Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona i on. Pokaż wszystkie posty

Zdradzę Ci sekret - seks istnieje


Katolickie szkoły w zasadzie nie różnią się od zwyczajnych aż tak bardzo, jak wiele osób uważa. Nikt tam nie obraca nauki do góry nogami, nie próbuje podważyć tego, czego ludzie uczą się w "normalnych" placówkach tego typu. Są jednak pewne elementy, które mogą uczniów zaskoczyć.

Mam na koncie jeden etap edukacji zaliczony w katolickiej szkole. Przez cały czas nauki tam, w kontaktach uczeń-nauczyciel, temat tabu był właściwie tylko jeden - seks. Ironicznie uśmiechaliśmy się ze znajomymi na wieść o tym, że pewne rzeczy na lekcjach biologii nie zostaną po prostu wspomniane. Nie było to jednak dla nas jakimś powodem do oburzenia, jaki niewątpliwie okazałoby sporo osób nastawionych do Kościoła Katolickiego stricte wrogo.

Ja sam w tamtych czasach, czyli okresie liceum, po prostu całą sprawę olewałem. Straszna rzecz - na zajęciach z "Wychowania do życia w rodzinie", czy jak to tam się zwało, nie mówiono o seksie. Wydawało mi się, że w okresie tuż przed dorosłością nie jest to w zasadzie żaden wielki problem, bo nauki w tym zakresie współczesny nastolatek pobiera sam, z różnorodnych źródeł. Cóż - sprawy seksu są niewątpliwie dla większości młodziaków zdecydowanie ciekawsze od matematyki czy fizyki.

Dziś jednak na sprawę patrzę trochę inaczej. Problem wielu instytucji związanych z Kościołem, nie tylko szkół, jest bowiem w tym zakresie jeden, ale bardzo konkretny. Wielu katolików zdaje się bowiem wierzyć, że jeśli o pewnych sprawach nie będzie się mówiło, nie będą one stanowić żadnego zagrożenia dla człowieka. Trudno byłoby się zgodzić z tak wielką naiwnością.

Źródło: Flickr.com
Seks istnieje - czy tego ktoś chce, czy też nie. I to nie tylko ten "jedyny słuszny", odbywany już w małżeństwie, a najlepiej służący wyłącznie rozmnażaniu się. Seks dziś to wielki miszmasz ludzkich potrzeb biologicznych i hype'u na wszelkie doznania cielesne. Staje się codziennością, przed którą jakakolwiek próba ucieczki zdaje się być skazana porażkę.

Seks istnieje, tak samo jak istnieje chleb, krowa, zakrystia w kościele, rower i cokolwiek tam sobie nie wymyślicie. Nie mówiąc o nim swoim dzieciom, robimy im wyłącznie krzywdę. Bo one same wreszcie dojdą jakoś do tego tematu, czy tego mocno wierzący rodzic chce, czy nie. Nie będzie jeszcze tak źle, jeśli po prostu znajdą pornosa w sieci i obejrzą go z urzeczeniem na twarzy. Gorzej jednak, gdy w nagłym podekscytowaniu zechcą przeżyć podobne doświadczenie w realnym świecie.

Tak, wiem, to może brzmieć absurdalnie. Że nastolatek nieobeznany zupełnie z tematem, zaprosi nagle swoją dziewczynę czy koleżankę do łóżka i postanowi naśladować "ludzi z filmiku". Ale to jest możliwe. Problemem naprawdę ogromu ludzi jest to, że zdają się oni równać intelekt całego społeczeństwa ze swoim własnym. Wierzą, iż skoro oni nie zrobiliby czegoś, to nie zrobiłby tego nikt inny na świecie. (Nie)stety - to tak nie działa.


Ludzie zapominają o zabezpieczaniu się podczas seksu z nieznajomymi. Ludzie stawiają na seks analny, myśląc: "w ten sposób nie będę miał bachora", jednocześnie nie wiedząc, że wkładanie penisa w tyłek jeszcze bardziej naraża człowieka na zarażenie się chorobą weneryczną. Ludzie robią całą masę głupstw wychodzących albo z ich niewiedzy, albo też głupoty. Z tą drugą trudno będzie coś zrobić - pierwszą da się jeszcze naprawić.

Kościół nie chce mówić o prezerwatywach czy w ogóle różnorodnych zabezpieczeniach podczas seksu. A nie, przepraszam - czasem wręcz MUSI o tym coś powiedzieć, wygłaszając klasyczne zdanie: "TO JEST ZŁE!". I na tym edukacja się kończy. Cóż - i to jest dopiero złe!

Można być przeciwnikiem seksu przedmałżeńskiego i nazywać go wielkim grzechem. Czy jednak jeszcze większym grzechem nie jest odwrócenie się przed możliwością uratowania komuś życia? Powiedzenia do młodziaków: "Słuchajcie! Seks jest zły, ale jeśli już bardzo, bardzo pragniecie płonąć w piekle, to załóżcie te szatańskie prezerwatywy, żeby nie popsuć sobie chociaż tego ziemskiego życia!". To tak naprawdę najprościej.

Źródło: Pixabay.com
Ale nauczać należy - dobrze, skrupulatnie, ciekawie. Nawet, kiedy jest się przeciwnikiem seksu. Bo nieprawdopodobne jest, by w dzisiejszych czasach, w dwudziesto- czy trzydziestoosobowej klasie, ktoś nie postanowił pójść z kimś innym do łóżka przed zawarciem związku małżeńskiego. Można więc albo wytłumaczyć dzieciakom, w co się konkretnie pakują, albo przemilczeć temat z uporem maniaka, a potem dowiedzieć się, że jeden z Twoich uczniów zachorował na AIDS albo właśnie spodziewa się dzieciaka "z przypadku". 

Mogło temu zawinić mnóstwo rzeczy, pewnie. Wśród nich mógł być jednak także ten cholerny upór, by o ważnych sprawach nie mówić. Bo rodzice mogą nie być obecni w życiu dziecka, a internet to mieszanka zarówno dobrych, jak i złych informacji. 

Niech więc chociaż szkoła mówi o tym, o czym należy mówić. Nieważne, czy seks jest wśród jego kadry uznawany za grzech śmiertelny czy czystą przyjemność. Nie powinno być tabu tam, gdy chodzi o życie ludzi.



A na koniec ciekawy cytat z najnowszej książki jednego z najsłynniejszych psychologów na świecie, Philipa Zimbardo, zatytułowanej "Gdzie ci mężczyźni?". Więcej o tej pozycji napiszę na blogu już niebawem. Tymczasem...

Wykazano, że młodzi ludzie otrzymujący wszechstronną edukację seksualną nie mają wcale większej liczby partnerów niż ci, którzy nie odebrali takiej edukacji. Programy uczące o ludzkiej seksualności wręcz opóźniają wiek inicjacji seksualnej, a kiedy ci młodzi ludzie już takiej aktywności podejmą, częściej używają prezerwatyw, rzadziej zachodzą w niechciane ciąże i rzadziej zarażają się chorobami przenoszonymi drogą płciową.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!
---
Grafika u góry postu powstała na bazie zdjęcia z serwisu Flickr.com

Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie


Ostatni weekend przyniósł bodaj jedną z najbardziej wyczekiwanych premier serialowych tego roku - "Fear The Walking Dead", czyli spin-off słynnego "The Walking Dead", którego kolejny, szósty już sezon, zadebiutuje z kolei 11 października. Na razie fani serii mogą jednak cieszyć się zupełnie nową historią, rozpoczynającą się w początkach epidemii umarlaków. Cieszy się także stacja AMC, gdzie emitowany jest serial - premierowy odcinek świeżego show okazał się być najlepszym debiutem w historii telewizji kablowych. 10,1 mln widzów - to robi wrażenie, prawda?

Jednocześnie jednak, niejednemu do głowy podczas oglądania "Fear The Walking Dead" przyszła zapewne jeszcze jedna rzecz: choć o TWD mówi się "ten serial o zombiakach", w rzeczywistości... wcale nie jest to przecież opowieść o zombie!

W świecie wykreowanym przez Roberta Kirkmana "to słowo na Z" pojawia się niezwykle rzadko. W serialu nie użyto go chyba nigdy, a przez komiks i gry od Telltale Games przewinęło się raptem kilka razy. Zamiast tego używa się całej masy innych określeń, z których najpopularniejszym jest zdecydowanie "walker", po polsku tłumaczony często jako "szwendacz".


Dlaczego tak się dzieje? Oczywiście, Robert Kirkman, czyli ojciec "The Walking Dead", nie przeszedł obok tego pytania fanów obojętnie. Już niedługo po starcie serialu dobitnie tłumaczył on, że świat TWD nie jest tą krainą, w jakiej my żyjemy. To coś w rodzaju "świata równoległego" - niby podobnego, acz różniącego się pewnymi elementami. W krainie Ricka Grimesa i spółki nie istnieje przełomowy film "Noc żywych trupów" George'a Romero, który na stałe wprowadził zombie do naszej popkultury, nie ma też wszystkich innych tego typu tworów.

Z jednej strony - pomysł ten jest dobry. Przynajmniej w założeniach. Bohaterowie "The Walking Dead" postawieni są w zupełnie nowej sytuacji, bowiem nie słyszeli nigdy o czymś choćby przypominającym zombie. Popkultura nie nauczyła ich, że każde ugryzienie nieumarłego jest śmiertelne, a by zabić tego niby-człowieka, należy jak najszybciej strzelić mu w głowę. Muszą uczyć się nowego świata i nowych zasad, o jakich nigdy nie słyszeli.

