Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

Sprawiedliwość. Jak postępować słusznie?


Książka Michaela J. Sandela to idealny przykład publikacji, która początkowo odstrasza. Odstrasza przez swoją tragiczną wręcz okładkę, utrzymaną w klimatach wydawnictw sprzed wielu, wielu lat. Do tego nie do końca wiedziałem, czego się po tej pozycji spodziewać, będąc w zasadzie dość sceptycznie do niej nastawiony. Ostatecznie jednak, dzięki licznym rekomendacjom w sieci, postanowiłem po "Sprawiedliwość" sięgnąć. Dziś sobie za to dziękuję, bo książka ta jest jedną z tych, które mnie w tym roku najbardziej pozytywnie zaskoczyły.

Publikacja Sandela, profesora Uniwersytetu Harvarda, jest dość nietypowym przeglądem poglądów filozoficznych. Wszystko kręci się tu bowiem wokół jednego - tytułowej Sprawiedliwości. Choć istnieje słownikowa definicja tego wyrazu, postrzeganie sprawiedliwości na świecie jest zgoła różne. I nawet, jeśli teraz pukacie się po głowie, myśląc: "ale po co mam o tym w ogóle czytać?!", odpowiedź nadejdzie, gdy tylko zabierzecie się za publikację Sandela.

Po pierwszy - autor uczy. Wprowadza nas do świata różnorodnych filozofii, patrzących zgoła inaczej na te same sprawy. Poznajemy klasyczne myślenie Arystotelesa, poglądy utylitarystów czy wreszcie główne założenia libertarianizmu. Przy omawianiu każdej filozofii Sandel podaje naprawdę sporą ilość różnorodnych przykładów, pokazujących dane myślenie w praktyce.

To wiążę się z kolejną ważną rzeczą w "Sprawiedliwości" - autor prowokuje. Wrzuca nas w wir często bardzo radykalnych poglądów, które każdy z nas pojmować może zupełnie w różny sposób. Gdy czyta się o koncepcji stworzenia obowiązkowych przytułków dla żebraków, by nie obniżali oni poziomu szczęścia w miastach, jedni się z tego powodu oburzą, inni zobaczą w tym całkiem ciekawą teorię. I dobrze, że opinie związane z jedną sprawą są tak rozbieżne, bo to udowadnia, że książka Sandela w jakimś stopniu pomaga nam bardziej skonkretyzować nasze własne poglądy i przez to lepiej zrozumieć samego siebie.

Przy okazji, autor odnosi różne, nawet te najstarsze, arystotelesowskie filozofie, do spraw bardzo aktualnych. Są rozmyślania na temat tego, czy powinien być wprowadzony obowiązkowy pobór wojskowy, czy współcześni Niemcy muszą przepraszać za Holokaust, a Amerykanie za dawne niewolenie swych czarnych współbraci, czy małżeństwa homoseksualne powinny zostać zalegalizowane. Na każde z tych pytań nie ma jednej, konkretnej odpowiedzi, choć Sandel stara się znaleźć tę najbardziej (według niego) odpowiednią. I to trochę czuć, że autor "Sprawiedliwości" jest w jakimś stopniu stronniczy. Zdarza mu się krytykować wprost pewne poglądy, które wydaja mu się nadzwyczaj absurdalne. Nie przeszkadza to jakoś bardzo, ale jednak rzuca się w oczy.

Wybaczyć tego na dodatek nie jest trudno. Bo "Sprawiedliwość" to niesamowicie przyjemna lektura, która daje naprawdę wiele do myślenia i pozwala nam zastanowić się nad tym, czy aby na pewno można kierować się w życiu wyłącznie jedną, konkretną filozofią. Choć tytuł książki nadaje jej może jakiegoś takiego abstrakcyjnego charakteru, wielu wręcz odstraszającego, rację ma wydawca, który w opisie tej publikacji pisze: "to książka dla każdego, bo porusza tematy, dotyczące nas wszystkich". Do tego - przyznaję bez bicia - jest napisana naprawdę przystępnym językiem.

Zdecydowanie polecam.

Jak wielcy przyjaciele stają się wielkimi wrogami, a wielcy wrogowie wielkimi przyjaciółmi


Będąc Polakiem, niekoniecznie musisz kojarzyć kogoś takiego jak Henry Kissinger. Będąc Amerykaninem, nie kojarzyć go jest zwyczajnie trudno. Przynajmniej wtedy, kiedy Twoje zainteresowania wykraczają choć odrobinę poza jedzenie hamburgerów. 

Kissinger jest bodaj jedną z najbardziej istotnych postaci amerykańskiej polityki po roku 45. Ba - mało kto chyba zaprzeczy, że zrobił on w swej branży więcej niż niejeden prezydent. Sam Kissinger służył jako sekretarz stanu u dwóch głów amerykańskiego państwa: Richarda Nixona oraz Geralda Forda. Zdobył Pokojową Nagrodę Nobla, a przy okazji po dziś dzień uznawany jest za jednego z tych, dzięki którym Wschód i Zachód zakończyły zimną wojnę między sobą.

Kissinger jest jedną z tych postaci, którzy mogliby godzinami opowiadać o sowim „zawodzie”, a my, prosty lud, moglibyśmy tego godzinami spokojnie słuchać. Całe więc szczęście, że sam polityk opublikował niejedną pracę, który każdy zafascynowany tematem może dorzucić do swojej biblioteczki. Wśród nich - bodaj swoiste książkowe opus magnum Kissingera, „Dyplomacja”.

Idealna osoba na idealnym miejscu - to pomyślałem, gdy pierwszy raz ujrzałem na domowej półce pracę Kissingera. Bo któż mógłby zająć się opisaniem współczesnej dyplomacji, jeśli nie ten, kto w praktyce zajmował się nią przez długie lata? Tym natomiast jest właśnie praca Kissingera - opisaną na prawie tysiącu stron pokaźną i ciężką przebieżką przez całą współczesną dyplomację. No, tak jakby całą.

Autorowi pracy udaje się rzecz wyjątkowa. Jaka? Cóż - zacznijmy od początku. Cała książka traktuje o współczesnej dyplomacji od okresu tuż przed pierwszą wojną światową, do końcówki XX wieku. Kissinger bardzo mocno skupia się na pewnych konkretnych postaciach, które najmocniej wpływały na rozwój polityki w tych czasach. Rozdrabnia na cząsteczki dyplomację z udziałem najważniejszych postaci, o jakich każdy z nas uczył się w szkole na historii, nie pozostając jednak wyłącznie przy suchych faktach. Kissinger komentuje i ocenia - często odstawiając na bok kwestie moralne, a zajmując się… cóż, polityką.

Mniej niż sto lat dokładnie opisane na kartach jednej książki. Kto wie jednak, czy aby nie za dokładnie. Oto bowiem wychodzi na jaw ta wyjątkowa rzecz, która się Kissingerowi udała. Podczas czytania „Dyplomacji” zwyczajnie chciałoby się, by była ona… jeszcze grubsza. Tak, tak, nie przewidzieliście się - tysiąc stron to w tym przypadku zdecydowanie za mało. Kissinger niejednokrotnie bowiem zachwyca dokładnością opisów wielu kwestii, by tuż po chwili zaskoczyć jedynie szybkim przeskokiem po temacie, który nas zainteresował. 

Oczywiście bliżej temu do zalety książki, bo sztuką jest wywołać takie zainteresowanie czytelnika, że chciałoby się usłyszeć od autora więcej, więcej i jeszcze raz - więcej. A co z wadami? Cóż, dla mnie zdecydowanie kiepskie było praktycznie całkowite pominięcie kwestii Ameryki Łacińskiej w książce. Rozumiem, że kontynent ten nie wpływał przesadnie na politykę międzynarodową, ale pewne rzeczy - według mnie - było mimo wszystko warte poruszenia. Tym bardziej oczekiwałoby się tego od Kissingera, któremu po dziś dzień wytyka się, że nie zrobił praktycznie nic, gdy Pinochet mordował ludzi w Chile. Ba - on go wręcz popierał! O tym jednak możecie przeczytać więcej w książce „Czas Kondora”, o której pisałem o TU.

