawione usta, wielkie oczy i wydobywające się z ust "to nie-nie-niemożliwe!". Wiedzieli, że Grażyna prowadzi bloga o książkach, czytali oczywiście każdy post na nim. Czasem wpisywali nawet jakieś komentarze, żeby przyjaciółce nie było smutno. Teraz jednak wspólna radość zamieniła się w równie wspólną nienawiść - Grażyna dołączyła do legendarnego grona ludzi, którym wysyła się do recenzji książki.

Źródło: Flickr.com
Dla wielu "nieuświadomionych" jest to jedno z najbardziej tajemniczych zagadnień w ludzkości. Jak dostawać książki do recenzji? Czy trzeba pracować w wielkim portalu informacyjnym albo chociaż mieć bloga, którego dziennie odwiedzają setki tysięcy internautów? Czy to prawda, że wydawcy mają do rozdania po dziesięć recenzenckich egzemplarzy każdej powieści? Cóż - magia "książek do recenzji" szybko znika, gdy chociaż na chwilę człowiek staje się członkiem tego "elitarnego światka".

Jeśli zawsze marzyłeś, by dostać książkę do recenzji, sposób na to jest w istocie niezmiernie łatwy. Zakładasz bloga literackiego, piszesz kilka lub kilkanaście recenzji, tworzysz fanpage, a potem zapraszasz do polajkowania go wszystkich swoich znajomych. Im bardziej lubiany jesteś, tym lepszy odzew uzyskasz. Czy trzeba umieć dobrze pisać? Niekoniecznie. Dzisiejsze "blogi literackie" to w dużej mierze kopalnia błędów ortograficznych i interpunkcyjnych, a także okropnego stylu. No i jest jeszcze jedna rzecz, której w blogosferze jest pełno - darmowe książki do recenzji.

Źródło: Flickr.com
Masz bloga miesiąc czy dwa, na koncie kilkanaście recenzji i setkę fanów na Fejsbuku. Czas więc na książki ZA DARMO. Wyszukujesz w Google wszystkie wydawnictwa, jakie tylko uda Ci się znaleźć, po czym wysyłasz do wszystkich jednego i tego samego maila. Piszesz, że jesteś blogerem książkowym i chciałbyś dostawać książki do recenzji. Nie licz na Murakamiego i inne mainstreamowe hity. Ktoś jednak odpisze na pewno. Prawdopodobnie będzie to jedno z cholernie niszowych wydawnictw, które wydają jedynie kiepskie romansidła. Oczywiście - kiepskie, patrząc obiektywnie. Bo i tak w recenzji uznasz je za arcydzieła. W końcu dostałeś te książki ZA DARMO.

Możesz mi nie wierzyć, ale tak to rzeczywiście wygląda. Spokojnie można dostawać za darmo mnóstwo książek,  nawet się przy tym zbytnio nie wysilając. Jeśli nie masz wysokich wymagań, a dodatkowo jesteś kobietą (bo większość tytułów to romanse), to prawdopodobnie będziesz takim obrotem spraw usatysfakcjonowana. Wśród części znajomych może nawet zapewni Ci to jakiś tam prestiż.

W końcu nie każdy dostaje książki do recenzji, prawda? Choć każdy mógłby, gdyby wiedział, że nie jest to wcale takie trudne.

PS Uprzedzając pytania - sam na blogu bodajże dwa albo trzy razy skorzystałem z zasady "recenzja za książkę". Całą resztę tytułów, które opisuję, po prostu kupuję.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Dlaczego lajki są ważne?


Coraz częściej zdarza się, że dostaję wiadomości w rodzaju: "ej, Majk, fajny ten Twój nowy post!". Kiedyś tego typu tekstami rzucali w większości moi znajomi, dziś natomiast w ten miły sposób zaskakują mnie czasem zupełnie obcy ludzie, o których nie wiedziałem nawet, że są Czytelnikami bloga. Sprawdzam jednak fanpage bloga i co się okazuje? Że uznanie dla tekstu dość rzadko równa się lajkiem dla niego na Fejsbuku.

Zapytać możecie: "ale w czym kłopot?". No bo czy naprawdę może mi aż tak zależeć na głupich numerkach na Twarzoksiążce? Czy wierzę w to, że im więcej ma się lajków, tym szybciej święty Piotr przepuści mnie przez niebiańską bramę po śmierci? Nic z tych rzeczy! Fejsbukowe lajki mają o wiele większe znaczenie niż wielu osobom się wydaje.