Z drugiej jednak strony - pomysł ten kuleje. Już sam fakt, że w świecie "The Walking Dead" ostatecznie pojawia się słowo "zombie" (rzadko, bo rzadko, ale jednak), zaprzecza trochę założeniu, iż nagle cała Ameryka zapomniała o podstawowych zasadach, jakich nauczyła nas popkultura o nieumarłych. A jeśli byście mieli okazję spytać: "okej, ale gdzie pojawia się jakaś wzmianka o zombie w TWD?", to natknąłem się właśnie na świetnie wypatrzone przez fanów niedociągnięcie scenarzystów.

W jednym z odcinków serialu, gdy Ten Azjatycki Ziomek rozmawia z Tą Swoją Dupeczką Z Farmy, pojawia się nawiązanie do gry "Portal". Co to ma wspólnego z zombie? Cóż - akcja "Portalu" dzieje się w tym samym uniwersum, co seria gier "Half-Life", gdzie z kolei istnieją zombie, nazywane oficjalnie "headcrab zombie". Czyli, pomimo rzekomego "świata równoległego", w rzeczywistości w uniwersum TWD istnieje popkultura mówiąca o zombie. Cały misterny plan Kirkmana zawaliła ta jedna scena.


Nawet jednak, gdyby nic takiego nie miało miejsca - koncepcja "świata równoległego" w kontekście TWD wydaje się... trochę kiepska. "Zombie" powinno być niczym "smok". Jest wiele nazw fantastycznych potworów, które przewijają się przez całe multum różnych uniwersów, tworzonych przez zupełnie różnych autorów. Martin mógłby dać Daenerys smoki, które nazwałby jakoś inaczej - tylko po co? Nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, by smokowi próbowano nadać inną nazwę. Za to w świecie zombiakowym dzieje się to nagminnie. Twórcy różnych filmów i książek próbują cały zcas wymyślać zupełnie nowe nazwy.

Tylko właściwie po co? Przecież większość ludzi i tak nie ma ochoty mówić o żadnych "szwendaczach". Dla nas to są (i już pewnie na zawsze będą) po prostu zombie.

Podoba Ci się na MajkOnMajk? Polub więc jego FACEBOOKOWY FANPAGE i dołącz do SUBSKRYPCJI MAILOWEJ, by być na bieżąco z najnowszymi postami na blogu!

21 wyjątkowych piosenek o miłości


Wiele pytań może u Was wywołać sam tytuł dzisiejszego postu. Pierwsze mogłoby brzmieć na przykład: "dlaczego taki temat?". Jeśli więc jeszcze jakimś cudem nie zauważyliście setek serduszek na mieście i w internecie, podrzucam dodatkowy hint - spójrzcie na kalendarz. Już jutro Walentynki, dzień wszystkich zakochanych. Coraz więcej hejterów sobie to święto liczy, ja natomiast ciągle stoję za czternastym lutego murem. Podoba mi się idea tego dnia i lubię go nawet wtedy, gdy nie mam akurat żadnej "drugiej połówki". Zawsze mam przecież do kochania samego siebie (#Kanye).

Pytanie numer dwa: "dlaczego akurat dwadzieścia jeden piosenek?". Ponownie, odpowiedź jest w istocie dość błaha. W tym roku bowiem kończę dokładnie dwadzieścia jeden lat życia na ziemskim padole. Nie żebym specjalnie radośnie podchodził do tego starzenia się, ale ja non stop powtarzam sobie, że w duszy ciągle jestem "wieczną siedemnastką". 

No i wreszcie czas na pytanie ostatnie: "cóż jest takiego wyjątkowego w tych piosenkach?". Ano to, że w tytule każdego z nich znajduje się słowo "love". Podoba mi się w tych utworach to, że nie ukrywają one swojej tematyki. Że nie trzeba pytać nikogo o polecenie miłosnych piosenek - wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę muzyczną i wpisać "miłość". 

Ja natomiast z tego zbiorowiska dźwiękowego wybrałem właśnie dwadzieścia jeden kawałków. Nie jest to bynajmniej wybór losowy. Chciałem stworzyć z tej kompilacji jak najbardziej spójną całość, dlatego wśród występujących tu utworów wyodrębniłem krótkie intro i outro, zamykające zgrabnie całą listę. Chciałem także, by miks ten mówił w jak największym stopniu o tej miłości walentynkowej. Wiele współczesnych tracków natomiast słowo "love" wykorzystuje w innym celu, który z miłością do drugiego człowieka w rzeczywistości niewiele ma wspólnego. W kilku miejscach co prawda tę ostatnią zasadę trochę nagiąłem, co przy odpowiednich kawałkach tłumaczę.

Tymczasem natomiast zapraszam do dalszej lektury i słuchania. Enjoy & get inspired.

1. John Legend - "Love In The Future (Intro)"

Z tym kawałkiem miałem najmniej problemów. Intro do płyty "Love In The Future" Johna Legenda niewątpliwie stało się też idealnym openingiem dla mojej listy. "And this a new year for Love" - dobre otwarcie dla roku 2015, prawda?


2. John Legend - "Wanna Be Loved"

Nie mogłem jednak pozwolić, by tak świetna płyta miłosna, jaką niewątpliwie jest ostatni krążek Legenda, pojawiła się tu jedynie pod postacią czterdziestosekundowego intra. Dlatego też postanowiłem nagiąć jeszcze jedną zasadę, która sobie wyznaczyłem na początku tworzenia tej listy -zasadę niepowtarzania wykonawców. Dalej jednak reguły tej już się trzymam. 

Na "Love In The Future" pojawiają się natomiast dwa "pełne" kawałki z "miłością" w tytule. Zamiast singlowego "Made To Love", który na pewno większość osób kojarzy, wybrałem "Wanna Be Loved". Posłuchajcie.


3. Bon Iver - "Skinny Love"

Z "dźwięków przyszłości" przenosimy się natomiast do czegoś brzmiącego bardziej klasycznie. "Skinny Love" świat pokochał w dużej mierze dzięki coverowi Birdy, ja jednak proponuję Wam oryginał tego utworu, wykonany przez niezastąpionego Justina Vernona, kryjącego się pod pseudonimem Bon Iver. Wystarczyły mu gitara i wokal, by stworzyć piękny kawałek.


4. Jason Mraz - "Love Someone"

Ponownie z głośników zabrzmią nam dźwięki gitary, choć teraz już nie bez wsparcia innych instrumentów. Jason Mraz jest natomiast kolesiem, który niewątpliwie potrafi robić dobry pop. Inny od tego, który dziś serwuje się nam w radiach, bardziej klasyczny, mniej agresywny, a dzięki temu przeze mnie tak lubiany. Nowa, ubiegłoroczna płyta Mraza ponownie pokazuje, że Jason jest dobrym grajkiem, który fajnie opowiada o miłości. "Love Someone" jest tego idealnym przykładem.



5. Wale - "LoveHate Thing" (feat. Sam Dew)

Przyznam szczerze, że ten kawałek uwielbiam w szczególności za partie wokalne Sama Dewa. Wale wypada tu nieźle, pewnie, ale chętnie usłyszałbym jednak wersję bez niego. No i gospodarz kawałka rapuje tu trochę jednak na temat innego rodzaju miłości niż ten, którego "wymaga" ta lista. Refren Dewa można jednak spokojnie wziąć pod własną interpretację.


6. Metronomy - "Love Letters"

"Love Letters" to dziwny kawałek. Zaczyna się mocno jazzowym intrem, które niejednego Słuchacza wprowadzi zapewne w szczery zachwyt. W pewnym momencie te klasyczne, spokojne dźwięki przechodzą jednak w radosny miraż, namawiający do tupania nogą w jego rytm. Dzięki temu dostałem dobre połączenie między "LoveHate Thing", a kawałkiem numer siedem. A jest nim...


7. The Beatles - "Love Me Do"

Klasyka nad klasykami. Beatlesów ciągle słucha się wyśmienicie, a "Love Me Do" urzeka świetnym wykorzystaniem nie tylko prostoty tekstu, ale także nieskomplikowanej linii melodycznej. Jeśli jakiś kawałek potrafi naprawdę podkreślić radość z miłości, to jest nim niewątpliwie właśnie ten track.


8. Kodaline - "Love Like This"

Chłopaków z Kodaline swego czasu tak polubiłem, że dorobili się oni nawet na blogu oddzielnego postu poświęconego swej muzyce. A że non stop śpiewają oni o miłości, kawałka od nich nie mogło zabraknąć także w tym zestawieniu. "Love Like This" jest świetne na ocieplenie zimy i jednocześnie idealne na potęgowanie radości z lata.


9. U2 - "Ordinary Love"

Bono i jego zgraja może i powoli robią się starymi zgredami, ale dalej potrafią oni stworzyć kawałek, który wkręci się dosłownie wszystkim. "Ordinary Love" stworzone zostało na potrzeby filmu o Nelsonie Mandeli, świetnie spisując się jednak także jako radiowy singiel. Trudno mi naliczyć, ile razy swego czasu napotykałem na ten kawałek w radiu.