Dla kogo jest „Dyplomacja”? Dla zainteresowanych polityką międzynarodową i historią. Oni wyciągną z tej pozycji całą masę pewnej specyficznej radochy, której wiele osób by zwyczajnie nie pojęło. Bo przyznać trzeba - „Dyplomacja” jest mimo wszystko pozycją stosunkowo trudną i na pewno nie przeznaczoną dla totalnego laika w temacie. Tutaj już nie wystarczy, by nasze zainteresowanie wychodziło tylko odrobinę poza szamanie hamburgerów.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Najgłupszy protest w historii


Nie każdy wie (ba, wręcz stosunkowo mało osób wie), że saga "Star Wars" to nie tylko główne filmy. To także komiksy, gry, filmowe spin-offy, wreszcie - także książki. Powieści dla tych młodszych i tych starszych, których liczbę można liczyć w setkach. Rozwijały one filmową historię, opowiadając o wydarzeniach z dalekiej przeszłości galaktyki (nawet czasów przed Starą Republiką), aż po przyszłość, sięgającą kilkudziesięciu lat po wydarzeniach z "Powrotu Jedi".

Stanowiły one kanoniczną historię, nazywaną "Expanded Universe". To za ich pomocą mogliśmy poznawać przyszłość Luke'a, Hana i Lei, ich dzieci oraz nowych Rycerzy Jedi. A przynajmniej tak było do czasu. Bo pewnego dnia całe książkowo-komiksowe uniwersum zmieniono w "Legendy".

Gdy marka "Star Wars" przeszła do Disneya, uznano, że Expanded Universe przesadnie ogranicza to, co scenarzyści mogą przygotować na potrzeby nowej części sagi. Powiem szczerze - według mnie jest w tym trochę racji. Oczywiście, po ogłoszeniu, że dotychczasowy kanon jest już teraz wyłącznie "Legendami", byłem trochę sfrustrowany, ale ostatecznie złość mi przeszła. Zaakceptowałem to, że nadchodzi nowe - w tym nowy książkowy kanon.

Są jednak ludzie, których porzucenie historii takich postaci, jak Mara Jade czy dzieci Lei i Hana Solo, przyprawia po dziś dzień o zgrzytanie zębami. Postanowili więc oni wyrazić swoją frustrację przy okazji premiery nowej, dla nich niekanonicznej i fałszywej, części "Star Wars". Tak powstał pomysł na najgłupszy protest w historii.*

Grupka najwierniejszych, fanatycznych fanów Expanded Universe zaplanowała plan równie nikczemny co ten Palpatine'a. Postanowili bowiem, że w ramach swojego protestu będą spoilerowali fabułę "Przebudzenia mocy" wszędzie, gdzie się da. Oto głupota najwyższych lotów.

Nienawidzę strajków, protestów, które trafiają w "zwykłych ludzi", niebędących niczemu w danej sprawie winnymi. Co zmieni niszczenie ludziom przyjemności z bezspoilerowego poznawania "The Force Awakens"? Należy ruszyć do Disneya i jemu pokazać fucka, a nie tym wszystkim biednym widzom. Oczywiście - to też by pewnie niewiele zmieniło, ale sens tego jest mimo wszystko o wiele większy.

Zresztą - co należy zaznaczyć - nowe "Star Wars" zdają się w jakimś stopniu czerpać z dorobku Expanded Universe. Podobieństwa dostrzega każdy, kto choć trochę orientuje się w temacie lub zwyczajnie trochę pogoogluje. A nowy książkowy kanon może ostatecznie stać na jeszcze wyższym poziomie niż bardzo nierówne Expanded Universe. Niech "Tarkin", którego moją recenzję przeczytacie TUTAJ, będzie tego przykładem.

* Oczywiście wyolbrzymiam.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Krew elfów


Dwa tomy wiedźmińskich opowiadań rozniecają w czytelniku pragnienie przeczytania całej kilkutomowej powieści z tego świata. Szczególnie u mnie, zdecydowanie wolącego długą, jednolitą historię niż kilka krótszych wyciętych scen z życia jakiegoś bohatera. I choć w przypadku sagi Sapkowskiego forma opowiadań naprawdę bardzo dobrze się sprawdzała (szczególnie w drugim tomie, „Mieczu przeznaczenia”) i tak z niecierpliwością oczekiwałem pierwszej części pełnokrwistej powieści.

Fabuła „Krwi elfów” bardzo szybko pokazuje, że błędne jest mówienie, iż przed zabraniem się za wiedźmński cykl „MOŻNA” przeczytać wcześniejsze opowiadania. O nie – przez nie zdecydowanie TRZEBA najpierw przebrnąć. Historia w „Krwi elfów” wiele traci bowiem bez wiedzy na temat tego, co działo się w życiu Geralta wcześniej, jak poznał Yennefer czy Jaskra, a wreszcie: kim w ogóle jest ta cała Ciri?

Bo to o tej ostatniej, małej, białowłosej dziewczynce jest tak naprawdę ta opowieść. Jest Geralt, owszem, podobnie jak spora rzesza innych postaci. Ale na pierwszy rzut oka widać, że cała ich obecna historia jest podporządkowana właśnie niepozornej Ciri. I dobrze, bo to ona zdaje się w dużej mierze napędzać wątek polityczny w książce Sapkowskiego.

Ten natomiast zapowiada się na naprawdę obiecujący i napawa sporym optymizmem w kwestii tego, czego możemy oczekiwać po kolejnych częściach sagi. Są władcy, są buntownicy, są tłamszone przez ludzi rasy. Konflikty z książki można odnieść do całej rzeszy rzeczywistych problemów z naszej historii czy wręcz teraźniejszości, a to się zdecydowanie ceni. Choć „Pieśń Lodu i Ognia” Martina polityką stoi, to wątek ten u Sapkowskiego zdaje się być o wiele bardziej uniwersalny i prawdziwy.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)


„Krew elfów” ma wszystko to, co dobrego było w opowiadaniach: słowiańską swojskość (choć nie taką, by nie zrozumiał jej ktoś z zagranicy), klimat, interesujących bohaterów. Zarzut mam jeden, acz spory – mało się w tej książce dzieje. Wielkich wydarzeń jest tu jak kot napłakał i choć wszystko płynie w odpowiednim, moim zdaniem, tempie, kończy się zdecydowanie zbyt szybko. A może to ja jestem po prostu przyzwyczajony do tego, że tomy cyklów fantasy muszą być grubymi tomiszczami?

Mimo tego, zdecydowanie mogę już powiedzieć wprost: „Wiedźmin” to must-read, nie tylko dla najwierniejszych fanów fantasy. Wciągająca, mocna historia, osadzona nie tyle w „typowym”, co "uniwersalnym" świecie. Sięgnąć po prozę Sapkowskiego więc po prostu trzeba – poczynając jednak zdecydowanie od dwóch tomów opowiadań.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Jakie książki nadrobić w święta?


Pora na ostatnią porcję przedświątecznych porad kulturalnych. Po serialach (KLIK) i filmach (KLIK) czas na coś dla tych, którzy szczególnie uwielbiają literaturę. Poniżej znajdziecie zbiór dobrych, acz sporawych książek. Takich, na widok których czytelnik niedzielny może złapać się za głowę, a i ten doświadczony może czuć przed sobą jakieś wyzwanie. 

Mimo tego - nie są to pozycje naprawdę ogromne. Nie ma tu np. "Lodu" Jacka Dukaja (RECENZJA), bo chociaż owszem, da się ten tytuł przeczytać w tydzień, to należy mu poświęcać praktyczne całe dnie. A w okresie świątecznym chodzi jednak o coś innego, prawda?

Wesołego czytania!



Joe Hill - "NOS4A2"

"Horror" w rodzaju tych od Stephena Kinga. Nie bez powodu, bo pisarz ukrywający się pod pseudonimem "Joe Hill" to w rzeczywistości syn Mistrza Grozy. Syn, który - co należy zaznaczyć - w pewnych aspektach dorównuje wręcz swojemu rodzicielowi. 

"NOS4A2" (czytane jako "Nosferatu") jest opowieścią w klimatach lekko świątecznych, chociaż nie w ten radosny sposób. Jest upersonifikowane Zło i Dobro, które może z nim zwyciężyć. A wszystko to w zaspach śniegu i plątania się fikcji z rzeczywistością. Dobra rozrywka dla tych, którzy lubią klasyki Kinga.