Po pierwsze - i bardziej logiczne - dają one po prostu pewnego rodzaju znak autorowi. Mówią "hej, podoba mi się to! Keep up the good work!". No bo wiecie - autorzy blogów (czy o czymkolwiek w tej chwili mówimy) nie mają dostępu do Waszych myśli. Wasze mózgi nie wysyłają podświadomie sygnałów do komputerów, tworząc specjalne statystyki tego, co się Wam podoba w internecie. 

Swoje uznanie musicie okazać sami. Niekoniecznie pisząc mi oddzielną wiadomość - wystarczy po prostu lajk. Bo, parafrazując hasło pewnych lubianych czekoladek: "Like - wyraża więcej niż tysiąc słów". I naprawdę jest w tym sporo prawdy.

Źródło: Flickr.com
Ale fejsbukowy kciuk w górę ma także znaczenie bardziej... nazwijmy to: techniczne. Ciągle wiele osób nie wie, że Mark Zuckerberg coraz mocniej przycina zasięgi docierania konkretnych postów do twarzoksiążkowej społeczności. I dlatego też nie jest żadnym zaskoczeniem, że post na fanpage'u liczącym sobie kilka tysięcy fanów, potrafi dotrzeć do raptem setki osób. 

Jak pomóc w dotarciu danemu contentowi do większej ilości ludzi? Najprościej - poprzez kliknięcie magicznego "Lubię to!" pod postem. Jeden taki kciuk w górę puszcza materiał do nawet kilkudziesięciu kolejnych osób. Tym samym im więcej lajków, tym więcej osób w ogóle będzie miało okazję zobaczyć daną rzecz na ekranie monitora.

Ponownie więc - jeśli coś Ci się na Fejsbuku spodoba, kliknij "Lubię to!". Prosta, nic nieznacząca rzecz? Nope. Twój jeden klik może zdziałać naprawdę wiele. Posyła coś przez Ciebie zalajkowane do kolejnych osób, pokazuje im, iż również oni powinni spojrzeć na to swoim umęczonym od głupiego contentu okiem.


Ja już wyrobiłem sobie nawyk, że lajkuję wszystko to, co uznam za wartościowe. I nie chodzi tu tylko o linki do ambitnych tekstów czy długie posty na Fejsbuku. Wystarczy, że rozśmieszy mnie jakiś obrazek, bym kliknął "Lubię to!". Wtedy nie tylko daję znak autorowi, iż podoba mi się to, co wrzuca, ale i posyłam ten materiał dalej, na szerokie wody internetu. Podobnie robię na YouTube, gdzie daję łapkę w górę dosłownie każdemu filmikowi, który mi się w jakiś sposób spodoba.

Polecam więc i Wam lajkowanie wszystkiego, co uznacie za stosowne. Jeśli zamiast kiepskich piosenek wrzucanych przez Waszych dalszych znajomych i totalnie nieśmiesznych memów chcecie widzieć Fejsbuka pogrążonego w bardziej ambitnej lub po prostu zabawniejszej otoczce - lajkujcie to, co Wam się podoba. Teksty ulubionych blogerów, śmieszne obrazki, dobrą muzykę.

Pomóżcie docierać dobremu contentowi do innych ludzi. Niech lajk będzie z Wami!

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Mistrzostwa Świata Pokémon istnieją!


Ta informacja nie zmieni Waszego życia. Ale, kto wie, może zwyczajnie poprawi Wam humor czy po prostu "zrobi dzień". Bo przecież nie codziennie dowiadujesz się, że naprawdę istnieje coś takiego jak Mistrzostwa Świata Pokémon.

Dzisiejsza historia nie rozpoczyna się jednak od razu wielkim okrzykiem radości. Całe mnóstwo internautów o istnieniu Mistrzostw dowiedziało się bowiem dopiero przedwczoraj, gdy do sieci trafiła pewna niepasująca na pozór zupełnie do tematu informacja. Oto bowiem bostońska policja aresztowała dwójkę mężczyzn w wieku 18 i 27 lat, znajdując przy okazji w ich mieszkaniu sporo nielegalnej broni, w tym shotguna czy karabin AK-15. Zatrzymanie miało miejsce na odbywających się w ubiegły weekend Mistrzostwach Świata Pokémon w Bostonie. Dlaczego jednak w ogóle do tegoż aresztowania doszło?

