Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raperzy czytają. Pokaż wszystkie posty

Raperzy czytają #92 - Dzielny (+ konkurs)


Jak zdobyć uznanie wśród hip-hopowej braci? Moim zdaniem - należy się przede wszystkim wyróżniać z tłumu tak samo brzmiących młodziaków, aspirujących do zostania kolejnymi gwiazdami polskiego rapu. Wszystko wskazuje na to, że dzisiejszy gość akcji "Raperzy czytają", Dzielny, idzie w dobrym kierunku, by taką wyrazistość uzyskać. Wypuścił on właśnie swój najnowszy album, "Zero Kelvina" i czuć tu zdecydowanie muzyczny "pomysł na siebie".

Płytę możecie przesłuchać TUTAJ, a także wygrać ją w konkursie, na temat którego info znajdziecie na samym dole. Tymczasem sprawdźmy, co Dzielny ma do powiedzenia na temat książek...

Kiedy byłem dzieckiem, mocno stroniłem od książek - mimo motywacji rodziców, bo zarówno matka jak i ojciec dużo czytali. W wieku młodzieńczym, a dokładniej, kiedy pykło mi 16 lat, choć nie był to do końca świadomy wiek na lekcję psychologii, postanowiłem przeczytać "Potęge podświadomości" Josepha Murphy'ego. Książka zrobiła na mnie duże wrażenie - uświadomiła, że wszystko zależy od naszej podświadomośći i tego, jak chcemy żyć. Dziś rozumiem to jeszcze inaczej, wiek zrobił swoje. Mógłbym rozwinąć ten wątek dalej, bo pozycja ta ma ogromny potencjał, ale zostało jeszcze kilka innych ciekawych pozycji do opisania. 

Następnie w moje dłonie wpadła książka o pewnej hip-hopowej historii. Konkretniej - historii Paktofoniki. Tak, jej tytuł to "Jesteś Bogiem" ale książka ta zrobiła na mnie większe wrażenie niż film. Jest bardziej szczegółowa, niektóre wątki z filmu były nie do końca klarowne, nie do końca prawdziwe. Polecam przeczytać wszystkie 312 stron, moim zdaniem naprawdę warto. 

Kiedy drugiego stycznia bieżącego roku ukazał się mój projekt "Nie czeka nikt na mnie EP", byłem w połowie czytania kolejnej wyjątkowej biografii. Mowa tutaj o "Jay-Z. Król Ameryki". Książka opisuje amerykański sen w wielkim stylu - chyba każdy z nas jest świadomy, ile ta postać wniosła do muzyki. Dawno nie czytałem czegoś tak dobrego, to kolejna obowiązkowa pozycja dla fana rapu.

Mógłbym spokojnie na tym zakończyć, bo - będąc szczerym - nie było tego aż tak wiele. Błędy młodości są dopiero nadrabiane, trzeba było czytać, a nie tylko pisać teksty. (śmiech). 

Jednak kiedy kończyłem "ZERO KELVINA" Mixtape, a dokładnie jakieś 2 miesiące temu, byłem na początku czytania o tajnym świecie Roberto Saviano. Opisuje on drogę i działanie karteli narkotykowych od Południowej Ameryki po Europę. Wywiady z pierwszej ręki, które dla wielu będą wstrząsające, historia prawdziwa, której nikt inny nie opisał. Jeśli ten świat był dla Ciebie zakazany, niedostępny - śmiało, możesz sam to zmienić. Wystarczy sięgnąć po "Zero zero zero. Jak kokaina rządzi światem".

Na koniec chciałbym napisać, że zdecydowanie żałuję, że moja przygoda z literaturą zaczęła się tak późno. Ciągle jednak powtarzam sobie: "lepiej późno niż wcale"! Ciągle jednak żałuję, i cały czas wyszukuję ciekawych pozycji dla siebie. "Retusz" Kuby Witka jest moim najnowszym zakupem. To książka autorstwa rapera znanego jako Tusz na Rękach. Jego "Zaburzenia" to muzyka, która nie jest mi obca - muzyka, która może Ci się nie podobać, ale nie możesz nazwać jej słabą. 

"Retusz", jak piszę autor, jest podróżą w jedną stronę, w której przestajesz poznawać się w lustrze. Jesteś widzem czy cały czas masz wpływ na swoje życie? Pytanie zostawiam już tobie, drogi czytelniku. Ja natomiast zaczynam wgłębiać się w przygodę spisaną w tej książce. 

Dziękuje Mikołajowi za tę akcję, do usłyszenia!



Ja z kolei dziękuję Dzielnemu za udział w akcji, a na koniec biorę się za wyjaśnianie zasad wspomnianego wcześniej konkursu. Do zgarnięcia jest jeden egzemplarz "Zera Kelvina". Co zrobić, by go dostać? Odpowiedzieć na jedno, okolicznościowe pytanie: "Jaki rap kawałek najbardziej nadaje się na Boże Narodzenie?". Ślijcie wasze propozycje na majkonmajk[małpa]outlook.com. Płyta poleci do autora najciekawszej (moim zdaniem) odpowiedzi.

Propozycje można słać do wtorku, 22 grudnia, do godziny 23:59. Czasu wyjątkowo mało, ale wszystko po to, by zwycięzca konkursu dostał swoją nagrodę jeszcze pod choinkę.

Powodzenia!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #91 - Emes Milligan (+ konkurs)


Długo czytający raperzy nie gościli na MajkOnMajk. Jeśli więc już robić powrót, to wyłącznie z porządnym przytupem. Emesa Milligana kojarzyć możecie chociażby z duetu Egotrue, w którego skład wchodzi nasz dzisiejszy gość. Ostatnio jednak wypuścił on również swój solowy album, o wiele mówiącym tytule "Spin-OFF". Podejście do hip-hopu gdzieś na pograniczu tego polskiego i amerykańskiego wielu osobom przypadło do gustu, intrygując swoją świeżością. A jako że dużą inspiracją dla płyty Emesa była literatura, tym milej mi gościć jest go dzisiaj w serii "Raperzy czytają".

Oddajmy zresztą głos samemu artyście.



Album „Spin-OFF” powstał w 8 miesięcy i w tym czasie pochłonąłem zestaw książek, który uwieczniłem na zdjęciu dołączonym do limitowej edycji płyty. Zacznę zatem od tych tytułów:
- "Michael Jordan. Życie", Roland Lazenby. Załapałem się jeszcze na to pokolenie, gdzie większość chciała być jak Jordan – ja też;
- "Bracia Karamazow", Fiodor Dostojewski. Obowiązkowa pozycja dla każdego, kto lubi zagłębiać się w naturę ludzką;
- "Mistrz i Małgorzata", Michaił Bułhakow. "Rękopisy nie płoną";
- "Ferdydurke" Witold Gombrowicz. Zupełnie inaczej przetworzyłem te słowa mając parę lat więcej;
- "Gra w klasy", Julio Cortazar. Początkowo ciężko mi wchodziła, ale z każdym kolejnym rozdziałem uśmiechałem się sam do siebie jak dziecko;
- "Gnój" Wojciech Kuczok;
- "Sowa, córka piekarza" Marek Hłasko;
- "Nieznośna lekkość bytu" Milan Kundera;
- "Młodość stulatka" Mircea Eliade;
- "Szmira" Charles Bukowski;
- "Herbie Hancock. Autobiografia legendy jazzu", Herbie Hancock, Lisa Dickey.

Muszę wspomnieć jeszcze o paru książkach, które przeczytałem kiedyś, a wywarły na mnie duży wpływ. Jedną z największych życiowych inspiracji była dla mnie autobiografia Milesa Davisa. Czytając tę książkę, byłem tam, widziałem i czułem, jakby to wszystko działo się na moim oczach. Stworzyłem sobie własny film.

Kolejnym tytułem jest "Kosmos" Gombrowicza. Często zapisuje sobie zdania czy myśli, które szczególnie mi się podobają - lubię do nich wracać po czasie. Czytając książki tego wariata, wielokrotnie mam chęć zanotować co drugie zdanie, bo w tych słowach jest coś magicznego.

Wreszcie - "Fight Club" Chucka Palahniuka. Pokręcony typ, który wwierca Ci się słowami jak wiertarka w mózg.



Wreszcie, pora na konkurs - do wygrania oczywiście płytka Emesa. Podobna akcja dzieje się u Dawida z goodkid.pl, który pyta o polecenia piwne. Dla dopełnienia całości, pójdę więc w podobną stronę. By zgarnąć krążek Emesa, wystarczy odpowiedzieć na pytanie: "Jaka jedzenie najbardziej pasuje do czytania książek i dlaczego właśnie ono?". Płyta poleci do autora najciekawszej odpowiedzi. Wasze rozkminy ślijcie na majkonmajk@outlook.com. Czas macie do najbliższego piątku, czyli 27 listopada, do godziny 23:59. Wyniki w kolejny weekend. Powodzenia!

ROZWIĄZANIE KONKURSU: Poziom odpowiedzi był wyjątkowo wyrównany, ale wybrać mogłem, niestety, tylko jedną osobę - płytka leci więc do Michała. Sprawdź maila, zuchu.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #90 - T.O.M.S

Długo musieliśmy czekać na kolejny odcinek "Raperzy czytają" - ostatni pojawił się przecież pod koniec lutego. Niezmiernie miło mi jest więc ponownie przywitać Was w tym wyjątkowym rapowo-książkowym kąciku i to jego okrągłym, dziewięćdziesiątym epizodzie!

A kto tym razem jest gościem akcji? T.O.M.S. Na pierwszy rzut oka wielu z Was może wydawać się, że jest to zupełnie nowa postać na polskie scenie rapowej. Jednakże nic bardziej mylnego! T.O.M.S zajmuje się muzyką od roku 2006, nie tylko jako raper, ale i producent. Ja ostatnio dość mocno chwaliłem go na fanpage'u MajkOnMajk, z racji tego, iż zaintrygował mnie się jego ostatni album - "hold that thought". Płyta ta to bardzo świeże spojrzenie na hip-hop, z licznymi podśpiewkami i nie do końca rapowymi podkładami. Całość możecie przesłuchać TUTAJ

T.O.M.S w swojej twórczości dość często nawiązuje do literatury, postanowiłem go więc przy okazji podpytać o fascynacje książkowe. Co raper ma do powiedzenia na ten temat?