Więcej o "NOS4A2" poczytacie TUTAJ.


Jerzy Pilch - "Wiele demonów"

Jeszcze jedna bardzo mroźna opowieść na zimowe wieczory. I chociaż tym razem zostajemy w naszej pięknej Polsce, książka może wydawać się nam bardziej obca od amerykańskiego horroru od Joe Hilla. Pilch zabiera nas bowiem w podróż do Sigły, miasteczka w Śląsku Cieszyńskim, gdzie króluje nieznany wielu Polakom protestantyzm.

Jest więc wejście nie tylko w małomiasteczkowy świat, ale i świat wypełniony nietypową kulturą. Tu wszystko musi mieć swoje miejsce, wszystko musi zostać zrobione według konkretnych reguł. Próby dostosowania się do nich samych bohaterów książki często bywają zabawne, jednocześnie łapiąc czytelnika trochę za serce. Jedna z bardziej nietypowych polskich "obyczajówek", jakie miałem okazję czytać.

Więcej o "Wiele demonów" poczytacie TUTAJ.


Siddhartha Mukherjee - "Cesarz wszech chorób. Biografia raka"

Ta pozycja brzmi już z kolei - delikatnie mówiąc - mało świątecznie, prawda? Może jednak końcówkę grudnia warto przeznaczyć na dokształcenie się w temacie, który - choć dotykający praktycznie każdego w jakiś sposób - jest powszechnie słabo znany?

"Biografia raka" zabiera nas do samych początków historii choroby, która zbiera co roku tak wielkie żniwa. Doszukuje się pierwszych doniesień o raku, a potem zabiera nas w niesamowitą podróż, opowiadając, jak radzono sobie z nowotworami przez lata. Gdyby każdy problem otrzymywał tak świetnie napisane i łatwe do zrozumienia opracowanie, prawdopodobnie musiałbym poświęcić całe swoje życie wyłącznie czytaniu takich pozycji.

Więcej o "Cesarzu..." przeczytacie TUTAJ.


Max Hastings - "I rozpętało się piekło. Świat na wojnie 1939-1945"

Ponownie coś dla tych, którzy w święta chcieliby trochę poszerzyć swoją wiedzę. Tym razem jednak rzecz zdecydowanie dla fanów historii. Książka Maxa Hastingsa nie dość, że ma świetną okładkę i równie wprawiające w zachwyt rozmiary, daje radę także podczas głównego dania, czyli samej treści tej pozycji.

Autor nie tylko po prostu snuje opowieść o czasach wojny, ale i posługuje się wspomnieniami z tego okresu - czy to żołnierzy, czy to cywilów. Jest to świetne uzupełnienie obrazu, jaki dają nam fakty przytaczane przez Hastingsa. Te z kolei są często tak szczegółowe, że głowa zaczyna boleć, gdy pomyśli się, ile researchu musiał zrobić autor na potrzeby tej publikacji.

Więcej o "I rozpętało się piekło" przeczytacie TUTAJ.


Robert M. Wegner - "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe"

Na sam koniec postanowiłem sięgnąć do lubianego przez wielu gatunku fantasy. By jednak wyróżnić się trochę z tłumu, postanowiłem nie powielać tutaj wszelkiego rodzaju Sapkowskich i Martinów. Zamiast tego, proponuję Wam jedną z najciekawszych pozycji ze światka polskiego fantasy ostatnich lat.

"Północ-Południe" to pierwsza część jak dotąd czterotomowej serii. To zbiór dwóch opowieści (podzielonych na pojedyncze opowiadania) z dwóch różnych krain: Północ to mróz i górale-wojownicy, Południe to tajemniczy wojownik z zakrytą bandażami twarzą. Ciekawa, wielowątkowa historia obfituje w motywy polityczne czy rasowe. A do tego cholernie wciąga.

Więcej o "Opowieściach..." przeczytacie TUTAJ.


Co ja będę czytał?

Na pewno skupię się na "Atlasie zbuntowanym" Ayn Rand. Właśnie kończę jej "Źródło" i jest to zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w tym roku. Kto wie - może nawet najlepsza. Nic więc dziwnego, że po jej kolejną powieść chcę sięgnąć jak najszybciej. Poza tym, mam nadzieję, że zdążę sięgnąć jeszcze po drugi tom "Opowieści z meekhańskiego pogranicza" oraz kolejnego "Wiedźmina". Ile z tego się uda zrobić? Zobaczymy.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Najsmutniejsza książka, jaką ostatnio czytałem


Z małych wsi i miasteczek do wielkiego miasta. I to nie byle jakiego miasta, bo samej Warszawy. Tej, w której życie jest podobno zupełnie inne niż w jakimkolwiek innym miejscu w Polsce. Gdzie ponoć wytykane Ci jest, jeśli nie jesteś „swój”, jeśli urodziłeś się gdziekolwiek poza stolicą. Trudno więc być zaskoczonym, że wiele osób dotychczas żyjących na wsi może czuć się tam… dziwnie. Ale ta „dziwność” przybiera czasem nieprawdopodobne wręcz formy.

„Zaduch” Marty Szarejko to zbiór reportaży o ludziach różnych. Są ci, którzy awansowali wysoko w drabinie społecznej; są ci, którzy zatrzymali się na etapie pracowania jako kelnerzy albo szorowania naczyń „na zmywaku”. Są przykłady bardziej, jak i mniej typowe: mamy typową historię osoby ze świata mediów, mamy też jednak np. opowieść zawodowego zawodnika MMA.

Wszystkie historie coś ze sobą łączy. Bohaterowie wstydzą się swoich korzeni, ukrywając je nawet przed swoimi znajomymi. W szczególności rodziców – dla „adoptowanych warszawiaków” symbolu staroświeckości, niezrozumienia współczesnego świata. Nieliczni tęsknią za swoim starym życiem. Większość zdecydowanie deklaruje, że udało im się zaadaptować do stolicy i że „to jest ich miejsce”.

Zbiór reportaży Marty Szerejko jest przez to zbiorem przede wszystkim niesamowicie smutnym i dobijającym. Nawet, gdy czytamy historie, które zakończyły się pozytywnie, czujemy w nich gorycz. To jakby człowiek zamknięty w sobie nagle wypłakał się po pijaku ze swoich wszystkich żali barmanowi. Ma się wrażenie, że we wszystkich bohaterach tej książki tkwi smutek, że mają oni problem, jakiego nie mogą pokonać.

Nie potrafiłem zrozumieć postaw niektórych ludzi przedstawionych w „Zaduchu”. Na część nie udało mi się spojrzeć z ich własnej perspektywy. Problemy osób przepytanych przez Szerejko wydają mi się w sporej mierze absurdalne, przesadzone. Jakby to był jakiś przerysowany dramat. Ale – mimo tego – jestem w stanie uwierzyć, że to ludzie z krwi i kości. Że oni istnieją naprawdę i że naprawdę są tak cholernie smutni.

Nie zgodzę się z opiniami niektórych osób w sieci, że Szerejko powinna zbalansować swoją pozycję, że powinna wprowadzić tu chociaż kilka opowieści pozytywnych. Ta książka nosi przecież tytuł „Zaduch. Reportaże o obcości”. I tytuł ten mówi o niej wszystko. Że będzie to opowieść o zaduszonych w mieście ludziach, czujących się tam obco, często nawet wtedy, gdy deklarują, iż Warszawa jest miastem dla nich idealnym. Taka była koncepcja autorki i udało się ją wprowadzić w życie.

„Zaduch” przeczytać warto, ale trzeba być przygotowanym na bardzo smutne, wręcz dobijające doświadczenie. Chociaż przez książkę przebija się szybko, ciągle w głowie kołata nam jakaś refleksja. I nie trzeba nawet z zadumą spoglądać w okno – myśli nieustannie krążą nam po głowie podczas czytania kolejnych opowieści smutnych ludzi.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Absurdy PRL-u - tragikomedia prawdziwego świata


"Absurdy PRL-u" zaczynają się od rozważań na temat tego, dlaczego w czasach Polski Ludowej brakowało papieru toaletowego. Dla Czytelnika – temat absurdalny, śmieszny. Nawet biorąc pod uwagę, że dziś wielu z nas życia bez takiego papieru sobie nie wyobraża. A w PRL-u trzeba było przetrwać bez niego, za to np. z gazetą w zastępstwie. Pokazuje to wiele braków komunizmu, ale ciągle – jest tu ten absurd, obiecany przez tytuł. Dalej jednak niekoniecznie jest już tak śmiesznie.