Otóż na niedługo przed imprezą obaj mężczyźni zamieszczali w internecie swoje groźby skierowane do uczestników Mistrzostw. Spodziewano się przejścia od gróźb do czynów, toteż policja prewencyjnie zajęła się sprawą. Jak się okazuje po znalezieniu broni u zatrzymanych - aresztowanie rzeczywiście się opłaciło. Internautów bardziej niż sprawa ewentualnej masakry zainteresowało jednak coś innego...

Szybko w sieci zaczęły pojawiać się komentarze w rodzaju: "czy tylko mnie bardziej dziwi w tym newsie to, że istnieje coś takiego jak Mistrzostwa Świata Pokemon?". Lajki pod tego typu tekstami się sypały, a całe mnóstwo ludzi z uznaniem kiwało głowami, śmiejąc się pod nosem. Rzeczywiście - nikt tu nikogo nie oszukuje. Mistrzostwa Świata Pokémon rzeczywiście istnieją i odbywają się corocznie już od ponad dziesięciu lat!


Oczywiście, nikt na nich nie rzuca Pokéballami, z których wylatują maskotki śmiesznych potworków, stających następnie w szranki. Od roku 2004 Mistrzostwa zbierają najlepszych na świecie graczy w karciankę z Pokémonami, będącą za czasów mojego dzieciństwa popularną także w Polsce. Pewnie niejeden z Czytelników bloga pamięta starter decki i opakowania z losowo dobranymi kilkoma kartami, dostępne między innymi w Empikach. Dziś nad Wisłą Pokémon TCG (skrót od Trading Card Game) jest już rzeczą raczej zapomnianą, ale na świecie ciągle karcianka ta ma wielu fanów. 

Mistrzostwa Świata Pokémon od 2009 roku zaczęły jednak przyglądać się również grom wideo. Od tegoż czasu, poza walkami karciankowymi, na Mistrzostwach odbywają się także boje wirtualne, rozgrywane na przenośnych konsolach Nintendo. Także w ostatni weekend miały miejsce e-sportowe zmagania - tym razem w grach "Pokémon Omega Ruby" i "Pokémon Alpha Sapphire", czyli odświeżonych wersjach gier pochodzących jeszcze z czasów Game Boya.


Ciągle to jednak mistrzostwa w karciance są tymi bardziej prestiżowymi. Każdy Mistrz Świata Pokémon TCG otrzymuje nagrodę w wysokości 25 tysięcy dolarów. Mistrz Świata w wirtualnych "Pokémonach" musi się natomiast zadowolić "raptem" 10 tysiącami zielonych. Na zaproszenie na Mistrzostwa trzeba sobie jednak zasłużyć. "Karciankowcy" mogą wykazać się na całej serii eventów, wliczając w to mistrzostwa pojedynczych miast, regionów czy całego państwa. Choć Mistrzostwa Świata zawsze odbywają się w Stanach Zjednoczonych i to ten kraj ma największą liczbę reprezentantów, w zmaganiach uczestniczą także zawodnicy z takich krajów jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, RPA czy - oczywiście - Japonia, czyli miejsce narodzin Pokémonów.

Na koniec natomiast ciekawostka dla tych, którzy na napisach końcowych filmów czy gier szukają zawsze polskich nazwisk. Jedną z najważniejszych postaci w karciankowym świecie Pokémon jest bowiem niejaki Jason Klaczynski. Jest on jedynym do tej pory graczem, któremu udało się kilkukrotnie zdobyć tytuł Mistrza Świata Pokémon TCG. Jason na swoim facebookowym fanpage'u przyznał kiedyś, że jego nazwisko nie jest przypadkowe i rzeczywiście ma on polskie korzenie.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

WebShows - czyli jak robić JuTuby


Przyznaję - długo zwlekałem z zakupieniem i przeczytaniem "WebShows", czyli książki Krzysztofa Gonciarza o tworzeniu internetowego wideo. Co trochę dziwne jest dla mnie samego, bo jako jakiś tam "twórca internetowy", czułem się w pewien sposób zobowiązany do sprawdzenia takiej pozycji. Pewnie, nie siedzę w YouTubie (jeszcze!), ale pewne zasady rządzące się jego światkiem znać po prostu warto. Nawet, jeśli nie jest się vlogerem, a bardziej tradycyjnym blogerem.