Jako dzieciak czytałem sporo, choć niewiele lektur szkolnych. Robiliśmy wyścigi z chłopakami z klasy, kto więcej przeczyta tytułów z osiedlowej biblioteki. Ja głównie jarałem się kolejnymi historiami "Przygody Trzech Detektywów" Hitchcocka. 

Czytanie książek odbywa się u mnie falami, tak samo jak hurtowe oglądanie filmów, nadrabianie zaległości z muzyki, pisanie tekstów, robienie bitów - to wszystko odbywa się przez pewien okres, dopóki się nie zmęczę i nie przerzucę na inną opcję z listy. Przy ostatniej fali "wjechałem" do pewnego antykwariatu internetowego i nakupowałem sobie książek za grosze - dzięki temu czytam teraz np. "Naszego człowieka w Hawanie" Grahama Greena, ale jednak nie za bardzo czas na to pozwala. Ostatnie, co przeczytałem w całości, to "Wiśniowy Blues" James'a Lee Burke'a - w ogóle lubię historie samotnych facetów, którzy mają jakieś ważne zadanie do wykonania, a oba wyżej wymienione tytuły opowiadają o takich typach. Obaj jeszcze mają córkę i muszą pogodzić życie zawodowe, rodzinne i "misyjne".

Mój ulubiony pisarz ostatnimi czasy, to peruwiański noblista Mario Vargas Llosa. Jego "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki", to jedna z lepszych rzeczy, jakie czytałem w życiu - obszernie opisane życie peruwiańskiego tłumacza w Paryżu, od lat dziecięcych (jeszcze w Peru) po pełną dojrzałość i jego przerywany, burzliwy związek z ów niegrzeczną dziewczynką. Opisane są tu świetnie stany psychiczne tej kobiety, doświadczenia obojga, a w dodatku akcja rozgrywa się w różnych miejscach świata, co oczywiście ma niemały wpływ na bohaterów. Jak teraz to czytam podobny motyw jest z "Miłością w czasach zarazy", ale jednak to dwie zupełnie różne opowieści, choć obie bardzo dobre.

Inna powieść Llosy, którą chwilę przeżywałem, to “Pantaleon i wizytantki”. Nie jest to łatwa lektura - przynajmniej dla mnie nie była - bo przeplatają się w niej różne formy pisania, np. nieopisane dialogi - musisz się domyślać kto, co mówi. Cała książka opowiada o Pantaleonku Pantoja, który ma zorganizować legalny, wojskowy oddział kurew, ponieważ z amazońskich wiosek docierają sygnały o coraz częstszych gwałtach na mieszkankach ze strony stacjonujących tam żołnierzy. Trzeba tych żołnierzy odciążyć i zająć czymś innymi kobietami. Rewelacyjna lektura! 

Największe wrażenie wywarł na mnie "Ojciec Chrzestny". Na pewno to jak zrobili film stosunku do książki, bo najpierw przeczytałem powieść Mario Puzo, ale samo wyjaśnienie tak wielu tematów związanych z działaniem mafii i innych instytucji. Świetnie też ujęty jest klimat tamtych lat.

Trwały ślad na psychice zostawił na mnie "Rajski Ogród" Hemingwaya. Tak się złożyło, gdy to czytałem, że byłem bez pracy, była zima, zamulałem w opór przez większość czasu śpiąc lub czytając sobie właśnie o Davidzie Bourne - jak cudownie jest się oderwać z tą książką od rzeczywistości. Południowa Francja, lata 50., gdzie nie było nasrane internetami, telewizjami z każdego zakamarka, a ludzie się do siebie odzywali, nie tylko żeby zrobić im miejsce w autobusie. Pił sobie taki pisarz pół dnia whiskey z Perrierem, wino albo absynt, jeździł na plażę, gdzie się pieprzył z dwiema kochającymi go kobietami, z czego jedna z nich, to jego żona. Idealny obrazek, który nie ma szans na trwałe istnienie, o czym także "Ogród" opowiada. Kiedy ja to piszę, wydaje się jakąś banalną bajką, ale wszystko jest tak świetnie opisane, że nie czuć za grosz banału. 

Jest jeszcze jeden bardzo istotny tytuł. Byłem autentycznie wzruszony na końcu, bo to piękna historia o męstwie, o miłości do rodziny, do kobiety, do lwa, kurwa, do lwa (!) - o facetach i dla facetów, ale oczywiście nie tylko. To jest wyciskacz łez, ale żadna ckliwa opowiastka - ja nie jestem typem człowieka, który łatwo się wzrusza. "Stado" Williama Whartona - przeplatające się historie dwóch różnych facetów. Obaj przedstawieni jako młodzi chłopcy, ale czas akcji nie jest równoległy, więc u jednego obserwujemy jak dorasta i staje stajesz mężczyzną. Zresztą - co ja będę opowiadał. Jak przeczytasz i Ci się spodoba, to polecam też "Spóźnionych Kochanków". "Ptaśka" nie zmęczyłem jeszcze.

Rozpisałem się aż nadto, ale podaję jeszcze kilka tytułów wartych odnotowania:

"Grimus", Salman Rushdie - długa przeprawa przez aksjomaty, paradygmaty, postrzeganie czasu, wieku - ryje łeb, ale patrzysz potem szerzej.  

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" - zbiór opowiadań Harukiego Murakamiego. Umilił mi naprawdę tragiczne bóle i żałosne chwile. Typ czaruje słowem - zapominasz o wszystkim, choć niekoniecznie przenosisz się w lepszy, cukierkowy świat. 

"Perkalowy dybuk" Konrad T. Lewandowski - polski kryminał - Łódź, rok jakoś 1929 - kozak i muszę przeczytać więcej.

I’m out. Eloha!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #89 - Erenes

Erenes, rocznik '85, raper i producent prosto z Piły. Nawijający i wydający płyty już od końcówki lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Członek dwóch większych ekip rapowych z jego miasta, Kolektyfu i MeHanizMu. W grudniu ubiegłego roku wydał swój najnowszy krążek, zatytułowany "Flowrider" - możecie go odsłuchać TUTAJ. Ale Erenes nie spoczywa na laurach i już teraz pracuje nad kolejnymi dłuższymi materiałami, nie tylko solowymi.

Dziś jednak artysta ten gości w osiemdziesiątym dziewiątym odcinku serii "Raperzy czytają". Co więc ma on do powiedzenia na temat książek?

Siemano! 

Zacznę od tego, że nigdy nie byłem molem książkowym. W podstawówce i liceum bardziej zajmował mnie melanż i inne rozrywki, przez co książki na mojej półce jedynie obrastały w kurz. Dziś, jak już znajdę chwilę na czytanie, sięgam chętnie po kryminały. Polecam Heather Graham lub Aghatę Christie, które mają na serio poryte głowy :) Pani Christie właściwie miała, bo od ładnych paru lat nie żyje...  Niemniej jednak, właśnie to porycie w ich powieściach kręci mnie najbardziej.

Nie o kryminałach jednak chciałem tu opowiedzieć, a o kilku głębszych pozycjach. Jak wspomniałem, czytam od święta, mimo to w moim życiu często pojawiał się ktoś, kto skutecznie wciągał mnie w czytanie i za to jestem tym osobom wdzięczny, ponieważ polecane przez nich pozycje okazywały się naprawdę mocne.

Pierwszą pozycją, którą powinien znać każdy, jest klasyk - "Władca much" Williama Goldinga. Książka ta to z pozoru najzwyklejsza powieść przygodowa o bandzie "Robinsonów", którzy przeżyli katastrofę lotniczą i znaleźli się na bezludnej wyspie. Dopiero zagłębiając się w jej treść, okazuje się, że głównym tematem powieści nie są ci młodzi rozbitkowie, lecz zło. I tu wyłania nam się sens całej historii. W obliczu kryzysowych, a wręcz dramatycznych sytuacji, zło pojawia się nawet wśród tych niewinnych dzieci. 

Początkowo chłopcy współpracują ze sobą w imię przetrwania, jednak szybko górę bierze pragnienie władzy. Niestety sprawiedliwy i uczciwy model władzy ciężko utrzymać. Dużo łatwiej stworzyć władzę opartą na autorytaryzmie, gdzie górują strach i przemoc. Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich powieściach, obok zła pojawia się dobro, jednak koniec końców bohaterowie powieści poddają się dyktaturze jednego ze "starszaków", zamieniając się w dzikusów polujących nie tylko na zwierzęta, ale i na ludzi. W dużym skrócie - mamy tu historię chłopców, którzy tęskniąc za domem, rodzinami i normalnym życiem, zamienili swój świat w piekło. Refleksję nad pointą pozostawiam każdemu we własnym zakresie. Ech.. największe ciary pojawiają się, gdy uświadomimy sobie, że niczym nie różnimy się od tych dzieciaków. I to niestety fakt, choć pewnie każdy będzie się tego uparcie wypierał...

Drugą pozycję, którą chciałbym polecić, dopadłem na pierwszym roku studiów. A właściwie to ona dopadła mnie :) Wynajmowałem wtedy mieszkanie w Poznaniu z kilkoma kumplami. Jeden z nich czytał ogromne ilości książek i od czasu do czasu podrzucał mi niektóre pozycje, rzucając przy tym: "wiem, że masz wyjebane, ale to ci się spodoba" :) Zaufałem mu, choć nie ukrywam, że dużą rolę w tym przypadku odegrał brak TV i komputera, a co się z tym wiąże, również brak internetu. I tę pozycję polecam szczególnie. Historia prosta, a mimo to po zakończonej lekturze dość długo nie mogłem się otrząsnąć. Książka nosi tytuł "Ostatni brzeg", a jej autorem jest Shute Norway Nevil.