Tematy zabawne przeplatają się bowiem regularnie z tymi o wiele poważniejszymi, które potrafią wręcz wywołać gęsią skórkę. Jest o Władzie Bytomskiej, bohaterce PRL-u, która zginęła w naprawdę tragicznych i tajemniczych okolicznościach – podpalono ją. Jest smutna historia "polskiego Billa Gatesa", naszego informatycznego geniusza, który wyprzedzał technologicznie cały świat, ale PRL skutecznie wstrzymał jego innowacyjne prace. Wreszcie – jest opowieść o jedynej po roku 1956 karze śmierci za przestępstwa gospodarcze.

To połączenie wesołych, swawolnych historii z tymi poważniejszymi na początku może dziwić. Gdy jednak zderzymy się już z tą rzeczywistością, wszystko jest zrozumieć o wiele łatwiej. Że to rzeczywiście zbiór absurdów PRL-u. Absurdów tak wielkich, że po ich poznaniu można się jedynie złapać za głowę. A przynajmniej tak było w moim przypadku.

Nie załapałem się na czasy Polski Ludowej. Po przeczytaniu Piotra Lipińskiego i Michała Matysa utwierdziłem się w przekonaniu, iż jestem za to wdzięczny wszystkim, którzy mieli na to wpływ. Podczas brnięcia przez niektóre rozdziały miałem wrażenie, że ktoś mnie tu próbuje okłamać, że istnienie takiego świata absurdu raptem 30 lat temu jest niemożliwe! Jakby ktoś mnie wrzucił do krainy Pratchetta albo innego fantasty!

Zastanawiam się, jak patrzą na tę pozycję ludzie, którzy mieli okazję żyć w PRL-u. Szczególnie ci najstarsi, którzy z takim wytęsknieniem patrzą na czasy komunizmu. Bo dla mnie "Absurdy" to Polska Ludowa jako jedna wielka komedia. Konkretniej – tragikomedia. Z psuciem ludzi, robieniem ich wiadomo w co.

Jest trochę śmiesznie – owszem. Ale myślę, że trudno przez tę pozycję przejść bezrefleksyjnie. Bo to nie jest opowiastka wymyślona przez jakiegoś bajarza. To realny świat, chociaż absurdalny. Szkoda tylko, że czasem absurdalny wręcz do bólu.

Warto przeczytać.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Cesarz, czyli wszyscy kochają Hajle Sellasje


"Najwybitniejszy reportażysta świata", "ojciec współczesnego reportażu" – takie hasła padają z ust wielu, gdy pojawia się nazwisko Ryszarda Kapuścińskiego. Nie tylko Polaków, bo za wielkiego twórcę uznawano go również w wielu innych krajach. Obok Stanisława Lema, Kapuściński jest najczęściej tłumaczonym autorem znad Wisły. Za swoją twórczość otrzymywał nagrody w Hiszpanii, Włoszech, Niemczech, Francji, Stanach Zjednoczonych. Niedzielne wydanie brytyjskiego "The Times" ogłosiło jedną z jego najsłynniejszych pozycji, "Cesarza", książką roku 1983. I to właśnie za "Cesarza" dane mi było zabrać się, jako za moją pierwszą książkę Kapuścińskiego.

Jeśli zarzucę hasłem "Hajle Sellasje", jest spora szansa na to, że coś zaświta Wam w głowach. Choćby z tak prozaicznego powodu, iż człowiek ten przez rastafarian uznawany jest za kolejne wcielenie Boga na Ziemi. A że polskie reggae parę lat temu przeżywało niesamowity boom popularności, mogliście usłyszeć "Hajle Sellasje" w jakimś przypadkowym kawałku z tego nurtu.

Nas w tym przypadku bardziej interesuje jednak fakt, iż Hajle Sellasje był ostatnim cesarzem Etiopii. Jego długoletnia kariera na tym stanowisku zakończyła się w połowie lat 70. XX wieku, kiedy to zamach stanu doprowadził do kresu monarchii w afrykańskim państwie. To właśnie o rządach i końcu panowania Hajle Sellasje opowiada Kapuściński w swoim "Cesarzu".


Robi to jednak w sposób bardzo nietypowy. Oddaje bowiem głos praktycznie całkowicie ludziom z otoczenia władcy, jedynie od czasu do czasu dodając własne komentarze. Dzięki temu mamy okazję zobaczyć punkt widzenia na całą sprawę osób widujących Hajle Sellasje na co dzień, mających jednak z nim styczność bardzo różnorodną. Są tu bowiem historie zarówno urzędników, jak i licznych służących cesarza, w tym i tego, którego jedynym zadaniem było... otwieranie drzwi sali tronowej.

Co wyłania się z tego wszystkiego? Obraz, którego wcale nie musieliśmy się spodziewać. Kapuściński ukazuje rządy przypominające średniowieczne monarchie, jeśli nie bardziej drastyczne od wielu z nich. "Cesarz" staje się istną satyrą na państwo Hajle Sellasje, w którym ludzie wybaczają mu nawet największe grzechy, akceptują bez dyskusji każdy jego ruch, nie mogą spoglądać na jego królewską twarz. Nawet ci, którzy się ostatecznie zbuntowali, podchodzili z szacunkiem do swojego cesarza. A on... cóż, o tym najlepiej przeczytać już samemu.

"Cesarz" okazuje się być bowiem nie tyle reportażem, co wręcz czymś w rodzaju oryginalnej powieści. Kapuściński zachwyca między innymi językiem, pełnym archaicznej stylizacji, która jeszcze bardziej przybliża nas do porównań państwa Sellasje z monarchiami sprzed setek lat. Widać jednak przez to, że "Cesarz" niewątpliwie nie zawiera czystej prawdy. Że jest w jakiś sposób ubarwiany, że Kapuściński chciał zrobić z niego dzieło literackie, a nie kolejny, typowy reportaż.

Czy można mieć mu to za złe? Według mnie – nie. Kapuściński ukazał sedno rządów etiopskiego cesarza i nawet, jeśli dokonał modyfikacji w komentarzach swoich rozmówców, w jakiś sposób dodało to siły oddziaływania jego książce. To krótka publikacja, ale po jej przeczytaniu rozumie się każde "wybitny!" rzucone w dyskusji o Kapuścińskim. I – jak to zwykle w takich przypadkach bywa – chce się czym prędzej dorwać do reszty dział autora. Obym miał na to szansę jak najszybciej.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Metro 2035 - Głuchowski wraca do gry


Od polskiej premiery hitowego "Metro 2033" w Polsce minęło pięć lat. Niby niewiele, acz z mojej perspektywy wiele wody w tym czasie upłynęło w Wiśle i wiele książek przepłynęło przed moimi oczami. Dlatego pomimo swojego dawnego zachwytu wręcz książką Głuchowskiego, przez te pięć lat zdążyłem zacząć trochę więcej wymagać od literatury (także rozrywkowej), a postapokaliptyczny świat, kreowany przez innych autorów we własnych powieściach z „Uniwersum Metro 2033”, zdążył mi się trochę znudzić. Do powrotu Głuchowskiego do swojej serii podchodziłem więc jednocześnie z pewną dawką entuzjazmu, jak i sporą ostrożnością. Ciekawość jednak zrobiła swoje i już wkrótce po premierze "Metro 2035", sięgnąłem po e-bookowy egzemplarz książki.

Trzeba sprawę postawić jasno tym, którzy z jakichś powodów myślą inaczej – nowe "Metro" jest bezpośrednią kontynuacją pierwszej powieści Głuchowskiego. Nie należy więc zdecydowanie sięgać po "2035" przed przeczytaniem "2033". "2034", jednogłośnie uznawane za najgorsze z trylogii, też lepiej mieć za sobą, bo i do tej powieści pojawiają się nawiązania w nowych przygodach z rosyjskich podziemi.