10. Charles Bradley - "I Believe In Your Love"

Charles Bradley jest mistrzem. Swój debiutancki album wydał raptem parę lat temu, mając na karku już ponad sześćdziesiąt lat. Od razu zyskał on sobie cały tabun fanów, którym brakowało tak klasycznego funkowo-soulowego krążka. Piękno muzyki sprzed lat ciągle jest niepokonane.


11. Bob Marley & The Wailers - "Is This Love"

"Więcej radości z miłości!" - chce się wykrzyknąć po kawałku Bradleya. Lecimy więc prosto na Jamajkę, gdzie czeka na nas duch legendarnego Boba Marleya. Wskakuje na scenę jak za starych, dobrych lat i wygrywa nam jeden ze swoich największych klasyków - "Is This Love". Fanów wielu rodzajów muzyki spotkałem na swojej dotychczasowej drodze, ale żaden nie odważyłby się powiedzieć złego słowa o tym tracku.



12. Snarky Puppy - "Amour T'es La" (with Magda Giannikou)

Ciągle tylko ta "love" i "love" - a przecież o miłości można mówić w tak wielu językach! Z Jamajki przenosimy się więc prosto do Paryża i pod Wieżą Eiffla słuchamy pięknej interpretacji "Amour T'es La" w wykonaniu zespołu Snarky Puppy i świetnie śpiewającej Magdy Giannikou. Istne cudo!


13. Jaromír Nohavica - "Láska je jak kafemlýnek"

Człowiek nazywany "czeskim Dylanem" lub "czeskim Kaczmarskim". Niezawodny bard, którego utworów zawsze słucha się z niesamowitym skupieniem. "Miłość jest jak młynek do kawy", mówi nam tym razem Czech. I szkoda tylko, że w tak kiepskiej jakości możemy tego utworu słuchać.


14. Marek Dyjak - "Durna miłość"

Nie znać Dyjaka to dziś w Polsce wręcz wstyd. A gdy się już go usłyszy - nie zachwycać się nad jego muzyką po prostu nie da. Piotr Bukartyk napisał piękną "Durną miłość", ale Dyjak wykonał ją jeszcze piękniej. Mam zawsze ciary, gdy tego słucham.


15. JMSN - "Love & Pain"

JMSN to facet, który wygląda jak Jezus i jest tak chyba nie bez powodu. Dlaczego? Bo śpiewa on po prostu bosko (rany, ale mi wyszedł suchar)! Nie przepadam co prawda za tym określeniem, ale tu jest ono jak najbardziej na miejscu. "Priscilla" to jedna z moich ulubionych płyt 2012 roku, a "Love & Pain" jest jednym z moich ulubionych kawałków z tego właśnie krążka.


16. Kendrick Lamar - "Is It Love" (feat. Angela McCluskey)

Chyba jeden z mniej znanych kawałków Kendricka, najpewniej dlatego, że nie ukazał się on na żadnej pełnoprawnej płycie rapera. Sytuacja trochę podobna jak w przypadku "LoveHate Thing" Wale'a - refren jest tu zdecydowanie bardziej miłosny od rapowanych zwrotek. Nie zmienia to jednak faktu, że kawałek w całości potrafi wprowadzić świetny klimat i niemiłosiernie się wkręcić.


17. Daughter - "Love"

Bardziej dobitnego tytułu chyba na tej liście być nie mogło. Spokojny, piękny track. Naprawdę - więcej dodawać tu nie trzeba.


18. Joy Division - "Love Will Tear Us Apart"

Wielu obraziłoby się niewątpliwie na mnie, gdybym tego kawałka tu nie umieścił. Niejedna osoba pewnie się pieprzyła do tego kawałka, niejedna do niego płakała, niejedna spędzała przy nim najpiękniejsze chwila, niejedna podcinała sobie w jego rytm żyły. Joy Division to niewątpliwie dziwny zespół, ale robienia dobrej, wyjątkowej muzyki trudno im odmówić.


19. The Smiths - "Last Night I Dreamt That Somebody Loved Me"

Skoro jest Joy Division to nie mogło tu też zabraknąć innej legendy brytyjskiego indie, The Smiths. Morrisseyowi, wokaliście martwego już zespołu, zdarza się może robić z siebie idiotę, ale jego muzyka ciągle jest hymnem dla wielu osób na całym świecie.


20. Daft Punk - "Make Love"

Francuski duet Daft Punk ma bodajże trzy kawałki z "love" w tytule. Dlaczego wybrałem ten? Bo dwie rzeczy powodują, że jest on idealnym zakończeniem tej listy przed outro. Po pierwsze, jest on niesamowicie spokojny i klimatyczny. Po drugie, przez cały kawałek przetaczają się jedynie dwa słowa: "Make Love". To natomiast jest świetną dewizą, którą warto się w życiu kierować. Make Love, Drogi Czytelniku. Make Love.


21. Linkin Park - "Wisdom, Justice & Love"

Outro naszego miłosnego zestawienia niekoniecznie jest nawet piosenką. To fragment wystąpienia Martina Luthera Kinga, połączony z odpowiednią muzyką. Zakończenie idealne.


I tak oto dotarliśmy do końca miłosnej listy muzycznej. By łatwiej było słuchać całości, znajdziecie ją także na YouTube oraz Spotify. Jeszcze raz - miłego słuchania. Jeszcze raz - enjoy & get inspired.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Grafika wykorzystana w dzisiejszym poście pochodzi z serwisu Flickr.

Żyć dla siebie

Z moich obserwacji wynika, że w pewnym wieku zdecydowaną większość ludzi łapie potrzeba koniecznego znalezienia sobie życiowego partnera. Posiadania u boku dziewczyny czy chłopaka, możliwości chodzenia z kimś za rękę po mieście, wspólnego spędzania popołudni i nocy. Życia dla kogoś, bycia dla kogoś.

Pewnie, wynika to w sporej mierze z pobudek czysto egoistycznych - pragnienia spełnienia marzenia o posiadaniu drugiej połówki, tak jak reszta znajomych. Z miłością jest jednak trochę jak ze słynnymi w czasach mego dzieciństwa stworkami Tamagotchi. By wirtualne zwierzątka nam nie umarły, trzeba było się o nie troszczyć, sprawdzać co jaki czas co u nich, karmić dobrymi rzeczami, głaskać. To samo trzeba robić z drugą połówką, by ta nas nie opuściła.

Egoistyczna pobudka tworzy więc także umiejętność traktowania świata zdecydowanie mniej egoistycznie, uczy patrzenia na pewne rzeczy z perspektywy kogoś innego. Nie ustalamy już wszystkiego tak, jak wyłącznie nam się podoba. Druga połówka nie musi chcieć iść do kina na oscarowy hit, bo zamiast tego woli pędzić na koncert Comy. Niezależnie, czy jej ustąpimy, czy też nie, wiemy, że trafiliśmy do świata, w którym nie żyjemy już tylko dla siebie.

Odpowiedzialność i troska o innych to fajna rzecz. Potrafi dodać siły, pewności siebie, wiary we własne możliwości. Wielu czuje dumę, idąc u boku ze swym małym dzieckiem, będącym pod ich opieką. Że kogoś życie zależy właśnie od nich. Znam to z własnego doświadczenia, więc jak najbardziej rozumiem. Ale wiecie co? Życie dla siebie też jest fajne.


Absurdem jest dla mnie podejście wielu facetów, którzy gonią od jednej dziewczyny do drugiej. Ciągle muszą kogoś mieć, ciągle muszą żyć dla kogoś. Wizja bycia choćby na chwilę samemu jest dla nich jak odstawienie na bok narkotyku. Mam wrażenie, że oni już wręcz nie potrafiliby żyć po prostu dla siebie.

Nie mieć żadnych zobowiązań, żyć totalnie po swojemu, móc mieć wszystko w dupie albo wręcz wszystkim się przejmować. Móc iść wszędzie tam, gdzie się chce, cały czas wolny móc wykorzystać tylko na to, na co ma się ochotę, żyć w zgodzie z każdym lub z nikim. Pić wódkę i chodzić na imprezy tylko wtedy, gdy ma się na to ochotę. Pieprzyć kogo się da lub nie pieprzyć wcale. Wychodzić pogadać z innymi albo cały weekend przeleżeć przed komputerem z kartonami pizzy obok biurka.

Po prostu - żyć dokładnie tak, jak się tego chce. Być odpowiedzialnym wyłącznie za siebie, żyć wyłącznie dla siebie. Niekoniecznie przez całe życie, chociaż wiem, że są ludzie, którzy właśnie tego pragną. Ale chociaż na chwilę, pomiędzy tymi kolejnymi dziewczynami "z przymusu", zafundować sobie taką dłuższą przerwę, by zobaczyć, jak to jest - jak świat wygląda poza murami odpowiedzialności za innych.

Warto tego po prostu spróbować, żyć tym choćby przez chwilę. Nie, nie mówię: "idź teraz i rzuć swojego obecnego partnera". Ale ciągle wiele osób nie wie, że słynne "I need more space" rzucane na rozstanie znaczy dokładnie to, o czym dana osoba mówi. Potrzebuje więcej przestrzeni - potrzebuje pobyć z daleka od ludzi, którzy w jakiś sposób regulują jej życie. Potrzebuje żyć dla siebie. 