Akcja toczy się w Australii, niedługo po wojnie nuklearnej, która spustoszyła całą półkulę północną. Czas akcji to rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty któryś... W wyniku wspomnianej wojny nuklearnej, na półkuli północnej przestaje istnieć jakiekolwiek życie, a niesprzyjające wiatry wróżą równie nieciekawą przyszłość dla reszty globu. No i niestety cisza w eterze, brak jakichkolwiek oznak życia, informują żywych jeszcze mieszkańców południowej półkuli, że również na nich przyjdzie pora. Właśnie Australia staje się tytułowym "Ostatnim brzegiem", gdzie schronienie znalazły ocalałe jednostki potężnej floty amerykańskiej. Największą siłą tej powieści jest zderzenie zagłady z codziennym życiem. Ludzie nie godzą się z losem i kontynuują swoje codzienne czynności tak, jakby wszystko było w porządku. To właśnie rozpierdziela w tej historii najbardziej... Jeden kapitan (czy tam porucznik) choć wie, że jego żona, która została w Stanach, dawno nie żyje, kupuje dla niej jakąś bransoletkę, tak jakby miał się z nią niedługo zobaczyć. Jakiś lekarz operuje pacjentkę, przedłużając jej życie o kilka tygodni, choć przecież wkrótce dosięgnie ich promieniowanie. Gdzie indziej jakiś farmer planuje ogrodzenie swojej farmy, choć doskonale rozumie, że nie dożyje do następnego sezonu. Tutaj śmiało muszę stwierdzić, że pan Nevil to jakiś pieprzony geniusz! Opisując tę pozorną normalność każdej postaci z osobna, pokazuje jakim bezsensem i głupotą jest wojna. Nie wiem, jakie odczucia mieli inni czytelnicy, ja w każdym razie dosłownie byłem w szoku. Tyle.

Oczywiście w mojej bibliotece przewinęło się dużo więcej pozycji - jedne lepsze, drugie gorsze. Jednak te dwa tytuły szczególnie odcisnęły piętno na moim, wtedy jeszcze młodym, umyśle, dlatego chciałem Wam o nich opowiedzieć. Jeśli i Wy przeczytaliście równie kozackie książki, po przeczytaniu których żaden joint nie będzie w stanie długo przywrócić normalnego rytmu serca - dajcie mi o nich znać. Sprawdzę je na pewno! 

Pozdrawiam serdecznie :)

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.

Raperzy czytają #88 - Krvavy

Krvavy to raper zdecydowanie inny od wszystkich pozostałych. Odbija od tego, co prezentuje klasyczna szkoła hip-hopowa, trzymając się jednocześnie z dala od fenomenu niuskulu. Sam swoją muzykę nazywa "rapem rytualnym" i zdaje się to być określenie jak najbardziej odpowiednie. W jego twórczości odnajdziemy cały ogrom nawiązań do słowiańszczyzny, dawnych rytuałów i wierzeń. Wszystko to podkreślane jest przez agresywne, gardłowe wyrzucanie z siebie kolejnych wersów przez Krvavy'ego. Jego ostatnim wydawnictwem jest wypuszczona w ubiegłym roku płyta "W Czerńotchłań". Ten oraz inne albumy Krvavy'ego możecie zupełnie za darmo pobrać STĄD.

Co natomiast dzisiejszy gość ma nam do powiedzenia na temat literatury?

Nie czytasz? Nie piszesz.
Nie czytasz? Nie żyjesz.
A w moim przypadku także - nie piszesz? Nie żyjesz.

Zacznę od procesu czytania. Wcale nie chodzi mi o to, by czytać jak najwięcej w sensie ilościowym. Wyzwania pokroju "Przeczytam 52 książki w 20xx roku" to jakaś marna kpina i sprowadzanie czytelnictwa do taśmowego obrabiania wzrokiem ciągów znaków. Zdecydowanie wartościowsze jest przyswajanie mniejszej ilości książek, a poświęcenie im większej ilości czasu oraz uwagi. 


W taśmowym obrabianiu książek brak jest zazwyczaj jednego - etapu "post produkcji", czyli interpretacji i analizy. Po co w ogóle zabierać się za książkę, jeśli nie można poświęcić czasu na jej właściwy odbiór? Może współcześni ludzie czerpią przyjemność z samego składania liter w słowa, 
a słów w zdania? Zasłyszałem kiedyś, że poezja (a według mnie także i proza) to sztuka łączenia znaków w ciągi pięknie sensowne. Cóż więc nam, czytelnikom, po samych znakach, jeśli brak im odgórnie nadanego sensu, który tylko czeka na nasze odczytanie i interpretację? Oczywiście, możemy wspomnieć tu o ornamentalistach, którzy przeładowują tekst środkami stylistycznymi (popularny slogan, tfu! przerost formy nad treścią...), jednakże nie zapominajmy, że w dalszym ciągu spoiwem słów są znaczenia!

To co najpiękniejsze w literaturze czeka nas po samej lekturze, to jest po przetworzeniu znaków 
na słowa i uświadomieniu sobie ich znaczeń. Rozmyślania nad lekturą w jej trakcie oraz 
po przeczytaniu są najpiękniejszym procesem, bo wewnętrznym i subiektywnym, a nie po prostu fizycznym. Przystańmy więc na chwilę, miast rozkochiwać się w ilości. Wiem, że numery kuszą, 
ale jesteśmy tu dla liter...

Przechodząc do procesu pisania - świadomość czytelnicza zwiększa naszą świadomość podczas pisania. Często spotykam się z pytaniem "jak zacząć pisać?", a odpowiedź na nie jest banalnie prosta - zacząć czytać. Odkodowywać znaczenia i sensy, by równie świadomie tworzyć swoje własne. Nikogo nie zmuszam do sięgania po opracowania teoretyczne, choć z takimi również warto się zaznajomić. Mamy na scenie rapowej kilka wybitnych jednostek, które w fenomenalny sposób potrafią ubierać emocje i myśli w słowa i zdania. Cóż z tego, jeśli namiętnie w sposób nieświadomy "łamią" pole znaczeniowe (semantyczne) utworu. Przykładem może być BISZ B.O.K. i utwór „Jurodiwy”, 
w którym nagle (wręcz znikąd!) pojawiają się wersy "Pierdolę nowe buty, idź w chuj z nowym autem" czy też wzmianka o kosmicie. Klimatyczny utwór staje się nagle smutną groteską. Smutną, 
bo poczynioną nieświadomie (a więc kiczem?). Całe szczęście są i tacy, którzy w sposób mistrzowski bawią się polami semantycznymi słów i tworzą groteskę umyślnie - tu przytoczę zespół Morowe 
i utwór Nocna Strawa, gdzie:

"(...) żółta żmija
z ludzką głową
rozmiarów oka
z człowieczym stosunkiem
do boskiego <<nie zabijaj>>

pływa w makaronie".

Brakuje mi na polskiej scenie ludzi, którym w twórczości towarzyszyłoby większe obycie literackie. 
Bo jak mam cieszyć się z "Powierzchni tnących" przy "fiku miku na patyku"? NIE podoba mi się tu, jakem eMCe.

Nie piszę? Nie żyję. Proces konwertowania stanów emocjonalnych i odczuć na słowa stało się 
po prostu częścią mnie. To nałóg, terapia, przyjemność i przekleństwo zarazem. Aby pisać, muszę dostarczać sobie bodźców, więc czytam. A co czytam? Głównie poezję (rzadziej prozę) romantyczną ze słowiańskiego kręgu kulturowego, choć także i dzieła anglojęzyczne. Tu wymieniłbym przede wszystkim twórców polskich, takich jak: A. Mickiewicz, R. Zmorski, S. Goszczyński, A. Malczewski; słowackich: Janko Kráľ, Ján Botto i już w zasadzie modernistycznych: Ján Hrušovský, František Švantner. Z klasyków czarnego romantyzmu i jego kontynuatorów: A. E. Poe, H.P. Lovecraft, 
A. Blackwood. Podbudowę filozoficzną zawdzięczam dziełom egzystencjalistów, nihilistów i pesymistów, takich jak: F. Nietsche, F. Dostojewski, J. Sartre, A. Schopenhauer, F. Kafka, E. Cioran. Jeśli zaś chodzi o pisarzy współczesnych, to lubuję się przede wszystkim w twórczości Jacka Dukaja, Jacka Piekary, Andrzeja Ziemiańskiego i szlacheckich powieściach Jacka Komudy.

Swój wywód podsumuję krótką listą powieści/książek/zbiorów/poezji, które mocno zapadły mi 
w pamięć i duszę:

- J. Dukaj- "Król Bólu" (przede wszystkim opowiadanie "Linia Oporu")
- A. Blackwood- "Wierzby"
- E. Cioran- "O niedogodności narodzin", "Zły Demiurg", "Na szczytach rozpaczy"
- A. Schopenhauer- "O wolności ludzkiej woli"
- A. Mickiewicz- "Dziady", "Poezje", "Sonety krymskie"
- A. Malczewski- "Maria"
- J. W. Goethe- "Król olch"
- E. A. Poe- "Nevermore"
- H.P. Lovecraft- "Model Pickmana"
- L. J. Pełka- "Polska demonologia ludowa"
- Antologia poezji słowackiej
- Pismo Święte

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej.

Raperzy czytają #87 - Longi

Tym razem gościem serii "Raperzy czytają" jest artysta mało znany, który jednak bardzo mocno zaintrygował mnie swoim ostatnim materiałem. Longi to członek krakowskiego kolektywu Full House. Ostatnio wypuścił on swój solowy projekt - "Salut EP". To pełny świeżych brzmień materiał, w którym - obok rapu - pojawia się sporo sekcji śpiewanych. Oryginalność czuć tu na praktycznie każdym z sześciu tracków: od otwierającej EP "Insomni", przez luzacki track o growej serii "FIFA", na bardziej klasycznym tracku "Mary J Blige" kończąc. Czuję, że krążek ten będzie świetnie uzupełniał moją playlistę, gdy do Polski powróci wreszcie lato! Całe "Salut EP' możecie natomiast już teraz przesłuchać i pobrać STĄD.

Co jednak Longi ma do powiedzenia nam na temat książek?

Po przeczytaniu ciekawej książki zawsze czuję chwilową ekscytację, dochodząc do wniosku, iż wrażenie, jakie może wywołać dobra lektura, jest nieporównywalnie większe od siły rażenia filmu. "Na świeżo po" jestem też pewien, że sięgnięcie po kolejny tytuł to tylko kwestia kilku dni. W praktyce niestety moje lenistwo i chaos we łbie sprawia, że czytam zrywami, po których następuje nieraz kilkumiesięczna literacka posucha. Nie zmienia to jednak faktu, iż mam w swojej pamięci parę tytułów, które w danym momencie mojego życia były mi bardzo bliskie. Liczne z nich z czystym sumieniem mogę również polecić.

Z tego co pamiętam, ciężko było mi się przełamać do przeczytania pierwszej nieszkolno-lekturowej książki. Nie zdziwię chyba nikogo, jeśli powiem, że pomogła mi w tym seria o Harrym Potterze. Po latach wiem jedno - nie były to historie wysokich lotów, ale zawsze z sentymentem będę wspominał, jak to będąc dzieciakiem utożsamiałem się z ich bohaterami. Na fali książek o czarodziejach wchłonąłem w międzyczasie parę opowieści Johna Bellairsa oraz Brada Stricklanda i... to by było na tyle z magią w książkach. Pamiętam, że rówieśnicy wpadli w wir "Władcy Pierścieni" czy "Hobbita". Ja jednak bez bicia przyznaję się, iż mając na półce trzytomowe wydanie tego pierwszego, parę razy próbowałem go zmęczyć, ale - niestety - bez sukcesów.