Gdy więc wreszcie już udało mi się dorwać "WebShows", zabrałem się do czytania stosunkowo szybko. Przyznaję - miałem dość wysokie wymagania co do tej książki. Czy udało się je spełnić? Cóż - nie do końca. Ale od razu warto zaznaczyć, że i tak jest całkiem nieźle.


Przede wszystkim warto zaznaczyć, że "WebShows" wydane zostało w roku 2012. To niby nie tak dawno temu, prawda? A jednak - w świecie internetowym robi to sporą różnicę. W ciągu tych trzech lat zmieniło się naprawdę dużo w polskim YouTubie, tę rewolucję trzeba będzie już więc zbadać na własną ręku, po skończeniu lektury.

Z drugiej jednak strony, to wszystko nadaje już teraz "WebShows" pewnych walorów... historycznych. Tak, wiem, to mocne słowo, ale w tym przypadku naprawdę się nadaje. Anno Domini 2012 to zupełnie inny YouTube. Bez dzisiejszych idolów nastolatek, bez pędzania w (moim zdaniem) coraz większą głupotę. Oto w pewnym sensie opowieść o tym, jak powstawali dzisiejsi swoiści "guru" webshowowej społeczności. Ci, którzy będą wskazywali dobrą drogę, którą - niestety - nie wszyscy podążą.

Co jednak z głównym walorem tej książki? Czy ona rzeczywiście "nauczy Cię robić filmiki w internecie", jak wielu mogłoby pomyśleć? Cóż - trochę tak, trochę nie.


Całość podzielona została na trzy większe działy: "Być prezenterem", "Być producentem" oraz "Być redaktorem". Pierwsza i ostatnia zawierają w sobie rzeczy, które praktycznie w ogóle mnie nie zaskakiwały. To informacje, które na bieżąco przyswaja sobie jakikolwiek twórca internetowy. Ba, myślę, że nawet nie trzeba być takowym, by wiele z podanych w tych działach rzeczy przyjąć za oczywistość, jakiej byliśmy pewni.

Rozumiem jednak, że taki materiał również musiał się znaleźć w książce, która ma być zasadniczo czymś w rodzaju "poradnika tworzenia filmików w internecie". Dużą porcję wiedzy znajdą tu ci naprawdę początkujący, którzy zainspirowani słynnymi YouTuberami będą chcieli stworzyć własny kanał na YouTube. Im starszy i bardziej doświadczony w internecie jesteś, tym mniej ciekawych rzeczy tu znajdziesz.

Dlatego też dla mnie zdecydowanie najbardziej interesującym był dział "Być producentem". To bowiem jest funkcja, która pojawia się w sieci właściwie wyłącznie przy tworzeniu wideo. Ta część "WebShows" pełna jest więc wielu o wiele bardziej szczegółowych i konkretnych rad dla przyszłych YouTuberów, dotyczących całego procesu przygotowywania i montowania swojego programu. To porcja dość specjalistycznej wiedzy, chociaż podana w bardzo przystępny sposób. Tutaj rzeczywiście udało się Gonciarzowi odpowiedzieć na kilka trapiących mnie od jakiegoś czasu pytań.

Źródło: Flickr.com
"WebShows" można więc uznać za solidny poradnik dla osób, którym choćby przez sekundę przebiegło przez głowę, że robienie filmików w internecie musi być fajne. Co prawda brakuje trochę tej pozycji takiego elementu inspirującego czytelnika, by po przeczytaniu książki od razu rzucić się do nagrywania swojego programu, ale można to autorowi wybaczyć. "WebShows" robi, to co ma robić - przekazuje wiedzę na temat internetowego wideo. Im bardziej jesteś początkujący w temacie, tym więcej ciekawych informacji ta pozycja ci przyniesie. 