I warto to zrobić chociaż przez chwilę swego życia. Bo jeśli popędzisz nagle do przodu, mając w wieku dwudziestu lat pierwszego dzieciaka, może się okazać, że pewnego dnia stwierdzisz: "zawsze żyłem dla kogoś - nigdy dla siebie". I - choć będziesz w tym widział plusy - mimo wszystko rozżalisz się nad sobą i cicho zapłaczesz.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Oba zdjęcia wykorzystane w dzisiejszym poście pochodzą z serwisu Unsplash.com

Co obejrzeć w Walentynki zamiast Pięćdziesięciu twarzy Greya?

Zbliża się apokalipsa - od trzynastego lutego tego roku w polskich kinach grana będzie filmowa adaptacja "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Krytycy filmowi płaczą, recenzenci idą na seans trzęsąc się ze strachu. Jest jeszcze jedna wyjątkowo poszkodowana grupa osób - faceci kobiet zakochanych w książce E. L. James. Sporo z nich zostało bowiem zmuszonych przez swe niewiasty do wspólnego wypadu na seans "Pięćdziesięciu twarzy Greya" w Walentynki. Panowie - łączę się z Wami w bólu.

Dziś natomiast porcja kinematografii o wiele lepszej. Dla tych, których partnerka również nie trawi porno literatury, ale pragnie obejrzeć jakiś romantyczny film przy winie i pysznej kolacji. Dla tych, którzy - na całe szczęście! - nie zdążyli kupić biletu na ekranizację tworu E. L. James, przez co teraz muszą odpokutować przed dziewczyną przez zaplanowanie wieczoru idealnego. No i wreszcie także dla singli, którzy nie hejtują Walentynek tylko dlatego, że sami nikogo nie mają, a na dodatek mają ochotę również w jakiś sposób święto zakochanych klimatycznie spędzić.

Oto więc przed Wami dziesięć filmów na walentynkowy wieczór. Amerykańscy naukowcy przeprowadzili na moje zlecenie specjalne badania i wykazali, że nie ma na całym świecie osoby, która nie znalazłaby na tej liście choćby jednej interesującej jej pozycji. Dlatego też zapraszam do czytania dalszej części tekstu i - przede wszystkim - życzę miłego seansu!

Enjoy & get inspired!

Źródło: Flickr.com
"Całkiem zabawna historia"

Na sam początek film, o którym na blogu jeszcze nie miałem okazji pisać. "Całkiem zabawna historia" to opowieść o trochę nieogarniającym życia chłopaku, który trafia na oddział psychiatryczny miejscowego szpitala. Wiadomo, co się dzieje potem - nastolatek poznaje swą prawdziwą miłość i postanawia zdobyć jej serce. Poza fragmentami bardziej dramatycznymi, sporo tu rzeczywiście tego, co sugeruje tytuł - czyli humoru. Trudno zresztą, by było inaczej, gdy jedna z głównych ról trafia w łapska Zacha Galifianakisa, znanego najbardziej z roli Alana w "Kac Vegas". Finalnie dostajemy więc całkiem niezły, luźny i zabawny film o nastoletnich zmaganiach z zakochaniem. 


"Cudowne tu i teraz"

Zero cukierkowatości w romansie nastolatków? "Cudowne tu i teraz" pokazuje, że to możliwe. To nie zawsze wesoły, za to w pewnym momencie niewątpliwie mocno szokujący film. W rolach głównych Shailene Woodley (Hazel z ekranizacji książki "Gwiazd naszych wina"), ale i przede wszystkim Miles Teller, który na szeroką skalę został ostatnio doceniony za sprawą fenomenalnego "Whiplash". Dłuższą recenzję filmu "Cudowne tu i teraz" znajdziecie natomiast TUTAJ.


"Don Jon"

Jeśli  jesteście wyjątkowymi luzakami i uważacie, że obejrzenie wspólnie w Walentynki filmu o masturbacji będzie okej, to trafiliście w dobre miejsce. Bo "Don Jon" to w zasadzie film o kolesiu, który bardzo lubi tzw. "walenie konia". Natomiast jego piękna dziewczyna zdecydowanie tego nie lubi. Panie mogą popatrzeć sobie na Josepha Gordona-Levitta (który zresztą jest również reżyserem filmu i autorem jego scenariusza), a panowie mają tu swoją Scarlett Johansson. No nie da się narzekać. Po więcej informacji na temat "Don Jona" zajrzyjcie do RECENZJI.



"Ona"

Jeden z - moim zdaniem - trzech najlepszych filmów ubiegłego roku. Świetny pomysł na historię został naprawdę dobrze wykorzystany, a za całym tym dziełem stoi nie kto inny, jak sam Spike Jonze. Oto historia o mężczyźnie zakochanym w sztucznej inteligencji, która wzrusza i bawi bardziej niż niejeden romans z ludźmi po obu stronach barykady. Więcej o tej nietypowej produkcji poczytacie natomiast TUTAJ.



"O północy w Paryżu"

Jeśli lubicie Woody'ego Allena, Paryż i kulturę lat 20. ubiegłego wieku (czyli oddalibyście cały swój majątek za podpis Fitzgeralda na Waszym pomiętoszonym egzemplarzu "Wielkiego Gatsby'ego") - ten film jest dla Was. Mężczyzn jednak ostrzegam, że skutki obejrzenia tego filmu z kobietą mogą być katastrofalna dla Waszego portfela. Liczcie się bowiem z tym, że niewiasta zakocha się do nieprzytomności w Paryżu i zażyczy sobie podróż do francuskiej stolicy w najbliższe wakacje. Albo i nawet najbliższy weekend. Zostaliście ostrzeżeni.



"Pół na pół"

Joseph Gordon-Levitt ponownie w naszym zestawieniu (i uprzedzam - nie ostatni). Tym razem gra on faceta chorującego na raka, który w pewnym momencie na swoją chorobę zalicza nawet jedną panienkę. Towarzyszy mu wierny giermek pod postacią ulubieńca fanów amerykańskich komedii, Setha Rogena. Jest też prawdziwa miłość i dramatyczne chwile, coby z filmu nie powstał hołd dla hedonizmu. Mi się "Pół na pół" spodobało, o czym pisałem bardzo dawno temu.



"Scott Pilgrim kontra świat"

Jeśli oboje w związku jesteście geekami, którzy wolą wieczorem wspólnie pograć na konsoli niż iść do klubu - oto Wasz idealny film na Walentynki. Są nawiązania do ośmiobitowego świata, jest mnóstwo zagrywek rodem z klasycznych gier, a miłością głównego bohatera (którego z kolei gra bardzo lubiany przeze mnie Michael Cera) jest laska o fioletowych włosach. Co natomiast nasz heros musi zrobić, by zdobyć swą ukochaną? Pokonać siedmiu bossów, czyli... jej byłych chłopaków. "Scott Pilgrim" to istna uczta dla zakochanych geeków.



"Twój na zawsze"

A to z kolei romans właściwie całkiem typowy, ale nie znaczy to, że zły. Tak samo złym nie czyni go to, iż gra w nim Robert Pattinson. Można filmowego "Zmierzchu" nie lubić, ale tu chłopak zagrał naprawdę dobrze! No i jest też piękna Emilie de Ravin, w której się skrycie kochałem, gdy grała w "Lost". A w "Remember Me" wygląda już tak pięknie, że o rany. W skrócie - fajny film z mocno creepy zakończeniem. Oglądałem jakieś trzy razy, co dla mnie jest niesamowitym wynikiem. Polecam.



"Jestem na tak"

Zooey Deschanel kocham zupełnie nie skrycie, bo przyznaję się do tego każdej świeżo napotkanej osobie. Uwielbiam jej śpiewy w zespole She & Him, uwielbiam jej postać z "New Girl" i uwielbiam coś jeszcze z nią związanego, o czym za chwilę. Najpierw jednak "Jestem na tak", czyli film z Jimem Carreyem. Wiecie co to oznacza, prawda? Jest mnóstwo absurdalnego humoru i robienia sobie jaj z tony rzeczy, co wrzucono w fajny koncept - bohater, którego gra Jim, musi się na wszystko zgadzać. Jest też miłość, ale mimo wszystko więcej w tym komedii niż romantyzmu. Fajne. Recenzja TU.



"500 dni miłości"

Na sam koniec moja zdecydowanie najulubieńsza i wychwalana przeze mnie na każdym kroku komedia romantyczna. Film, który posiada jeden z najlepszych duetów aktorskich w historii filmu. Tak, wiem, że to mocne słowa, ale combo Zooey Deschanel + Joseph Gordon-Levitt po prostu WYMIATA. To zresztą w ogóle nie jest typowa komedia romantyczna, bo więcej tu "nie-miłości" niż miłości. Uwielbiam.



A Wy - macie jakieś ciekawe propozycje filmów na walentynkowy wieczór? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzu!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Gdy bogowie dają Ci okulary, a Ty podcierasz sobie nimi tyłek


"Miałam sen" - powiedziała mi kiedyś znajoma przy piwie. Oczywiście nie spodziewałem się żadnych wspaniałomyślnych wizji świata, niczym u Marina Luthera Kinga, nawet biorąc pod uwagę fakt, że niejedną butelkę już opróżniliśmy. Spotkaliśmy się w jednym celu, jednego więc mógł jej sen dotyczyć. Dziewczynie po raz kolejny dał w dupę jej (były) chłopak. Nie - nie dosłownie.