Bardzo fajnym pomysłem zaproponowanym przez naszą polonistkę w gimnazjum było to, że raz w roku każdy miał przeczytać jedną książkę wybraną przez siebie z listy, którą owa pani wcześniej przygotowała. Było to fajną okazją do tego, aby sięgnąć po coś mniej "oklepanego". Oczywiście każdy tytuł był poprzedzony lekkim spoilerem ze strony Pani polonistki, co pozwalało na wybór zgodny z gustami uczniów. "Bajki robotów" Stanisława Lema, "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxleya, "Piknik na skraju drogi" braci Strugackich (na jej podstawie powstała później gra komputerowa "S.T.A.L.K.E.R.") - wszystkie powyższe książki przeczytane w tym trybie bardzo mile wspominam. Standardowe lektury szkolne raczej czytałem niechętnie, choć do dziś pamiętam jak zaintrygował mnie "Buszujący w zbożu" i uczucie lekkiego skrępowania, kiedy to raz po raz rozklejałem się, czytając "Quo Vadis".

Jeśli chodzi o moje aktualną zajawkę, to już od dobrych paru lat czytam horrory (a w ostatnim czasie też coraz częściej thrillery) S. Kinga. Zacząłem w gimnazjum od "Misery" i od razu wiedziałem, że to jest autor, którego książki chcę czytać. Moim skromnym zdaniem najlepsze dzieła spod jego pióra to "Wielki Marsz" oraz "Dallas 63". Mocno ubolewam, że po dziś dzień nie mogę przebrnąć przez jeden z klasyków Kinga - "To". Ciągle jednak liczę na to, że kiedyś się przełamię. Dla wszystkich, których choć troche fascynuje zagadnienie podróży w czasie, polecam również "Wehikuł czasu" George'a Wellsa.

Jeśli chodzi o mój największy zawód związany z czytaniem, to muszę tu wymienić autobiografię Lance'a Armstronga pt. "Mój powrót do życia". Czytając ją za dzieciaka, była dla mnie wielką inspiracją, a sam Armstrong w moich oczach urósł do rangi superbohatera. Późniejsze problemy z dopingiem i jego publiczne zeznania sprawiły, że duża część tamtej książki w moich oczach straciła swoją autentyczność.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #86 - Kafar Dixon37

Czas na już drugi w tym roku epizod serii "Raperzy czytają". Tym razem gościem akcji jest Kafar z warszawskiej ekipy Dixon37, od dzieciństwa mieszkający na Ursynowie. Całkiem niedawno, bo raptem pod koniec października ubiegłego roku, Step Records wydało pierwszy solowy tego rapera, zatytułowany "Panaceum". Na albumie udzielili się gościnnie tacy zawodnicy jak O.S.T.R. czy KęKę.

Co natomiast Kafar ma do powiedzenia na temat książek?

Odkąd pamiętam, Ojciec czytał wszystko, co Mu wpadło w ręce - tematyka była nieważna, jeśli książka była na poziomie. Z tego co pamiętam, najbardziej upodobał sobie Waldemara Łysiaka i Stanisława Lema, choć tylko Bóg wie, ile razy przeczytał Trylogię Sienkiewicza. Ale przecież nie miało być o Nim, a o mnie...

Od początku to jednak właśnie Ojciec zarażał mnie pasją do czytania. Z początku były to książki przygodowe i westerny. Już za dzieciaka miałem za sobą cała kolekcję powieści o Winnetou i Old Shatterhandzie Karola Maya, która zawładnęła całkowicie moją dziecięcą wyobraźnią, a opowieści o konfliktach z prawem pisarza tylko ją podkręcały. To bez wątpienia pierwsze książki (i bohaterowie), które odcisnęły na mnie piętno. Wtedy Ursynów, jak i cała Polska, wyglądały inaczej niż teraz, więcej tu było z Dzikiego Zachodu niż w dniu dzisiejszym. Hordy dzieciaków snujących się bez celu po jednym wielkim placu budowy, który był idealnym środowiskiem naturalnym do odgrywania scenek z westernów, zarówno tych z Johnem Waynem, widzianych w telewizji, jak i tych książkowych właśnie.

Później szkoła - jak to ma w zwyczaju - chciała zgasić pasję czytania, dając jakieś trywialne i pierdołowate lektury, choć przyznam, że nie wszystkie takie były, bo choćby "Chłopi", "Dżuma" czy "Zbrodnia i kara" pozostaną obowiązkowymi pozycjami dla mnie, a w przyszłości dla moich dzieci. Przed ustną matura z języka polskiego mówiłem sobie w duchu: "Żeby tylko dali mi <<Chłopów>>. Nie chcę <<Wesela>>, tylko nie <<Wesele>>!". I co? Wjeżdżam, losuję pytanie, a tam coś w rodzaju: "Porównaj opis polskiej wsi na przykładzie <<Chłopów>> i <<Wesela>>". O pierwszej pozycji niemalże śpiewałem, z drugą było gorzej... Jakoś przebrnąłem, ale napociłem się niemiłosiernie.

Najgorszą przeprawą była dla mnie "Lalka", "Dziady" i wspomniane "Wesele". I dziś, po kilkunastu latach, mogę przeprosić pana Szkutnika, który był moim nauczycielem języka polskiego w liceum, że nie udało mi się dobrnąć do końca ani jednego z tych klasyków. Pozdrawiam i dziękuje za wszystko, co Pan dla nas zrobił! Dopiero po latach człowiek zdaje sobie sprawę z tylu rzeczy. Pamiętam, jak wszyscy recytowali "Odę do młodości", a ja puściłem podkład na KASECIE (!) i zarapowałem swoją część. Dobre śmiechy mam z tego teraz :)

Potem było coraz mniej czasu na czytanie i tylko codzienne kąpiele z książką dawały mi czas na pochłanianie kolejnych. Było ich zbyt dużo, by wszystkie wymieniać, a przyznam się, że teraz przez te pieprzone smartfony często nawet nie otworzę książki, tylko patrze tępo w ekranik - cóż, znak czasu...

Nie będę przedłużał i wymienię kilka obowiązkowych pozycji z mojej listy (kolejność przypadkowa):
- J. Heller - "Paragraf 22";
- J. Clavell - "Król szczurów";
- R. Kapuściński - "Imperium", "Cesarz", "Wojna futbolowa";
- M. Hłasko - wszelkie opowiadania, choć muszę przyznać, że ciężki ma przekaz;
- J. Chmielewska - "Lesio", czyli coś z przymrużeniem oka;
- A. Pilipiuk "Rzeźnik drzew";
- S. Larsson - wszelkie kryminały!
- Z. Miłoszewski - "Bezcenny";
- D. Brown - "Inferno", "Kod Leonarda da Vinci";
- M. Krajewski "W otchłani mroku" - KOZAK STRASZNY!
- i klasyka gatunku, a więc... MARIO PUZO i Jego "Ojciec Chrzestny", "Sycylijczyk", "Omerta" czy "Ostatni Don".

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #85 - Theodor

Po wyjątkowo długiej przerwie, trwającej ponad dwa miesiące, raperzy ponownie czytają! Gościem akcji jest tym razem Theodor, postać całkiem mocno rozpoznawalna w polskim światku hip-hopowym. To zdecydowanie jeden z najpopularniejszych fristajlowców, który ma za sobą udział w niejednej bitwie. Przez kilka lat był jednym z najważniejszych współpracowników wytwórni Alkopoligamia.com, opuścił ją jednak w sierpniu ubiegłego roku. Wtedy też Theodor zapowiedział wydanie swojej pierwszej płyty, która wkrótce doczeka się swojego pierwszego singla. 

Co natomiast dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Od dziecka byłem raczej wrogiem czytania. Ojciec gonił mnie do pisania wypracowañ, skreślając kolejne z nich i każąc pisać od początku.
Nie cierpiałem tego. Wciąż powoływał się na tony książek, które przeczytał jako dziecko. "Byłem młodszy od Ciebie, jak przeczytałem dwa razy wszystko, co wydał Karol May, oprócz tego "Potop", "Quo Vadis" i inne - mawiał. "W tych czasach nie było telewizji" - argumentowałem, ale nie pomagało.
Siostra zaczytywała się w kolejnych książkach, dawno już wykraczając ponad obowiązkowe lektury, a ja… cóż, wypożyczałem książki z biblioteki szkolnej i gdy odleżały w plecaku czy na półce wiarygodną ilość czasu, oddawałem je z powrotem (dawali za to jakąś nagrodę na koniec roku).

Summa summarum do matury przeczytałem w życiu może ze 3-4 książki. Chyba całego "Psa, który jeździł koleją", jakąś większą część "Dzieci z Bullerbyn", ze 3/4 "Pana Tadeusza" (jarając się głównie tym, że się rymuje, nie pamiętam nic z jego treści) i przed samą maturą, gdy już nieco bardziej zaczęło zależeć mi na wiedzy, przeczytałem fenomenalną książkę Tada Szulca "Wówczas i dziś".

Chyba wtedy tak naprawdę zajarałem się literaturą faktu. Nie mogłem nigdzie znaleźć tej książki, internet nie posiadał aż tylu opcji zakupów, a ja i tak pewnie nie miałbym na nią pieniędzy, w całości więc przeczytałem ją, przesiadując w gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. BUW zresztą do dzisiaj jest bardzo ważnym miejscem w moim życiu. Zawsze, gdy mam doła, przechadzam się między półkami, wertując przypadkowe znaleziska. Tam poznałem F. Nietzschego. Pierwszy raz jak miałem chyba z 16 lat. Wywarł na mnie wielki wpływ, mimo że, jak dziś na to patrzę, to chyba nie rozumiałem wtedy z niego zbyt wiele. Mam w domu ze trzy jego książki i wciąż regularnie do nich wracam, sprawdzając, czy jestem już gotów, by go zrozumieć (już prawie ;)).