Artem, główny bohater pierwszego „Metra” jest pewny, że w finale swojej poprzedniej przygody usłyszał sygnał radiowy z daleka. To utwierdza go w przekonaniu, iż mieszkańcy Moskwy nie są jedynymi, którzy przeżyli wojnę jądrową. Jego wypady na powierzchnię z radiem w plecaku zaczynają niepokoić i denerwować coraz większą liczbę osób. Artem jednak ciągle walczy, by odkryć prawdę. Zbliża się do niej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, gdy na jego rodzinną stację przybywa Homer – tajemniczy staruszek, znający podobno kogoś, kto połączył się z ocalałymi z innej części Rosji.

Ktoś jeszcze wątpi w popularność tej serii w naszym kraju?
Trzeba się przyzwyczaić do stylu pisania Głuchowskiego. Przy dialogach nie ma żadnych dodatkowych komentarzy, a same rozmowy bardzo mocno upodobnione są do kontaktów ludzi w prawdziwym świecie. Z jednej strony – to plus; z drugiej – na karty papieru przechodzi cała ta chaotyczność, której doświadczamy na co dzień.

Jest tu też sporo fragmentów, które wydawać się mogą niepotrzebne. Bo po co ciągnąć poboczny wątek, w rzeczywistości niewprowadzający zupełnie nic ważnego do fabuły i będący czymś w rodzaju natrętnych fillerów z anime? Takich momentów jest natomiast sporo. Część z nich jest okej, można więc je zdzierżyć, część jednak nadaje się rzeczywiście po prostu do wywalenia.

Trzeba jednak nadmienić, że te dobre wątki poboczne są istotne między innymi dlatego, iż kreują one świat „Metra”. Niekoniecznie są uzupełnieniami do historii Artema, ale rzucają po prostu kolejne światła na krainę, w jakiej przychodzi żyć bohaterom książki. Moskiewskie metro nie jest może tak obfitym w różnorodności obszarem jak Śródziemie Tolkiena czy Kontynent Sapkowskiego, ma jednak swoje tajemnice, którym warto uważnie się przyjrzeć.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Głuchowski robi ze swojej krainy odpowiednik najgorszej możliwej wersji realnego świata. A może po prostu jego prawdziwy obraz? Są tu komuniści, faszyści i wszyscy ci, którzy takie ideologie potępiają. Jednak czy rzeczywiście różne społeczeństwa metra się od siebie czymkolwiek istotnym różnią? Czy to nie jest tak, że wszędzie zło czai się w podobnej postaci? Głuchowski ma na te pytania ciekawą, uniwersalną odpowiedź, dzięki czemu wątki poruszane w książce, pomimo braku jakiejś wielkiej oryginalności, intrygują i zachęcają do odkrywania ich sekretów.

"Metro 2035" jest więc taką rozrywkową powieścią z delikatnym przesłaniem, którym czytelnik oblewany jest regularnie - połączeniem lekkiej literatury z czymś mniej lekkim. Może to właśnie to sprawia, że książkę Głuchowskiego czyta się po prostu z przyjemnością. Część rzeczy tu kuleje i prawdą jest, iż główny wątek nowego "Metra" można by opowiedzieć w o wiele, wiele mniejszej liczbie stron. Ale pomimo każdego zboczenia przez autora na boczny tor i wydłużania nam wycieczki, nie mamy wielkich powodów do narzekań. Bo za pociągowym oknem miga nam świat, który dalej wydaje się naprawdę interesujący. Zawsze jest w nim bowiem coś do odkrycia.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Kindle vs książki papierowe - runda zimowa


W krakowskich tramwajach czy autobusach coraz częściej spotkać można osoby czytające książki na Kindle czyi innym e-czytniku. Zdarzały mi się wręcz sytuacje, gdy w wagonie więcej ludzi wertowało strony wirtualne niż te klasyczne, papierowe. Mimo tego, ciągle wielu znajomych widzących mnie z Kindlem mówi „meh” albo „mnie to nie przekonuje”. Dlatego dziś ponownie chciałbym choćby spróbować przekonać choć część osób do tego, że czytniki są spoko. Tym razem pod trochę innym niż zwykle kątem.

Jesień i zima to sezon dwojaki dla czytelnictwa. Z jednej strony – zimno na dworze sprzyja pozostawaniu w ciepłym domu czy mieszkaniu i czytaniu pod kocem kolejnych nostalgicznych powieści. Z drugiej jednak – pogoda może usilnie odciągać nas od czytania w podróży. Sam natomiast, z doświadczenia swojego i innych, wiem, iż często bywają takie dni, gdy człowiek czyta wyłącznie w tramwaju czy autobusie!

Jakie są więc te najważniejsze atuty czytników, gdy przychodzi nam przemierzać miasto pełne kałuż, śniegu i mrozu?



Przeciwdeszczowy

Na rynku jest już czytnik wodoodporny, ale nie musimy kupować go, by nie musieć martwić się o deszcz. Nawet najprostszemu urządzeniu do czytania e-książek spadający z nieba deszcz czy śnieg nie jest straszny! Gdy papierowe wydawnictwo musimy chronić przed choćby kroplą wody, czytnik może być ofiarą niejednego deszczu, a i tak nic sobie z tego nie robić! Jedyne, czego od nas oczekuje, to od czasu do czasu przetarcia ekranu, by mimo wszystko móc coś z niego odczytać. Niestety – wycieraczek do Kindle jeszcze nie wymyślono. A przynajmniej tak mi się wydaje, choć ludzie miewają czasem takie nietypowe pomysły…

Przyjazny dla rękawiczek…

Nie lubię ściągać rękawiczek, dopóki nie dotrę do ostatecznego celu swej podróży. Z tego co zauważyłem - wiele osób ma podobnie. Problem w tym, że grube rękawiczki potrafią sprawiać trudności w przerzucaniu kolejnych kartek papierowej książki. A jak jest z czytnikiem? Cóż – do obsługi tego zwykle wystarczy jedna ręka i to wykonująca tak proste ruchy jak klikanie jednego przycisku lub „pacanie” w ekran.

… i dla kurtek

Papierowe książki zimą? Cóż – najpierw trzeba wsadzić taką do torby czy plecaka, potem, już na przystanku wyciągnąć ją, aż wreszcie, tuż przed przystankiem końcowym, starając się rozepchnąć przez tłum, należy ponownie ją schować. Co w takiej sytuacji robi czytnik? Mieści się do kieszeni praktycznie każdej kurtki. Wsuwasz więc do niej rękę, wyciągasz i czytasz. Proste i wygodne!

A teraz jestem tu, ludzi tłum…

Z jakiegoś powodu zawsze z największym ściskiem w komunikacji miejskiej spotykam się zimą. Grube kurtki zajmują mnóstwo przestrzeni, a ludzie w busach czy tramwajach stoją często tuż przy sobie, walcząc o każdy haust powietrza. Nie wyobrażam sobie w takich warunkach czytać książki papierowej, szczególnie, gdy jest to gruba powieść. A co z czytnikiem? Cóż – ten mały skurczybyk wciśnie się wszędzie i praktycznie żaden tłum nie jest mu straszny.



Więcej o atutach Kindle'a i jego kuzynów poczytacie TUTAJ oraz TUTAJ.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu powstał na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Kiedy znów będę mały


Janusz Korczak zaimponował mi w pewnym stopniu swoim "Królem Maciusiem Pierwszym" (RECENZJA). To niepozorna lektura, sprzed wielu, wielu lat, którą część z Was pewnie czytała w podstawówce. Ale to nie była rzecz dla dzieciaczków. To znaczy - w jakimś stopniu była, i idealnie nadawała się na bajkę dla maluchów. Jednak dopiero będąc dorosłym można wyciągnąć z niej wszystko to najmocniejsze i najpotężniej uderzające w człowieka.

Rzuciłem się toteż dość szybko na kolejną powieść tego - jak mi się wydaje - zapomnianego trochę, polskiego autora. Tym razem nie padło jednak na coś, co kryło się pod niepozorną książką dla dzieciaków. Już w czymś w rodzaju wstępu w "Kiedy znów będę dzieckiem", Korczak sugeruje: 

Do młodego czytelnika 
W powieści tej nie ma ciekawych przygód. Jest to próba powieści psychologicznej.