"Miałaś sen o tym, że Roman (imię losowe, nie obrażajcie się, Drodzy Romanowie) wrócił do Ciebie, przytulaliście się, uprawialiście namiętny seks, a potem mieliście gromadkę dzieci i psa?". Spojrzała na mnie wzrokiem łączącym w sobie "to była moja kwestia!" z "dzięki, że powiedziałeś to za mnie". "Niech zgadnę - pies ma być yorkiem?". W tym momencie udała, że chce na mnie wylać resztę swojego piwa. Tak - chodziło o yorka.

Zastanawiacie się pewnie - co zrobił mej znajomej ten jej przebrzydły ex? Lista zbrodni jest długa. Zdrada? O rany, przecież to klasyk! Flirtowanie z tonami innych dziewczyn, gdy ona wypisywała do niego smutne esemesy z domu? Checked. Obarczanie ją winą za wszelkie spiny w związku? Brawo! Jest tego więcej, ale przecież nie będziemy się tu na blogu aż tak znęcać.

Pytanie kolejne: dlaczego więc ona ciągle z tym skurczybykiem była? Odpowiedź jakże prosta: miłość, zakochanie, reakcje chemiczne - nazywajcie to jak chcecie. Dziewczyna wpadła po uszy i podkochiwała się w swoim "mężczyźnie życia" (tak go niejednokrotnie nazywała, a jakże) chyba od pierwszego wejrzenia. Był dla niej ideałem i jako ideał zawsze go przedstawiała. 

Udało się jej wreszcie go do siebie przekonać. Przyjął ją z otwartymi ramionami i przez jakiś tydzień był jej ideałem. Wszędzie chodzili razem, całowali się na oczach połowy miasta, itepe, itede. A ona nagle mimochodem sięgnęła po jego telefon, weszła w esemesy i zobaczyła setki wiadomości z ostatnich dni do innych reprezentantek płci pięknej. Wszczęła awanturę, on krzyknął, że nie powinna mu grzebać w telefonie i z nią zerwał. 

Była wkurzona przez dwa czy trzy dni. Potem niby też, ale czwartego dnia umówiła się z nim i prosiła, by do niej wrócił. Absurd, no nie? On jednak ponownie przyjął ją w swe ramiona, niczym wybaczający wszystko Stwórca. Kolejny miesiąc zleciał. Tym razem poszło już o zdradę w klasycznym znaczeniu. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, no nie? Ona weszła po raz trzeci.

Pozwala mi na publikowanie tej historii, bo dziś ją ona już jedynie śmieszy. Przeszła okres "nienawidzę mężczyzn", żyje teraz szczęśliwiej niż niejedna zakochana parka. Chce się rzec: "nauczyła się na swoich błędach". Spójrzcie jednak, ile razy popełniała ten sam błąd!

Bo krąży w społeczeństwie takie - w dużej mierze błędne - przekonanie, że gdy się zrobi błąd, nigdy się już podobnego nie popełni. A to wcale nie jest prawda. Oczywiście, są kwestie, które weźmiesz na klatę raz, a potem będziesz przed nimi uciekał gdzie pieprz rośnie. Ale czasem po prostu TRZEBA dowalić sobie kilka razy to samo, by wreszcie zrozumieć, że to właśnie to coś ostatnio tak bardzo daje Ci po ryju.

Dotkniesz raz płonącej zapałki i nigdy więcej nie będziesz chciał tego zrobić ponownie? Bullshit. Mimo wszystko będzie Cię trochę korciło, by spróbować ponownie. By sprawdzić, czy to aby nie był jakiś wyjątek, czy ten głupi czyn na pewno zawsze kończy się rykiem bólu. Ale wreszcie, po kilku czy - olaboga - kilkunastu razach, dasz sobie spokój i stwierdzisz: "potwierdzam, dotknięcie płonącej zapałki powoduje ból". No brawo, mój Ty Sherlocku!


Same shit everyday. Popełniamy błędy i nie wryjemy sobie w nasze głowy od razu tego, że coś jest złe, kiedy nie udało się nam to tylko raz. Wejdź dwa albo trzy razy w nieudane związki i może wreszcie zrozumiesz, co rzeczywiście jest problemem, a nie będziesz powtarzać złotych myśli z cyklu "świat jest zły, zabijcie mnie". Popłacz raz, popłacz dwa razy, popłacz dziesięć razy - do skutku. Wreszcie kiedyś do głowy wpadnie niesamowita myśl: "ja rzeczywiście popełniałem cały czas ten sam błąd!". I nagle Twoja mądrość wskakuje o kilka leveli wzwyż. 

Bogowie (wstawcie sobie dowolnych, może być też Matka Natura) dają Ci okulary, byś poprawił sobie wzrok i wreszcie "przejrzał na oczy". A Ty nie wiesz, co z nimi zrobić i podcierasz sobie nimi tyłek, bo to pierwsze, co przychodzi Ci do głowy. Boli? Sprawdzasz jeszcze raz. Znów boli. To już nie jest wyjątek, a powtarzający się błąd. Szukasz więc alternatywnego rozwiązania i okazuje się, że okulary zakłada się na nos. I od razu świat i swoje błędy widzisz lepiej.

Tak oto połączyliśmy wchodzenie w niewłaściwe związki z wkładaniem sobie szkła do tyłka. Bhawo ja, bhawo Wy.


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)
Zdjęcie u góry postu pochodzi z serwisu Flickr.com

Bo najsłodszy pocałunek to ten, którego nigdy nie zaznałem

Wielu w historii zachwycało się szczerze miłością. Jedni z lubością opowiadali o swoich drugich połówkach, wywyższając je ponad wszystkich innych ludzi na świecie. Inni chwalili swe liczne kochanki, jedne przyciągając do siebie na dłużej, inne na krócej. Pomija się jednak czasem zachwyt nad czymś nadzwyczaj powszechnym i znanym każdemu - miłością niespełnioną (tak będę tu to patetycznie nazywał, choć oczywistym jest, że bliżej takiemu uczucia do zauroczenia czy ewentualnie zakochania niż miłości).

Może problem tkwi w tym, że zamiast piękna tego uczucia, pokazuje się wyłącznie jego negatywne strony. Dziś płacze się po Fejsbukach, wyżala się najbliższym przyjaciołom, słucha się smutnych piosenek, a potem próbuje się pisać podobne. Miłość niespełniona to w wizji wielu brutalny cios w podbródek, gdy podchodzi się do obiektu naszych westchnień. A przecież można na to spojrzeć też inaczej, lepiej.

Miłość niespełniona to najpiękniej wyglądający tort za szklaną szybą. Jest niczym eksponat w muzeum - można go jedynie podziwiać, nie można natomiast posmakować. A że chcielibyśmy ponad wszystko tego tortu spróbować, zaczyna działać nasza wyobraźnia. W naszych myślach pojawia się obraz nas samych z ustami pełnymi tego przepysznie wyglądającego tortu, którego smak przebija wszystkie inne ciasta wszechświata.

Miłość niespełniona to zestaw pięknych momentów, o których jednak mało kto mówi. Ludzie się wstydzą swoich uczuć, uważając je za dziecinne i błahe. Nie dają sobie szans na marzenia, chcą je wyrzucić z głowy jak najszybciej się da. Zwykle więc automatycznie ustanawiają takie nieodwzajemnione uczucie jako karę dla siebie, biczując się tym i kładąc na głowę niczym cierniową koronę.

Och, jakimże ja jestem nieszczęśnikiem! Zdelegalizować miłość!

Ludzie to w zasadzie twarde skurczybyki i mało kto powie Ci wprost: "ej, zabujałem się w tej Bożenie/zabujałam się w tym Januszu". A jeszcze mniej osób, jeszcze bardziej po cichu, wspomni, że dziś rano obudziło się uśmiechniętymi od ucha do ucha. Bo ten tajemniczy ktoś śnił się im nad ranem i w sennej krainie obydwoje byli tak blisko siebie, jak nigdy w rzeczywistym świecie. 

I dlatego właśnie, przez tę niechęć do przyznania się do pewnych rzeczy, miłość niespełniona uznawana jest za najgorszą rzecz w życiu człowieka. A przecież tyle pięknych momentów ona może nieść! Sny, marzenia, radość z wylegiwania się na łóżku i kreowania w myślach scen niemożliwych. Wyobraźnia człowieka nie zna granic i zawsze będzie tworzyła obraz piękniejszy od tego, który zarzuca nam codzienne życie. Ideał nieskalany, bo niemożliwy do obalenia.

Nie mam zamiaru co prawda nawet próbować komukolwiek wmówić, że takie nieodwzajemnione uczucie niesie ze sobą więcej cudowności od realnej miłości. Bo cóż - to zwyczajnie nie jest prawdą. Ale może warto nie robić z tej znanej chyba każdemu człowiekowi sytuacji syzyfowego kamienia, a zamiast tego cieszyć się z jej pozytywnych aspektów?


Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Piękno pod toną tłuszczu

Jednym z moich ulubionych wyświechtanych frazesów jest: "każda kobieta jest piękna". W pewnym sensie zazdroszczę osobom, które rzeczywiście tak myślą, mi bowiem do popierania takich mott daleko. Nie mam żadnego sprecyzowanego ideału kobiety - co to, to nie. Ale dostrzegam mimo wszystko, kiedy niewiasta jest ładna, a kiedy mężczyzn raczej odpycha niż przyciąga.