Po maturze, gdy rówieśnicy przeżywali najdłuższe wakacje życia (od maja - matura; do października - początek roku akademickiego) ja siedziałem po 6-8h dziennie w BUW-ie, chłonąc kolejne książki. Zainteresowałem się wtedy marketingiem, psychologią, sprzedażą, zmianą samego siebie itp. Do dziś pamiętam pierwsze książki z zieloną okładką i dużym napisem "MARKETING", które znalazłem w BUW-ie. Przeczytałem je w całości (zrozumiałem z niej pewnie z 1/3), próbowałem liczyć miarodajne próby w badaniach marketingowych i zrozumieć kilka cięższych definicji (jedno i drugie raczej bez powodzenia). Gdy skończyłem, wziąłem kolejną i kolejną, i kolejną. W sumie w ciągu kolejnych dwóch lat przeszedłem kurs szybkiego czytania (jako że czytałem w tempie gorszym niż przeciętny 10-latek) i przeczytałem pewnie ok. 200-250 książek, głównie branżowych: poradników, podręczników, prac zbiorowych, bestsellerów dotyczących sprzedaży itp. Pamiętam, że największy wpływ wywierali na mnie chyba Robert Cialdini, Kevin Hogan (oprócz kilku bardzo podobnych książek o perswazji napisał świetną "Sztukę bycia atrakcyjnym"), Joe Vitale ("Co minutę rodzi się klient" to jedna z moich ulubionych książek ever - pewnie dlatego, że w większości jest biografią fenomenalnego P. T. Barnuma - i wciąż zastanawiam się, komu ją pożyczyłem), podchodziłem do Braiana Tracy’ego, Anthony’ego Robinsa i paru innych podobnych autorów, jednak ze słabnącym zaangażowaniem.

Znajomi wkręcali się w technologię uwodzenia, ale mnie zainteresowała tylko historia Neila Starusa "Gra" - naprawdê fajna książka. Bardziej wkręcałem się we wzorce językowe, NLP, hipnozę (fajne historie opowiada polska hipnotyzerka Maria Szulc w książce, która nazywa się chyba po prostu "Hipnoza"). Coraz bardziej jednak nudziło mnie powtarzanie wzorców językowych i uznałem, że o psychologii dowiem się więcej z zarządzania niż z perswazji. Książką wartą każdej kwoty w tej dziedzinie jest "Przede wszystkim złam wszystkie zasady”. Wciąż żałuję, że pożyczyłem ją jednej z moich byłych i to gdzieś na granicy rozstania. Nigdy jej nie odzyskałem, ale jest dostępna w Empiku, więc na pewno jeszcze wróci do mnie. Świetna książka z tej dziedziny to też "Zasady zwycięzców" Bodo Schafera. Jedna z lepszych. Przeczytałem też sporą część wydawnictw Roberta Kyiosakiego z serii "Bogaty ojciec, biedny ojciec".
Później czytałem trochę filozofów, podręczników do anatomii, neurologii, wszelkich bio-neuro-psycho poradników o tym, jak nasza fizyczność wpływa na naszą psychologię. Świetne myśli w tej kwestii ma Amen Daniel. Można się zdziwić. By część zrozumieć, znalazłem nawet znajomą, która próbowała mi dawać korki z chemii, bo przez całą karierę edukacyjną miałem z niej 2!

Przeszedłem przez przeróżne religie i duchowość. Stary Testament przeczytałem w dużej części, czytałem trochę o islamie, Krisznie, Mormonach, kilka książek Osho i jemu podobnych wschodnich przywódców. Przeczytałem nawet jakiś podręcznik Jehowych, którzy trafili z wizytą w dobry dzień i było to naprawdę fajne spotkanie i ciekawa dyskusja (później nachodzili mnie aż do wyprowadzki). Z najciekawszych religii zainteresował mnie kiedyś bahaizm, o którym wczeœniej nie słyszałem, jednak najwięcej czasu poświęciłem - i na pewno będę jeszcze poświęcał - buddyzmowi. Dla kontrastu czytałem też kilka antyteistycznych pozycji, na czele z moim idolem Nieztsche, przez Richarda Dawkinsa, na kilku mniej znanych myślicielach kończąc.

Temat rzeka te książki, jak się okazuje. Prawdziwa miłość wróciła do mnie jednak po wielu latach (od książki Tada Szulca), gdy wziąłem do ręki kupioną już jakiś czas wcześniej książkę "Czas rekinów" o biznesmenach XX wieku. Wielki schab, ma z 700 stron i jest trudną historyczną przeprawą, ale i tak wywarł na mnie gigantyczne wrażenie. Kiedyś przeczytam go jeszcze raz. Od tamtej pory przeczytałem biografie połowy biznesmenów świata, dyktatorów, przywódców, gwiazd sportu, muzyki, kina i chyba w ogóle wszelkiej maści postaci. Długo by wymieniać, a polecam praktycznie każdą biografię - kocham je. Czytanie o ludziach, którzy niosą ze sobą jakieś historie, raz śmieszne, raz imponujące, innym razem smutne, tragiczne, jest cudowne. W "Desideracie" jest taki zapis: "nawet największy ignorant ma swą opowieść".
Fakt, że o ignorantach rzadko chyba pisują książki, ale pewnie jakby "Jan Kowalski" napisał autobiografię, to też bym ją przeczytał i polecił. Tylko w ostatnim półroczu czytałem bio Steve’a Jobsa, Walta Disneya, Shaqa O'Neila, Denisa Rodmana, Michaela Jacksona, Władka Kozakiewicza. Wcześniej z najciekawszych historii wspomnę o Billu Gatesie, Donaldzie Trumpie, Hitlerze, Lincolnie, Thomasie Edisonie, Johnnym Nashu (sławny „Piękny Umysł”). Jest fajna autobiografia Henry’ego Forda (choć ciężko się czyta z uwagi na język) i wiele, wiele innych.

Raczej rzadko wkręcały mnie powieści, ale trochę też przeczytałem. Philip Kerr to jeden z moich ulubionych autorów. Z racji upodobania ojca do sensacji, przeczytałem też trochę Alistera McCleana czy - później - Roberta Ludluma (mój tata zebrał wszystkie napisane przez niego książki). Zaczytywałem się w kryminałach Agaty Christie, z s-f w niespełna dzień wciągnąłem Grę Endera po tym, jak z przyjacielem wybraliśmy się na jej ekranizacje i spodobał mi się główny bohater. Nic jednak nie dorówna moim biografiom. Aktualnie zamierzam się na Violettę Villas, którą upolowałem ostatnio w Carrefourze za 9,99 zł. Mam jeszcze z 10 nieprzeczytanych biografii w domu (wciąż dokupuję nowe), więc jak macie jakieś do polecenia, to moja skrzynka odbiorcza czeka na wiadomości. Można mi też je wysyłać, dawać na koncertach - nigdy nie odmówię dobrej książki. Ciężko to przekalkulować, ale nie zdziwiłbym się, gdybym na ten moment przeczytał ich z 400-500 w życiu (a że późno zacząłem, to daje mi to nie lada powód do dumy). Nie wszystkie w całości, nie wszystkie z równym entuzjazmem, ale polecam czytać, bo jak powiedział kiedyś Will Smith:
"Gdzieś tam przed Wami były miliony milionów, którzy żyli przed nami wszystkimi. Nie ma żadnego nowego problemu, który możesz mieć (…) nie istnieje problem, który możesz mieć, a którego już, ktoś wcześniej nie rozwiązał i nie napisał o tym książki".

Tym pozytywnym akcentem.  
Pozdrawiam 
5! / Theodor

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #84 - Enoiks

Enoiks jest reprezentantem Stargardu Szczecińskiego, a także labelu $H Records, którego jest zresztą jednym z założycieli. Co wyróżnia jego rap na tle reszty podziemia? Przede wszystkim nietypowe połączenie niuskulowych bitów oraz śpiewu mocnym głosem. Na swoim koncie ma on już parę dłuższych materiałów, jeszcze w tym miesiącu do sieci trafi natomiast jego najnowszy album, który promować ma singiel "Nigdy nie mów stop". Poza tym, Enoiks pojawił się między innymi na drugiej płycie Bonsona i Matka, w kawałku "Brudna krew", tuż obok Piha i TrooMa

Co natomiast dzisiejszy gość ma do powiedzenia na temat książek?

Kiedy chodziłem do podstawówki czy gimnazjum, czytanie było dla mnie, podobnie jak nauka, czymś w rodzaju kary. Nie byłem dobrym uczniem. Nie powinienem też użyć słowa "średni", bo również bym skłamał. Wtedy liczyli się tylko chłopaki z podwórka. Trzeba było wyjść jak najszybciej z domu, bo można było przegapić coś zajebistego (wtedy zajebistym było coś, na co teraz pewnie nie zwróciłbym nawet uwagi). 

W liceum książki robiły na mnie większe wrażenie. Nie zapomnę, jak dopadłem "Ojca Chrzestnego". Przykleiłem się do tej książki i pożarłem ją. Wywarła na mnie takie wrażenie, że postanowiłem ją ulokować jako jedną z książek, które potem przytoczyłem w pracy maturalnej. Nadal jest moim numerem jeden. 

Obecnie staram się czytać sporo. Jeśli chodzi o rap, polecam felietony (na przykład te publikowane w Codziennej Gazecie Muzycznej). Polecam też biografie i autobiografie. Jakiś czas temu przeczytałem tę traktującą o Liroyu (to chyba pierwsza tego typu polska książka ). Teraz na półce spokojnie czeka sobie na mnie Jay-Z.

Jeśli chodzi o powieści, w tym roku sięgnąłem po klasyczne raczej tytuły. Oto kilka z nich:

- "My, dzieci z dworca ZOO" - książka dokumentalna o narkomance z berlińskiego dworca. Dzieje się w latach 70-tych. Opis życia tej dziewczyny pokazuje, jak łatwo można się na własne życzenie władować w naprawdę ciężkie tarapaty i jak ciężko z nich potem wyjść. Ta książka uświadomiła mi, że powiedzenie sobie "skończę z tym teraz", zamiast standardowego "skończę z tym już niedługo", nie jest takie proste, jak się niektórym wydaje.

- "Kariera Nikodema Dyzmy" - wielu pewnie oglądało starszy serial lub nowszy film, jednak autor książki ciekawie opisuje warszawskie, mroczne ulice w latach dwudziestych XX wieku.

- "Trzej muszkieterowie"  - tutaj w grę wchodzi honor i braterstwo, dlatego książka przypadła mi do gustu.