Radziłbym jednak jak najszybciej zabrać się za czytanie tej książki. Tak jak już wspomniałem - internet ewoluuje bardzo szybko i nie tyle pewne rzeczy napisane w "WebShows" mogą przestać się liczyć, co po prostu pojawi się coraz więcej nowych rad, które warto by do takiej pozycji dopisać. Jest jednak i tu pewien problem - książka Gonciarza jest ciągle jedyną liczącą się tego typu pozycją na rynku polskim. Minęły trzy lata, a ciągle nikt inny nie postanowił napisać podobnej pozycji, opierając się na bardziej aktualnym środowisku.*

Dlaczego? Bo YouTube to mimo wszystko coś w sporym stopniu innego od blogosfery, o której pojawia się z każdym rokiem coraz więcej książek. Na YT składa się cała masa młodych ludzi, pędzących wyłącznie do przodu, z duchem czasu. Miejsca na tradycjonalizm tu po prostu nie ma. Zamiast książek są więc kilkuminutowe filmiki o tym, jak to jest być YouTuberem. I choć to ostatnie również jest rzeczą dobrą, tak trudno (moim zdaniem) porównywać wartość takich materiałów do porządnej, przygotowanej przez specjalistę w swojej dziedzinie książki. A szczerze mówiąc, nie widzę nikogo innego poza Gonciarzem, kto mógłby taką rzecz o YT napisać.

* Jeśli się mylę i jednak istnieje jakaś książka tego typu - dajcie znać, chętnie ją przeczytam.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika na samej górze postu powstała na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Zdelegalizować blogerki modowe!


Zrobiła się ostatnio w Polsce wyjątkowa moda na coaching. Modnie ubrani kolesie wychodzą na środek sceny i zaczynają wygłaszać wielce "inspirujące" monologi, które mają ZMIENIĆ TWOJE ŻYCIE. Przyznam szczerze, że trend ten mnie smuci, a jednocześnie całkiem mocno bawi.

Tych wszelkich "trenerów mentalnych" szanuję. Za umiejętności pociągania za sobą tłumów i robienia ludzi w konia. Co jednak z ich fanami? Cóż - dla mnie są oni porównywalni do fanatyków religijnych. Podążają ślepo za swoimi liderami, chłoną ich każde słowo jak mannę z nieba i wierzą, że wysłuchanie dwugodzinnego wykładu, na który wstęp kosztuje 500 złotych, jest gwarancją sukcesu.

Uśmiechnąłem się więc pod nosem, gdy ostatnio natrafiłem na fanpage "Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty". Już miałem go lajknąć, już przesuwałem kursor myszki w odpowiednie miejsce, gdy nagle moje oko zawiesiło się na opisie tej strony. Ten natomiast brzmi:

Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Coachów i trenerów wysłać na resocjalizacje i do prawdziwej pracy.

Całkiem zabawne, przynajmniej według mnie. Poza jedną rzeczą - użyciem określenia "prawdziwa praca". Nawet, jeśli zostało to użyte w czysto humorystycznym kontekście, mam na ten zlepek słów ogromną alergię. Dlaczego?


Tu właśnie przechodzimy do kwestii z tytułu, czyli "Co osiągnęły blogerki modowe?". Przykład szafiarek jest tu wręcz idealny, bowiem w związku z tym zawodem wiąże się chyba największa ilość komentarzy w rodzaju "TO NIE JEST PRAWDZIWA PRACA!!!". Pytanie brzmi - co taką w ogóle jest?

Dla wielu - wyłącznie praca fizyczna. Układanie kostki brukowej, stawianie domów, ciężka harówa w polu. Oto jedyna forma pracy, jaką akceptuje pewna część społeczeństwa. Ale nie tylko oni wyśmiewają blogerki modowe. Podobnie robi wielu dwudziestoparolatków zaszczutych w boksach wielkich korporacji. Albo jeszcze lepiej - blogerów. Tych bardziej ambitnych, piszących, trzymających się z dala od (TFU!) mainstreamu. Oni też nazywają bycie szafiarką "nieprawdziwą pracą". Zabawne jest to tym bardziej, że ci od pracy fizycznej podobnie nazwaliby ślęczenie godzinami przed kompem i pisanie kolejnych tekstów czy wyrabianie kolejnych deadline'ów w korpo.

Źródło: Flickr.com
Czym jest więc "prawdziwa praca"? Cóż - po prostu zajęciem, za które otrzymuje się pieniądze. Blogerki modowe zarabiają natomiast często o wiele, wiele więcej niż ci śmiejący się z nich czy wręcz gardzący nimi. Gdybyśmy więc mieli opracować skalę "prawdziwości pracy" na podstawie zarobków, to tym hejtującym szafiarki byłoby tym razem nie do śmiechu.