Wiadomo - facet patrzy na wiele rzeczy. Czego by się nie zrobiło, piersi bardzo często jako pierwsze rzucają się w oczy. Można także zachwycać się "szynami" czy "czterema literami". Tak to jest, że efektowne wersje tych części ciała często przysłaniają początkowo rzecz, którą osobiście uważam chyba za najważniejszą - twarz.

Dziewczyna może mieć i kapitalną figurę, na której widok aż cieknie ślina, ale - w moim przypadku - będzie mnie raczej odrzucała, gdy jej twarz przypominała będzie typową blacharę. Bo na co mi te super cycki, smukłe nogi i piękny tyłek, jeśli z samego rana pierwszym co zobaczę będzie ta - nazwijmy rzecz wprost - morda. Ale, ale! To niestety działa też trochę i w drugą stronę.

Wiecie co dla mnie jest najsmutniejsze w patrzeniu na niektóre dziewczyny? Ich tusza. I nie chodzi mi tu o jakieś wywyższanie się w rodzaju: "ja jestem chudy, to będę je wyzywał od wielorybów, hehe". Nie, nie i jeszcze raz nie! Ponownie trafiamy natomiast do tego, o czym wspominałem w akapitach wyżej - czyli kobiecej twarzy.

Patrzę bowiem czasem na te grubsze niewiasty (nie "grube", tylko zazwyczaj w tych przypadkach raczej takie, które można określić mianem "przy kości") i robi mi się smutno. Dlatego, że wiele z nich ma cholernie ładne twarze. Takie, którymi mogłyby zawojować parkiety najlepszych klubów w mieście, a każdy facet robiłby na ich widok wielkie "łoo!". W takim efektywnym wyglądzie przeszkadzają im jednak zbędne kilogramy.

Spotykam od czasu do czasu takie dziewczyny na ulicy, w tramwaju czy w jakimś sklepie. I uderza mnie, jak totalnie pięknymi byłyby one niewiastami, gdyby tylko pozbyły się tego niepotrzebnego tłuszczu. Nie, nie mówię, że mają być wychudzonymi anorektyczkami. Ale ja jednocześnie nie jestem również fanem bardzo wyolbrzymianego obecnie stwierdzenia: "prawdziwe kobiety mają krągłości". Zwyczajnie szczuplejsze kobiety podobają mi się bardziej.

Dlatego właśnie mi się robi smutno na widok tych "bardziej obfitych" (ależ to brzmi poprawnie politycznie, damn!) niewiast o pięknych twarzach. Nie mam zamiaru jednak podchodzić do nich i mówić: "schudnij". Mam jakieś tam resztki taktu oraz brak chęci do zasmucania tak potencjalnie ślicznych kobiet. Wolę pozostać sam ze swym pękającym z bólu sercem. Chlip chlip, łezka łezka.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Kolaż autorstwa Lucjusza Sawickiego (lucjusz-sawicki.blogspot.com/).

Kim jest prawdziwy mężczyzna?

"Prawdziwy mężczyzna musi to", "prawdziwy mężczyzna nie może tego", "prawdziwy mężczyzna robi to i to, ale już tamtego zdecydowanie nie". Codziennie wiele osób próbuje narzucić innym jeden sposób myślenia, jedno podejście do świata, jedno spojrzenie na rzeczywistość. Kim jest "prawdziwy mężczyzna"? Na to pytanie bardzo konkretną odpowiedź stara się stworzyć wręcz ogrom ludzi. Czas na ostateczne rozwiązanie tej nurtujący cały świat kwestii.

Prawdziwy mężczyzna interesuje się motoryzacją. Ale może też ją mieć kompletnie gdzieś. Zamiast samochodu jego jedynym pojazdem może być rower, deskorolka, hulajnoga czy deska surfingowa - jakkolwiek trudnym jest poruszanie się na tej ostatniej po mieście. Może znać na pamięć wszystkie najnowsze premiery samochodowe, odróżniać model zeszłoroczny od aktualnego. Ale może też mieć to kompletnie gdzieś i pozostać przy wiedzy pozwalającej na odróżnienie loga Mercedesa od BMW.

Prawdziwy mężczyzna codziennie na śniadanie je stek. Ale zamiast niego, równie dobrze może ubóstwiać kanapki z pomidorem. Albo płatki śniadaniowe z mlekiem czy bułkę z kremem czekoladowym. Ba, może nawet w ogóle mięsa nie lubić i zostać wegetarianinem  czy (olaboga!) weganinem. Może też jeść tylko owoce, a potem założyć firmę o nazwie Apple. Czekajcie - to już chyba gdzieś słyszałem...

Prawdziwy mężczyzna w każdy piątek idzie wyżłopać minimum pół litra wódy. Może też jednak za tak mocnym alkoholem nie przepadać, zamiast niego sięga więc po piwo. Ba, może to być też piwo smakowe, od wszelkich radlerów, przez Redd'sy, na Despardosach kończąc. Zresztą może też kompletnie nie lubić alkoholu. Zamiast niego w piątkowy wieczór zaserwuje sobie więc szklankę wody mineralnej albo zieloną herbatę.

Prawdziwy mężczyzna nie mieści się w rurki. Równie dobrze może jednak mieć wystarczająco chude nogi, by wyglądać w nich sensownie. Rurki mogą mu się podobać, więc stwierdza, że będzie w nich chodził. Ale może też mieć szafę pełną dresów z bazaru albo hippisowskich dzwonów. Nikt nie zabroni mu także bycia odpowiednikiem Barneya Stinsona, w każdym momencie życia będącego ubranym w perfekcyjnie skrojony garnitur.

Prawdziwy mężczyzna skrupulatnie przygląda się każdemu meczowi polskiej reprezentacji w piłce nożnej. Ale może też go w ogóle nie jarać oglądanie dwudziestu dwóch spoconych kolesi. Zamiast tego może na przykład oglądać rozgrywki w pokera, bilard czy szachy. Może też mieć sport w ogóle głęboko gdzieś i zamiast niego obejrzeć kolejny film z Brucem Willisem... albo najnowszą komedię romantyczną w kinie.

Prawdziwy mężczyzna codziennie budzi się rano z inną laską u boku. Albo jeszcze lepiej - za każdym razem wychodzi z klubu pod rękę nie z jedną, a z dwoma pięknymi niewiastami! Może też jednak równie dobrze mieć codziennie u boku miłość swojego życia, z którą jest już od paru lat. Może ją codziennie zaciągać do łóżka, ale równie dobrze może i "pozostać czystym" do ślubu. 

Przede wszystkim jednak, prawdziwy mężczyzna ze zobojętnieniem patrzy na każdą próbę narzucenia mu cech, które zrobią z niego "prawdziwego mężczyznę". Interesuje się tym, co go rzeczywiście kręci, je i pije to, co mu najbardziej smakuje, ubiera się w to, co mu się podoba, ogląda sport, jeśli tylko naprawdę go to jara, kocha jedną kobietę na świecie albo wszystkie reprezentantki płci pięknej.

Prawdziwy mężczyzna nie zwraca uwagi na to, co sądzą o nim inni. Robi to, co uważa za słuszne. I dobrze wie, że wszyscy kolesie, próbujący nadać konkretny obraz "prawdziwemu mężczyźnie", sami się takim wcale nie czują. Tworzą wzór "prawdziwego mężczyzny" podobny do ich samych, co ma pomóc w leczeniu własnych kompleksów.

Och, to takie męskie - czyż nie?

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Seksualna niedostępna

"Chcę iść z Tobą do łóżka" rzucone przez kobietę wprost w stronę faceta, jest dla mężczyzny miłe i w jakiś sposób na pewno budujące. Gdy słowa wypowiada ta jeszcze jakaś naprawdę "niezła sztuka", a nie natarczywa brzydula, to efekt takiego zdania jest jeszcze lepszy. Możecie więc rzeczywiście skoczyć razem do mieszkania któregoś z Was i spędzić razem upojną noc. Ale, Droga Kobieto, pamiętaj jedno - takim tekstem to Ty serca faceta nie zdobędziesz. 

Z dostaniem się do jego majtek nie powinno być problemu - sorry, wszystkimi ludźmi w jakiś stopniu rządzą zwierzęce instynkty. Ale jeśli masz nadzieję, że po takiej przypadkowej nocy facet obudzi Cię z rana zapachem pysznej jajecznicy na boczku i da Ci buzi w czółko, to damn girl, muszę Cię zawieźć - tak nie będzie. No chyba że Twój mężczyzna jest zdesperowanym 30-latkiem, którego poprzedniej nocy rozprawiczyłaś.

Większość facetów (od razu powiedzmy sobie wprost, że są wyjątki, coby nie zostawiać niedomówień) chętnie przyjmą do wiadomość kobiecą chęć skoczenia gdzieś na szybki numerek. I oni właśnie dokładnie tak tę propozycję odbiorą - wyłącznie jako przygodny seks. Jestem wręcz w stanie stwierdzić, że więcej prawdy jest w stwierdzeniu "przez żołądek do serca" niż "przez seks do serca".