W tym momencie jestem w połowie pierwszej część "Troi" i do tej pory jestem pod wrażeniem, także na tę chwilę jak najbardziej i ten tytuł polecam!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #83 - Świnia

Świnia to raper, który w ostatnim czasie zrobił dość spory szum w polskim podziemiu. W październiku pojawił się bowiem jego pierwszy dłuższy materiał, zatytułowany po prostu "Demo EP". Płyta to połączenie nie tylko ciekawych tekstów samego Świni, ale i klasycznych bitów Fawoli, producenta w pełni odpowiedzialnego za instrumentalną stronę ostatniego albumu Eldo. Gdzie natomiast znaleźć więcej rapu od dzisiejszego gościa "Raperzy czytają"? Chociażby na albumie "Primus Luporum" TrooMa i ka-meala, gdzie udzielił się on w kawałku "Passolini".

Co z kolei Świnia ma do powiedzenia na temat książek?

Słysząc pytanie: "przeczytałeś ostatnio coś godnego polecenia?", zamiast armii tytułów i okładek wspaniałych dzieł literackich, mam przed oczami napaćkane na wymiętej kartce zdanie z jednej z książek Jerzego Pilcha: "Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się je zaś po to, by móc znów je czytać". 
Pan Jerzy usprawiedliwia mnie zatem i wybacza chwilową amnezję, dając jednocześnie możliwość poprawy, kiedy to kolejny raz nie mogę sobie dobrze przypomnieć przeczytanych książek.

Na potrzeby cyklu postarałem się wybrać kilka tytułów, których upływający czas nie zdołał przepędzić z mojej pamięci. Chciałbym też zaznaczyć, że mimo swojej wielkiej sympatii, jaką darzę różnego rodzaju literaturę, moja aktywność czytelnicza ostatnimi czasy mocno się ograniczyła. Mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze czas, kiedy będę pochłaniał równie dużo książek co dziesięć lat temu.
Przechodząc jednak do konkretów: 

"

Mechaniczna Pomarańcza" Anthony'ego Burgessa - 
książka, którą uwielbiam, nieco może nawet gloryfikuję i do której zawsze chętnie będę wracał. Przeczytałem wersję R oraz A, każdą po dwa lub trzy razy (polski przekład, którego autorem jest Robert Stiller, zawiera dwie wersje - rosyjską oraz amerykańską) i przyznam szczerze, że mam ochotę zrobić to znowu.
 

Od wspaniałego slangu, który przez pierwsze dziesięć stron dezorientuje, przez kolejne dziesięć wciąga, a później na dobre wchodzi do mowy codziennej (książkę można określić mianem eksperymentu lingwistycznego, na jej potrzeby Burgess stworzył język będący wypadkową zapożyczeń z języka rosyjskiego, slangu młodzieżowego oraz wymyślonych neologizmów), przez urzekającą osiemnastowieczną narrację (często mającą prześmiewczy charakter) z iście szekspirowskimi dialogami, po zderzenie piękna sztuki z przemocą, gwałtem i brudną ulicą oraz wspaniałą psychoanalizę głównego bohatera - wszystko to sprawia, że zawsze chętnie wracam do "Pomarańczy" i szczerze rekomenduję w rozmowach ze znajomymi.


"Obsługiwałem angielskiego króla" Bohumila Hrabala - początkowo, myśląc o czeskiej literaturze, przychodziła mi do głowy "Nieznośna lekkość bytu", uznałem jednak, że powieść Kundery jest dosyć popularna i na dobre zadomowiła się w literackiej świadomości przeciętnego czytelnika. Dlatego też wybrałem historię kelnera o wyjątkowo niskim wzroście. 


Książka - jak to większość czeskich wyrobów - już przy pierwszym kontakcie nastraja mnie bardzo pozytywnie. Specyfika czeskiej ziemi i czeskiego narodu, którą przesiąknięta jest każda kartka tekstu. Ta niesamowita lekkość życia, zbywająca sprawy ważne i kłopotliwe, zniżając do rangi błahych i lekkich. Ta zdolność tłumienia spraw ciężkich i smutnych uśmiechem i optymizmem, a nie odwrotnie.
 

Barwne opisy, zabawne dialogi, wspaniała kreacja głównej postaci - wszystko to sprawia, że Hrabala czyta się namiętnie, lekko i z uśmiechem na ustach. Opis uczty wyprawionej przez afrykańskiego króla skłoniłby mnie do wydania ostatnich oszczędności na wspaniałą potrawę przygotowywaną przez jego świtę, uczty czeskich polityków w hotelu na uboczu przypominają mi, że muszę kiedyś spróbować prawdziwego szampana, a zawsze gdy przechodzę w Krakowie ulicą Rajską, mam w myślach płatki kwiatów i... 


Wspaniała książka, piękna historia - każdy kolejny kończony akapit wprowadzał u mnie specyficzny spokój, pogodę ducha i radość z życia. Szczerze polecam.


"Książę Nocy" Marka Nowakowskiego - 
książką-klasykiem, która w sposób szczególny przedstawia warszawski półświatek, często określany jest "Zły" Leopolda Tyrmanda. Mimo nieskrywanej sympatii, jaką darzę tą powieść, w kategorii "ciemna, zła stolica" wygrywa - już niestety świętej pamięci - Marek Nowakowski. 


Wspaniała proza. Czysta wódka, brudne ulice, zadymione meliny, kurwy, alfonsi, ciemne interesy - wszystko to niesamowicie naturalne, zadziwiająco prawdziwe - a wszystko opowiedziane w prosty i dobitny sposób. Bez upiększania, koloryzowania. Bez jakiejkolwiek próby naprostowania skrzywionego społeczeństwa i jego poplątanych życiorysów. 
Szczerość, realizm, prostota i maksimum treści. Zupełnie, jakbym słuchał opowieści autora, siedząc z nim przy wódce i ogórkach.

"Król Szczurów" Jamesa Clavella - powieść, do której mam duży sentyment. Od czasu bodajże ostatniej klasy podstawówki lub pierwszej gimnazjum, kiedy znalazłem ją w domowej biblioteczce i przeczytałem pierwszy raz, wracałem do niej wielokrotnie. Wstrząsające realia życia obozowego, bieda, brak żywności i lekarstw, śmierć na porządku dziennym, wynaturzenia, załamania nerwowe i depresje doprowadzające do szaleństwa i często śmierci samobójczej. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim - On. W czystych skarpetach, nowych butach, ostrzyżony, odświeżony. Zjada smaczny, syty obiad - nieszczególnie z obozowej kuchni. Król. Z jednej strony znienawidzony, z drugiej podziwiany, z trzeciej być może pożądany. 

Mocna historia jednego z obozów jenieckich II Wojny Światowej; o nienawiści, przyjaźni, śmierci, życiu i walce o przetrwanie. Oraz, przede wszystkim, o tym, jak w ułamku sekundy można stracić wszystko - pieniądze, pozycję społeczną, przyjaźń. Niekoniecznie przegrywając fortunę w kasynie.

"Mikołajek" Rene Goscinny'ego - miałeś kiedyś osiem lat? Całe dni spędzałeś z ziomkami, kopiąc piłkę, dzieląc się na policjantów i złodziei, budując szałasy i organizując zrzutę po dziesięć groszy na dużą oranżadę? Nie rozumiałeś problemów ojca, matki, nauczycielki, baby w sklepie? Niebo było niebieskie, słońce mocno grzało w kark, a ból po zadrapanym kolanie najlepiej leczył strzelony gol i wygrana zabawa?


Mikołajka czytałem, będąc we wczesnej podstawówce, doczytywałem w gimnazjum i ostatnio - zobaczywszy na empikowej półce - kupiłem młodszej siostrze, czytając wcześniej całą książkę w ciągu jednego dnia. Kupa dobrych wspomnień, prosta radość małego chłopca i uśmiech, który zawsze daje mi wiecznie głodny Alcest, stale zostający za karę po lekcjach Kleofas i Euzebiusz, który nieustannie chce spuścić wszystkim wpierdol. Klasyk.
 

W swoim zestawieniu pomijam Marka Hłasko i Mario Puzo, których książki wydały mi się oczywistą oczywistością, bo co by od nich nie przeczytać - wszystko będzie równie wspaniałe.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #82 - SMA

SMA nie należy może do grona najbardziej znanych raperów w Polsce, ale długiej kadencji na rodzimej scenie odmówić mu nie można. Opolanin nagrywa już od roku 2000, początkowo udzielając się w ekipie Delta, później w dużej mierze nagrywając solowe kawałki. Najbardziej znany jest prawdopodobnie ze swojego letniego hitu "Jest okej!", nagranego wspólnie z Okolicznym Elementem. Obecnie SMA przygotowuje swój kolejny krążek, "Moment zwrotny", którego premiera planowany jest na bieżący rok.

Co natomiast dzisiejszy gość akcji poleca do poczytania?

Jestem fanem kryminałów i thrillerów. Dlatego czytam w wolnej chwili głównie tylko takie książki. Niestety, mało mam czasu na tę formę przyjemności, ale gdy tylko mogę, staram się jej poświęcić jak najwięcej czasu. Mam dużo zalegających powieści w kolejce. 

Moim ulubionym autorem jest Harlan Coben, co już zresztą potwierdziłem w jednym z kawałków z 2010 roku. Świetna lekkość pisania, duża wyobraźnia. Pisze kolejne powieści szybciej niż ja nadążam czytać jego starsze dzieła. Nie będę recenzował jako tako książek, dlatego ogólnie chcę polecić tego pisarza. Popełniłem tylko błąd, że nie czytałem jego książek chronologicznie.

Są pełne emocji, nagłych zwrotów akcji. Pierwszy trzy, cztery strony już pokazują, że będzie interesująco. Wiele ciekawych opisów - czujesz, że widzisz to wszystko i masz wyobrażenie, jak dobrze to zostało opisane. Każda kolejna kartka sprawia, że juz sam nie wiesz co się dzieje. Mylące tropy prowadzące donikąd, coraz to nowe osoby pojawiające się na kolejnych stronach, gdzie wprowadzają dezorientację u czytelnika, dużo zagadek. Czyta się to z naprawdę mega zainteresowaniem. Świetne opisy zbrodni, ze szczegółami, ze staranną dokładnością. 