I choć autor nie odchodzi od klasycznego dla siebie, mocnego "ubajkowienia" swej historii, czuć, że jest to książka zdecydowanie bardziej wprost, bez ukrywania wszystkiego co się da pod płaszczem opowiastki dla dzieci. Zamiast tego, jest to lektura dla wszystkich nas, dwudziestoparolatków. Tych, którzy dziś żałują, że jeszcze parę lat temu tak spieszno im było do dorosłości.

Korczak sam staje się bohaterem swojej powieści. W iście bajkowy sposób (bo z pomocą krasnoludka) ponownie staje się dzieckiem. Budzi się rano i idzie do szkoły. Bawi się z kolegami i zostaje karcony oraz pochwalany przez nauczycieli. Patrzy na świat oczami dziecka, jednocześnie dobrze pamiętając, jakby to wszystko wyglądało jeszcze parę chwil temu, gdy był dorosłym.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Wychodzi to świetnie. Chociaż historia dzieje się kilkadziesiąt lat przed czasami nam współczesnymi, nie ma wcale jakiegoś wielkiego przeskoku, między tym, jak wyglądał świat dawniej i jak wygląda dziś. Dorośli nie rozumieją dzieci, a dzieci ciągle chcą być przez dorosłych rozumiane. Mają swoją krainę - inne życie, o którym my dziś często już zupełnie nie pamiętamy. Teraz natomiast możemy do niego wrócić.

"Kiedy znów będę mały" skojarzyło mi się trochę ze słynnymi przygodami francuskiego Mikołajka. Podobny klimat, podobne spojrzenie na rzeczywistość, podobne zdumienie na widok tego wszystkiego, gdy czytelnikiem jest osoba dorosła. Czy to powrót do dzieciństwa? Tak, choć nie do końca taki, jakiego wielu mogłoby się spodziewać. Bohater łączy w sobie myślenie dziecka i dorosłego. Przez to powstaje spojrzenie na dawne czasy z jednej strony radosne, frywolne, a jednocześnie z pewnym dystansem, jakbyśmy przyglądali się całej sprawie okiem psychologa.

Książka Korczaka jest swego rodzaju medykamentem na to wszystkie "chciałbym być znów dzieckiem" mojego pokolenia. Nie lekiem, ale pewnego rodzaju maścią, która lekko zagoi rany. Jednocześnie - jest to niewątpliwie dobra lektura dla (przyszłych) rodziców. Kto wie, może nawet obowiązkowa. Bo pomaga zrozumieć spojrzenie dziecka nas świat w niesamowity sposób. Jak? Teleportując nas do naszego dzieciństwa.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Nagłówek postu na podstawie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Jak nakręcić porno


Ponad rok temu pisałem o tym, że na Polak Potrafi trwa kolejna interesująca zbiórka. Tym razem jej celem było przetłumaczenie oraz wydanie w pełni darmowej książki "Jak nakręcić porno" autorstwa Eriki Lust, reżyserki "nowej fali" filmów dla dorosłych. Abstrakcyjny temat publikacji automatycznie wywoływał na twarzy uśmiech. Teraz, gdy już o projekcie zdołałem trochę zapomnieć, książka pojawiła się wreszcie na wirtualnych półkach. Pora więc sprawdzić, czy jej zawartość potrafi nas czegoś rzeczywiście nauczyć.

Jakkolwiek dziwny może się wydawać temat "Jak nakręcić porno", publikacja w rzeczywistości jest dość klasyczna. To taki typowy poradnik, omawiający wszystkie podstawy tego, co powinniśmy wiedzieć, gdybyśmy mieli ochotę stworzyć własne kino +18. Zarówno takie, które chcielibyśmy trzymać wyłącznie na swoim dysku twardym, jak i takie, które mamy nadzieję puścić w szeroki obieg, stając się nowym guru pornografii.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)

Jednocześnie więc, będąc dość klasycznym przykładem poradnika, książka Eriki Lust przejmuje zarówno dobre, jak i złe strony tego typu publikacji. Po pierwsze - skierowana jest dosłownie do wszystkich. Myślę, iż nawet nieobeznany z nowoczesną technologią kilkudziesięcioletni dziadek (Genialny Żółw z "Dragon Balla"?) zrozumiałby z "Jak nakręcić porno" wiele. Lust cierpliwie tłumaczy, że dziś do nakręcenia swojego pierwszego pornosa wystarczy telefon, że trzeba uważać na publikację filmów w chmurze, że na YouTube takich rzeczy zamieszczać nie możesz.

To są takie rzeczy, przez które przelatujesz i zastanawiasz się: "kiedy dowiem się czegoś, czego jeszcze nie wiem?". Od razu więc trzeba zaznaczyć - takich naprawdę nowatorskich rzeczy nie będzie zbyt wiele. Lust balansuje gdzieś na granicy lekkiego wprowadzenia nas do świata porno, omówienia podstaw filmotwórstwa dla zupełnie zielonych i utwierdzania nas w przekonaniu, że każdy może zostać reżyserem filmów dla dorosłych. I - jakimś cudem - jest to całkiem okej.


Tak jak wspomniałem - w "Jak nakręcić porno" nie znajdzie się raczej nic nowatorskiego. Można za to przeczytać to trochę z ciekawości, dla poznania perspektywy twórcy tego typu filmów. W takim kontekście książka jest w jakiś sposób ciekawa, tym bardziej, że autorka co rusz krytykuje typowe porno, które ciągle jest tym najbardziej znanym większości osób. Bo Lust robi pornokino w wersji "ambitnej", w swojej książce co rusz zdradzając zamiłowania do takich reżyserów jak Tarantino czy Lynch.

"Jak nakręcić porno" na pewno stanowi dobrą promocję dla jego autorki, nie ma się więc co dziwić, że książka w e-booku dostępna jest zupełnie za darmo. Przebrnąłem przez nią w dwa dni, czytając wyłącznie w komunikacji miejskiej. Daje to więc wynik jasny - to po prostu szybka książka na jeden wieczór. Raczej niczego Was nie nauczy, ale jest w niej mimo tego coś takiego, co zaciekawia i intryguje. To Wy musicie zdecydować, czy na tę nietypową rozrywkę chcecie poświęcić jakieś 2-3 godziny swojego życia.

Książkę pobierzecie za darmo STĄD.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Mężczyźni bez kobiet


Jeszcze nigdy nie miałem tak długiej przerwy od książek Murakamiego. Swego czasu po kolejne z jego publikacji sięgałem regularnie – co dwa, trzy miesiące. Nagle tradycja ta jednak zupełnie wyparowała z mojego literackiego życia. Drogę do Japończyka zagrodziła mi cała masa innych autorów, którzy wymachiwali do mnie swoimi pozycjami. Kiedyś jednak musiało mi się udać przedrzeć przez tą (co by nie mówić – raczej przyjemną) barykadę. Premiera zupełnie nowej publikacji Murakamiego była ku temu idealnym powodem.

Chociaż bardziej cenię sobie powieści niż opowiadania Japończyka, nie mogłem nie skusić się na nową porcję krótkich historii, który wypełzły spod jego pióra. „Mężczyźni bez kobiet” intrygowali już swoim tytułem, zapowiadając tematykę, w jakiej Murakami zdaje się czuć najlepiej. I coś chyba w tym jest, bo – jak mi się wydaje – nowa publikacja Japończyka okazuje się być jego najbardziej równym zbiorem opowiadań.

Siedem historii dostarczonych nam na trochę ponad trzystu stronach zawiera w sobie to, co w Murakamim najlepsze. Tytuł „Mężczyźni bez kobiet”, sugeruje w jakiś sposób, że spotkamy się tu z historiami raczej smutnymi, może wręcz dramatycznymi. O kim? O mężczyznach, w których życiu brakuje jakiejś konkretnej kobiety. Może znikła, może zginęła, może uciekła nam sprzed nosa, a może i nigdy jej nie było. To musimy odkryć sami. I to niekoniecznie zalewając się łzami.