Dlaczego? Tu nawet nie chodzi o to, że "skoro mi dała, to pewnie każdemu innemu też, więc pewnie jest niezłą zdzirą". Szybki seks czy nawet samo zaproszenie nań, skreśla kobietę z męskiej listy potencjalnych miłości życia z innego powodu - on już ją zdobył. Dorwał ją jak jaskiniowiec mamuta i może teraz iść się pochwalić znajomym przy piwie, jakiej to fajnej dupeczki nie zaliczył poprzedniej nocy. Oczywiście nie wspomni o tym, że to ona sama mu się podstawiła. Tę myśl najchętniej od razu wypycha na obrzeża pamięci, coby nie umniejszać swojemu instynktowi łowieckiemu.

Jak więc zdobyć męskie serce? Nie kładąc od razu kawy na ławę, a zabawić się z facetem w podchody. Dawać mu znaki w rodzaju "podobasz mi się", ale nie mówione wprost, a jedynie drobnymi gestami, zuchwałym spojrzeniem, ponętnym uśmiechem. Mężczyzna musi ruszyć na polowanie, podczas którego nie dostanie swojego celu od razu, a będzie przezeń wodzony, dzięki czemu zbliży się do niego. Wiecie - trochę taki miłosny syndrom sztokholmski.

I tak oto w raptem kilku akapitach, dzięki pomocy analogii do ludzi prehistorycznych i polowań na mamuty (jakkolwiek to brzmi abstrakcyjnie) weszliśmy w głąb męskiej psychiki. Teraz już, Droga Kobieto, dobrze wiesz, co zrobić, jeśli z jakimś facetem chcesz się tylko przespać, a czego innego należy dokonać, by przytulić go do siebie na dłużej. #psychologiapenisa pełną gębą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Fruźki nienawidzą optymistów

Nie narzekam, chociaż jestem niższy niż Clint Eastwood,
chociaż nigdy nie dołączę do grona kulturystów,
chociaż nie znam setek przysłów.
Nie narzekam - bo fruzie wolę optymistów.

Tak swego czasu nawijał Łona w jednym ze swoich chyba najpopularniejszych kawałków, o wszystko mówiącym tytule - "Fruźki wolą optymistów". Już po pierwszym moim odsłuchu tego kawałka, powziąłem sobie jego nazwę za jedno z moich życiowych mott. I wszystko szło jak z płatka - fruzie wolały optymistę.

Ciągły uśmiech na twarzy, żartów pod ręką tyle, że wysypują się one z rękawów, kwitowanie wszystkiego humorystycznym podsumowaniem - oto ja. Obok mnie postaw sobie cichego, przygarbionego kolesia, zasłaniającego oczy swoją emo grzywką. W porównaniu z nim wyglądam jak Justin Timberlake czy inny Robert Pattinson. Nie mam więc na co narzekać, bo przecież fruzie wolą optymistów.

Nie musisz się wcale podobać każdej dziewczynie pod słońcem. Ba, możesz być nawet takim typem 3-4/10. Ale będąc optymistą, zwracasz od razu na siebie uwagę - w pozytywny sposób, rzecz jasna. Przezabawna riposta może mieć siłę oddziaływania większą od największych muskułów i najlepszych ciuchów. Bo przecież fruzie uwielbiają optymistów!

Życie jednak nauczyło mnie, że to nie do końca tak wszystko fajnie wygląda. Fruzie lubią optymistów - to jest rzecz niezaprzeczalna (jeśli tylko nie mamy do czynienia z jakąś emogirl, ale to są wyjątki potwierdzającego regułę). Ale fruzie już mniej chętnym okiem spoglądają na optymistów niepoprawnych. A do tych zaliczam się (nie)stety ja.

Wielokrotnie próbowałem jakieś piękne niewiasty pocieszać słowami: "weź się tym nie przejmuj, to przecież nic takiego!". Słowami niby błahymi, ale dla mnie zwykle bardzo prawdziwymi. I cóż ja wtedy nie otrzymywałem za słowne baty! Że jak się mogę takim czymś nie przejmować! Że do niczego się nie nadaję! Że jak mogę do tego wszystkiego tak na luzie podchodzić!

Zdarzało się zresztą, iż jakaś fruźka się w moje własne sprawy wplątywała. Gdy dotknęło mnie coś rzekomo "tragicznego", ja nie dawałem tego po sobie przesadnie poznać. I mijały mnie takie niepewne spojrzenia, pełne grozy, mówiące: "jak możesz mieć to gdzieś?!". A ja mogłem - bo przecież jestem optymistą. A Ty podobno takich wolałaś!

Czy więc fruzie optymistów lubią? Owszem, ale tylko do pewnego momentu. Gdy już zdarzy się Wam spotkać częściej niż raz na tydzień, fruzia wymagać będzie także emocji mniej pozytywnych. Okazywania uczuć, które nie polegają jedynie na uwielbieniu świata i podchodzeniu do wszystkiego z uśmiechem. A jeśli się tego dokonać nie uda, to wyjdzie na to, że fruzie jednak nienawidzą optymistów. 

Ale nie narzekam - bo przecież jestem optymistą.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com

Czego może Cię nauczyć aplikacja randkowa?

Eksperyment ze Snapchatem uznaję za udany. O tej ciągle popularnej aplikacji pisałem TUTAJ, w chyba dość nietypowy, jak na jej użytkownika, sposób. Minęło jakieś pół roku, a ja ciągle snapuję. Raz częściej, raz rzadziej - ale jednak. Snapuję między innymi z Wami, Drodzy Czytelnicy, bowiem część Was poszła moimi śladami i również zaczęła z tejże aplikacji korzystać.

Internet ma jednak swój nowy hit. Możliwe, że o Tinderze ciągle jeszcze nie słyszeliście. Dlatego przychodzę z odpowiedzią na Wasze pytanie: "a cóż to znowu za kolejne ustrojstwo?!". Przedstawiam Wam, Moi Drodzy, prawdopodobnie najlepszą aplikację randkową w historii. Serio - to musiał wymyślić geniusz.

Co w Tinderze jest takiego niezwykłego? Rejestrujesz się, apka pobiera z Facebooka te Twoje zdjęcia, które chcesz wykorzystać, a następnie wchodzisz do gry. Przed Tobą pojawiają się fotki dziewczyn/facetów z okolicy, przy których możesz kliknąć krzyżyk lub serce. To pierwsze delikwenta odrzuca, to drugie oznacza, że się nam osoba na zdjęciu podoba. Jeśli ona też pacnie w serce przy naszym foto, system łączy nas w parę i możemy rozmawiać. Yup - wreszcie koniec ze zmasowanym atakiem pasztetów, które Ci się nie podobają!

Ale okej - spoglądacie teraz pewnie niepewnie na tytuł dzisiejszego postu i zastanawiacie się, jakie wnioski można wyciągnąć z używania głupiej aplikacji randkowej? Będziecie zdziwieni, bo ja wypisałem sobie aż pięć niesamowitych rzeczy, jakich "nauczył mnie" Tinder. Gotowi na kolejną część odkrywania realnego świata dzięki głupim programom na telefon? No to do dzieła!

Większość dziewczyn jest brzydka

Zaczynamy z grubej rury, a co! Przechodząc miastem, ja zwracam uwagę tylko na te ładne niewiasty (lub ewentualnie te wyglądające jak potwór z bagien), przez co umyka mi czasem gdzieś fakt, że przecież większość dziewczyn nie może się poszczycić przesadną urodą. Ale Tinder wrył mi tę zasadę w pamięć na długi okres czasu.

Niejednokrotnie bowiem zdarzały się sytuacje, że z dziesięciu zdjęć, klikałem serce jedynie przy jednym z nich. Ba, miałem również okazję wciskać krzyżyk przez dobrą minutę. A to na ekranie pojawiał mi się Gargamel o krzywym nosie, a to jakaś tapeciara niczym laski z "Warsaw Shore", a to wieloryb, który wypłynął z oceanu. Uprzedzam głosy oburzenia w rodzaju "NIE LICZY SIĘ WYGLĄD, TYLKO WNĘTRZE" - hej, to aplikacja, której sednem jest ocena wyglądu. Jeśli Ci się to nie podoba, to zwyczajnie z niej nie korzystaj. 

Polki to najładniejsze kobiety na świecie

Niemiły pierwszy wniosek od razu chowamy pod łóżko i wracamy do rzeczy pozytywnych. Tinder uświadamia bowiem, że Polki to jednak ładne dziewczyny. Uśredniając - sporo ładniejsze od swoich zagranicznych koleżanek. Przy zdecydowanej większości Hiszpanek, Ukrainek czy Niemek (to ostatnie chyba nikogo nie dziwi) klikałem zdecydowanie krzyżyk. Skończyło się na tym, że dobrało mi parę z raptem jedną dziewczyną z zagranicy. 

Wniosek może być więc również wyłącznie jeden - Polki to najładniejsze kobiety na świecie. No dobra, jest też druga ewentualność - Kraków nie jest miejscem atrakcyjnym dla pięknych cudzoziemek. Ale, dla dobra narodu, trzymajmy się tej pierwszej wersji.

fot. Maciej Serafinowicz
Nie istnieje pełne równouprawnienie płci

Gdyby ktoś jeszcze w to wątpił, Tinder tylko potwierdza tę życiową prawdę. Feminizm feminizmem, ale gdy przychodzi co do czego, to zawsze facet musi być tym, który ma zagadać jako pierwszy. A ja lubię robić ludziom na złość - niejednokrotnie czekałem dzień czy dwa, by napisać do dziewczyny, z którą połączył mnie system (ależ to mało romantycznie brzmi). I co? I nic. Zdarzyło się raz albo dwa, że dziewczyna wreszcie sama napisała. Widzicie? Tak mało było tych sytuacji, że nawet nie pamiętam ich konkretnej liczby!