Najlepsze jest to, że Harlan napisał chyba ok. 30 książek, a ja dopiero dobijam do połowy. Aktualnie jestem w trakcie czytania pozycji zatytułowanej "Tylko jedno spojrzenie". Polecam mocno!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #81 - FAV

W osiemdziesiątym pierwszym odcinku tej książkowo-muzycznej serii gościmy rapera z miasta, które nie miało tu chyba jeszcze swojego reprezentanta. FAV pochodzi bowiem z Nowego Dworu Mazowieckiego. Rymuje już od dobrych paru lat i w tym czasie zdołał wypuścić nie tylko sporo luźnych numerów, ale i kilka dłuższych materiałów. Najnowszym z tych ostatnich jest "Deptak wartości", którego premiera miała miejsce na początku bieżącego roku. Album ten został wydany nakładem labelu Vibe2NES, a udzielił się na nim gościnnie między innymi Junes. Obecnie FAV przygotowuje się do wypuszczenia świeżej EPki, tworzonej we współpracy z producentem Uniqiem.

Co natomiast dzisiejszy gość akcji ma do powiedzenia na temat książek?

"Cicha woda zawsze płynie głęboko" - ten fragment pochodzi z pierwszej książki, którą przeczytałem od deski do deski. Miało to swoje miejsce trzy lata temu. Jej tytuł to "Miasteczko Salem", a autorem jest nie kto inny, jak KRÓL HORRORU - Stephen King.

Jak już wspomniałem wyżej, moje początki z czytaniem nadal trwają. W czasie, gdy moi rówieśnicy czytali lektury bądź z pasją podchodzili do połykania kolejnych nieobowiązkowych tytułów, do których mieli dostęp w szkolnej bibliotece, ja z każdą kroplą potu, spływającą w otchłanie Tajgetu, wyrabiałem sobie nadzwyczajnie miękką kiść czy spędzałem czas przy kartkach, bazgrząc jak pazura kurem NIE szkolne wypracowania, NIE swoje teksty, a teksty... z pierwszej Molesty. Co mi to dało?

Otóż dzięki temu dzisiaj dręczy mnie olbrzymi głód czytania i tym długim wstępem chciałbym zaznaczyć, że jeżeli nie zdarzyło Wam się czytać w szkole czy nawet po jej ukończeniu, warto zacząć swoją pierwszą książkę chociażby w tej chwili. Jestem FAV, swoją pierwszą książkę przeczytałem w wieku 21 lat.

Przez ten krótki okres czasu udało mi się sięgnąć po wiele tytułów z gatunku horroru, ale i również powieści kryminalnych. Najbardziej jednak do gustu przypadły mi teksty Kinga oraz Koontza, którego w pewnym momencie z biblioteki miejskiej wypożyczałem po trzy i właśnie trójkę moich ulubionych książek tego autora chciałbym Wam polecić.

"Złe miejsce" - tutaj przeplata się kryminał, sci-fi i trochę horroru. "Frank Pollard boi się zasnąć. Każdego ranka budzi się w nieznanym sobie miejscu, nie pamiętając niczego poza imieniem i nazwiskiem". TAK!!! Z tego miejsca autor może zabrać nas w lewo, bądź w prawo. Książka może okazać się bardzo nudna lub wręcz przeciwnie. Ja wierzyłem w to drugie i podczas moich licznych podróży w Polskę za chlebem, zabierałem ją ze sobą, czytając, można rzec - okazyjnie, w czasie przejazdów PKP z pkt. A do pkt. B. Nie zawiodłem się.

"Tik-tak" - kolejna powieść, w której gatunki mieszają się. Kryminał, sci-fi i horror - z tym że zabawne dialogi, niekiedy wprowadzają również nastrój komediowy. Głównym bohaterem jest Phan Tran Tuong, Amerykanin pochodzenia wietnamskiego, który jest pisarzem, a w przerwach między tworzeniem kolejnych rozdziałów pełnych przygód swojego bohatera, detektywa Chipa Nguyena, ciągle przypomina swojej rodzinie, że już dawno zmienił swoje imię na Szon, Majk czy inny Tommy. Pewnego wieczora znajduje przed swoimi drzwiami dziwną lalkę, z wnętrza której wyłania się tajemnicza istota, przejawiająca wobec niego mordercze zamiary. Akcja książki rozgrywa się w jedną noc, tak więc dynamicznych momentów w niej nie brakuje, przez co musiałem zrezygnować z kilku posiłków :/ A jeść to ja uwielbiam...

"Odwieczny wróg" - powstała ekranizacja, jednak (jak w większości przypadków) do książki nie ma podjazdu. I co z tego, że zagrał w niej Ben Affleck! Jeśli chcecie dobrze się bawić, łapcie za książkę! Jenny Paige i jej młodsza siostra wracają do swojego rodzinnego miasteczka, z którego prawie bez śladu zniknęli wszyscy mieszkańcy. Prawie, ponieważ w kilku miejscach dziewczyny znajdują spuchnięte, sine i nieulegające rozkładowi zwłoki. Kiedy już w ich głowach zaczyna świętować zwycięstwo na myśl o tym, że są jedynymi żywymi, ujawnia się tytułowy "Odwieczny wróg". Rozpoczyna się walka. Dodatkowo dodam, iż akcja osadzona jest w górskim miasteczku, więc od początku książki jest mrocznie i tajemniczo, nie wspominając już o towarzyszącej przez cały czas ponurej atmosferze, co po zsumowaniu daje nam dreszcze na plecach!

To by było na tyle - that's all folks!

Mam nadzieję, że zachęciłem Was do sprawdzenia przynajmniej jednej z tych książek. Sam mam w swojej kolekcji około 200 dzieł z gatunku horroru (mania zbieractwa), które sukcesywnie wykupowałem za bezcen przy likwidacjach bibliotek i księgarń w różnych miastach, tak samo jak nielegale z rapem w bramie niejednej kamienicy. Jeżeli chcielibyście polecić mi jakiś tytuł bądź autora, to zapraszam do skorzystania z przycisku "Wiadomość" pod adresem: www.facebook.com/favndm

Dziękuję za zaproszenie Mikołajowi Więckowskiemu. Niezmiernie miło było mi przygotowywać ten tekst. 

Pozdrawiam! 
FAV


Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #80 - Lilu

Czy gościa osiemdziesiątego odcinka "Raperzy czytają" muszę komukolwiek przedstawiać? Prawdopodobnie nie, ale - by tradycji stało się zadość - parę słów o Lilu napisać muszę. Nazywana przez wielu najlepszą polską raperką, świetnie radząca sobie także ze śpiewem. Miała okazję nagrywać z takimi osobami jak Pezet, Jimson czy Reno. Na swym koncie ma także liczne albumy solowe, w tym dwa długogrające legale: "LA" z roku 2008 oraz "C/A" z 2011. Obecnie pracuje nad swoim kolejnym projektem, zatytułowanym "Outro".

Jakie jednak książki pragnie Wam polecić Lilu?

Kurt Vonnegut, "Syreny z Tytana'' - "Rzeźni Nr 5" albo "Kociej Kołyski" nie trzeba chyba nikomu, kto ma jakiekolwiek pojęcie o książkach, rekomendować. Ale gdyby ktoś taki miał ochotę odkleić się zupełnie od rzeczywistości na kilka dni, to polecam starszą, kosmiczną pozycję tego genialnego pisarza. 

Joseph Haller, "Paragraf 22" - Sprawę II wojny światowej traktuję śmiertelnie poważnie, co można wnioskować choćby po "Morowych Pannach" czy "Pannach Wyklętych" (projekty muzyczne z moim udziałem). Jednak z bezsensu wojny trzeba się też czasem umieć śmiać. "Paragraf 22" to potoczne określenie sytuacji bez wyjścia, w której aby wypełnić jakieś kryterium, trzeba jednocześnie spełniać inny warunek, który to kryterium wyklucza.

Terry Pratchett, "Kot w stanie czystym" - Ta książka spełnia wszystkie warunki mojej osobistej, lekkiej lektury: jest ilustrowana, jest zabawna i jest o kotach. Gwarantuję, że rozbawi również psiarzy.

Sławomir Mrożek, "Wdowy" - Uwielbiam absurdalny dowcip Mrożka, ta sztuka jest mi wyjątkowo bliska, bo grałam ją na dyplomie na uczelni. Dowcip na najwyższym poziomie, śmiech do łez. Mrożek mistrz. 

James Joyce, "Ulisses" - Jestem w połowie. Obiecałam sobie przeczytać i zrobię to. Sam fakt, że Słomczyński tłumaczył Ulissesa 13 lat (!) musi o czymś świadczyć. Strumień świadomości - forma trudna w odbiorze, ale nie wypada jej nie znać. Prawie 1000 stron. Wyzwanie.

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #79 - MC Silk

Tuż przed osiemdziesiątym odcinek "Raperzy czytają", w serii gościmy osobę, która trzy lata temu była istną gwiazdą internetu. MC Silk pojawił się zupełnie nagle ze swoim filmikiem, na którym pokazał niesamowitą prędkość rapowania. Widziałem to ja, widzieli moi znajomi, widzieliście zapewne i Wy. Rapowa kariera Silka nie skończyła się jednak w tym miejscu, bowiem postanowił on wykorzystać swój czas, wydając naprawdę przyjemny krążek "Love Against The Machine". Po tym wypuścił on dodatkowo parę luźnych kawałków, jak choćby "Wanna beef?" czy track nagrany na potrzeby oneshotowej serii Stoprocent - "Wyskocz do tego!". Ostatnim ukończonym projektem dzisiejszego gościa, jest wypuszczony raptem parę dni temu "Rap Nobody"

Teraz natomiast czas na konkrety, czyli naprawdę obszerny tekst na temat książek, właśnie od MC Silka. Enjoy & get inspired!

Dziewięćdziesiąt procent czytanych przeze mnie tekstów to materiały w internecie. Zazwyczaj są to teksty technologiczne, gdzie króluje język Szekspira. Ciężko zatem powiedzieć, że czytelnictwo jakoś szczególnie poszerza mój polski wokabularz ;) Jestem raczej zwolennikiem chłonięcia więcej niż jednym zmysłem na raz i jeśli mam czas, to raczej poświęcam go na film i muzykę niż książkę. Jeśli słucham muzyki, to skupiam się zazwyczaj na niej i na tekście (jest to zatem forma obcowania z poezją poparta wymiarem fonicznym). Raczej nie zdarza mi się np. słuchać muzyki i surfować w internecie.

Uważam, że jeśli obcuje się z ambitnym dziełem, to twórca poświęcił się na tyle, że wpuszczanie jednym uchem mija się zupełnie z jego założeniem. Tak samo podchodzę do filmów, gier i książek. Dlatego też nie poświęcam czasu na rzeczy "takie nawet spoko". Albo coś jest zajebiste, albo szkoda mi na to życia. 