Można więc nie przepadać za coachami, blogerkami modowymi czy kogo tam sobie jeszcze ciekawego znajdziecie. Ale jednego robić już nie warto - nazywać ich zajęcia "nieprawdziwą pracą". Bo po głębszym przemyśleniu sprawy może się okazać, że wyśmiewani przez nas ludzie mają głowę na karku bardziej niż my. Bo doszli w życiu dalej niż my. A że przy okazji wykorzystując ludzi i ich słabości? Cóż - kto choć raz tak nie zrobił, niech pierwszy rzuci kamień. 

Cała sytuacja przypomina zresztą trochę poszukiwania ideału "prawdziwego mężczyzny". O tym jednak poczytacie już TUTAJ.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika na samej górze postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Gratisography.com

Beme - pogromca Snapchata?


Pewne aplikacje osiągają popularność praktycznie wyłącznie dzięki swoistej poczcie pantoflowej. Jeden kumpel poleci drugiemu, ten jeszcze innemu, a tamten z kolei poda info znajomemu, który ma własnego bloga. Na tymże blogu pojawi się post o tej właśnie apce, przeczytany przez jednego z dziennikarzy jakiegoś popularniejszego serwisu o technologiach. Powoli zaczyna korzystać z danego programu pewna konkretna grupa ludzi, która powiększa się z każdym poleceniem i artykułem w sieci. Wreszcie trafia do medialnego mainstreamu i staje się kolejnym wielkim fenomenem internetu, który "wziął się nie wiadomo skąd". 

A Beme? Cóż... on aż tak pod górkę nie miał. 

Beme jest bowiem projektem Casey Neistata, czyli obecnie bodaj jednego z najpopularniejszych YouTuberów na świecie. Jego codzienne vlogi zaliczają zwykle przynajmniej kilkaset tysięcy (!) wyświetleń i to właśnie za ich pomocą ostatnimi czasy Casey mocno promował swoją aplikację.


O co jednak tak w ogóle z Beme chodzi i co jaki ma ta apka związek ze Snapchatem? Cóż - zacznijmy od początku, czyli...

...ciekawego projektu Neistata związanego z samym Snapchatem. Casey bardzo szybko podłapał hype na słynną już aplikację z duszkiem w logo, aktywnie działając w jej ramach. W pewnym momencie stworzył nawet oddzielne konto na YouTube, na którym publikował codziennie swoje filmowe Story ze Snapchata (LINK). Przestał to jednak robić mniej więcej miesiąc temu. Dlaczego? Bo powoli zbliżało się Beme.

Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym, jak Casey opowiada o swojej aplikacji, pomyślałem: "ej, to przecież w zasadzie zwyczajna podróbka Snapchata". Nie dołączyłem do zachwyconych ludzi, a raczej tej grupy zawiedzionych. Jak się bowiem okazało - nie byłem w swym smutku sam. Postanowiłem jednak mimo wszystko spróbować spojrzeć na całą sytuację ze strony entuzjastów. Odpaliłem jeszcze raz wideo Neistata, tym razem mocniej wsłuchując się w każdego jego słowo.

I tym razem na mojej twarzy zagościł uśmiech.



Snapchat, Instagram, Facebook. Nasze zdjęcia, które tam zamieszczamy, to często pewne konkretne kreacje. To obrazy pokazujące jak chcielibyśmy, by ludzie nas postrzegali. Nie raz widziałem dziewczyny, które strzelały sobie tysiące selfie na raz, byle tylko mieć do wybrania to jedno, najbardziej perfekcyjne. Taki obraz świata jest więc w rzeczywistości niesamowicie sztuczny. Wyselekcjonowany, nieprawdopodobnie perfekcyjny, odrealniony.

Jak więc Beme odchodzi od tego podejścia do dzielenia się swoim światem z innymi? Bardzo prosto - nie pozwala zobaczyć użytkownikowi tego, co wysyła.

Uruchamiasz aplikację, po czym przykładasz telefon do ciała - np. do serca. Urządzenie za pomocą odpowiedniego sensora reaguje, gdy znajduje się odpowiednio blisko użytkownika. Wtedy właśnie rozpoczyna się nagrywanie, zasygnalizowane wibracją. Gdy telefon zawibruje po raz drugi, oznacza to, że filmowanie zakończyło się. Można obejrzeć raz swoje nagranie, po czym znika ono z naszych oczu na zawsze. Poleciało w świat.