Zresztą, gdy dojdzie już do samej rozmowy, bywa wcale nie lepiej. Według wielu dziewczyn to zawsze facet musi nadawać temat konwersacji, to on musi mówić "ahoj, marynarzu!" jako pierwszy każdego dnia. Sorry, babe - nie ze mną te numery.

A tak swoją drogą, szerzej o tym dziewczęcym kompleksie pisze jeden z nielicznych blogerów, których czytam regularnie - Stay Fly. Jeśli więc macie chwilę, zobaczcie co on też naskrobał na ten intrygujący temat

Kobieca logika czasem poraża, ale tym razem niektóre przesadziły

Zawiło skonstruowałem ten wniosek, wiem. Ale serio nie wiedziałem, jak mam inaczej to ująć. Dzięki Tinderowi moje niezrozumienie kobiecej logiki wskoczyło na jeszcze wyższy poziom. Uwaga, będzie nieprawdopodobnie, absurdalnie oraz - a jakżeby inaczej - zabawnie.

Przypomnijmy więc fakty: cała logika Tindera opiera się zdjęciach, prawda? Bez choćby jednego z nich nic tu nie zdziałamy. Więc proszę o wyjaśnienie jednej kwestii - po jaką cholerę niektóre dziewczyny rejestrują się w tej aplikacji, po czym nie wrzucają ani jednego swojego zdjęcia?! To nie jest odosobniony przypadek - ludzik pokazujący brak profilówki na Facebooku zdarza się jakoś raz na dwadzieścia przypadków. 

I'm just going to leave this here.

Źródło: Gratisography.com
Poznawanie ludzi w internetach jest spoko

Tadam! Oto nie tylko wniosek pozytywny, ale jednocześnie prawdopodobnie najważniejszy ze wszystkich tu opisanych. Ja jakoś przesadnie nigdy nie przepadałem za poznawaniem ludzi przez sieć, ale - gdy się chwilę nad tym zastanowić - kilka naprawdę fajnych osób dane mi było spotkać po raz pierwszy właśnie w internecie. Niejednokrotnie zresztą te znajomości okazywały się przenosić także do świata realnego.

Ale Tinder ułatwia to wszystko dobre kilka lub kilkanaście razy. Przez raptem miesiąc korzystania z niego poznałem kilka naprawdę spoko osób, z którymi ciągle mam kontakt. Aż sam jestem zdziwiony, że wszystko to aż tak dobrze poszło! Bardzo fajna sprawa, bardzo fajne doświadczenie. Polecam każdemu sprawdzić na sobie, choćby z ciekawości. 

Natomiast tym, którzy lubują się w serialach, zalecam sprawdzić drugi odcinek najnowszego sezonu "New Girl". Moim zdaniem bardzo przyjemnie porusza on właśnie temat Tindera. Dla każdego użytkownika tej apki będzie to na pewno dwadzieścia minut przepełnione śmiechem!

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Dlaczego ona mnie rzuciła?

Oto magiczne pytanie, które codziennie zadają sobie tysiące/dziesiątki tysięcy/setki tysięcy - a kto wie - może i nawet miliony facetów na całym świecie. W dużej mierze odpowiedzi na to zagadnienie są proste: może to być na przykład zdrada lub zakochanie się w kimś innym. Poza tym jest jednak mnóstwo przypadków, które wielu facetom nie wydają się do końca jasne. Okazuje się jednak, że i tu odpowiedź jest prostsza niż można się tego spodziewać.

"Kochanie, co się stało?", "Kochanie, dlaczego jesteś ostatnio taka smutna?", "Kochanie, od dwóch tygodni nigdzie nie wychodziliśmy razem", "Kochanie, blabla". Jeśli na pewnym etapie związku padają takie pytania ze strony faceta, to nie wróży to nic dobrego. Wiele kobiet w tym miejscu będzie zaprzeczało i zapewniało, że wszystko jest okej, choć tak naprawdę wszyscy zainteresowani wiedzą, iż tak nie jest. Napięcie i rychłe zerwanie czuć w powietrzu na kilometr.

Skąd więc biorą się takie rozłożone w czasie problemy miłosne? W naprawdę dużej liczbie przypadków chodzi o jedną, konkretną rzecz - męską nadgorliwość i nadopiekuńczość. "Jak to w ogóle możliwe?" - ktoś może zapytać. "Przecież nie można być nadopiekuńczym! W związku chodzi o pełną i totalną miłość do drugiej osoby, na dobre i na złe!". W pewnym sensie tak, ale nie należy takich haseł brać maksymalnie dosłownie.

Wyobraź sobie bowiem, Drogi Mężczyzno, że kupujesz lub adoptujesz psa. Wychowujesz go, karmisz, stajecie się sobie totalnie bliscy, zamieniacie się wręcz w prawdziwych kumpli. Jest fajnie, masz z kim spędzić samotne chwile i do kogo odezwać się, jak to w ludzko-zwięrzecej miłości bywa. Nagle jednak w Twoim życiu pojawia się ktoś jeszcze.

Mogłaby to być na przykład druga połówka, ale by bardziej odpowiednio odnieść do reszty postu, powiedzmy, że trafiasz nagle do grupki kilku kumpli. Stajecie się razem istną męską watahą, chodzicie razem do pubów na męskie wieczory, jesteście sobie wzajemnie "skrzydłowymi" podczas wyrywania panienek, razem oglądacie mecze ulubionej drużyny. Jednocześnie wciąż masz dla swojego psa czas, by się z nim pobawić, ale nie jest to już to prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Pewnej nocy wychodzisz z baru, a przed nim stoi Twój pies. Jakimś cudem wydostał się z domu i przybiegł do Ciebie. Innym razem pies nie chce wyjść z Twojego pokoju, gdy przyprowadzasz na noc poznaną w klubie dziewczynę. Kiedy indziej zaczyna szarpać Cię za nogawkę, byś tylko nie wyszedł do pracy. Pomimo tego, że poświęcasz mu wciąż czas, gdy tylko jesteś w domu, on ma ciągle mało, bo przyzwyczajony jest do czegoś zupełnie innego.

Może zabrzmi to głupio, ale w związkach damsko-męskich jest podobnie. W tym przypadku jednak, to facet jest "przyzwyczajony" do takiej totalnej miłości 24/7 nie z powodu jakichś poprzednich przeżyć, ale własnej wyobraźni. U wszelkich współczesnych Werterów przejawia się chęć do ciągłego spędzania czasu ze swoją wybranką, nieodstępowania jej na krok, służenia jej we wszystkim niczym niewolnik. 

Przykład z psem miał pokazać, że choć brzmi to całkiem sympatycznie, tak okazuje się ostatecznie katastrofalne w skutkach. Znacie pewnie z ogromu filmów to słynne powiedzenie na zerwanie: "potrzebuję więcej przestrzeni" ("I need more space"). Brzmi trochę głupio, ale w pełni oddaje sens tego, co jest tu problemem - kobieta czuje się osaczona ze wszystkich stron, nie posiada wolnej chwili dla siebie samej.

Kobiety natomiast w większości nie chcą, byś stawał się jej niewolnikiem. Dlaczego? Bo pokazuje to, że - pozwolę sobie na dosadne sformułowanie - zamieniłeś się w cipę. Ona mówi "ponieś mi torebkę" - Ty ją niesiesz z uśmiechem na twarzy. Ona mówi "chłopaki byli po Ciebie, chcą się z Tobą spotkać" - Ty odpowiadasz, że wolisz po raz setny z kolei wieczór spędzić z nią. Ona się z Tobą droczy - Ty jej śmiertelnie poważnie wyłącznie odpowiadasz: "Kochanie, przecież ja Cię kocham, kochaniutka Ty moja!".

Gdzie się podział ten facet, który wykazał się odwagą i zaprosił ją na randkę? Gdzie się podział ten, który potrafił sobie zażartować na każdy możliwy temat? Gdzie się podział ten pewny siebie koleś, którego spotkała w knajpce, siedzącego razem z kilkoma kumplami? W jej oczach ten człowiek już zniknął - zniknął ten, w którym się zakochała. Ten Nowy natomiast ją wyłącznie odstrasza.

Niektóre kobiety mówią o tym wprost swoim facetom. Ci wtedy przerażeni zbliżającym się końcem związku wykrzykują: "Kotku, ja się zmienię, przysięgam!". Ale nie ma szans na zmianę. Jedyną możliwością jest tu zerwanie. I choć facet będzie po tym może nawet i płakał, jednego może się przynajmniej wreszcie nauczy - że jeśli wrzucisz do związku zbyt dużo słodkości, powstanie grymas na twarzy. Analogia do przesłodzonej herbaty jest tu jak najbardziej na miejscu.

Jeśli chcesz być na bieżąco z resztą postów na blogu, polub jego facebookowy fanpage i dołącz do subskrypcji mailowej :)

Źródło: Flickr.com