Odnosząc się do powyższego, jestem czytelnikiem bardzo wymagającym (pamiętajmy, że książka to zazwyczaj kawał czasu i na pewno nie będę jej czytał dla jego zabicia). Nie interesuje mnie zatem beletrystyka i zmyślone historie. Tak jak w filmach, nie dzierżę "Potterów", "władców", "starwarsów", "x-menów", "wiedźminow" itd. - za duży na to jestem, od około 9 roku życia (pewnie właśnie straciłem połowę fanów ;)). Żeby nie było - próbowałem Sapkowskiego na papierze, ale nie dałem rady. Wolę obejrzeć Kaufmana albo Gilliama. 

Jeśli już sięgam po książkę, to są to albo biografie (życie pisze najlepsze scenariusze, a nauka z nich płynąca wydaje się być najbardziej wiarygodna), albo książki, których sama forma nominuje je do miana sztuki (tak jak u wspomnianych wyżej reżyserów). Wykraczanie poza ramę, to coś co mnie kręci (jeśli jest bezpretensjonalne i umiejętne). 

Dlatego, kończąc ten przydługi wstęp i przechodząc do konkretnych tytułów, na pierwszym miejscu (i jest to plasowanie nieprzypadkowe) znajduje się w moim personalnym rankingu "Paw królowej" Doroty Masłowskiej. Chciałbym nie lubić tej książki, bo jest "głośna". Na szczęście ma równie wielu "haterów", co wyznawców, a to - jak nauczyło mnie doświadczenie - zazwyczaj jest najlepszą rekomendacją (pozycje "mocne 7" albo "w miarę dobre" są najgorsze). "Paw królowej", to idealny przykład takiego stylistycznego lotu grzbietem fali. Albo się na nią łapiesz, albo cię zalewa. Jeśli nie masz podobnego postrzegania rzeczywistości jak autorka, to nie złapiesz wszystkich niuansów i skrótów myślowych, a tekst wyda się być grafomański. Zdecydowanie we wszystkich dziedzinach życia preferuję błyskotliwości nad wyrobnictwo (dlatego w piłce nożnej prędzej kibicuję Hiszpanii niż Polsce, a w ogóle, jeśli oglądam sport, to głównie NBA). Wielokrotnie miałem wrażenie "cholera, jak ona to wyjęła z mojej głowy?". Niestety, w innych dziełach Doroty (czytałem wszystkie) nie zauważyłem już tego flow, na którym "leciał Paw" 
(myślę, że większa świadomość może czasem zabić instynkty autora). 

Jeśli jesteśmy przy laureatach Nike, to Wojciech Kuczok napisał całkiem (zabrzmi to jak oksymoron) sympatyczny "Gnój" ;) Realistyczny, ciężki, bardzo w klimacie Smarzowksiego (dochodzę do wniosku, że pewnie lepiej było zapytać mnie o filmy, niż o książki ;p). 

Kolejna, mocno kontrkulturowa (czyli fajna dla mnie) - "Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki", jest wywiadem rzeką z Markiem Raczkowskim i zarazem dowodem na to, że są jeszcze ludzie, który myślą samodzielnie... 

Idąc tropem tekstów napisanych życiem, czytam obecnie listy Mrożka i Lema, pokazujące jak dwóch indywidualistów i intelektualistów, odnajduje się w debilnej codzienności (bardzo mi bliskie ;)). 

Einstein i Jobs - biografie. Nie jestem co prawda wyznawcą Apple, ale historia komputerów, która tworzyła się niejako "na moich oczach", wciągnęła mnie na maxa. Należę do pokolenia, które zaczynało w czasach ZX Spectrum i możliwość obejrzenia tego, co działo się w tym czasie po drugiej stronie Wielkiej Wody, jest bardzo fajnym przeżyciem, zwłaszcza po latach. 

Na koniec popełnię dla wielu świętokradztwo i złamię tabu, ale - niestety - nie jestem fanem klasyki. Nawet te najbardziej opiewane współcześnie "zbrodnie i kary", "Czechowy" itd. pozwoliły mi się znieść tylko przez kilkadziesiąt stron. Dużo bardziej przemawia do mnie "Heavy Rain" albo "Grim Fandango". Niestety - generalizując, oczywiście - większość "starszych dzieł", jest w moim odczuciu warta co najwyżej określenia "super" z dopiskiem "jak na tamte czasy". Doceniam nowatorskość, ale coś, co było błyskotliwe 200 lat temu, można docenić chyba jedynie biorąc pod uwagę perspektywę czasu. 
Z całym szacunkiem dla przecierania szlaków, dzisiaj rymy Mickiewicza raczej nie zrobią wrażenia na kimś, kto słucha ambitniejszego rapu. 


BTW: przypomniało mi się, jak mieliśmy na zadanie w szkole napisać "Co Was śmieszyło w <<Zemście>> Fredry". Nie "Czy Was śmieszyła?" ale "co?". 
Jak napisałem, że nic (poziom żartu raczej mocno od "pythonowskiego" odbiegający) to dostałem jedynkę... 

Docenianie "za zasługi" jest spoko, ale bez przesady ;) Człowiek idzie do przodu w pewnych mechanizmach myślowych i cofnięcie się, trąci dla mnie często myszka. Myślę, że zagotowałem krew wystarczającej ilości osób, by zakończyć na tym swoje wynurzenie.


Pozdrowienie – włącz myślenie. Samodzielne.

Silk

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Raperzy czytają #78 - Roni

Kolejny weekend kończymy na blogu odcinkiem serii "Raperzy czytają". Epizod siedemdziesiąty ósmy stoi pod znakiem Roniego, dość świeżej postaci na scenie. Do tej pory pracował on między innymi nad projektami "Mini EP" (we współpracy z Gnievnym), a także "Spadające gwiazdy EP" (tworzone wraz z Pyciem). Obecnie Roni pracuje natomiast nad swoim solowym projektem, zatytułowanym "Zimny błękit". Promuje go między innymi singiel "Mylne wyobrażenia", na którym gościnnie udzielili się Junes oraz Chok.

Co zaś Roni ma do powiedzenia na temat literatury?

Książki... Temat znany mi już od najmłodszych lat, ponieważ w mojej rodzinie bardzo lubiono tę formę spędzania wolnego czasu. Na początku nie wykazywałem jakiegoś szczególnego zainteresowania czytaniem i zupełnie się do niego nie garnąłem, jednak w końcu nadszedł ten przełomowy moment. Ostatni dzień roku szkolnego i uroczyste zakończenie drugiej klasy szkoły podstawowej. Za dobre wyniki w nauce dostałem nagrodę - książkę. Na początku nie byłem zadowolony, bo widziałem że koledzy dostali paletki do ping-ponga, albo maskę do nurkowania, ale po powrocie do domu zacząłem oglądać moją zdobycz, a była nią "Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek"  Hanny Ożogowskiej. Muszę po latach stwierdzić, że ta książka idealnie wprowadziła mnie w świat literatury. Przeczytałem ją jednego dnia i byłem zafascynowany. Moja wyobraźnia nigdy nie działała tak dobrze, nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że właśnie te czytanie tak mi ją wyostrzy. 

Teraz już poszło z górki i zacząłem czytać hurtowo. Przerobiłem prawie wszystkie przygody Tomka i jego przyjaciół napisane przez Alfreda Szklarskiego. Ze szkolnej biblioteki wypożyczałem setki książek przygodowych, których tytułów już teraz nie jestem w stanie wymienić. Uwielbiałem czytać. Wraz z wiekiem sięgałem po literaturę nieco poważniejszą i bardziej regionalną. Tereny, na których wówczas mieszkałem, to dawne okolice działań polskiej partyzantki, więc nie trudno się domyślić, że szybko wgłębiłem się w tematykę wojenną. Szczególną uwagę zwróciłem na utwory Aleksandra Omiljanowicza, między innymi "Wyrok", "Duch Białowieży", czy "Azyl w Dżungli". To książki zdecydowanie godne polecenia, nie tylko dla osób, których ciekawi tematyka wojenna, ale dla wszystkich, którzy szukają dobrze napisanej literatury z ciekawą fabuła i szybką akcją. 

Kolejny etap to fascynacja Harrym Potterem i chyba tutaj nie muszę za dużo opisywać, każdy wie o czym mówię. Magiczna seria, setki godzin spędzone na czytaniu z wypiekami na twarzy :) 

Filologia polska – mój kierunek studiów. Pierwszy raz miałem dosyć czytania. Materiału było tak wiele, a książek do przeczytania tak dużo, że nie czerpałem z tego żadnej przyjemności. Jednak w natłoku autorów do przerobienia i ich dzieł znalazłem parę nazwisk, które zasługują na szczególną uwagę. Orwell, Kafka, Wilde. Po przeczytaniu "Procesu" siedziałem przez parę godzin w ciszy i zastanawiałem się co się stało. Daaaamn, dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia! Klimat, który został w niej zbudowany, sprawia, że przez jakiś czas sam doszukiwałem się wszędzie teorii spiskowych i inwigilacji mojej osoby. "Portret Doriana Graya" Wilda i "Rok 1984" Orwella to również świetne lektury. 

Tematyka książek, które mnie interesowały, a które czytałem poza studiami, była bardzo szeroka. Od kryminałów z Sherlockiem Holmesem w roli głównej, po opowieści grozy Lovecrafta "Zew Cthulhu". Ostatnią książką, która przeczytałem był, któryś z tomów "Gry o tron" Martina i muszę przyznać, że bardzo dobrze się to czyta i na pewno będę kontynuował i systematycznie zapoznawał się z kolejnymi tomami. Obecnie trochę mniej czasu spędzam na czytaniu, ale mam wiele tytułów, które chciałbym jeszcze sprawdzić, bo nie znać niektórych klasyków, to niezła siara i aż wstyd, ale jeszcze do tej pory nie przeczytałem "Władcy Pierścieni" Tolkiena czy "Wiedźmina" Sapkowskiego :/ W autobusach, tramwajach, w zasadzie gdzie tylko się da, czytam aktualnie książkę "Jerzy Dudek. Pod Presją" Pawła Habrata :) 

Dzięki za zaproszenie i zapraszam na mój fanpage. Pozdrówki!

Jeśli podoba Ci się akcja "Raperzy czytają" i chcesz być na bieżąco z nią oraz resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)