Co ciekawe, w przeciwieństwie do Snapchata, nasze wideo mogą oglądać nie tylko osoby, które dodały nas do obserwowanych, ale także zupełnie przypadkowi użytkownicy. I na tym właśnie polega jeden z największych, według mnie, plusów Beme - poznawanie świata z perspektywy zupełnie obcych ludzi.

Jakaś dziewczyna ćwiczy właśnie na siłowni. Ktoś inny płynie jachtem przez morze. Jeszcze inna osoba właśnie przechodzi przez środek Manhattanu, po czym wstępuje do dobrej pizzerii. Ktoś jest na Alasce, ktoś w Miami, ktoś jeszcze inny w Azji czy na Wschodzie Europy. A Ty widzisz ich świat dokładnie tak, jak oni.

Ty również możesz pokazać swój świat. Co ważne - bez przykuwania do tego większej uwagi. Nie musisz unieść wysoko telefonu, naciskać czegokolwiek, wpatrywać się w ekran. Przykładasz gdzieś telefon i gotowe - filmik się nagrywa. Z koncertu, którego nie chcesz przegapić choćby paru sekund, z drogi do domu, gdy nie chcesz potknąć się podczas ciągłego wpatrywania się w telefon. Włączasz telefon, przykładasz go gdziekolwiek, dajesz nagrać się paru sekundom filmiku, wkładasz smartfon z powrotem do kieszeni. Proste, prawda?

I tylko jednego w Beme na razie nie rozumiem - możliwości zrobienia sobie zdjęcia podczas oglądania filmiku, by przekazać swoją reakcję twórcy wideo. Może to dlatego, że na razie chyba nikt do końca nie ogarnia, jak zrobić z tym coś ciekawego. Chociaż ja na razie dostałem na przykład takie cudo, jak widzicie poniżej. Może więc chodzi po prostu o śmieszkowanie?


Trudno mi wyrokować, czy rzeczywiście można w ogóle liczyć na to, że Beme okaże się czymś w rodzaju "pogromcy Snapchata". Choć założenia obu aplikacji są podobne, wydaje mi się, iż apka Neistata skierowana jest do trochę innej grupy osób. Nie zdziwi mnie jednak, jeśli rzeczywiście uda się jej przebić do wielkiego mainstreamu.

Chociaż można chyba powiedzieć, że właściwie już teraz udało się jej to zrobić. Na razie bowiem Beme odblokować można jedynie przy użyciu specjalnego kodu, udostępnionego przez użytkownika mającego już dostęp do apki. W pierwszych dniach po premierze aplikacji ludzie praktycznie bili się o kody na Twitterze czy Facebooku, szukając kogokolwiek, kto mógłby im takowy podarować.
Jak się zapewne domyślacie - i mi udało się wreszcie dorwać dostęp do Beme. Teraz mam tym samym także kilka kodów dla Was. Wystarczy wpisać je w aplikacji, by móc korzystać z pełni jej możliwości. Jest tylko jeden problem - na razie Beme dostępne jest wyłącznie na urządzeniach z iOS. Miejmy jednak nadzieję, że także Android doczeka się wreszcie swojej wersji dziecka Casey Neistata. 

A jeśli macie iPhone'a i uda Wam się dołączyć do Beme, możecie potem dodać mnie do swoich "znajomych". Jestem w apce pod nickiem "majkonmajk.pl". 

Oto z kolei obiecane kody: 348O2-M7QXB-QPD4N-8VJXG; QGK4S-PNDAY-JGFEJ-YOOM3; H7T26-7DCBW-WHOWE-SU6XM.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Dlaczego nie ma w sklepie Twoich wymarzonych butów?

Zastanawialiście się kiedyś, czemu nie ma Waszych wymarzonych sneakersów w którymś ze sklepów z butami? Pisaliście komentarze w rodzaju "DAJCIE JORDANY 4 CZARNE!", "kiedy będą znów te Roshe Runy takie co były u was rok temu???" albo "wchodzę na stronę, a tam już wszystko wyprzedane o co chodzi lol..."? Jeśli tak - pozwólcie, że Was oświecę.

Z komentarzami w rodzaju tych podanych wyżej niejednokrotnie spotykałem się na fanpage'ach czy instagramach sklepów z butami. Z doświadczenia wiem, że niejedna osoba "siedząca w temacie" z takich tekstów zwyczajnie się śmieje, a sprzedawcom nie chce się po raz setny tłumaczyć tego samego. O co więc chodzi? Dlaczego nie ma nigdzie tych super butów, które właśnie wyczailiście w Google Grafika? 