Murakami nie byłby sobą, gdyby jego historie nie były tragediami oblanymi miliardami kolorowych farb. Smutów jest tu ostatecznie sporo mniej niż śmiechu, bowiem nic tak nie podkreśla pisarstwa Japończyka, jak absurd goniący absurd. Tego jest w „Mężczyznach…” natomiast całe zatrzęsienie. Bawią surrealistyczne fragmenty, bawi mówienie o tematach tabu niczym o dłubaniu w nosie, bawią fabularne zagrania nie z tego świata. Nowy zbiór opowiadań Murakamiego to śmiech, przetykany gdzieniegdzie kolejnymi refleksjami. Niby prostymi, standardowymi, ale w tym kolorowym świecie nabierającymi sporej oryginalności.

Należy zaznaczyć również pewien wyjątkowo nietypowy fakt. Po raz pierwszy w historii polskich wydawnictw o Murakamim, tłumaczka jego książek pokusiła się o wstęp do publikacji. Nie bez powodu, oczywiście. Jedno z tutejszych opowiadań opiera się bowiem w dużej mierze na posługiwaniu się przez jednego z bohaterów nietypową gwarą jednego z regionów Japonii. Jako że nie posiada ona jakiegokolwiek odpowiednika w języku polskim, tłumaczka postawiła na… zastąpienie jej gwarą poznańska. Brzmi abstrakcyjnie? Uwierzcie mi – w praniu wypada to jeszcze dziwniej. Gratulacje dla tłumaczki za podjęcie się tego zadania, choć nie jestem do końca przekonany, czy tego typu zabieg nie uczynił opowiadania o wiele bardziej absurdalnym niż jego oryginalna wersja. Historia niesamowicie bawi – zastanawiam się jednak, czy aby nie za bardzo.


„Mężczyźni bez kobiet” to Murakami w pigułce i choć tematyka opowiadań jest w jakiś sposób z góry ustalona, autor tworzy siedem zupełnie różnych, zaskakujących historii. Dla fanów – must-read. Dla tych, którzy jeszcze po Murakamiego nie sięgali – całkiem dobra pozycja do rozpoczęcia takiej przygody. Jest jazz, jest papierosowy dym, jest whisky. Krótko – jest Murakami. W naprawdę dobrym wydaniu.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Star Wars: Tarkin - czyli Nowy Kanon wreszcie w Polsce


Niejedna osoba była wzburzona, gdy Disney w oka mgnieniu wymazał cały książkowy kanon "Gwiezdnych wojen". Pisarze przez lata tworzyli mniej lub bardziej spektakularną historią, która uzupełniała to, co działo się w słynnych filmach. Ba, dość szybko literacka część "Star Wars" stała się o wiele bardziej rozbudowana od swojego kinowego oryginału. Opowiadała o przeszłości i przyszłości Galaktyki - opowiadała historie z czasów, gdzie filmy nie sięgały.

Nie było to na rękę Disneyowi, gdy w planach pojawiła się siódma część "Star Wars". W końcu tak wielki film nie mógł być ograniczany przez kanon, pod którego kątem fani skrupulatnie oceniali by całą Najnowszą Trylogię. W oka mgnieniu pozbyto się więc praktycznie wszystkiego, co do tej pory powstało w świecie "Gwiezdnych wojen". Zostały nam jedynie filmy i animacje...

Disney nie miał jednak zamiaru odpuścić sobie dalszego zbierania pieniędzy z tak wielkiej marki. Szybko więc postanowił książkowy kanon rozpocząć zupełnie od nowa. Teraz, gdy do premiery siódmych "Star Wars" zostały niecałe dwa miesiące, pierwsza książka z Nowego Kanonu "Gwiezdnych wojen" trafia wreszcie do Polski. I to książka autorstwa nie byle kogo, bo Jamesa Luceno, autora według wielu najlepszej powieści o SW - "Darth Plagueis" (moja recenzja TUTAJ).

Ponownie Luceno skupia swoją opowieść na jednej postaci - ponownie jest to postać, o której w filmach słyszeliśmy zbyt mało. Oto Wilhuff Tarkin, trzecia najważniejsza postać Imperium. Opiekun Gwiazdy Śmierci i człowiek, który w sporej mierze kształtował politykę Galaktyki. Co się w nim kryje?

W Starej Trylogii Tarkina grał Peter Cushing.
By odpowiedzieć na to pytanie, Luceno wrzuca nas w jedną z najważniejszych historii w karierze Tarkina. Odesłany przez Imperatora na daleki kraniec Galaktyki, Wilhuff zajmuje się przygotowaniami do budowy pierwszej Gwiazdy Śmierci. W miarę spokojna sytuacja zostaje przerwana, gdy tajemniczy spiskowcy wypowiadają własną krucjatę Imperium. Zamiast konwencjonalnych działań, stawiają jednak na broń, której ich przeciwnik się nie spodziewa - fałszowanie transmisji HoloNetu.

"Tarkin" to książka inna niż gwiezdnowojenne filmy. O wiele spokojniejsza, polityczna, wgłębiająca się w szczegóły działania Imperium. Pozwala nam zajrzeć do tych sfer "Star Wars", o których nikt nie odważyłby się zrobić kinowej produkcji. Bo tu nie o akcję chodzi, a właśnie wejście w ten polityczny świat, u Lucasa jedynie zarysowany.

Sam Tarkin jest natomiast postacią całkiem ciekawą, ale jednocześnie trochę zbyt klasyczną. Gdy cofamy się w przeszłość, by poznać historię "prób" bohatera, dzięki którym stał się on "prawdziwym mężczyznom", pojawia się w głowie myśl: "gdzieś już to widziałem". I owszem - nie jest to motyw w żaden sposób nowatorski, a wręcz pewnego rodzaju pójście na łatwiznę. Może i dobrze obrazuje, dlaczego Tarkin stał się tym, kim jest, ale zdecydowanie za dużo tu przewidywalności. O wiele chętniej przyjąłbym większą ilość opowieści na temat tego, jak Wielki Moff radził sobie jako żołnierz Republiki niż nastolatek walczący o życie na dzikiej ziemi.

W "Zemście Sithów" Tarkina przez krótką chwilę zagrał Wayne Pygram.
Warto natomiast zwrócić uwagę na coś innego - Luceno ponownie udaje się namówić nas, byśmy polubili Złą Stronę. Jasne, ona zawsze była w pewien sposób modna i intrygująca. Luceno udało się jednak przedstawić ją w atrakcyjny sposób po obdarciu jej z mieczy świetlnych i Mocy. Owszem, są tu Darth Vader i Imperator, ale to tylko postaci poboczne. Głównym bohaterem ciągle jest Tarkin. I pomimo tego, że stoi on po stronie tych złych, czytelnik kibicuje właśnie jemu, a nie rebeliantom działającym w dobrej wierze. Oto siła literatury.

"Tarkin" nie jest tak dobry jak "Darth Plagueis", ale to ciągle naprawdę niezła książka - nie tylko jak na warunki gwiezdnowojennych powieści. Podobnie jak Stary Kanon, także i Nowy będzie zapewne pełen całkiem sporej ilości literatury zwyczajnie kiepskiej lub średniej. Cieszmy się więc, że w Polsce budowanie nowych "Star Wars" zaczęto od czegoś naprawdę porządnego. Luceno dalej jest symbolem jakości i miejmy nadzieję, że będzie pisał dla Disneya jeszcze więcej.

PS Do końca tego roku pojawią się jeszcze trzy książki z Nowego Kanonu "Star Wars": "Lordowie Sithów", "Pokłosie" oraz "Battlefront: Twilight Company". Warto również nadmienić, że "Tarkin" stał się pierwszą gwiezdnowojenną powieścią wypuszczoną w Polsce w e-booku i to jeszcze przed premierą edycji papierowej.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

Darmowa podróż na Skandynawię


Gdy parę lat temu znajoma powiedziała mi: "chcę iść na filologię norweską" - byłem zdziwiony. Wtedy studia tego typu wydawały mi się sporą egzotyką i rzadko wybieranym kierunkiem. Nie wiedziałem jeszcze, że już od jakiegoś czasu w naszym kraju trwał swoisty hype na wszelkie skandynawskie i nordyckie filologie. Rekrutacje na te kierunki zaczynały być oblegane równie mocno, co np. japonistyka, przez co próg punktowy, od jakiego dostawało się na dane studia, poszybował bardzo mocno w górę.