Na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com
Sprawa jest bardzo, ale to bardzo prosta - żadna firma nie produkuje tych samych modeli butów non stop. Na każdy sezon giganci obuwniczy mają przygotowane inne oferty i tylko część rzeczy się powtarza. Takie hity jak białe Air Force'y (o zgrozo) schodzą jak ciepłe bułeczki, więc logicznym jest, że znalezienie ich nie jest takie trudne. Zdecydowana większość modeli się jednak nie powtarza i jedynie sporadycznie jest wznawiana. Dlatego też kolorystyki Air Maxów, które teraz znajdziecie w sklepach Nike, zostaną zastąpione za pół roku przez inne.

Trochę inna sprawa to - na przykład - Jordany. Najbardziej ubóstwiane przez fanów modele potrafią zejść z wirtualnych półek w nawet mniej niż minutę. Jordany mają konkretnie ustalone dni, w których wypuszczane są w świat i sneakerheadzi potrafią odświeżać stronę danego sklepu nawet przez kilka godzin, byle tylko dorwać swój egzemplarz. Ba - nocne czuwania przed sklepami też się zdarzają.


I nawet nie chodzi tu o jakieś totalnie limitowane i unikatowe wydania, o które w Stanach ludzie potrafią się przed sklepem autentycznie pobić. Jest jednak zasada, że pewnych modeli po prostu nie wypuszcza się hurtowo, w jakichś bazarowych ilościach, a zwyczajnie rzuca trochę sztuk co parę lat. Tak, by nie miał ich każdy, by - choć nie są jakimiś totalnymi limitkami - w swej kolekcji mieli je tylko niektórzy, ci, którym najbardziej na tym zależy.

W tym roku na przykład Jordan powrócił do bardzo lubianego przez ludzi modelu oznaczonego numerkiem cztery. I tak w ciągu ostatnich paru miesięcy trwały wirtualne bójki przy użyciu F5 o takie kolorystyki słynnych "czwórek", jak "Oreo" czy "Columbia". W ubiegłym roku natomiast niejedna osoba próbowała wyrwać drugiej z rąk niskie wydanie Jordanów XI "Concord", które w jednym z polskich sklepów rozeszły się nawet w kilkanaście sekund. Tak - mówię serio.

Z jeszcze innej strony - są wydania na różne, konkretne okazje, z czego znana jest między innymi coraz bardziej popularna nad Wisłą firma Asics. Cóż, biorąc sprawę na logikę, naprawdę trudno byłoby się dziwić, że w sklepach nie znajdziemy obecnie modeli z paczki bożonarodzeniowej przygotowanej na święta roku 2013. Są jednak tacy, którzy nie sprawdzając nic, pytają się: "CZY BĘDĄ TE BUTY U WAS W SKLEPIE?!". Nie - nie będzie ich.


Oto więc rozszerzona odpowiedź na pytania wszystkich niedoświadczonych w temacie sportowego obuwia. Dlaczego nie ma w sklepie Twoich wymarzonych butów? Bo się już wyprzedały. Wczoraj, tydzień temu, kilka miesięcy wcześniej albo i parę lat do tyłu. Czy pojawią się jeszcze kiedyś? W przypadku Jordanów - jest to całkiem prawdopodobne. W przypadku jakichś totalnie limitowanych i unikatowych wydań w rodzaju Vans x Supreme albo Nike x Liberty London - nie.

Możecie co prawda pędzić na eBay i odnajdywać niektóre modele po zaporowych cenach, kilku czy kilkunastokrotnie droższych od początkowych. Jeśli macie furę kasy - bierzcie i cieszcie się nimi. Jeśli natomiast Wasza sytuacja materialna nie wygląda tak dobrze - nie pędźcie proszę, na jakieś "dziwaczne" sklepy internetowe albo podejrzanie tanie aukcje na eBayu czy Allegro. Przysłowiowe "Air Maxy do 250 złotych" są raczej niespotykane - przynajmniej, jeśli mówimy o wydaniach oryginalnych. Allegro niestety zalane jest przez tonę podróbek i dlatego szczególnie niedoświadczeni butoholicy powinni raczej skupiać się na zamawianiu butów przez sprawdzone sklepy.



Macie jakiekolwiek pytania związane z tematem? Jeśli tak - zadawajcie je w komentarzach!

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!