Trend na filologię norweską czy szwedzką dalej trwa. Kierunki te kojarzą się z pewną egzotyką, zapewniającą jednak pewną, dobrze płatną pracę. To wyjątki wśród kierunków humanistycznych, bo traktowane z pewnego rodzaju szacunkiem. Hype rośnie, a prestiż skandynawskich kierunków cały czas się utrzymuje.

Skąd jednak temat ten na blogu? I dlaczego w tytule wspominam coś o "darmowej podróży na Skandynawię"? Trafiłem bowiem ostatnio, zupełnie przypadkiem, na garść całkowicie bezpłatnych e-booków na temat Szwecji, Norwegii i Islandii (tak, wiem, że ta ostatnia to nie rasowa Skandynawia). I to takich, które niekoniecznie zabiorą Was wyłącznie w piękną i pełną uśmiechu podróż...


Nazwa "Przewodniki nieturystyczne" mówi bardzo wiele o tych publikacjach. To rzeczywiście są pewnego rodzaju "przewodniki", jednak nie takie typowe, jakie dziś często kupujemy przed podróżą zagranicę. Nie ma tu pięknych miejsc wartych odwiedzenia, nie ma sztandarowych restauracji, do jakich należy się udać, nie ma dań, których trzeba skosztować. Zamiast tego - dany kraj opisany od strony politycznej, kulturalnej, społecznej.

Można mieć pewne wątpliwości, gdy doczyta się, że za publikację "Przewodników" odpowiedzialna jest Krytyka Polityczna, pismo mocno lewicujące. W sporej mierze daleko mi do tego typu poglądów, bałem się więc, czy zamiast solidnego opracowania na temat tych intrygujących państw, nie dostanę aby wyłącznie propagandowej broszury, gloryfikującej sztandarowe światowe mocarstwa socjaldemokratyczne. Na szczęście - nic takiego się nie stało.

To znaczy, powiedzmy sobie szczerze, sporo gloryfikacji lewicy się tu pojawia. Ba, niektórzy autorzy nawet wprost obrażają zwolenników kapitalizmu, używając określeń, które są niczym splunięcie na politycznych rywali. Poza tym jednak, czytając "Przewodniki" z pewnym dystansem, można z nich wyciągnąć naprawdę bardzo wiele przydatnych informacji. Tym bardziej, iż wielu z autorów tekstów zamieszczonych w tych książkach, patrzy na cały temat szerzej, dostrzegając zarówno plusy, jak i minusy sytuacji politycznej we wszystkich trzech krajach.

Norwegię uchwycił Nicolai Berntsen.
Jak natomiast wygląda zawartość "Przewodników"? Co ciekawe - dość mocno różni się ona w zależności od publikacji. Ja sam zacząłem od książki o Islandii, krainie bardzo mocno mnie ostatnio intrygującej. W tym przypadku teksty są w sporej mierze dość luźne, poruszając nie tylko kwestie polityczne, ale także (w dużej mierze) kulturalne czy społeczne. Podobnie jest z Norwegią, z tym, że ta szczególnie skupiono się na literaturze. Krytyka Polityczna postarała się o tłumaczenia kilku opowiadań norweskich pisarzy, które zostały opublikowane na końcu książki. Parę z nich jest naprawdę dobrych i wartych uwagi.

Mocno inaczej jest natomiast w przypadku Szwecji. Ta publikacja jest zdecydowanie najbardziej polityczna i trudna. Mało jest tu luźnych tematów, a więcej chłodnych analiz, pełnych statystyk i wykresów, które niejedną osobę mogą odstraszyć. Przeczytać warto, bo w kwestiach naukowych to zdecydowanie najbardziej wartościowa ze wszystkich trzech pozycji, ale polecam mimo wszystko zostawić sobie Szwecję na koniec, coby w razie czego nie zniechęcić się do pozostałych, bardziej przystępnych niedzielnemu czytelnikowi pozycji.

Wszystkie trzy e-booki można pobrać za darmo STĄD.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika w nagłówku powstała na bazie zdjęcia autorstwa Alexa Talmona.

Miecz przeznaczania Geralta wiedźmina


Ciągle pamiętam, jak w pierwszej połowie tego roku było mi tęskno do kolejnych tomów "Pieśni lodu i ognia" George'a R. R. Martina. Za grube tomiska tej serii brałem się wyłącznie w okresie całkowicie wolnym od pracy, takim jak święta czy długie weekendy. Gdy już jednak dochodziłem do ostatniej strony danej księgi, miałem ochotę brać się od razu za kolejną. Czasu na to jednak nie było.

Myślałem, że "Wiedźmina" też będę potrafił sobie na spokojnie dawkować. Czytać go tylko podczas dłuższego okresu wolności, sięgać po kolejne części co parę tygodni. Ale... nie dałem rady. Gra "Dziki Gon" i pierwsza książka z serii, "Ostatnie życzenie" (RECENZJA) zazębiły się u mnie, dając dawkę niesamowitych przeżyć oraz świetnej historii. Narkotyk odstawić niełatwo. A do tego tym razem nie miałem ani trochę ochoty zapisywać się na detoks.

Dlatego po kolejnego "Wiedźmina", czyli "Miecz przeznaczenia", sięgnąłem dość szybko. I czytałem go wszędzie i zamiast wszystkiego. Mogłem grać, ale czytałem. Mogłem oglądać serial, ale czytałem. Mogłem słuchać muzyki w tramwaju, ale wolałem czytać. Bo, cholera, "Miecz" jest chyba jeszcze lepszy niż "Ostatnie życzenie"!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika miki77pl (@miki77pl)


Podobnie jak swój poprzednik, również i ten tom wiedźmińskich przygód jest w rzeczywistości zbiorem opowiadań, połączonych ze sobą częściowo pewnym konkretnym wątkiem. Co się od razu rzuca w oczy, to fakt, iż tym razem zdecydowanie mniej Sapkowski pisze o typowej pracy Geralta z Rivii, czyli ubijaniu potworów wszelakich. Oczywiście, tego typu historie również się tu pojawiają, ale są one tak naprawdę jedynie tłem do innych wydarzeń. I chwała autorowi za to.

Ogromną rolę odgrywa tu Yennefer, miłość Geralta, nie dająca mu spokoju. Wraca też Jaskier, czyli zabawny bard, który łączy w swoim życiu bycie od czasu do czasu pajacem oraz okazjonalne robienie rzeczy całkiem sensownych. Pojawiają się także kolejne istotne dla serii postaci, w tym ta przez wielu uwielbiana - Ciri.

Książka znów obfituje w opowieści wciągające, a jednocześnie z nie do końca odsłoniętymi wszystkimi kartami. Wiedźmińskie przygody nie służą zresztą po prostu jako opis tego, co dzieje się w życiu Geralta, ale oferują również spojrzenie na świat, który przemierza nas dzielny wiedźmin. Kim są tutejsi ludzie, jakie rasy lubią, a jakich nie, kto prowadzi wojnę z kim i po co to robi. Często te informacje pojawiają się gdzieś na boku, intencjonalnie nie są przez Sapkowskiego przesadnie podkreślane, ale to wyłącznie dodaje smaczku całości.

Źródło: DeviantArt
Podoba mi się to, jak Sapkowski dawkuje informacje o świecie, w którym dzieje się cała historia. "Ostatnie życzenie" było do niego wprowadzeniem, owszem, ale z "Mieczem przeznaczenia" również tak w pewnym sensie jest. I wydaje mi się, że podobnie będzie dalej, czyli w pięciotomowej, pełnoprawnej powieści o Geralcie z Rivii. Że nie wszystko zostanie zdradzone na początku, a każda następna historia będzie ze sobą nieść kolejne wyjaśnienia na temat tego niby dość klasycznego, acz ciągle zaskakującego świata fantasy. 

Czy tak rzeczywiście jest? O tym pewnie przekonam się już niedługo. A tymczasem ja mam kolejny powód, by polecić wszystkim przeczytanie wiedźmińskich opowieści oraz kolejne potwierdzenie, że CD Projekt RED w swojej grze bardzo dobrze oddało klimat prozy Sapkowskiego.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!